Odwrót cesarzowej

Odwrót cesarzowej

Po 18 latach rządów Angela Merkel przestanie przewodniczyć CDU

Korespondencja z Berlina

Stało się coś, co musiało kiedyś nastąpić, choć Niemcy z czasem przestali w to wierzyć – niezatapialna Angela Merkel zainicjowała swój odwrót z polityki. Pod koniec października ogłosiła, że na konwencji partyjnej w grudniu nie będzie już się ubiegać o reelekcję na stanowisko szefowej CDU. I choć zamierza do 2021 r. pozostać na czele rządu, oddanie sterów partii może też uruchomić proces przedterminowej utraty kanclerstwa. 64-letnia Merkel sama bowiem wiele razy mówiła, że nie da się skutecznie rządzić, nie będąc zarazem szefową partii rządzącej. Tyle że w ostatnich tygodniach „żelazna Angie” zrozumiała, że zaczęła być ciężarem dla własnej partii. Po spektakularnej porażce jej zaufanego Volkera Kaudera w wyborach na szefa klubu parlamentarnego chadeków zdała sobie sprawę, że może przegrać grudniowy wyścig o reelekcję, i chciała oszczędzić sobie upokorzenia.

Zapowiedź odwrotu jest jednak także pokorną reakcją na wyniki wyborów do landtagów w Bawarii i Hesji, w których chadecy ponieśli dotkliwe straty. Dla większości wyborców były to plebiscyty, protest przeciwko Merkel i rządowi Wielkiej Koalicji. Schyłek kariery kanclerki jest bowiem symptomem (lub finałem) szerszego zjawiska – kresu wielkich partii ludowych, w tym SPD, która boryka się z własnymi problemami. Obie partie mają ostatnio najgorsze wyniki w swoich powojennych dziejach. Pierwszą przestrogą były wybory do Bundestagu w 2017 r., w których Wielka Koalicja dostała czerwoną kartkę. SPD chciała się odnowić w opozycji, ale ponownie musiała wcielić się w rolę młodszego partnera CDU, po tym jak szef FDP Christian Lindner przerwał nagle negocjacje koalicyjne z chadekami i Zielonymi.

Niejeden komentator twierdzi, że to 39-letni liberał zainicjował agonię CDU i SPD, wpędzając je ponownie w sojusz z konieczności. Lindner chciał zaś wrócić do gry z silniejszym zapleczem. Dziś szef liberałów wprost wzywa do rozpadu koalicji CDU-SPD. „Merkel rezygnuje nie z tego stanowiska, co trzeba. Dla dobra Niemiec powinno dojść do przedterminowych wyborów”, żądał w wywiadzie dla ARD. Można powiedzieć, że Lindner odniósł częściowy sukces – obecni koalicjanci się wykrwawiają, ale on też na tym stracił, bo przylgnął doń przydomek niszczyciela jamajskich marzeń. Zyskali zaś Zieloni, którzy pod przewodnictwem Roberta Habecka zdobywają sondażowe szczyty i odnoszą wyborcze zwycięstwa. Jedno jest pewne – w następnych wyborach już nikt nie będzie mógł ich ignorować.

Postępująca degrengolada

Lindner nie jest jedynym przeciwnikiem Wielkiej Koalicji. Do rezygnacji z kierowania rządem wezwali Merkel również liderzy Die Linke i AfD, Sahra Wagenknecht oraz Jörg Meuthen. Także spora część SPD sądzi, że ich ugrupowanie miałoby o wiele większe poparcie, gdyby nie współtworzyło rządu targanego od miesięcy licznymi konfliktami. Socjaldemokraci starają się odzyskać zagubionych wyborców, pomóc ma w tym m.in. premier Grecji Aleksis Tsipras, który został zaproszony na ostatnie debaty SPD w Berlinie. Andrea Nahles zapowiedziała, że chce odejść od postanowień zawartych w Schröderowskiej Agendzie 2010, co można uznać za pierwszy krok ku zerwaniu koalicji. Reforma rynku pracy Gerharda Schrödera okazała się bowiem dla SPD pocałunkiem śmierci, ale Merkel była de facto kontynuatorką polityki byłego kanclerza. Widać, że powoli narasta ogólnokrajowy protest przeciwko lokatorce Urzędu Kanclerskiego. Tym bardziej że krótko po deklaracji Merkel rezygnację z szefostwa siostrzanej CSU zapowiedział też Horst Seehofer. On jednak zamierza zrezygnować również z teki ministra spraw wewnętrznych, pokazując być może w ten sposób, że w przeciwieństwie do Merkel nie trzyma się kurczowo rządowego stołka.

Presja więc rośnie, zwłaszcza że rozdzielenie ról szefowej rządu i CDU to dla chadeków niezdrowy model, w którym nie wiadomo, kto naprawdę rządzi i kto ponosi odpowiedzialność za błędne decyzje. Zresztą nie dotyczy to tylko partii Merkel. Z tym samym problemem borykał się swego czasu Schröder. Kierował rządem, choć przewodniczącym SPD był Oskar Lafontaine, co wiązało się z nieustannymi napięciami. Kanclerz pojął, że musi w końcu przejąć stery partii. Schröder i Merkel to jednak zupełnie odmienne charaktery. O ile ona zrozumiała, że jest balastem dla partii i wybrała wariant stopniowego wycofania się, o tyle nieugięty „Basta-Kanzler” walczył o swój fotel do ostatka. Różnią się ponadto powody schyłku obu szefów rządu. Podczas gdy karierze Schrödera kres położyły głównie cięcia socjalne kojarzone z Agendą, Merkel zaszkodziło przede wszystkim otwarcie granic dla 1,5 mln imigrantów z pogrążonych w wojnach krajów Bliskiego Wschodu i Afryki. Potem nastąpiło coś, czego dziś nie da się już ukryć: mimo że azylanci to znikomy odsetek społeczeństwa, stanowią ok. 12% podejrzanych o przestępstwa na tle seksualnym. Ten fakt nie tylko wyprowadza rozsierdzonych Niemców na ulice, lecz także gwarantuje sukcesy wyborcze takim partiom jak AfD. Ostatecznie Merkel sama musiała pociągnąć za linkę spadochronową. „Nie urodziłam się kanclerzem”, tłumaczyła. Ale kto w takim razie ma uratować chadecję przed postępującą degrengoladą?

Trzech kandydatów

Najmniejsze bodaj szanse ma 38-letni Jens Spahn, przedstawiciel młodego konserwatywnego pokolenia w CDU (sylwetka w PRZEGLĄDZIE 34/2018). Do wiosny tego roku należał do najgorliwszych krytyków szefowej partii. Domaga się m.in. ograniczenia liczby imigrantów, zniesienia podwójnego obywatelstwa i zakazu noszenia burek. Aby go nieco poskromić, Merkel powierzyła mu w marcu funkcję ministra zdrowia, którą pełni z nieokiełznaną energią. Spahn ma wszelkie talenty, już jako 22-latek zasiadał w Bundestagu. Tyle że konkurenci są bardzo silni.

Zresztą okazuje się, że Merkel nie tylko go uciszyła, lecz także pozbawiła w ten sposób szans na przejęcie po niej schedy. Jego kandydatura nie wywołuje wśród konserwatywnych chadeków wybuchów euforii. Po pierwsze, jako szef resortu zdrowia dla kariery dał się ugłaskać. Po drugie, jako homoseksualista nie jest najlepszym uosobieniem powrotu CDU do konserwatywnych korzeni. Znacznie większe szanse na przejęcie sterów ma 56-letnia Annegret Kramp-Karrenbauer (AKK), która uchodzi za osobę namaszczoną przez samą Merkel. Nie bez kozery kanclerz ściągnęła byłą premier Kraju Saary do Berlina i powierzyła jej funkcję sekretarza generalnego CDU, stanowiącą trampolinę do większych wyzwań. Ponieważ w zasadniczych kwestiach Kramp-Karrenbauer zgadza się z przełożoną, z czasem przylgnął do niej przydomek „Mini-Merkel”, nawet jeśli ostatnio próbuje się dystansować, pozwalając sobie na ostrożną krytykę polityki migracyjnej kanclerki.

Trudno AKK odmówić niezbędnych kwalifikacji, ale jako potencjalna kontynuatorka obecnego kursu ona też nie jest zbytnio kojarzona z „konserwatywnym przebudzeniem” w CDU, choć ostatnio coraz częściej wzmacnia swój prawicowy profil. W listopadzie oznajmiła, że pod jej przewodnictwem każdy imigrant, który popełni przestępstwo na tle seksualnym, ma dożywotni zakaz wjazdu do Niemiec, co śmiało można uznać za początek operacji „wyborcy AfD, wracajcie do CDU!”.

Szanse AKK jednak znacznie się zmniejszyły, gdy po 10 latach politycznej absencji do gry wrócił inny mocny zawodnik – Friedrich Merz. Niestrudzony konserwatysta i osobisty wróg Merkel już w latach 2000-2002 sprawował funkcję szefa frakcji CDU/CSU, ale musiał strawić bolesną porażkę z obecną kanclerz, co dla ambitnego prawnika z westfalskiego Sauerlandu do dziś stanowi jątrzącą się ranę.

W obliczu potężnego trzęsienia ziemi w CDU i na prośby wielu młodszych i starszych liderów partii (choćby Wolfganga Schäublego i Norberta Röttgena, którzy zostali niegdyś podobnie wykołowani przez Merkel jak Merz) postanowił, że wróci do wielkiej polityki i na grudniowym zjeździe partyjnym wystąpi jako kandydat na szefa chadeków. Obyty ze światowymi biznesowymi salonami Merz ma spore szanse na zwycięstwo. Na jego tle AKK w istocie wypada trochę blado. Kariera sekretarz generalnej CDU przebiegała bez większych błysków, ale też bez upokarzających wpadek, konfliktów i klęsk. Dlatego trudno orzec, czy przyniesie to zyski, czy straty. AKK nie może się pozbyć łatki szarej myszki i niektórzy w partii zastanawiają się, czy będzie w stanie prowadzić kiedyś potyczki słowne z Trumpem i Putinem. Natomiast w Merzu wielu chadeków dostrzega początek wyczekiwanej rewolucji, a jednocześnie zaspokojenie tęsknoty za czymś utraconym. Po długiej przerwie były lider kojarzy się zarówno z odnową, jak i z tradycją CDU. Poza tym jest świetnym mówcą, otrzaskanym z zasadami marketingu politycznego. Wobec tego AKK nawet nie próbuje się ścigać ze szczwanym multimilionerem, który od lat zasiada w radach nadzorczych licznych wpływowych spółek. Była premier Kraju Saary jest podobna raczej do Merkel, która nie uległa urokom pieniędzy i twardo stąpa po ziemi (w odróżnieniu od Merza, który nieustannie lata prywatnymi samolotami). Jej dzieci nie studiują na Harvardzie (jak pociechy wielu z CDU), lecz zadowalają się zawodami hotelarza i opiekuna. Nie bryluje w mediach i nie angażuje wielkich firm marketingowych jak Spahn czy Merz, którzy chcą przyśpieszyć swoje kariery. Jej spokój i skromność są w wyścigu o fotel szefa CDU najmocniejszymi atutami.

Mimo więc, że w wielu sytuacjach AKK przypomina Merkel, jej kandydatura jest pewnym eksperymentem po 18 latach rządów kobiety. Trzon partii jest spragniony powrotu „silnego faceta”, który przeprowadzi CDU przez rafy kryzysu. Ale droga Merza na partyjny szczyt może się okazać wyboista.

Chadecki milioner

Dla innych bowiem chadeków powrót Merza był niemałą niespodzianką. Dzień po briefingu, na którym Merkel zapowiedziała swój odwrót, Merz sprawiał wrażenie, jakby przez ostatnie 10 lat nic nie robił, tylko czekał z gotowymi notatkami w blokach startowych. Na własnej konferencji prasowej był zdeterminowany i dobrze przygotowany. Ale prawda jest taka, że w minionej dekadzie robił zbyt wiele i właśnie to może się okazać dla niego kłopotem na drodze do szefostwa CDU. Pełniąc funkcje doradcze, zarobił grube miliony, które osłodziły mu polityczną emeryturę i właściwie pozwalały na niej pozostać. Czy kariera w gospodarce może Merzowi zaszkodzić? Na początku listopada niemieccy śledczy przeszukali biura inwestora BlackRock w ramach tropienia nielegalnego schematu podatkowego, ale uwolnili od zarzutów Merza, który jest dyrektorem rady nadzorczej niemieckiej placówki amerykańskiego potentata. Dziennikarze „Spiegla” wytropili jeszcze więcej niejasności w biznesowych powiązaniach chadeckiego multimilionera, ale raczej mu one nie zaszkodzą.

Pojawiając się w politycznym Berlinie, Merz właściwie z miejsca wygryzł Spahna, który obok tego doświadczonego lisa wygląda jak zbyt ambitny student, który właśnie stracił aurę konserwatywnej alternatywy dla Merkel. Wszystko wskazuje więc na batalię między Merzem i AKK. Były (i może przyszły) lider CDU ma jednak problem z trzymaniem nerwów na wodzy. W przeszłości wielokrotnie ulegał emocjom i wybuchał. Bliscy współpracownicy twierdzą, że odejście od polityki i gruby portfel nieco go wyciszyły. Ale jeszcze dziś Merz sprawia czasem wrażenie osoby, która zaraża nerwowością całe otoczenie. Będzie jednak musiał się opanować, bo doskonale wie, że to może być jego ostatnia szansa. A także jedna z ostatnich możliwości zatamowania fali ucieczek do populistycznej AfD. Grudniowy plebiscyt w CDU to już nieoficjalna walka o fotel kanclerski, niezależnie od tego, czy Merkel dopłynie na topniejącej krze do 2021 r.

Merzowski styl sprawowania funkcji politycznych różni się od zasad, którym hołduje obecna kanclerz. Merkel nie reaguje impulsywnie. Czekała wiele miesięcy, zanim uruchomiła swój stopniowy odwrót. Merz z kolei pojawił się niespodziewanie – tak jakby przed chwilą wyszedł z zamrażarki. Kiedy Merkel w 2002 r. sama zrezygnowała z kandydowania na kanclerza, namaszczając Edmunda Stoibera, musiał on jej obiecać, że ze wsparciem CSU będzie mogła zastąpić Merza na czele frakcji w Bundestagu. Ten o niczym nie wiedział i zdumiony stwierdził, że bezwiednie został odsunięty na dalszy plan. Jak wiadomo, Stoiber przegrał wybory, ale obietnicy dotrzymał. W ten sposób Merkel pozbyła się dwóch konkurentów za jednym zamachem. Merz zaś nie wytrzymał upokarzającej roli wykonawcy rozkazów „cesarzowej” i w 2009 r. pożegnał się z polityką, aczkolwiek nie z legitymacją partyjną. I choć twierdzi, że nigdy nie był oponentem Merkel, to w ostatnich latach rzadko wychodził z roli dostarczyciela krytycznych słów na jej temat. Jest bowiem tajemnicą poliszynela, że Merz uważa lewicową woltę pani kanclerz za początek upadku CDU. Marzą mu się więc szybki rozpad Wielkiej Koalicji oraz czasy, w których chadecy i socjaldemokraci naprawdę się różnili, przekreślając tym samym rację bytu partii skrajnego protestu. Przedstawiciele lewicy z kolei przekonują, że Merz to idealny kandydat na kanclerza, bo w obliczu jego konserwatywnych poglądów i sojuszu z liberałami partie lewicowe znów mogą zewrzeć szeregi. „Merz: kandydat marzeń dla SPD, Zielonych i Die Linke!”, cieszyła się lewicowa „die tageszeitung”.

Pytanie tylko, czy Die Grünen rzeczywiście jeszcze chcą czerwono-czerwono-zielonej koalicji. Ugrupowanie to na naszych oczach przeistacza się w wielką partię ludową, która zagospodarowała sporą część centrum i do której powędrowali też zawiedzeni konserwatyści z CDU. Habeck nie kryje sympatii do sojuszy z chadekami na szczeblach lokalnych, także Merz rozmawia coraz częściej z liderami Zielonych. Jak jednak przekonuje, na razie koncentruje się wyłącznie na pierwszym etapie, czyli sięgnięciu po batutę w CDU, nie chcąc rzucać rękawicy pod bacznie strzeżoną bramę Urzędu Kanclerskiego. „Jeśli wygram, będę zgodnie współpracował z panią kanclerz i nie mam zamiaru jej zaszkodzić”, obiecuje. On sam wie najlepiej, jaką wartość mają dziś obietnice w świecie polityki.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 47/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy