Dzikie Pola…

Dzikie Pola…

Wiem, że tekst, do którego się zabieram, będzie subiektywny i może niesłuszny, ale trudno. Całe życie, od przedwojennych młodych lat, starałam się – w miarę możliwości – wyrażać to, co czuję i myślę. Tak już mam.

Historia bywa ironiczna, by nie rzec – przewrotna. I tak gdy politycy unijni pod polskim przewodnictwem kibicują Majdanowi, m.in. działającym tam Kozakom, ministrem spraw wewnętrznych III RP jest Bartłomiej Sienkiewicz, bezpośredni potomek autora „Ogniem i mieczem”. Jak wiadomo, jest to pierwsza część Trylogii, która dla pokoleń Polek i Polaków była (na ile jest?) biblią narodową. Czy muszę przypominać, jak nasz noblista przedstawił tam kozacką „czerń”? Swego rodzaju antytezą tego dzieła jest „Cichy Don” noblisty rosyjskiego, Szołochowa. Zaiste „dziwny jest ten świat”!

Jako była Podolanka wychowałam się wśród Ukraińców (zwanych do czasu Rusinami) i nie zaznałam od greckokatolickich współobywateli II RP żadnych krzywd – wręcz odwrotnie (o czym za chwilę). Piszę „greckokatolickich”, bo w tamtych stronach wyróżnikiem narodowości było wyznanie: rzymski katolik – Polak, grekokatolik – Ukrainiec. W nierzadkich małżeństwach mieszanych synowie przejmowali wyznanie ojców, córki – matek.

Pamiętam, jak w 1933 r. z okazji „okrągłej” rocznicy odsieczy wiedeńskiej w zaleszczyckiej szkole koleżanki Ukrainki płakały, bo nakazano im pójść tego dnia nie do cerkwi, tylko do kościoła. A my, „dumne” Polki, idiotki, śmiałyśmy się, że „płaczą nad Turkami”. Tak było.

Polska międzywojenna polityka w stosunku do mniejszości ukraińskiej była – oględnie mówiąc – wyjątkowo niemądra. Niezależnie od różnych szykan grekokatolików na siłę „nawracano”: grekokatolik nie mógł pełnić wyższych funkcji, nawet kierownika szkoły podstawowej, stąd zjawisko tzw. perekińczyków. Prawosławnych wśród nas nie było.

Moi śp. Rodzice na szczęście nie mieli żadnych uprzedzeń, ani etnicznych, ani innych. Dzięki temu partnera mego ojca chrzestnego – geja (skądinąd kuzyna) Mikołkę traktowano jak krewnego. Zresztą po wojnie okazał się on wyjątkowo lojalny wobec swego „pana” (występował jako służący), przyjechał z nim do Polski, pracował i zarabiał na obu, a po śmierci „pana” wystawił mu pomnik. Stąd wiem, że homoseksualne związki partnerskie bywają oparte na uczuciach, podobnie jak te hetero.

Moją pierwszą towarzyszką zabaw była Parasia, sierota z chłopskiej, ukraińskiej rodziny, zatrudniona przez Mamę, by zapewnić mi towarzystwo. Miałam co najwyżej osiem lat, gdy od Parasi usłyszałam: „Ty masz wszystko, a ja nic”. Zareagowałam emocjonalnie, poczułam dyskomfort psychiczny i od tego zaczęła się – naprawdę! – moja bezpartyjna, autentyczna lewicowość.

Niestety, Parasia miała szczególnego pecha, bo pod koniec II wojny, już jako mężatka i matka, zginęła od zbłąkanej kuli, nie wiem – radzieckiej czy niemieckiej. Jej teściowa była ukraińską nacjonalistką i powiadała, że nie chce, by jej w domu „Laszka syczała”… Zapewne nieobce jej było hasło Rizaty Lachiw!, które miało się zrealizować tak tragicznie nie tylko na Wołyniu.

Niemniej trzeba pamiętać, że nacjonalizm ukraiński (podobnie jak polski oraz inne) był skutkiem wielorakich okoliczności. Jeśli chodzi o aktualną zachodnią Ukrainę, w XIX w. istotne znaczenie miała polityka Austro-Węgier z naczelną zasadą Divide et impera, potem to, co działo się w II RP, a przedtem stosunki klasowe, gdy polscy latyfundyści wyzyskiwali ukraińskich chłopów, co tak rzetelnie ukazał francuski historyk Daniel Beauvois. Ciekawe, ilu polskich polityków z prezydentem na czele zaliczyło tę lekturę.

Nie wolno też zapominać, że naród ukraiński został dawno temu opuszczony przez własne elity, które bądź się rusyfikowały, bądź polonizowały. Wszak sławiony przez Sienkiewicza Jarema Wiśniowiecki wywodził się z Rusi. A Sapiehowie? A Szeptyccy? Dzieje tych ostatnich, zwłaszcza lwowskiego greckokatolickiego metropolity (w międzywojniu zwanego przez Polaków Szepetiuchem, skądinąd rodzonego wnuka Fredry), zasługiwałyby na rzetelne przypomnienie. Metropolita Szeptycki i jego brat, greckokatolicki zakonnik, zapisali się chlubnie jako Ukraino-Polacy czy Polako-Ukraińcy, którzy ratowali współobywateli trzeciej ważnej mniejszości galicyjskiej – Żydów, w tym tak zasłużonego dla Polski prof. Adama Daniela Rotfelda.

Ukraina (zwana przez polskich mościpanów Dzikimi Polami) etnicznie i kulturowo jest bliższa Rosji niż Europie Zachodniej, a już zwłaszcza Stanom Zjednoczonym. W tej chwili nikt nie wie, jakiego wyboru dokonają nasi wschodni sąsiedzi i jakie będą skutki takiej bądź innej decyzji.

Jak na utopistkę przystało, wierzę, że prędzej czy później wschodni bracia Słowianie, w porządku alfabetycznym: Białorusini, Rosjanie i Ukraińcy, spotkają się w Unii Europejskiej. Wszak „od zawsze” za Europę uznawano kontynent między Atlantykiem a Uralem. A swoją nazwę Europa zawdzięcza mitologii greckiej.

I oby tak złożone i trudne zaszłości historyczne nie przesłoniły nam tej „oczywistej oczywistości”.

Wydanie: 14/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy