Wpisy od Anna Wyrwik
Do Kalwarii Zebrzydowskiej po meble i odpust
Najwięcej pielgrzymów przybywa w Wielkim Tygodniu, w zeszłym roku ok. 170 tys.
Kalwaria to według Słownika Języka Polskiego „zespół kaplic lub kościołów rozmieszczonych na pagórkowatym (ale nie zawsze – przyp. AW) terenie, będących stacjami drogi krzyżowej” oraz „cierpienie lub okoliczności i miejsca z nim związane”.
– Słowo calvaria pochodzi z łaciny i oznacza, tak samo jak aramejska gulgoltâ i grecka golgota, czaszkę – tłumaczy dr hab. Elżbieta Bilska-Wodecka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorka książki „Kalwarie europejskie”. – Na wzgórzu Golgota, poza murami Jerozolimy, dokonywano egzekucji skazańców i tam został ukrzyżowany Jezus. Mit głosi, że na wzgórzu tym jest centrum świata i to tu znajduje się grób Adama. Krew Jezusa miała zatem zrosić czaszkę Adama i w ten sposób dokonać odkupienia grzechu pierworodnego.
Do drogi krzyżowej i odkupienia dojdziemy, a tymczasem Kalwaria Zebrzydowska to, jak mówią mieszkańcy, spokojne miejsce, gdzie wszystko jest blisko: sklepy, apteka, Wadowice i Kraków, ale tak szczerze – jak zauważa pracowniczka zakładu fotograficznego, która mieszka tu od dziecka – nie ma co robić, wieczorami to już w ogóle wszystko pozamykane, a i w dzień nic, jedynie spacerować.
Spaceruję więc po Kalwarii, przeszło czterotysięcznym miasteczku w województwie małopolskim, u podnóża góry Żar, nad rzeką Cedron. Idę ulicą 3 Maja, gdzie stare chaty stoją obok nowszych domów, a przed jednym z nich na ławce siedzą sąsiedzi, Danuta i Andrzej. On trzyma laskę w ręce, ona swoją oparła o ławkę, klucz od domu ma – w starym stylu – zawieszony na szyi.
– Dużo się zmieniło – przekonuje Andrzej, który Kalwarię pamięta jeszcze z lat 60., gdy biegał po niej jako mały chłopiec. – Przedtem było więcej chat takich jak ta – pokazuje białą tuż obok. – Potem inne się pobudowały. Wcześniej domy były drewniane. Wkoło rynku też stały chaty.
Dziś domy są z betonu, a na środku rynku stoi wyprostowany, dumnie wsparty na szabli Mikołaj Zebrzydowski. Mieszkańcy ufundowali mu ten pomnik, bo on w XVII w., jako wojewoda krakowski, ufundował im tu pierwszą w Polsce kalwarię. Dziś drogi są w niej asfaltowe, ale kiedyś, jak wspominają Danuta i Andrzej, były szutrowe.
– I wszędzie stolarze byli – mówi Danuta.
– Robiło się proste meble, stoły, krzesła, szafy, nie takie wymyślne rzeczy jak teraz – dodaje Andrzej.
Danuta w zakładzie meblarskim przepracowała 30 lat. Lakierowała, a to szkodliwy element tej pracy. Andrzej zaś robił meble – co było akurat modne, kredensy, witryny, potem meblościanki, a następnie zajął się renowacją antyków.
Spaceruję po Kalwarii i te meble są wszędzie. Z kimkolwiek rozmawiam, pracuje w branży meblarskiej albo ktoś z jego rodziny jest w niej zatrudniony. Gdziekolwiek popatrzę, widzę reklamy zakładów meblarskich, są „meble”, „akcesoria meblowe”, „kuchnie”, „meble tapicerowane”, „łóżka i materace”, mogłabym od stanu deweloperskiego do końca tu dom urządzić, bo są też zasłony i firanki, mogłabym i agroturystykę urządzić, bo są nawet jacuzzi i sauny ogrodowe oraz modne dziś banie.
Na tym koniu jedziemy, że rzeczy niszowe wykonujemy
Jeśli jechać do Kalwarii Zebrzydowskiej, to po meble. Pierwsze wzmianki o tutejszych stolarzach pochodzą z końca XVIII w. Pierwsza Parowa Fabryka Mebli to koniec wieku XIX. A 1920 r. to data powstania zakładu stolarskiego Ludwika Wypióra.
– Gdy wracałem ze szkoły, nie wchodziłem do domu, tylko od razu tam szedłem – mówi Janusz Wypiór, wnuk Ludwika i obecny właściciel warsztatu. Jednego z ponad 200 stolarskich w Kalwarii.
Warsztat jest przy domu. Właściciel chodzi w połatanych dżinsach, ma czerwone policzki i radość w oczach, gdy rozmawia o pracy. Fach ma w ręku po wieloletnim przyuczaniu się w rodzinnym warsztacie i po nauce w znanym kalwaryjskim Zespole Szkół im. KEN. Ale także zapisany w genach, bo nie tylko dziadek Ludwik był stolarzem, ale i drugi dziadek oraz ojciec Stanisław.
– Produkowało się meble i w dużej części sprzedawało do Krakowa – opowiada Janusz. – Dziadek woził meble wozem. Gdy powstała kolej, każdy chciał mieszkać blisko stacji. Tata wybudował koło niej dom, więc wystarczyło tylko szafę zanieść do pociągu.
W warsztacie Wypiórów – bo jest nie tylko Janusz, ale również jego synowie i córka – leżą deski, narzędzia, słychać piłę i stukanie. Na środku stoi wielki regał na książki, który właśnie robią na zamówienie.
– Meble z Kalwarii cechuje trwałość i solidność – podkreśla Janusz. – Na tym koniu jedziemy, że rzeczy niszowe wykonujemy. Fabrykant tego nie zrobi. My wychodzimy naprzeciw klientom i robimy, co chcą, detale, rzeźby. U nas wszystko można wybrać, od frezika do guzika. Wszystko można dopasować.
Warsztat Janusza
Tam, gdzie zawsze wygrywa PiS
Ktokolwiek by wygrał, wojna polsko-polska będzie trwać
Podlasie miesza się tu z Mazowszem, drewniane chaty z domami z pustaków i oborami z cegieł, błoto i trawa z betonozą, a cerkwie z kościołami. Im dalej na północ, tym cerkwi mniej, im dalej na zachód od powiatu hajnowskiego, tym mniej Podlasia, a więcej Mazowsza.
Znajdujemy się w powiatach: bielskim, wysokomazowieckim i łomżyńskim, w gminach: Brańsk, Klukowo, Kulesze Kościelne, Kobylin-Borzymy, Przytuły. Ludzie tu, gdy się ich pyta o politykę, mówią, że mówić nie chcą, ale i tak mówią i się rozgadują. Na koniec mówią, że chcą być anonimowi. Ci, którzy chcą być anonimowi w wymiarze lokalnym (bez imienia i nazwiska), mieszają się z tymi, którzy chcą być anonimowi w wymiarze globalnym (bez nazwy miejscowości albo i powiatu). Uszanujmy więc te prośby. Zbierzmy ich opinie o Polsce i polityce i niech wygłoszą je anonimowe Wyborczynie i anonimowi Wyborcy. Wsiadamy z nimi do samochodu i jedziemy w trasę po gminach, które łączy bliskość geograficzna i ideologiczna, bo wszędzie tu od lat wygrywa Prawo i Sprawiedliwość.
Jego przemówienia są płomienne, konkrety są w tych przemówieniach
W drodze do Brańska zerknijmy do statystyk. W każdej odwiedzanej przez nas gminie w wyborach parlamentarnych w 2023 r. PiS miało ponad 70% głosów, Koalicja Obywatelska poniżej 6% (tylko w jednej przekroczyła próg wyborczy), Konfederacja powyżej 8%, a Lewica poniżej 2%. W 2020 r. Andrzej Duda wszędzie tu zdobył powyżej 80% głosów i wszystkie gminy znalazły się w pierwszej dziesiątce jego najlepszych gminnych wyników.
Rafał Trzaskowski w każdej miał poniżej 4% głosów, a Krzysztof Bosak – powyżej 5%.
W samochodzie wygłaszane są trzy pewniki. Po pierwsze, wygra Karol Nawrocki. Jedziemy przez Brańsk i większość pasażerów nie ma wątpliwości. Za oknem plakaty wyborcze kandydata obywatelskiego mieszają się z plakatami i bilbordami reklamowymi, z przewagą tych drugich. Nawrocki wisi między reklamami nasion, żwirowni i tartaków, wisi na domach, przy rondach, obok szkół, na płotach i ogrodzeniach, obok sprzedaży betonu wisi i obok autoserwisów oraz wynajmu minikoparek.
– Nasze strony są prawicowe i katolickie – mówi Wyborca. – Jest trochę lewicowych, ale ja ich wyczuwam.
– Jak? – pytam.
– W dyskusji. Od razu się czuje, gdy człowiek nie jest po naszej stronie.
Naszej, czyli za Karolem Nawrockim, kandydatem jedynym, prawicowym; normalnym i prawdziwym Polakiem, który o Polskę dba, a jego przemówienia są płomienne, konkrety są w tych przemówieniach.
Są konkrety dotyczące polityki zagranicznej. Nawrocki będzie trzymał ze Stanami Zjednoczonymi, bo Donald Trump jest naszym przyjacielem, podczas gdy na Francję czy Niemcy nie ma co liczyć. Są konkrety dotyczące uchodźców. Nawrocki zrobi z nimi porządek. W samochodzie więcej niż o granicy polsko-białoruskiej, do której z Brańska jest ok. 80 km, mówi się o granicy polsko-niemieckiej, do której jest ok. 630 km.
– Wie pani, my tutaj oglądamy Republikę. W co drugim domu jest Republika – opowiada Wyborczyni.
– I co tam mówią?
– Same normalne rzeczy, prawdziwe, o których inne telewizje nie powiedzą. O wszystkim mówią, np. o tym proteście w Zgorzelcu. Czy inne telewizje to pokazały?
W ostatnich dniach TV Republika zaprezentowała materiał ze Zgorzelca. Można go obejrzeć na stronie internetowej stacji – Robert Bąkiewicz, podpisany jako „szef Rot Marszu Niepodległości i partii Niepodległość”, przemawia podczas „protestu przeciwko przerzucaniu przez polsko-niemiecką granicę migrantów z Niemiec”.
– Niemcy największe gówno nam tu przywożą! – żołądkuje się Wyborczyni. – Trzeba bronić. Tam też by się mur przydał.
Sytuacja w Polsce jest przez większość pasażerów uznawana za złą.
– Bardzo źle się dzieje – podkreśla Wyborca.
– Co konkretnie?
– Sprzedają Polskę. Pani dziennikarka i pani nie wie?
– A komu?
– Przyjaciołom z Zachodu – a „przyjaciołom” mówi tak, że gdyby znał gest brania w cudzysłów, toby go zrobił.
Sprzedają polskie lasy, sprzedają polski przemysł, wszystko sprzedają za granicę. Temu, kto da więcej. To, co polskie, jest spychane, polskie małe sklepy są zamykane kosztem zagranicznych marketów, podczas gdy o Polskę powinno się dbać jak
Pogranicze – świat kryzysu humanitarnego
Zapora nic nie dała. Uchodźcy lewarkiem czy czymś tam robią sobie wyrwę i przechodzą
Mielnik
– Na początku był szał, bo telewizja przyjechała. Znajomi z innych stron Polski dzwonili do nas i pytali, co się dzieje, a my siedzieliśmy w pracy niczego nieświadomi – mówi dwudziestoparoletnia mieszkanka Mielnika. – Z tydzień ludzie to przeżywali, a potem ucichło i zapomnieli.
Mielnik leży w powiecie siemiatyckim, niedaleko granicy z Białorusią. Jest tu sporo pagórków, drewnianych domów, krzyż, kapliczka, kościół, cerkiew, ośrodek kultury, kopalnia kredy, nowy park z flagą Polski i wojskowe koszary.
1 stycznia pijany żołnierz strzelał w Mielniku do cywilów. Pytam mieszkańców o związki żołnierzy z alkoholem. – Ja się nie spotkałem z tym, by żołnierze pili – zastrzega się mężczyzna w mleczno-peerelowskim barze.
– Nie można wszystkich do jednego wora wrzucać. Jednostkowy przypadek – mówi kobieta idąca drogą z małą dziewczynką.
– Bała się pani?
– Nie.
– Ja się bałam – mówi dziewczynka.
Czeremcha
Jest marzec 2025 r. Jeżdżę po pograniczu polsko-białoruskim, by dowiedzieć się, co sądzą mieszkańcy trzy miesiące po wydarzeniu w Mielniku i trzy i pół roku po tym, jak w sierpniu 2021 r. w Usnarzu Górnym uchodźcy zostali zatrzymani przez Straż Graniczną, co zapoczątkowało kryzys.
2 września 2021 r. tereny znajdujące się w odległości do 15 km od granicy stały się obszarem objętym stanem wyjątkowym, a 1 grudnia 2021 r. obszarem z zakazem przebywania. 1 lipca 2022 r. strefa została zniesiona. Przywrócono ją na terenach leżących 200 m od granicy 13 czerwca 2024 r. i potem przedłużano jej obowiązywanie trzykrotnie, ostatnio 10 marca – na kolejne 90 dni. Organizacje pozarządowe z Helsińską Fundacją Praw Człowieka na czele od początku protestują w sprawie stref, dowodząc, że są one wprowadzane na podstawie przepisów rządu PiS, uznanych za niekonstytucyjne.
– Myślę, że na początku strefa coś dawała – zastanawia się dwudziestoparolatka z Mielnika. – Choć wkurzające było legitymowanie przez policję, nawet gdy wyjeżdżałam z własnego podwórka. Stali akurat koło mojego domu, więc ciągle byłam sprawdzana. Teraz nikogo nie widać.
Mówi, że ludzie na Podlasiu już się przyzwyczaili do sytuacji. Jeżdżąc przy granicy, słowo przyzwyczajenie usłyszę jeszcze kilka razy. Jak również to, że żołnierze inaczej się zachowują. Wcześniej mieszkańcy opowiadali o zakupach alkoholowych, piwach w restauracjach i butelkach leżących w leśnych rowach. A jak jest dziś?
– Od stycznia mają chyba nacisk na niewychodzenie i w ogóle się już nie pojawiają, nad czym bardzo ubolewamy – przyznaje Paulina, współwłaścicielka pubu 3K w Czeremsze. – To byłby dla nas pieniądz. Tyle że w zasadzie oni tu przyjechali na służbę, a nie pić. Dowozimy im pizzę na zamówienie.
– W wojsku nie ma tolerancji dla spożywania i posiadania alkoholu podczas wykonywania obowiązków służbowych – mówi rzecznik Zgrupowania Zadaniowego Podlasie mjr Błażej Łukaszewski. Wspomina o szkoleniach profilaktycznych i wyrywkowych kontrolach stanu trzeźwości. – Spożywanie lub posiadanie alkoholu podczas wykonywania obowiązków służbowych wiąże się z surowymi konsekwencjami, z wydaleniem ze służby włącznie – dodaje.
Łukaszewski zaznacza, że kierowcy pojazdów wojskowych podlegają tym samym przepisom ruchu drogowego, co cywile. Zgłoszenia dotyczące nieodpowiedzialnej jazdy są analizowane, a w przypadkach stwierdzenia naruszeń
Miasto z potencjałem
W Sosnowcu jest wszystko, czego trzeba. Nie ma co narzekać. Trzeba zacząć od siebie, wyjść z domu i działać
– Proszę obejrzeć – Małgorzata Malinowska-Klimek podaje mi katalog „30 lat Galerii Extravagance 1922-2022”. Przewracam strony. Grafiki, obrazy, fotografie, w tym ta: parasolka w niebieskim kółku, wiosenna zieleń, budynek z napisem „Mięso & Wędliny”, pomarańczowe postacie, szyld „Stadion Zima”, kolorowe budynki, postać w różowych konturach, samochody i neon z napisem „Zagłębie Sosnow…”. Przed obrazem stoi mężczyzna, a tytuł fotografii brzmi: „Michał Minor, artysta przy pracy nad obrazem »Coś dla duszy i ciała« realizowanym w czasie trwania ekspozycji w Galerii Extravagance”. Obraz jak to miasto, jak Sosnowiec.
Turbokapitalizm i postnowoczesność
Leży w centrum Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego, w Zagłębiu Dąbrowskim, historycznie, w większości, w Małopolsce. Wjeżdżając od strony Dąbrowy Górniczej, widzi się Zagłębiowski Park Sportowy, stadion, Stok Narciarski Środula. Przez środek dwupasmówki ciągną się tory tramwajowe, nad nią wisi kanciasta kładka dla pieszych z graffiti „Zagłębie Sosnowiec”. Po lewej stoi blok pokryty sidingiem, po prawej pałac Oskara Schöna, po lewej socjalistyczne wyobrażenie Le Corbusiera, po prawej nowy apartamentowiec, a na horyzoncie klasyk regionu – osiedle z wielkiej płyty.
– Nie wszystkie miasta są tak ładne, bo jednorodne stylistycznie, jak starówka Krakowa czy Gdańska – mówi Małgorzata. – Większość jest podobna do Sosnowca, bo tu socjalistyczny dom handlowy, tam secesyjna kamienica, a dalej jeszcze postmodernizm. Przez te nieskoordynowane zabudowania brakuje jednorodności.
Socmodernistyczne budynki z odłażącym tynkiem stoją obok odrestaurowanych XIX-wiecznych kamienic, a między nimi wepchnięte są plomby. Szyldy dzielą się na turbokapitalizm spod znaku lombard, xero, GSM i na postnowoczesność: handmade, concept, rzemieślnicza. Jak Piekarnia Rzemieślnicza 24 h przy „Patelni”, czyli placu Stulecia, na którym teraz starszy mężczyzna gra na saksofonie Franka Sinatrę. Ludzie chodzą, siedzą na ławkach, rozmawiają, a na rytm miasta łypie z pomnika Jan Kiepura. Łypie na miszmasz, w którym jest jakaś metoda, „coś dla duszy i ciała”. Bo może nie jest pięknie, ale pomysłowo, nawet jeśli są to pomysły przywiezione z Warszawy, Krakowa, Berlina czy Chicago.
– Chcieliśmy stworzyć miejsce, w którym goście mogą się przenieść do Ameryki lat 60., zostawiając problemy za drzwiami – tłumaczy Jacek Gajek, współwłaściciel restauracji Chicago. Siedzimy na czerwonej kanapie przy stoliku nakrytym obrusem w biało-czerwoną kratkę. Podłoga w szachownicę przypomina tę z barów przy Route 66. W kuchni smażą się amerykańskie steki i burgery, z nalewaków płynie irlandzki stout. Jest whiskey i specjalnie wyprodukowane przez zawierciański browar piwo Chicago. Bo Jacek jest z Zawiercia, gdzie otworzyli pierwsze Chicago. Tu jest drugie. – Sosnowiec się rozwija, remontuje. Małachowskiego wygląda teraz super!
O wyremontowanym odcinku ulicy Stanisława Małachowskiego mówią w całym mieście. Deptak oddzielają szlabany, a przejeżdżający środkiem tramwaj obserwują goście knajpianych ogródków w boksach postawionych przez miasto po obu stronach toru. Jest klub, pub, szisza, tapasy, kawiarnie, modny bar Księgarnia i Chicago.
– Pamiętam, gdy Katowice były brzydkie, szare i smutne, a teraz są nie do poznania – cieszy się Jacek. – Podobnie dzieje się z Sosnowcem. Miasto z potencjałem. Dziś ludzie z Zawiercia jeżdżą nie do Katowic, tylko tutaj.
Tu dzieje się magia
Niektórzy narzekają na swoje miasto, że jest szare, zaniedbane i, jak ktoś podsumował, „k… smutne”. Ludzie mówią, że mało jest tu młodych. Według danych GUS z 30 czerwca 2024 r. w Sosnowcu mieszka ok. 186 tys. osób. Najmniej od lat. W roku 1977 liczba mieszkańców przekroczyła 200 tys., w latach 80. i w pierwszej połowie 90. osiągała 250 tys., ale potem spadła, by w 2019 r. wrócić do poziomu poniżej 200 tys. Odtąd spada regularnie. Na mieście słyszę jednak nie tylko o tych, którzy z Sosnowca wyjechali, ale i o tych, którzy przeprowadzają się tu z innych miast albo wracają. Bo widzą zmiany.
Wiele tutejszych podwórek to ekspresjonizm pierwszej klasy. Stare szyldy, nowe graffiti, gruchoty na francuskich i niemieckich blachach pod tablicami „Mechanik” albo dzikie parkingi z kałużami w dziurach. Na jednym z nich dwóch mężczyzn próbuje wypchnąć samochód spomiędzy
Mentzen na Podkarpaciu
Wyborcy PiS pójdą za Mentzenem. Moja babcia w pierwszej turze będzie głosować na niego
„Tu jest Polska i to oni mają się dostosować do nas, a nie my do nich!”, mówił ze sceny Sławomir Mentzen. Było o Zielonym Ładzie i „niech mi przyjdzie jakiś lewak i powie, że wszystkie kultury są takie same”, była „silna, bogata Polska”, a w tłumie nadzieja. Były „dwie płcie” z przewagą jednej, MAGA i dużo młodzieży z energią i energetykami. Usiądźcie wygodnie w fotelu. Gotowi? Jedziemy do Kolbuszowej.
Uproszczenie podatków przede wszystkim
Rynkiem w Kolbuszowej, dziewięciotysięcznym miasteczku na Podkarpaciu, rządzi krokodyl. Legendarny magnat Sanguszko sprowadził tu ponoć kiedyś z Egiptu krokodyla, który wprawdzie nie zniósł warunków w lokalnej rzece Nil, ale zainspirował władze do stawiania w mieście figurek krokodyli. Największa stoi na rynku, rozdziawia paszczę i łypie na gromadzący się tłum.
Samochody zjeżdżają się z całego Podkarpacia. Na rynek ciągną młode chłopaki. Adidasy, czarne spodnie, puchowe kurtki, pierwszy zarost, młodzieńczy trądzik, zapał, energia, a w dłoniach energetyki.
– Pierwszy raz głosujecie? – pytam Kubę i Patryka, którzy siedzą na ławce.
– Nie, drugi. Głosowaliśmy już w parlamentarnych. Przyjechaliśmy posłuchać.
Mają po 20 lat i pewność, że młodzi zagłosują na Sławomira Mentzena, bo świeżość działa.
– Na Mentzena będą głosować głównie młodzi przedsiębiorcy. Mnie się podobają jego poglądy gospodarcze. Uproszczenie podatków przede wszystkim.
– To polepszy sytuację w Polsce? – dopytuję.
– Ciężko stwierdzić, przekonamy się.
– A co sądzicie o prawie do posiadania broni?
– OK, ale nie za bardzo, żeby nie było jak w Teksasie.
Temat Ameryki pojawi się dziś niejeden raz.
Z synem przyjechaliśmy, bo koniecznie chciał to zobaczyć
Ludzi jest coraz więcej i to nie tylko palące po murkach i ławkach chłopaki, ale także dziewczyny.
– Raczej zagłosuję na Mentzena – przyznaje Gabriela.
Ma jasne włosy, jasną kurtkę i uważa, że lewicowe kwestie, takie jak prawo do aborcji, nie są istotne w wyborach, bo ważniejsze jest zmniejszenie podatków i cen prądu.
– Wszyscy wiemy, ile się zarabia w Polsce. Płacenie 2 tys. zł za prąd to duży problem.
– Płacisz 2 tys. zł za prąd? – pytam.
– Nie. Ja akurat mam fotowoltaikę i pompę ciepła.
Mówi też o imigrantach.
– Zależy, jak to rozumiemy. Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy szukają schronienia w Polsce. Jeśli ktoś ucieka, rozumiem to. Ale Polska nie ma być tranzytem między Ukrainą i Niemcami. Poza tym po co jest ten głupi NFZ? Polacy tyle czekają i tyle składek płacą, a nic z tego nie mają, bo i tak trzeba iść prywatnie i zapłacić.
Jeśli nie wiecie, co ma wspólnego NFZ z imigrantami
Żeby nie jeździć na Podhale
Ludzie się dziwią, gdy mówię, że w Bytomiu jest stok narciarski
– Inicjatywa super! – mówi Andrzej.
– A czemu nie w góry? – pytam.
– Cena – odpowiada Maja.
– W góry jest daleko, a na Zakopiance długo stoi się w korkach.
– Tak, stok w mieście to dobry pomysł. Jest gdzie wyjść w weekend.
Maja i Andrzej przyjechali z Częstochowy. Są tu pierwszy raz. Ona uczy się jeździć na nartach. On uczyć się nie musi, bo jeździ od dziecka, więc ocenia okiem fachowca: – Miejsce bardzo okej. Jest blisko parking, a to duży atut. Zobaczymy, jak będzie się jeździło, bo to najważniejsze. Dla mnie ten stok to może nie za bardzo, bo w górach jest jednak większe nachylenie, ale do nauki warunki są idealne.
Według największego w Europie portalu dla narciarzy Bergfex w Polsce mamy 180 ośrodków narciarskich. Najwięcej w województwie małopolskim – 70. Śląskie zajmuje drugie miejsce z liczbą 37. Następnie są Podkarpackie – 22 i Dolnośląskie – 20. Poza najlepszymi miejscami do jeżdżenia, takimi jak Białka Tatrzańska, Zieleniec, Czarna Góra czy Szczyrk, są miejsca nieoczywiste. Mamy Stację Narciarską Rybno w województwie podlaskim, koło Łomży, a blisko Mrągowa Górę Czterech Wiatrów – zjeżdżając z niej, można patrzeć na jezioro Czos. Są jeszcze Stacja Narciarska Łysa Góra w Sopocie, Stok Narciarski Parchatka między Lublinem a Radomiem czy ośrodek Kurza Góra Ski & Bike Park w Kurzętniku, w województwie warmińsko-mazurskim, gdzie działają trzy trasy narciarskie, w tym najdłuższa, 900-metrowa, oraz wyciągi krzesełkowe.
I mamy Sport Dolinę Bytom.
– Potocznie nazywamy to miejsce Czomolungma od tybetańskiej nazwy Mount Everestu. To taka nasza góra gór. Ośrodek powstał w początkach XXI w., potem upadł i nowi właściciele uratowali go w 2018 r. Pomysł polega na tym, by ludzie z aglomeracji śląsko-zagłębiowskiej nie musieli jeździć do Wisły czy na Podhale, ale mogli złapać narciarskiego bakcyla tu, na miejscu – mówi Maciej Kurylas, instruktor narciarstwa.
Maciek ma krótkie, rude włosy, dłuższą bródkę i tony energii. Jest nauczycielem WF. W 2016 r. z żoną Anną założyli Platformę Zdrowia i Aktywności „Rusz Tyłek”. W ramach niej organizują obozy i półkolonie dla dzieci i młodzieży latem i zimą, a te zimą łączą ze szkółką narciarską. Od 2019 r. prowadzą ją w Sport Dolinie Bytom. – Organizujemy zajęcia indywidualne i grupowe – wylicza Maciek. – W tygodniu prowadzimy też półkolonie i zajęcia dla grup z przedszkoli, szkół i domów dziecka.
Sport Dolina Bytom ma dwie trasy zjazdowe, ta główna z dwoma wyciągami talerzykowymi mierzy 350 m. Można zjeżdżać na nartach, na snowboardzie i na sankach po specjalnie do tego przeznaczonym torze, po sztucznym śniegu.
– W naszej strefie klimatycznej opady śniegu są coraz mniejsze. Dlatego wytwarzamy go za pomocą armatek śnieżnych, dzięki czemu zapewniamy narciarzom idealne warunki. Pomaga nam położenie ośrodka w dolinie, bo skutkuje to niższymi temperaturami niż w okolicy – wyjaśnia Maciek.
Sztuczny śnieg od lat jest stosowany w górach na całym świecie, bo nie tylko u nas opady są coraz mniejsze. Posiłkują się nim też właściciele ośrodków narciarskich we francuskich, austriackich czy szwajcarskich Alpach. – Gdy ludzie nie widzą śniegu za oknem, wydaje im się, że go tu nie ma. Pracujemy nad tym
Radgoszcz szykuje się do wyborów
Gdyby Andrzej Duda startował po raz trzeci, pewnie znów w Radgoszczy miałby rekord poparcia. A tak ludzie trochę się wahają. Większość popiera PiS
– Dla mnie to jedyny człowiek, który godnie reprezentuje nasz kraj – mówi o prezydencie Andrzeju Dudzie jedna z mieszkanek gminy Radgoszcz w Małopolsce. Gdyby startował po raz trzeci, pewnie znowu osiągnąłby tu rekordowe poparcie. Ale nie startuje, więc radgoszczanki i radgoszczanie trochę się wahają. Większość od lat popiera Prawo i Sprawiedliwość, ale Karola Nawrockiego nie kojarzą. Może więc Sławomir Mentzen? A może w ogóle nie pójdą głosować, bo nie ma na kogo i mają już dość? Pojechałam do Radgoszczy, by porozmawiać o zbliżających się wyborach prezydenckich.
Nawrocki? „Nie kojarzę go za bardzo, ale z wypowiedzi nie jest taki najgorszy”
– Dlaczego ludzie tutaj głosują na PiS?
– Bo tutaj jest bardziej konserwatywny rejon – Tomek (imię zmienione) wzrusza ramionami. – Podkarpacie, Małopolska, tu ludzie zawsze bardziej na PiS.
Tomek ma około trzydziestki albo czterdziestki, ciemne spodnie, ciemną bluzę, ciemną kurtkę, włosy też ciemne, a do tego łagodny uśmiech. Stoimy przy głównej drodze we wsi Luszowice. Samochody nas mijają, deszcz na nas kropi, a Tomek tłumaczy:
– Idealny prezydent powinien troszczyć się o interesy Polski i Polaków. I mężczyzna raczej.
– Dlaczego nie kobieta? – pytam.
– Nie wiem, jakoś tak władcy zawsze byli…
– A caryca Katarzyna?
– To coś innego.
– A Kleopatra?
– To już inna część świata.
Tomek nie chce powiedzieć, na kogo głosował w poprzednich wyborach, ale domyślam się z rozmowy. I ze statystyk.
Luszowice to jedna z wsi gminy Radgoszcz, leżącej na północno-wschodnich krańcach województwa małopolskiego, w powiecie dąbrowskim. Z Krakowa jedzie się A4 na Tarnów i z Tarnowa jeszcze jakieś pół godziny, razem maksymalnie półtorej, gdy nie ma korków. W wyborach prezydenckich w 2020 r. w gminie Radgoszcz Andrzej Duda zdobył 80,07% głosów. Jeśli chodzi o gminy, był to jego najlepszy wynik w Małopolsce i 15. w kraju.
– Andrzejowi Dudzie nie mam nic do zarzucenia – ocenia Tomek. – Jest bardzo propolski.
– Gdyby startował po raz trzeci, głosowałby pan na niego?
– Tak.
– A jak się panu podoba obecny kandydat PiS Karol Nawrocki?
– Nie kojarzę go za bardzo, ale z wypowiedzi nie jest taki najgorszy.
– Byłby dobrym prezydentem?
– Myślę, że tak.
– Wystarczająco propolskim?
– Jak dla mnie – tak.
Jednak Tomek, podobnie jak wiele osób z Radgoszczy, wciąż nie jest pewien, na kogo odda głos 18 maja w pierwszej turze wyborów. Prócz Nawrockiego rozważa kandydaturę Sławomira Mentzena z Konfederacji i Marka Jakubiaka z Wolnych Republikanów. Na pewno będzie to kandydat ze środowiska konserwatywnego. Dla Tomka religia jest ważna. Katolicka. Mówi, że ta religia u nas dominuje, więc lepiej, by i prezydent był katolikiem.
– A zna pan w Radgoszczy kogoś, kto głosuje na PO?
– Nie – uśmiecha się. – Tu jest zagłębie PiS. Konserwatywne.
Mentzen? „Umie tak dołożyć, tak dowalić, że wow!”
„Unia Tarnów” na przystanku, traktor przy drodze, wjeżdżający z podporządkowanej polonez na jeszcze czarnych blachach TAO, bo kiedyś było tu województwo tarnowskie, siatkowe ogrodzenia i deszcz. Taką drogą jedzie się do gminy Radgoszcz, gdy już się zjedzie z A4. Momentami jest tak wąsko, że mijające się samochody muszą mocno zwolnić. Powietrze jest przejrzyste, ostre, a poglądy konserwatywne, jak mówi Tomek.
W wyborach parlamentarnych w 2019 r. PiS zgarnęło w Radgoszczy 80,28% głosów. Z pozostałych partii liczyło się tylko PSL (9,47%). PO poległa (3,09%). W 2023 r. PiS miało
Najważniejsza jest weryfikacja
Fake news ma imitować informację prawdziwą. Może być tworzony w różnych celach, głównie politycznych
Marcel Kiełtyka – członek zarządu, dyrektor ds. komunikacji i PR w Stowarzyszeniu Demagog
Czym zajmuje się Stowarzyszenie Demagog?
– Demagog to powstała w 2014 r. pierwsza polska organizacja fact-checkingowa, czyli taka, która zajmuje się weryfikowaniem informacji. Naszą misją jest – mówiąc górnolotnie – podnoszenie poziomu debaty publicznej i edukacja społeczna.
Czym jest fake news?
– Nieprawdziwą informacją, która ma imitować informację prawdziwą. Może być tworzony w różnych celach, przede wszystkim politycznych. Zresztą sami politycy często używają tego określenia. Zyskało ono popularność podczas kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa w 2015 r., a potem wielu polityków zaczęło go używać do walki politycznej. Ale fake newsy tworzone są również na potrzeby zarobku. Mamy wysyp różnego rodzaju oszustw internetowych, które bazują na fałszywych informacjach.
Warto rozróżnić pojęcia fake news i dezinformacja. Dezinformacja jest jednym z trzech rodzajów zaburzeń informacyjnych. To celowo sfabrykowana, fałszywa informacja, służąca konkretnym celom. Fake news jest zatem narzędziem dezinformacji. Drugim zaburzeniem informacyjnym jest misinformacja (misinformation), czyli rozpowszechnianie fałszywych informacji, ale niezamierzone, spowodowane brakiem weryfikacji faktów. Z misinformacją mamy dziś do czynienia bardzo często. Trzecie zaburzenie to malinformacja (malinformation) – informacja oparta na prawdziwej, ale rozpowszechniana w celu wyrządzenia komuś krzywdy.
Jak przebiega proces weryfikowania faktów?
– W świecie kultury obrazkowej wiele dezinformacji podawanych jest w formie zdjęć i filmów. Są na nowo kadrowane, inaczej opisywane, wycinane i umieszczane w nowych kontekstach. Dzieje się tak szczególnie w przypadku informacji dotyczących wojen i kryzysów. Ich weryfikacja może być bardzo prosta – czasem wystarczy je wrzucić do wyszukiwarki Google i przejrzeć kilka stron, by znaleźć pierwotne wersje w oryginalnym kontekście. Można też znaleźć informacje o poprzednich dezinformacjach, bo bywa, że dezinformacje wracają. Tak było ze słynnym filmikiem, na którym mężczyzna otworzył od środka worek na zwłoki i zapalił papierosa. Filmik umieszczano w kontekście pandemii COVID-19 czy wojny w Ukrainie, a jest to po prostu nagranie z planu teledysku.
Dość skomplikowana jest weryfikacja słów. Gdy informacja jest fałszywa, to stosunkowo proste. Gorzej z wypowiedziami zawierającymi słowa zwane przez nas wytrychami, np. około czy mniej więcej. Najgorzej jest z opiniami, bo przecież one są w ogóle nieweryfikowalne. W podobnych przypadkach staramy się w ramach analizy opisać dany temat, aby pokazać czytelnikom cały kontekst, żeby sami mogli wyrobić sobie zdanie.
Weryfikujecie wypowiedzi polityków i oznaczacie je różnymi kategoriami. Jakimi i czym one się różnią?
– Chcę zaznaczyć, że jesteśmy niezależni i apolityczni. Każdego weryfikujemy tak samo – bez względu na partię, do której przynależy. Nie jesteśmy od uprzykrzania politykom życia, tylko – może to zabrzmi paradoksalnie – od pomagania im. Chcemy ich zmotywować (zwłaszcza polityków leniuchów), aby przygotowywali się do wypowiedzi
Ma urok ten Kazimierz
Śmiejemy się, że żyjemy tu jak w getcie. Na rynek idziemy tylko, gdy do Krakowa przyjadą jacyś znajomi, żeby im pokazać
Są takie miejsca, które funkcjonują od wielu lat. Gdy inne lokale się przekształcają, remontują, zmieniają właścicieli, raz kawiarnia, raz sklep, raz bank, raz dentysta, one trwają. Jakoś. Na krakowskim Kazimierzu od 30 lat trwa zakład optyczny Janusza i Beaty. Oni też trwają na Kazimierzu, zdecydowanie dłużej, i wcale nie zamierzają się stąd ruszać.
W latach 90. do zakładu przyszły ray-bany w skórzanych oprawkach. Limitowana edycja. Wyobrażam sobie, jak Janusz na nie patrzy, bierze do rąk, przymierza, może wącha. W końcu to skóra.
– Piękne były – mówi.
– Drogie?
– Nie, one nie były drogie. One były pierońsko drogie!
Sprawdzam. Może to był model L9970 Leather Edition by Bausch & Lomb? A może classic aviator, również Special Leather Edition. Obie pary kosztują obecnie 599 dol. Ile kosztowały wtedy? Ile to było złotych na stare? Wyobrażam sobie, jak leżą na honorowym miejscu, nie wiem ile tygodni albo miesięcy. Ludzie patrzą, a jak już ktoś odważy się spytać, gdy usłyszy cenę, wraca do domu. Któregoś dnia przychodzi młody chłopak i rzuca: – Te.
– Hej, spokojnie! Popatrz, ile one kosztują! – uprzedza Janusz.
– No tak, poproszę.
– Ale jak to?!
– Chcę właśnie je.
Januszowi trudno było sprzedać, bo przez ten czas przyzwyczaił się do nich. Ale sprzedał. Na koniec spytał tylko, skąd chłopak ma tyle kasy. A on mu na to, że wygrał.
Przydział i co dalej?
Takie były te lata 90. Ale zanim w ich pędzie Janusz otworzył zakład, w 1985 r. w prezencie na osiemnastkę dostał od rodziny mieszkanie w kamienicy na Dietla w Krakowie. Wcześniej mieszkał z rodzicami na Łagiewnikach, a na Dietla przyjeżdżał do dziadków. Dziadek kupił kamienicę od Żydówki, która uciekała z Polski po II wojnie światowej.
W 1985 r. Janusz zaczął od remontu. Tak po prawdzie to zaczął od urzędu. Najpierw musiał bowiem dostać przydział na własne mieszkanie i nasłuchał się w kolejce, że innym ten przydział bardziej się należy.
Ale dostał.
Modna była boazeria, więc ją kupił i chciał złożyć w kamienicznej piwnicy. Wchodziło się do niej ze sklepu PZMot, w którym od kierownika usłyszał: „Sp…!”. Wyobrażacie sobie, że dziś najemca lokalu mówi tak do właściciela kamienicy? Wtedy mówił. Zmieniło się to w 1987 r., gdy wprowadzono rozporządzenie w sprawie czynszów najmu za lokale mieszkalne i użytkowe (wcześniej kamienicą rozporządzało państwo, mieszkali tam ludzie z przydziału, po 1987 r. czynsz mogli pobierać już właściciele). Rodzina Janusza zacierała ręce na myśl o pierwszej od wojny wielkiej forsie z kamienicy, tymczasem Janusz powiedział kierownikowi sklepu: „Sp…!”. Rodzina była w panice, jednak chętni na lokal i tak się znaleźli.
W tym czasie Janusz zwiał na jakiś czas z Polski przed wojskiem do Wiednia. I tak się złożyło, że wylądował w pracowni złotniczej na produkcji. Z wykształcenia jest jubilerem. Znudził się jednak wyrabianiem kolejnych kilogramów złotniczych produktów, więc gdy po powrocie padło pytanie, co dalej, postanowił pójść w ślady ojca. Zrobił kursy i w 1994 r. otworzył w kamienicy na Dietla, tyle że za rogiem, pod adresem Bożego Ciała 2, zakład optyczny.
Cztery auta na godzinę
Lata 90. to hiperinflacja, hiperkapitalizm i hiperproblemy. Janusz pamięta, jak raz do zakładu przyszło dwóch gości z firmy windykacyjnej i zażądało zwrotu 3 tys. zł. Tyle że ani on, ani jego wspólnik od nikogo 3 tys. nie pożyczali. Potem przyszli i zażądali zwrotu 5 tys. A potem przyszli już we trójkę i powiedzieli: „Dawaj kasę!”. Zaczęli straszyć Janusza, wiedzieli, że ma córkę i takie tam. Ten zamknął drzwi i powiedział, że nie wyjdą, a jak już, to oknem i krew się poleje. I kazał wspólnikowi dzwonić po policję. A że wspólnik był na kursie nurków za granicą, to miał przypięty do pasa designerski pojemnik na gaz, który wyglądał jak kabura. Może dlatego goście nic nie zrobili. A może wiedzieli, że policja i tak zaraz ich wypuści. Ostatecznie to Janusz został oskarżony o ich nielegalne zatrzymanie. Jednak gości jakiś czas później zgarnięto, gdy wkładali zwłoki do samochodu. Dla Janusza to dobrze, bo słyszał plotki, że był na ich liście.
Na różne sposoby ludzie wtedy robili mniejsze i większe fortuny.
Uchodźcy. Rezk Alkabak
Ucieczka to sieć kontaktów. Ktoś komuś wysyła pieniądze, ktoś organizuje transport, ktoś kogoś przenocuje, skontaktuje z kimś, kto da pracę. I tak to działa
Rezk jest prawnikiem z Syrii. Do Europy uciekał przez Iran, przez góry, przez Turcję, przez morze.
– To był najbardziej niebezpieczny moment w moim życiu – mówi.
Po miesiącach w drodze, a potem miesiącach w ośrodkach dla uchodźców w oczekiwaniu na papiery, zamieszkał w Krakowie. Pracuje i układa wszystko na nowo.
I wtedy wszystko się zmienia
– Poproszę jedną syryjską na wynos – mówi chłopak i siada przy stoliku.
Przy drugim stoliku inny chłopak je klasyczną z mięsem, surówką i sosem. Na ladzie w pojemnikach znajdują się produkty. Oliwki, ser, czerwona cebula, pomidory, papryka, sosy, pity. Na ścianach wiszą małe wydruki zdjęć z Syrii. Pachnie mięsem, które obraca się na długiej tulei. Jeden z pracowników odkrawa kawałek, kładzie na pitę, dodaje ogórek kiszony i pastę czosnkową.
Rezk Alkabak nigdy nie marzył o przyrządzaniu kanapek. Marzył o prawie. Już wtedy, gdy jako dziecko biegał ulicami Damaszku. – Będę prawnikiem – mówił, gdy ktoś go pytał, kim chce zostać, jak dorośnie.
Urodził się w ponadpółmilionowym mieście Hims w zachodniej części Syrii, znanym z długiej historii i starych budowli, w tym VII-wiecznego meczetu Chalida ibn al-Walida. Zaraz potem jego rodzina przeprowadziła się do stolicy, do Damaszku. Tata Rezka, Maen, pracował na budowie, mama Shukrieh zajmowała się domem. On i jego starsze rodzeństwo, siostra Mariam i brat Hani, chodzili do szkoły podstawowej, potem do gimnazjum, do liceum.
Wonderful place, wonderful time – powie Rezk po latach o tym okresie swojego życia.
Powtarza: będę prawnikiem. I krok po kroku konsekwentnie dąży do spełnienia marzenia. Ma 18 lat, gdy 15 marca 2011 r. na fali arabskiej wiosny w całej Syrii odbywają się wielotysięczne demonstracje przeciwników autorytarnych rządów Baszara al-Asada. Ludzie idą, a naprzeciw staje wysłane przez dyktatora wojsko. Żołnierze strzelają. Giną setki cywilów. I wtedy wszystko się zmienia. Wszystko i dla wszystkich.
Wcześniej nikt by nie pomyślał o wyjeździe z kraju, teraz myśli o tym prawie każdy. Hims zaczyna wyglądać, jakby ktoś wyssał z niego życie, pozostawiając gołe mury i dziury po szybach, a meczet Chalida ibn al-Walida z listy atrakcji turystycznych przenosi się na listę „10 niezwykłych obiektów, których już nigdy nie zobaczymy”. W Damaszku kolejne fragmenty miasta obracają się w ruiny i powiększają internetowe galerie porównawczych zdjęć before i after. Rezk zaczyna rozumieć, że może zginąć w każdej chwili.
Pewnego dnia jego ojciec idzie do piekarni po chleb. Wybiera, kupuje, pakuje, wychodzi przed budynek i wtedy spada bomba. Ledwo uchodzi z życiem. Trafia na dwa miesiące do szpitala i to w tym czasie postanawia, że muszą wyjechać. Gdziekolwiek. W 2015 r. bierze Haniego i ruszają w drogę, która skończy się w Niemczech.
Rezk jest wtedy na Uniwersytecie Damasceńskim. Na wydziale prawa, tak jak sobie wymarzył. Tyle że po skończeniu studiów, zamiast ubiegać się o staż w którejś kancelarii, musi uciekać przed wcieleniem do armii. Wyjeżdża do Libanu. Mija przygraniczne obozy dla syryjskich uchodźców i jedzie do niewielkiego Amszit nad Morzem Śródziemnym, gdzie przez kolejne dwa lata pracuje jako kucharz w restauracji.
Jak mogę dotrzeć do Europy?
Na świecie wybucha epidemia COVID-19 i Rezk nie może zostać dłużej w Libanie. Wraca więc do Syrii. Ma 4 tys. dol. oszczędności. Mariam sprzedaje biżuterię i wszystko, co ma cennego, i dokłada swoje. Tata, który teraz pracuje w Monachium jako kierowca szkolnego autobusu, też coś wysyła. I brat, który pracuje tam jako barber. 2 tys. dol. dokładają jego teściowie. Rezk liczy, ale wciąż jest za mało.
– Cześć! Zdecydowaliśmy się wyjechać do Europy. Pomożesz mi? – dzwoni do najlepszego przyjaciela, który od kilku lat mieszka w Kanadzie.
– Pewnie. Ile potrzebujesz?
27 października 2020 r. Rezk i Mariam wsiadają do samolotu do Iranu, bo do Iranu Syryjczykom nie są potrzebne wizy. Wystarczy na facebookowej grupie wpisać: „Jak mogę dotrzeć do Europy?” i wyskakują oferty. Wystarczy popytać znajomych, przyjaciół, tych, którzy wyjechali, i tych, którzy zostali. Biznes się kręci. Rezk i Mariam wybierają opcję za 1,2 tys. dol. od osoby. Pierwszym etapem jest lot. Lądują w Tebrizie. Ponad pół miliona mieszkańców, kolejne stacje metra, małe kamienice, w okolicy istniał ponoć biblijny Eden, a w centrum istnieje park Shah Goli. „Zdecydowanie warto zobaczyć podczas wycieczek do Tebrizu – zachwala internetowy przewodnik. – Jeden z niewielu terenów zielonych w mieście, przyjazna okolica, w której można się wybrać na spacer i złagodzić stres”. Rezk i Miriam czekają, zestresowani. Przez kolejne dni zastanawiają się, czy to jutro. Dziewiątego dnia słyszą, że tak.
6 listopada zakładają górskie buty, na ramiona zarzucają ciężkie plecaki i ruszają.









