Wpisy od Anna Wyrwik

Powrót na stronę główną
Obserwacje

Ma urok ten Kazimierz

Śmiejemy się, że żyjemy tu jak w getcie. Na rynek idziemy tylko, gdy do Krakowa przyjadą jacyś znajomi, żeby im pokazać

Są takie miejsca, które funkcjonują od wielu lat. Gdy inne lokale się przekształcają, remontują, zmieniają właścicieli, raz kawiarnia, raz sklep, raz bank, raz dentysta, one trwają. Jakoś. Na krakowskim Kazimierzu od 30 lat trwa zakład optyczny Janusza i Beaty. Oni też trwają na Kazimierzu, zdecydowanie dłużej, i wcale nie zamierzają się stąd ruszać.

W latach 90. do zakładu przyszły ray-bany w skórzanych oprawkach. Limitowana edycja. Wyobrażam sobie, jak Janusz na nie patrzy, bierze do rąk, przymierza, może wącha. W końcu to skóra.

– Piękne były – mówi.

– Drogie?

– Nie, one nie były drogie. One były pierońsko drogie!

Sprawdzam. Może to był model L9970 Leather Edition by Bausch & Lomb? A może classic aviator, również Special Leather Edition. Obie pary kosztują obecnie 599 dol. Ile kosztowały wtedy? Ile to było złotych na stare? Wyobrażam sobie, jak leżą na honorowym miejscu, nie wiem ile tygodni albo miesięcy. Ludzie patrzą, a jak już ktoś odważy się spytać, gdy usłyszy cenę, wraca do domu. Któregoś dnia przychodzi młody chłopak i rzuca: – Te.

– Hej, spokojnie! Popatrz, ile one kosztują! – uprzedza Janusz.

– No tak, poproszę.

– Ale jak to?!

– Chcę właśnie je.

Januszowi trudno było sprzedać, bo przez ten czas przyzwyczaił się do nich. Ale sprzedał. Na koniec spytał tylko, skąd chłopak ma tyle kasy. A on mu na to, że wygrał.

Przydział i co dalej?

Takie były te lata 90. Ale zanim w ich pędzie Janusz otworzył zakład, w 1985 r. w prezencie na osiemnastkę dostał od rodziny mieszkanie w kamienicy na Dietla w Krakowie. Wcześniej mieszkał z rodzicami na Łagiewnikach, a na Dietla przyjeżdżał do dziadków. Dziadek kupił kamienicę od Żydówki, która uciekała z Polski po II wojnie światowej.

W 1985 r. Janusz zaczął od remontu. Tak po prawdzie to zaczął od urzędu. Najpierw musiał bowiem dostać przydział na własne mieszkanie i nasłuchał się w kolejce, że innym ten przydział bardziej się należy.

Ale dostał.

Modna była boazeria, więc ją kupił i chciał złożyć w kamienicznej piwnicy. Wchodziło się do niej ze sklepu PZMot, w którym od kierownika usłyszał: „Sp…!”. Wyobrażacie sobie, że dziś najemca lokalu mówi tak do właściciela kamienicy? Wtedy mówił. Zmieniło się to w 1987 r., gdy wprowadzono rozporządzenie w sprawie czynszów najmu za lokale mieszkalne i użytkowe (wcześniej kamienicą rozporządzało państwo, mieszkali tam ludzie z przydziału, po 1987 r. czynsz mogli pobierać już właściciele). Rodzina Janusza zacierała ręce na myśl o pierwszej od wojny wielkiej forsie z kamienicy, tymczasem Janusz powiedział kierownikowi sklepu: „Sp…!”. Rodzina była w panice, jednak chętni na lokal i tak się znaleźli.

W tym czasie Janusz zwiał na jakiś czas z Polski przed wojskiem do Wiednia. I tak się złożyło, że wylądował w pracowni złotniczej na produkcji. Z wykształcenia jest jubilerem. Znudził się jednak wyrabianiem kolejnych kilogramów złotniczych produktów, więc gdy po powrocie padło pytanie, co dalej, postanowił pójść w ślady ojca. Zrobił kursy i w 1994 r. otworzył w kamienicy na Dietla, tyle że za rogiem, pod adresem Bożego Ciała 2, zakład optyczny.

Cztery auta na godzinę

Lata 90. to hiperinflacja, hiperkapitalizm i hiperproblemy. Janusz pamięta, jak raz do zakładu przyszło dwóch gości z firmy windykacyjnej i zażądało zwrotu 3 tys. zł. Tyle że ani on, ani jego wspólnik od nikogo 3 tys. nie pożyczali. Potem przyszli i zażądali zwrotu 5 tys. A potem przyszli już we trójkę i powiedzieli: „Dawaj kasę!”. Zaczęli straszyć Janusza, wiedzieli, że ma córkę i takie tam. Ten zamknął drzwi i powiedział, że nie wyjdą, a jak już, to oknem i krew się poleje. I kazał wspólnikowi dzwonić po policję. A że wspólnik był na kursie nurków za granicą, to miał przypięty do pasa designerski pojemnik na gaz, który wyglądał jak kabura. Może dlatego goście nic nie zrobili. A może wiedzieli, że policja i tak zaraz ich wypuści. Ostatecznie to Janusz został oskarżony o ich nielegalne zatrzymanie. Jednak gości jakiś czas później zgarnięto, gdy wkładali zwłoki do samochodu. Dla Janusza to dobrze, bo słyszał plotki, że był na ich liście.

Na różne sposoby ludzie wtedy robili mniejsze i większe fortuny.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Uchodźcy. Rezk Alkabak

Ucieczka to sieć kontaktów. Ktoś komuś wysyła pieniądze, ktoś organizuje transport, ktoś kogoś przenocuje, skontaktuje z kimś, kto da pracę. I tak to działa

Rezk jest prawnikiem z Syrii. Do Europy uciekał przez Iran, przez góry, przez Turcję, przez morze.

– To był najbardziej niebezpieczny moment w moim życiu – mówi.

Po miesiącach w drodze, a potem miesiącach w ośrodkach dla uchodźców w oczekiwaniu na papiery, zamieszkał w Krakowie. Pracuje i układa wszystko na nowo.

I wtedy wszystko się zmienia

– Poproszę jedną syryjską na wynos – mówi chłopak i siada przy stoliku.

Przy drugim stoliku inny chłopak je klasyczną z mięsem, surówką i sosem. Na ladzie w pojemnikach znajdują się produkty. Oliwki, ser, czerwona cebula, pomidory, papryka, sosy, pity. Na ścianach wiszą małe wydruki zdjęć z Syrii. Pachnie mięsem, które obraca się na długiej tulei. Jeden z pracowników odkrawa kawałek, kładzie na pitę, dodaje ogórek kiszony i pastę czosnkową.

Rezk Alkabak nigdy nie marzył o przyrządzaniu kanapek. Marzył o prawie. Już wtedy, gdy jako dziecko biegał ulicami Damaszku. – Będę prawnikiem – mówił, gdy ktoś go pytał, kim chce zostać, jak dorośnie.

Urodził się w ponadpółmilionowym mieście Hims w zachodniej części Syrii, znanym z długiej historii i starych budowli, w tym VII-wiecznego meczetu Chalida ibn al-Walida. Zaraz potem jego rodzina przeprowadziła się do stolicy, do Damaszku. Tata Rezka, Maen, pracował na budowie, mama Shukrieh zajmowała się domem. On i jego starsze rodzeństwo, siostra Mariam i brat Hani, chodzili do szkoły podstawowej, potem do gimnazjum, do liceum.

Wonderful place, wonderful time – powie Rezk po latach o tym okresie swojego życia.

Powtarza: będę prawnikiem. I krok po kroku konsekwentnie dąży do spełnienia marzenia. Ma 18 lat, gdy 15 marca 2011 r. na fali arabskiej wiosny w całej Syrii odbywają się wielotysięczne demonstracje przeciwników autorytarnych rządów Baszara al-Asada. Ludzie idą, a naprzeciw staje wysłane przez dyktatora wojsko. Żołnierze strzelają. Giną setki cywilów. I wtedy wszystko się zmienia. Wszystko i dla wszystkich.

Wcześniej nikt by nie pomyślał o wyjeździe z kraju, teraz myśli o tym prawie każdy. Hims zaczyna wyglądać, jakby ktoś wyssał z niego życie, pozostawiając gołe mury i dziury po szybach, a meczet Chalida ibn al-Walida z listy atrakcji turystycznych przenosi się na listę „10 niezwykłych obiektów, których już nigdy nie zobaczymy”. W Damaszku kolejne fragmenty miasta obracają się w ruiny i powiększają internetowe galerie porównawczych zdjęć before i after. Rezk zaczyna rozumieć, że może zginąć w każdej chwili.

Pewnego dnia jego ojciec idzie do piekarni po chleb. Wybiera, kupuje, pakuje, wychodzi przed budynek i wtedy spada bomba. Ledwo uchodzi z życiem. Trafia na dwa miesiące do szpitala i to w tym czasie postanawia, że muszą wyjechać. Gdziekolwiek. W 2015 r. bierze Haniego i ruszają w drogę, która skończy się w Niemczech.

Rezk jest wtedy na Uniwersytecie Damasceńskim. Na wydziale prawa, tak jak sobie wymarzył. Tyle że po skończeniu studiów, zamiast ubiegać się o staż w którejś kancelarii, musi uciekać przed wcieleniem do armii. Wyjeżdża do Libanu. Mija przygraniczne obozy dla syryjskich uchodźców i jedzie do niewielkiego Amszit nad Morzem Śródziemnym, gdzie przez kolejne dwa lata pracuje jako kucharz w restauracji.

Jak mogę dotrzeć do Europy?

Na świecie wybucha epidemia COVID-19 i Rezk nie może zostać dłużej w Libanie. Wraca więc do Syrii. Ma 4 tys. dol. oszczędności. Mariam sprzedaje biżuterię i wszystko, co ma cennego, i dokłada swoje. Tata, który teraz pracuje w Monachium jako kierowca szkolnego autobusu, też coś wysyła. I brat, który pracuje tam jako barber. 2 tys. dol. dokładają jego teściowie. Rezk liczy, ale wciąż jest za mało.

– Cześć! Zdecydowaliśmy się wyjechać do Europy. Pomożesz mi? – dzwoni do najlepszego przyjaciela, który od kilku lat mieszka w Kanadzie.

– Pewnie. Ile potrzebujesz?

27 października 2020 r. Rezk i Mariam wsiadają do samolotu do Iranu, bo do Iranu Syryjczykom nie są potrzebne wizy. Wystarczy na facebookowej grupie wpisać: „Jak mogę dotrzeć do Europy?” i wyskakują oferty. Wystarczy popytać znajomych, przyjaciół, tych, którzy wyjechali, i tych, którzy zostali. Biznes się kręci. Rezk i Mariam wybierają opcję za 1,2 tys. dol. od osoby. Pierwszym etapem jest lot. Lądują w Tebrizie. Ponad pół miliona mieszkańców, kolejne stacje metra, małe kamienice, w okolicy istniał ponoć biblijny Eden, a w centrum istnieje park Shah Goli. „Zdecydowanie warto zobaczyć podczas wycieczek do Tebrizu – zachwala internetowy przewodnik. – Jeden z niewielu terenów zielonych w mieście, przyjazna okolica, w której można się wybrać na spacer i złagodzić stres”. Rezk i Miriam czekają, zestresowani. Przez kolejne dni zastanawiają się, czy to jutro. Dziewiątego dnia słyszą, że tak.

6 listopada zakładają górskie buty, na ramiona zarzucają ciężkie plecaki i ruszają.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Tu jest najładniej

Ostatnie dni wakacji, droga ekspresowa nr 7, remonty, korki, wszyscy wracają, a my wyruszamy tam, gdzie Polska jest polska najbardziej.

Suwalszczyzna.

Weźmy takie Smolniki. Gmina Rutka-Tartak i piękne widoki. Kościół, cmentarz, a wokół jeziora. Dwa sklepy spożywcze, w tym jeden z sieci, która oplata wsie i miasteczka. Przy nim nieczynna w tym sezonie Gospoda Jaćwing, ławy i stoły.

– To ty od rana tu siedzisz? – pyta kolega kolegę i wkłada skrzynkę tatr do czerwonego, zdezelowanego audi, po czym wsiada i odjeżdża. Kolega zostaje przy ławie z butelką żubra, upija łyk i patrzy przed siebie. A na płocie powiewają płachty z reklamami agroturystyk i w ostrym różu plakat z napisem „Wycinka drzew trudnych”, który błyszczy jak reklama weekendowej dyskoteki. Ale dyskoteki nie ma, tak jak nie ma gospody. W Smolnikach dzień wcześnie się kończy, bo też wcześnie zaczyna.

– Pracuję na budowie, więc wstałem rano, by jechać kłaść fundamenty – mówi mi mężczyzna siedzący przy ławie. Ma jasne spojrzenie; wyciera rękawem usta po żubrze, wstaje od stołu i idziemy razem. – Ale zadzwonili, że mam być dopiero na jedenastą, więc poszedłem na piwo.

I opowiada mi, gdzie mieszka, co robi i że kiedyś była taka wichura, że dach z kościoła zerwało, ale już naprawili, sam pomagał, bo pracuje na budowie, ale nie na stałe, z doskoku, jak jest zlecenie. Ósma rano, rześko, są kozy, są krowy, są robotnicy na terenie cmentarza, zapach pobliskich jezior, a upał wolniej się rozkręca.

Co do Gospody Jaćwing, to Jaćwingowie przybyli z dorzeczy Dniepru na obecnie polskie ziemie jeszcze kawał czasu przed naszą erą. Całkiem długo radzili sobie między Niemnem, Narwią i Wielkimi Jeziorami Mazurskimi, bo aż do XIII w., kiedy ich wybili Krzyżacy. Jednak póki byli, mieszali się z Prusami i Litwinami, parali rolnictwem, hodowlą, rzemiosłem i wymyślali nazwy, takie jak Wigry, Hańcza czy Szurpiły. Budowali grodziska i osady, których rekonstrukcje możemy dziś oglądać po całej Suwalszczyźnie. Choćby we wsi Oszkinie, gdzie w lesie stoją domy z bali, drewniane wieże strażnicze, a między nimi są fosy i łażą turyści.

Osada jest prywatna, bo turystyka w Polsce w ogóle jest prywatna, działa popychana prywatną inicjatywą – gdyby ta upadła, to pewnie już nic by nie było. Odgórny, systemowy plan zarządzania polską turystyką najpewniej nie istnieje, a jeśli istnieje, to gdzieś schowany w szufladzie ministerialnego biurka zamkniętej na kluczyk. Może to i dobrze?

– Cieszę się, że u nas nie ma turystów i jest tak spokojnie – mówi Karol, który jedzie SUV-em z rolkami w bagażniku do Suwałk, by tam na tych rolkach pojeździć. Karol bierze nas na stopa. Mnie, moją towarzyszkę podróży i mojego psa. Nie tylko turystyka w Polsce nie działa, komunikacja publiczna też. Jednak nie dlatego jeździmy po okolicy stopem, po prostu tak jest fajnie.

Są takie miejsca, w których rytm życia wciąż wybijają kościelne dzwony, sklep obwoźny w busie i pogoda. Na budce z lodami tablica głosi: „PN i deszcz – zamknięte”. Wieś Jeleniewo. Żabka w domu z pustaków, stacja benzynowa, biblioteka, NZOZ. I restauracja Pod Jelonkiem, a przed nią żubr z jeleniem przypominają o przyrodzie. W środku zdjęcia oraz stare puszki i butelki przypominają o dawnych czasach. Ponoć mieszkańcy zbudowali ją w ramach czynu społecznego. Wcześniej należała do GS-u, dziś to must see w przewodnikach kulinarnych pod hasłem Podlasie.

Zatrzymuje się starszy pan w dwudrzwiowym starym coupé.

– W Krakowie i w Warszawie to mieszka dużo ludzi – mówi. – Tam tłumy. Tu nie, tutaj mało.

– Wyjeżdżają? – pytam.

– Tak. Mało ludzi tu zostaje. Nie tak jak w miastach, gdzie są tłumy. Może dlatego miastowi się tu przeprowadzają, bo jest cisza, spokój i mało ludzi. A w miastach tłumy.

Zatrzymuje się kobieta w kombi, z dzieckiem w foteliku na przednim siedzeniu i książkami o Róży Luksemburg na tylnym. Tłumaczy, że sama taką książkę napisała. Kiedyś kobiety omijały nas samochodami i wzrokiem tak bardzo, że prawie wypadały z drogi po jej drugiej stronie. Dziś stają, solidarność, czas kobiet, jak głoszą reklamy i hasła promujące festiwale teatralne. Tego lata jechałam stopem z większą liczbą kobiet niż przez całe życie.

Kolejny ranek. W radiu zapowiadają 33 st., temperatura chrystusowa, dobrze się składa, bo mieszkamy w pokojach przy parafii. Tak, wciąż tak można. Przed gospodą toczy się życie, jest pan, który popija tatrę, jest pan, co popala pall malla, inny pan przyjeżdża na rowerze. Koniec wakacji, wszyscy wracają, a my wyruszamy dalej.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Igrzyska

Poczuć z bliska ogień

Czego w olimpijskim mieście jest więcej? Sportu, barierek i maskotki o imieniu Phryge. Czego mniej? Śmieci na ulicach oraz paryżan i paryżanek.

Korespondencja z Paryża

Olimpiada w Paryżu to sport, sztuka, trochę polityki.

Na jednym z budynków przy rue de Rivoli wisi plakat ze sportowcem, który po olimpijskim zwycięstwie uniósł pięść w geście Czarnych Panter. Na ogrodzeniu przy jednym z okolicznych skwerów wystawa pięknych sportowych zdjęć Williama Kleina. Po czerwcowych wyborach do Zgromadzenia Narodowego paryskie mury wciąż krzyczą „Soyez pas racistes = votez NFP” („Nie bądź rasistą = głosuj na NFP”, czyli Nouveau Front populaire, lewicową koalicję). W lipcu zaś Francuzi udowodnili, że największą sportową imprezę na świecie można otworzyć w sposób, w jaki jeszcze nikt tego nie zrobił, czyniąc z miasta wielką scenę i odgrywając na niej artystyczny spektakl o braterstwie, siostrzeństwie, wolności i równości.

W mariaż sportu ze sztuką wmieszała się jednak polityka.

– To była przesada – mówi barman w jednej z kawiarni i z wykrzywioną miną pokazuje mi w telefonie zdjęcie słynnej już sceny przy stole, w której niektórzy dopatrzyli się nawiązania do „Ostatniej wieczerzy” Leonarda da Vinci, a drudzy ripostowali, że nawiązuje do obrazu Jana van Bijlerta „Uczta bogów”.

– Nie jestem katolikiem, ale wyobraź sobie, że twoja córka albo syn oglądają w telewizji coś takiego.

– I love it! – rzuca bukinistka znad Sekwany. – Bardzo inkluzywna ceremonia, i to mi się podobało!

– Paryż zawsze był w awangardzie, więc ceremonia mnie nie zaskoczyła – uważa Marc Alaux, który prowadzi wydawnictwo i księgarnię. – Rozumiem jednak, że niektórzy ludzie mogli poczuć się urażeni. Transmisję ogladało pewnie z miliard osób na całym świecie i może Aya Nakamura nie musiała tańczyć w taki sposób – tu Marc zaczyna się wyginać i przesuwa dłoń po klatce piersiowej.

– Ceremonia bardzo ładna. Jedynym minusem był deszcz – dodaje sprzedawca pamiątek ze sklepiku przy Boulevard Saint-Michel. – Ale każdy ma prawo do swojej opinii, bo na tym właśnie polega demokracja.

Dyskusja w paryskich kawiarniach i francuskich mediach trwa, a tymczasem organizatorzy oświadczyli, że żadna to „Ostatnia wieczerza” i żaden Jezus. Reżyser spektaklu Thomas Jolly w kanale telewizyjnym BFMTV zapewnił, że ukazał po prostu pogańską ucztę z bogami Olimpu, a w jego pracy nie ma miejsca na pragnienie poniżenia kogokolwiek czy czegokolwiek.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Konserwatyzm, katolicyzm i kapitalizm

Czyli Polska Jest Jedna na Podhalu

W Spytkowicach jest jak na amerykańskim Południu. Mieszkańcy są swoi, robią biznesy, Bogu ufają, systemowi nie do końca. Gdyby w wyborach parlamentarnych w 2023 r. Polska głosowała jak Spytkowice, ponad połowę Sejmu zajęłoby PiS, a drugą siłą byłaby Polska Jest Jedna. Co to za partia i jak to się stało, że w Spytkowicach zgarnęła prawie 12% głosów?

Gmina przy siódemce

Świeżo otynkowane na różne odcienie beżu domy porozrzucane są u podnóża gór, na styku Kotliny Rabczańskiej i Beskidu Orawsko-Podhalańskiego, po obu stronach drogi krajowej nr 7. Spytkowice leżą przy niej jak amerykańskie miasta wzdłuż swoich main streets. Wszystko, co ważne, znajduje się przy drodze po lewej albo prawej, a boczne uliczki prowadzą do domów w głębi gminy i na stoki narciarskie. Na wjeździe od wschodu stoi przy drodze Przystań w Kabanosie, potężny kompleks hotelowo-restauracyjno-sklepowy, wyglądający jak połączenie góralskiego pałacu z futuro-secesyjną kaplicą. Tylko bardziej i mocniej, bo Podhale jest trochę jak Teksas, więc wszystko musi być większe. W Spytkowicach większe było poparcie dla partii Polska Jest Jedna, a konkretnie największe, jeśli chodzi o gminy w całym kraju – wyniosło 11,91%.

Lokomotywą listy był tam lokalny biznesmen, właściciel firmy od „wykończeń, remontów, elewacji”, Szymon Kołodziejczyk. 

Do Kabanosa wchodzi pewnym krokiem, siada i zaczyna mówić o COVID-19. – Wszystko zaczęło się w okresie pandemii. W Spytkowicach zawiązała się grupa podobnie myślących prawicowych katolików. Nie zgadzaliśmy się z niesłusznymi restrykcjami i przymusem szczepień. Uważaliśmy, że to była zaplanowana akcja, którą ktoś steruje. Nikt wtedy nie myślał o polityce. Zależało nam jedynie na tym, by ludzie otrzymali prawdziwe informacje.

Podhale było jednym z najmniej zaszczepionych regionów w Polsce i taki też był klimat w Spytkowicach, że ludzie chodzili bez maseczek, a jak dostawali mandaty, nie płacili. Chwalą mi się tym i mówią, że gdyby nie kontrole, knajpy pewnie byłyby otwarte. – Ludzie psioczyli na restrykcje – mówi Ula. – Górale nie lubią, gdy im się coś narzuca. Nawet jeśli z tym czymś się zgadzają, to tylko dlatego, że im się to narzuca, automatycznie się sprzeciwią.

Antycovidowe przekonania zbliżyły do siebie spytkowiczan i Rafała Piecha.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Można pojechać do Pragi

Czeska lekkość bytu czasem się przydaje Można pojechać do Czech, by odpocząć od Polski, nieważne, czy to wiosna, czy jesień, szaro, pada, marsze i cmentarze. Tam też szaro i pada, ale inaczej. Bo u nich w ogóle inaczej. Ironia przyjmuje formę graffiti na starej praskiej bramie: po jednej stronie ptaszek siedzi na koniku, a po drugiej konik siedzi na ptaszku. I już. Wystarczy. W Chałupkach wysiada cały świat Można wsiąść do nocnego pociągu i pojechać do Pragi. Z Warszawy jedzie się prawie 12 godzin,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Na kanapie

Autostop uczynił podróżowanie ciekawszym i tańszym. Dzięki serwisom internetowym Couch Surfing oraz Hospitality Club poznawanie świata jest jeszcze ciekawsze i jeszcze tańsze Ateny, październik 2009, około godziny 11. Z dwiema ciężkimi walizkami oraz mnóstwem toreb, plecaków i saszetek czekamy z Magdą przy wyjściu z metra na stacji Victoria. Podróżujemy razem od trzech lat. Po kilkunastogodzinnym rejsie promem z Rodos do Pireusu marzymy tylko o kąpieli, kubku kawy i rzuceniu bagaży w kąt. Pan Lefteris pisze SMS-a, że się

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.