Kandydat dezerterów

Kandydat dezerterów

Towarzystwo Ujazdowskiego, Rokity i Ziemkiewicza rzuca cień na prezydencki projekt Rafała Dutkiewicza

Rafała Dutkiewicza postrzegano dotąd jako przedmiot woli i wyobrażeń trzech zbiorowych podmiotów politycznych wrocławskiego mikrokosmosu: elektoratu, który dwukrotnie wybrał go na prezydenta Wrocławia; mediów, które dotychczas wystawiały mu najwyższe noty za jego pracę; a także jego politycznych mocodawców, którzy desygnowali go na to stanowisko.
Dzięki osobistym przymiotom Dutkiewicz wywiązał się z przepisanych mu zadań znakomicie. Ma dobre wykształcenie (filozofia na KUL, doktorat z logiki, stypendium zagraniczne), posługuje się biegle dwoma językami obcymi, jest niemiłosiernie pracowity, mimo osobistej niezależności finansowej jego uczciwości nikt nie kwestionuje, doskonale rozumie miasto, którym zarządza. Nade wszystko jest człowiekiem niespotykanej ogłady i kultury osobistej. Nie ma w nim medialnej bufonady, ostentacji ani politycznej drapieżności, a jeśli dodać do tego skromność w obyciu i uroczą nieśmiałość – bo Rafał Dutkiewicz jest człowiekiem niezwykle uroczym -otrzymamy wizerunek idealny. Galeria jego cech sprawia, że bez cienia wątpliwości nie ma on sobie równych ani w świecie polskich

przaśnych samorządowców,

ani, tym bardziej, w zbydlęconym świecie polskich polityków.
Mając takie przymioty, nie zawiódł pragnień ani wyobrażeń wyżej wymienionych podmiotów procesu demokratycznego. Wrocławianie chcieli w nim widzieć dobrego gospodarza – Dutkiewicz w pełni dorósł do ich oczekiwań i wyobrażeń. Spełnił oczekiwania polityków, którzy uznali, że w mieście, w którym dzięki niemu objęli władzę, będzie działał podług ich pragnień (ich treści w szczegółach wolę nie dociekać). Dorastał także do dziennikarskich wyobrażeń o nim. Dutkiewicz jest doskonałym wcieleniem wyobrażeń i woli niemal każdego z Wrocławian.
Jednak Rafał Dutkiewicz przestał się mieścić w modelu idealnego gospodarza, realizatora wrocławskich pragnień i wykonawcy woli swoich mocodawców. Problem wziął się stąd, że po sześciu latach morderczej pracy dla miasta przestał być wyłącznie przedmiotem cudzych pragnień i wyobrażeń. Stał się ich podmiotem. Zaczął formułować swoje pragnienia i własne wyobrażenia.
Jego deklaracja woli i własnych wyobrażeń, zawarta w artykule „Pragmatyczne marzenia” („Tygodnik Powszechny”, 23 marca 2008 r.), objęcie funkcji przewodniczącego rady programowej Stowarzyszenia „Dolny Śląsk XXI”, udział w portalu Polska XXI i dziennikarskie spekulacje na temat jego krajowej prezydentury wzbudziły nadzieje, ale także spory popłoch. Ogólnokrajowa aktywność Dutkiewicza wyzwoliła nerwowe reakcje polityków Platformy Obywatelskiej. Elektorat w tej sprawie na razie milczy, bo nie miał okazji się wypowiedzieć, ale milczy z aprobatą.
Nerwowa reakcja Platformy Obywatelskiej ma oczywiste źródło w tym, że Dutkiewicz nie tylko zerwał się ze smyczy pragnień i wyobrażeń, na których uwięzi miał potulnie chadzać, lecz dlatego, że ma on wszystkie walory wybitnego męża stanu, o których Donald Tusk nie może nawet marzyć.
W polityce polskiej rządzi zasada wzięta z przemysłu rozrywkowego, wedle której wokalista (frontman) prawie nigdy

nie jest liderem zespołu.

Dutkiewicz był dotąd frontmanem, który brał na siebie ciężar i odpowiedzialność wynikające z zarządzania Wrocławiem, ale liderem zespołu, który wziął go sobie za frontmana, był ktoś inny. Dopóki Dutkiewicz swoje zadania sumiennie, pracowicie i z dużą wyobraźnią realizował, nie stanowił problemu dla grupy, której się zdawało, że trzyma nad nim władzę, lecz był jej największym atutem.
Z pomocą mediów, niektórych polityków oraz elektoratu Rafał Dutkiewicz odkrył swoją siłę polityczną. Nie było to trudne. Jego aktywność, wiedza, wyobraźnia i doświadczenie dały mu liczne okazje do porównywania własnego potencjału z talentami innych polityków. Nie mógł więc nie zadać sobie pytania: „co właściwie upoważnia tych, którzy chcą mnie mieć wyłącznie za instrument realizacji ich woli, do takiego traktowania?”. To, co obserwujemy, jest skutkiem tego, że Dutkiewicz takie pytanie sobie zadał, a następnie na nie odpowiedział.
Wymienione cechy Dutkiewicza z pewnością rekomendują go do najwyższych stanowisk w państwie. Jeżeli uda mu się zrealizować jego pragmatyczne marzenia, to nie tylko Wrocławianie, ale cała Polska będzie z niego dumna.
Są jednak dwa problemy, które rzucają cień na projekt uczynienia zeń prezydenta RP. Pierwszy to towarzystwo, w jakie ostatnio wpadł. Składa się ono z Michała Ujazdowskiego, Jadwigi Staniszkis, Rafała Matyi i, przykro mówić, Jana Rokity oraz Rafała Ziemkiewicza. Drugi to powody, które go popchnęły akurat w to towarzystwo. W świetle publicznego wyobrażenia o Dutkiewiczu stowarzyszenie się z wymienionymi osobami, zwłaszcza Rokitą i Ziemkiewiczem, jest wielce niepokojącym dysonansem. Wygląda na to, że prezydent Wrocławia, który przerasta ich wszystkich o kilka klas, ma znacznie podlejsze wyobrażenie o sobie samym niż złakniony przyzwoitości elektorat, który go zdążył sobie wyobrazić jako znacznie bardziej przyzwoitego od Rokity, co nie wymagało szczególnego wysiłku, ale także od Ujazdowskiego, co też nie było trudne.
Jedynym politykiem, który mu do pewnego stopnia dorównuje, jest Jarosław Gowin. I tu dochodzimy do sedna sprawy: poglądów politycznych Dutkiewicza. W obliczu cywilizacyjnych zaniedbań wszystkich dotychczasowych ekip politycznych Rafał Dutkiewicz popadł w zrozumiałą niecierpliwość i zadeklarował się jako pragmatyczny marzyciel. Jego marzenia składają się niemal wyłącznie z dążeń modernizacyjnych, które częściowo zrealizowawszy w mikroskali, chciałby realizować w całym kraju. Pod tym względem z pewnością ma moje poparcie. Jeżeli jednak jego skojarzenie z Rokitą, Ujazdowskim, Ziemkiewiczem lub ewentualnie z Gowinem, który ostatnio dał się poznać jako spec od wyłącznie małżeńskiego in vitro,

traktować jako świadectwo

jego poglądów politycznych, obejmujących rozumienie problemów społecznych, ekonomicznych, prawnych i obyczajowych, to mój podziw i szacunek napotykają nieprzekraczalne granice.
Przed sześcioma laty wrocławski Sojusz Lewicy Demokratycznej upatrzył mnie sobie jako frontmana zespołu, którego liderem miał być ktoś inny. Po przykrych zmaganiach wycofałem się z walki wyborczej o stanowisko prezydenta Wrocławia, ponieważ, nie odmawiając sobie pewnych przymiotów, doskonale rozumiałem, że wpadłem w „złe towarzystwo” i że ani moi ówcześni polityczni mocodawcy, ani ich medialne postrzeganie nie stanowiły moich atutów, lecz poważne obciążenie.
Wtedy z ulgą powitałem zwycięstwo Rafała Dutkiewicza. Łączy mnie z nim nie tylko fakt, że byliśmy pracownikami tego samego instytutu, w którym studiował także nasz wspólny kolega Bogdan Zdrojewski, poprzedni prezydent Wrocławia, obecny minister kultury. Łączy nas także podobne rozumienie problemów naszego miasta, o czym niedawno korespondowaliśmy na łamach „Polskiej Gazety Wrocławskiej”. Udzieliłbym mu poparcia w przyszłości, pod warunkiem że przekonująco wyjaśni powody, które popchnęły go w to towarzystwo. Konduita tego grona bowiem jest powszechnie znana.
Wraz z proklamacją ruchu Polska XXI za plecami Rafała Dutkiewicza zaczną puchnąć szeregi zdegradowanych żołnierzy Kaczyńskiego i Tuska oraz dezerterzy z ich dywizji. To nie jest dobry prognostyk.

Autor jest profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego, znawcą filozofii polityki

 

Wydanie: 41/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy