Ale kasa!

Ale kasa!

Na Śląsku wyrzucono w błoto kilkanaście milionów złotych na chipowe karty ubezpieczeń

W tym sporze chodzi o miliony złotych. Prezes Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń Społecznych, Michał Żemojda, od miesiąca domaga się ustąpienia dyrektora Śląskiej Kasy Chorych, Andrzeja Sośnierza. Oskarżenie jest proste – UNUZ zarzuca Sośnierzowi bezprawne wydanie ponad 11,6 mln zł na produkcję elektronicznych kart ubezpieczenia zdrowotnego oraz 2,5 mln zł na ich dystrybucję. Ten zarzut odrzuca.
Rada Śląskiej Kasy Chorych odwoływała go więc dwukrotnie. Najpierw 3 grudnia w tajnym głosowaniu, stosunkiem głosów 5:4 rada pozostawiła go na stanowisku. 13 grudnia miała głosować wniosek jeszcze raz. Ale przesunęła punkt dotyczący Sośnierza na 3 stycznia. Jakim wynikiem głosowanie się zakończy tym razem?
To może nie mieć znaczenia – bo UNUZ może w każdej chwili wprowadzić w Śląskiej Kasie zarząd komisaryczny. Poza tym jeszcze 26 listopada Żemojda skierował do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie nieuprawnionego wydawania pieniędzy publicznych przez szefa Śląskiej Kasy Chorych.

Po ca ta karta?

Teoretycznie wprowadzenie kart chipowych było logicznym posunięciem. Taką kartę miałby każdy ubezpieczony, dzięki niej od razu można byłoby sprawdzić, jakich porad i jakiego lekarza zasięgał oraz jakie leki mu przepisywano. System ten dyscyplinowałby lekarzy i pacjentów, przynosząc oszczędności. O tym, że karty chipowe to dobre rozwiązanie, mówiono już kilka lat temu.
Ale rzeczywistość zweryfikowała projekty. – Śląska Kasa zamierzała wydać na karty 21 mln zł – mówi Marek Opaśnik, rzecznik UNUZ. – Kupić je od prywatnej firmy. Jeśli każda z kas chciałaby wydać takie pieniądze, wydałyby w sumie ponad 300 mln zł – na wdrożenie systemu, który był już niepotrzebny i przestarzały po wprowadzeniu ustawy o podpisie elektronicznym.
Karty chipowe – jak pagery – były nowoczesnym rozwiązaniem przez kilka lat, ale ich czas minął, dziś o pacjencie można dowiedzieć się wszystkiego, wystukując w komputerze jego siedmiocyfrowy kod – argumentują przeciwnicy kart.
To najbardziej łagodny z zarzutów pod adresem Śląskiej Kasy Chorych. Eksperci, którzy nadesłali do UNUZ swoje opinie, wytaczają o wiele poważniejsze argumenty: system kart, który wprowadzono na Śląsku, nie likwidował biurokracji i wprowadzał więcej bałaganu niż porządku.
Po pierwsze, żeby taki system mógł skutecznie działać, powinny być spełnione dwa warunki: musi obejmować cały kraj, tak żeby mieszkaniec Katowic, który pojedzie nad morze, mógł tam skorzystać bez przeszkód z porad lekarza. Po drugie, powinien być jednolity – tzn. należy określić dane, które mają znajdować na karcie – powinny one pasować do wszystkich czytników.
Tymczasem te sprawy powoli wychodzą na jaw, karty chipowe wprowadzano wbrew oczywistym zasadom.

Infobiurokracja

– Jako pierwsza karty wprowadziła Podlaska Kasa Chorych – opowiada Marek Opaśnik. – Zamówiono ich 155 tys. I do dziś nie wiadomo, kto to zrobił i ile wydał pieniędzy. Karty przywieziono do Białegostoku i zaczęto rozdawać – ostatecznie rozdano 30 tys. Ale okazało się, że nie ma do nich czytników, mogły służyć jedynie jako wizytówki. Pozostałe 125 tys. włożono więc do metalowej szafy i zamknięto. Leżały tam przez rok. Dopiero my, wizytując Podlaską Kasę Chorych, dotarliśmy do nich.
Na Śląsku jest trochę lepiej, bo do kart zamówiono czytniki. Ale dalej mamy już biurokrację: w ZOZ, w rejestracji na podstawie karty system drukuje kupon, z którym pacjent idzie do gabinetu. Lekarz go wypełnia. Z tym kuponem pacjent wraca do rejestracji, gdzie recepcjonistka wpisuje dane do systemu. Poza tym oprogramowanie wymagane przez kasę do rozliczeń i czytania kart nie współpracuje z systemami komputerowymi do obsługi szpitala lub przychodni. Mamy zatem dwa systemy i konieczność podwójnego ręcznego wprowadzania tych samych danych: raz – w celu rozliczenia z kasą chorych, dwa – dla celów zarządzania szpitalem.
System od samego początku był mało udany. Dlaczego kasa zdecydowała się go wdrożyć, przeznaczając na to 22 mln zł?

Śląsk inaczej

W UNUZ zwracają uwagę na jeszcze jeden fakt. – W Ministerstwie Zdrowia zakładano, że system kart chipowych zostanie wprowadzony w całym kraju – opowiada Marek Opaśnik. – W Krajowym Związku Kas Chorych powołano komisję, która miała opracować standardy takiej karty – jakie dane powinna zawierać i do czego służyć. Ale zanim komisja zakończyła prace, inna komisja, na Śląsku, podjęła decyzję o zakupie kart, które miały inne parametry od tych projektowanych. Co ciekawe, w obu komisjach można było spotkać tych samych ludzi. Jak to wszystko wytłumaczyć?
Dodajmy jeszcze jeden fakt – na Śląsku gminy wcale nie paliły się do wydawania pieniędzy na karty chipowe. Jeszcze 1 czerwca (czyli 11 dni przed przetargiem) zastępca prezydenta Gliwic pisał do UNUZ, pytając, czy system kart magnetycznych zostanie wprowadzony w życie. „Wycofanie się z wprowadzenia w 2001 r. systemu informatycznego pozwoliłoby nam na wykorzystanie środków (740 tys. zł) na prowadzenie prac remontowych w placówkach służby zdrowia celem dostosowywania ich do wymagań inspekcji sanitarnej”, czytamy w piśmie.
Z systemu, jak wiemy, nie wycofano się. Pieniądze zostały wydane. Z kolei ogólnopolski standard kart został opracowany w październiku 2001 r. – kiedy już wiedziano, że tańszy jest system z podpisem elektronicznym i że Śląsk wydał na „swoje” karty – inne od tych, które powinny obowiązywać – przynajmniej 11 mln zł.
A w zasadzie więcej, bo do tej sumy trzeba dorzucić 2,5 mln zł, które kasa wydała na dystrybucję kart. Te pieniądze płacono z konta księgowanego jako „podstawowa opieka zdrowotna”.

O tyle mniej pieniędzy było na kontrakty z lekarzami, pielęgniarkami, na opiekę nad pacjentami.

 

Wydanie: 51/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy