Chcieli zabić wszystkich świadków

Chcieli zabić wszystkich świadków

Węgry w szoku po bestialskim napadzie na bank

Czarne chorągwie przed budynkami publicznymi. Flagi państwowe opuszczone do połowy masztu. 17 maja Węgry obchodziły dzień żałoby narodowej. Cały naród uczcił pamięć ofiar najbardziej krwawego napadu na bank w historii państwa.
Tragedia rozegrała się w czwartek 9 maja w Mor, 15-tysięcznym miasteczku leżącym około 60 km na południowy zachód od Budapesztu. Dawniej była to miejscowość górnicza, obecnie kopalnie są zamknięte, a ci mieszkańcy, którzy mają pracę, zatrudnieni są przeważnie w bankowości, handlu i usługach. Według relacji świadków, o godzinie 12.36 do filii Erste Banku – austriackiego domu finansowego mającego swą centralę w Wiedniu – wkroczyło dwóch mężczyzn w czapkach bejsbolowych, z czarnymi plecakami. Bandyci – dobrze zbudowani, wysocy mężczyźni w wieku około 25 lat – przyszli pieszo (zapewne zaparkowali samochód w pobliżu). Weszli do sali bankowej, bez słowa wyciągnęli broń i zaczęli strzelać. Jak pisze dziennik „Nepszabadsag”, mieli półautomatyczny pistolet typu Scorpion oraz inny pistolet tego samego kalibru. Plan rabusiów był barbarzyński i prosty –

zamierzali wszystkich zabić,

tak aby nie został ani jeden świadek. Do każdej ofiary strzelali kilkakrotnie, mierząc w głowę i w pierś. Kiedy zużyli całą amunicję, z zimną krwią zmienili magazynki i zaczęli dobijać konających. Krew dosłownie płynęła strumieniami z okienek bankowych. Kiedy naszpikowani kulami ludzie przestali się ruszać, mordercy załadowali do plecaków 7,4 mln forintów i bez pośpiechu odeszli. Prawdopodobnie podczas ucieczki kilkakrotnie zmieniali samochody.
„To była rzeźnia. Na niewinnych, przypadkowych ludziach po prostu wykonano egzekucję”, relacjonował z miejsca zbrodni dziennikarz Tibor Csakany, prowadzący w węgierskiej telewizji programy poświęcone największym sprawom kryminalnym. Oliver Rozsa, ekspert w dziedzinie bezpieczeństwa bankowego, powiedział w wywiadzie radiowym: „Coś takiego jest bez precedensu nie tylko na Węgrzech, ale i w świecie. Nawet w Stanach Zjednoczonych rabusie najpierw ostrzegają, że będą strzelać, ale tu, o ile wiem, żadnego takiego okrzyku nie było”.
W banku zginęło sześć osób, siódma, ciężko ranna, zmarła w szpitalu. Śmierć poniosło czterech pracowników banku, w tym kierowniczka, dwóch klientów i strażnik, pracownik prywatnej służby ochroniarskiej. Masakrę przeżyła tylko 27-letnia kasjerka. Postrzelona w głowę, pod ścisłą ochroną policji przebywa w szpitalu w Szekesfehervar. Jej stan jest ciężki, lecz na szczęście stabilny.
Zabójstwo, dokonane z bezprzykładnym okrucieństwem, wstrząsnęło Węgrami. Odchodzący premier Viktor Orban stwierdził, że zbrodnia została popełniona z zimną krwią i z taką bezwzględnością, „o jakiej w czasie ostatnich czterech lat słyszeliśmy tylko w wiadomościach z zagranicy”. Premier nakazał Ministerstwu Spraw Wewnętrznych użycie wszelkich środków w celu ujęcia morderców, którzy, jak zapewnił, nie pozostaną bezkarni. Szef węgierskiej policji, Peter Orban, powiedział reporterom: „W czasie 34 lat służby nie widziałem jeszcze tak brutalnego ataku”. Za pomoc w schwytaniu sprawców wyznaczył nagrodę w wysokości 10 mln forintów (ponad 37 tys. dolarów). Także nowy gabinet premiera Petera Medgyessyego, który w kilka dni po zamachu przejął władzę w Budapeszcie, uczynił pojmanie bandytów jednym ze swych priorytetów. Władze Erste Banku zarządziły wywieszenie czarnych flag przed wszystkimi swymi placówkami w Europie, zapowiedziały też, że w budynku, w którym doszło do tak ponurej zbrodni, działalność bankowa nie zostanie wznowiona.
Niemal od razu po krwawym napadzie rozpoczęła się wielka obława. W okolice Mor ściągnięto kilka tysięcy policjantów ze wszystkich regionów kraju. W pościgu brali udział funkcjonariusze sił specjalnych, agenci w cywilu, strzelcy wyborowi, ochotnicy, w tym myśliwi z dubeltówkami, ściągnięto też helikoptery wyposażone w kamery na podczerwień. Na kluczowych szlakach komunikacyjnych ustawiono zapory drogowe. Przed przejściami granicznymi utworzyły się wielokilometrowe korki, gdyż każdy pojazd opuszczający Węgry poddawano drobiazgowej kontroli. Już dwie godziny po masakrze ekipa śledcza wytypowała

dwóch podejrzanych.

Jak oświadczył rzecznik policji, Laszlo Garamvölgyi, stało się to możliwe dzięki informatorom ze zorganizowanych grup kryminalnych, którzy z własnej inicjatywy – bezpośrednio lub pośrednio – skontaktowali się z władzami, „potępiając tę brutalną rzeź, która przekracza wszelkie normy świata przestępczego”.
Dzięki pomocy gangsterów, złodziei i tajnych informatorów policja doszła do wniosku, że napadu dokonali prawdopodobnie 24-letni Robert Farkas z Budapesztu i 28-letni Szilard Horvath z Nagykanizsa. Obaj należą do tzw. bandy rabusiów z lombardu, dokonującej napadów przy użyciu pistoletów typu Scorpion. Byli już poszukiwani, bowiem pierwszego oskarżono o usiłowanie zabójstwa, zaś drugi nie wrócił z więziennej przepustki. Natychmiast zaczęto drukować 40 tys. plakatów z wizerunkami obu domniemanych sprawców. 10 maja Horvath, najwyraźniej wstrząśnięty i przerażony, zadzwonił jednak na policję w Nagykazsina, zapewniając, że jest niewinny. To samo powiedział przez telefon swej przyjaciółce, Monice Hobar, którą funkcjonariusze ekipy śledczej przesłuchiwali później przez długie godziny. W poniedziałek 13 maja Horvath dał się zamknąć w więzieniu przy ulicy Venyige w Budapeszcie. Wybrał więzienie, bo – jak mówił podczas negocjacji, które prowadził z władzami za pośrednictwem Moniki – bał się, że na posterunku zostanie zastrzelony na miejscu.
Przyjechał taksówką w towarzystwie adwokatki i dziennikarza Tibora Csakanya, który oświadczył: „Myślę, że policja zbyt się pospieszyła, wskazując palcem właśnie na niego”. Oficjalnie władze uznają, że Szilard Horvath nie jest już podejrzany, niemniej jednak nie chcą mu tego zaświadczyć na piśmie. Bandyta zapewnia, że współpracuje z policją, ale nie zgadza się oddać do analizy próbek swego materiału genetycznego.
Jak informuje budapeszteński dziennik „Nepszava”, śledztwo najwyraźniej znalazło się w ślepym zaułku. Po czterech dniach od napadu

trzeba było zacząć dochodzenie od początku.

Policja za wcześnie uznała, że sprawcami są Farkas i Horvath. Tego ostatniego prawdopodobnie w czasie strzelaniny nie było wcale w Mor. Pościg prowadzono tylko za tymi dwoma podejrzanymi, ale jeśli zbrodnię popełnili inni bandyci, mogli bez przeszkód opuścić Węgry. Teraz nie wiadomo nawet, czy masakry dokonał jeden, czy dwóch zbrodniarzy. „Być może we władzach policji spadną głowy”, konkluduje gazeta.
Brutalne morderstwo wywołało prawdziwy szok wśród Madziarów, tym większy, że zostało dokonane w czasie zmiany rządu, gdy sympatia społeczeństwa jest niemal równo podzielona między lewicę a prawicę, zaś opinia publiczna odczuwa obawę przed gospodarczą stagnacją i przełomem, jakim będzie przystąpienie Węgier do UE. Komentatorzy przypominają, że po 1989 r. na Węgrzech przestępczość wzrosła ponad czterokrotnie (podobnie jak w innych krajach dawnego bloku wschodniego), ale kryminaliści nie działali do tej pory z taką przerażającą pogardą dla ludzkiego życia. W nowoczesnej historii kraju były tylko dwa krwawe napady na banki – w 1977 r. (dwie ofiary śmiertelne) i w 1998 r. (jedna ofiara). I teraz nagle taki paroksyzm okrutnej przemocy w stylu szalonych gangsterów z Kolumbii. Rząd zapowiedział podjęcie kroków, aby zapewnić instytucjom finansowym bezpieczeństwo, ale eksperci są zgodni, że przed atakiem takich bandziorów nie będzie stuprocentowej ochrony. W Budapeszcie coraz częściej słychać głosy domagające się przywrócenia kary śmierci.

 

Wydanie: 20/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy