Wpisy od Paweł Siergiejczyk
Długa lista rozłamów Kaczyńskiego
Nigdy nie miał skrupułów, by rozbijać inne partie
Nigdy wcześniej nie było w Polsce tak długowiecznego lidera partyjnego jak Jarosław Kaczyński. Ćwierć wieku Prawa i Sprawiedliwości, a wcześniej cała dekada Porozumienia Centrum nie były jednak czasem niekwestionowanego przywództwa prezesa tych ugrupowań. Przeciwnie – historia PC i PiS toczyła się w rytm kolejnych rozłamów dokonywanych przez tyleż ambitnych, co zbyt samodzielnych polityków, dla których nigdy nie było miejsca w formacji Kaczyńskiego. Jednocześnie warto pamiętać, że sam Kaczyński nigdy nie miał skrupułów, by inspirować rozłamy w innych ugrupowaniach, jeśli tylko mógł z tego odnieść doraźne korzyści.
Wymiana kadr
Wszak utworzenie w maju 1990 r. Porozumienia Centrum nie było niczym innym, jak pierwszym rozłamem w wielkim obozie Solidarności, którego polityczną reprezentację od wiosny 1989 r. stanowił ruch komitetów obywatelskich. Jarosław Kaczyński dokonał tego rozłamu, nie kryjąc, że jego celem jest „przyśpieszenie”, które miało polegać na szybkiej wymianie kadr państwowych z PRL-owskich na solidarnościowe. W jego opinii nie robił tego wystarczająco szybko rząd Tadeusza Mazowieckiego, dlatego Kaczyński oskarżył premiera o prowadzenie polityki „grubej kreski” i zaczął go publicznie atakować. Wykorzystał przy tym prezydenckie ambicje Lecha Wałęsy, organizując PC jako koalicję różnorodnych środowisk wspierających lidera Solidarności w drodze do Belwederu. Stąd też początkowo w PC znalazły się małe ugrupowania chadeckie, ludowe, a nawet Kongres Liberalno-Demokratyczny, czyli partia Donalda Tuska i jego kolegów.
Dopiero zwycięstwo wyborcze Wałęsy w grudniu 1990 r. pozwoliło Kaczyńskiemu przekształcić PC w jednolitą partię. Na jej prezesa został wybrany na pierwszym kongresie, który odbył się w marcu 1991 r. Nie było tam już wtedy ani gdańskich liberałów, ani solidarnościowych ludowców, ani chadeków spod znaku mecenasa Władysława Siły-Nowickiego, a Jarosław Kaczyński był jedyną rozpoznawalną postacią w nowej partii. Wybrano go większością 368 głosów, podczas gdy jedyny kontrkandydat otrzymał zaledwie 40 (był nim zupełnie zapomniany później Janusz Andruszkiewicz).
Trudno temu się dziwić: lider PC był już wtedy szefem Kancelarii Prezydenta, zatem jego ugrupowanie uchodziło za „wałęsowską partię władzy”, do której lgnęło wielu karierowiczów, w tym dawnych działaczy PZPR, ZSL, SD czy PAX – mimo że PC głosiło hasło dekomunizacji. Mało kto wtedy zdawał sobie sprawę, że relacje między Kaczyńskim a Wałęsą są coraz gorsze i tylko dzięki wejściu do Sejmu jesienią 1991 r. (wcześniej byli senatorami) braciom Kaczyńskim udało się uniknąć spektakularnego wyrzucenia z Belwederu.
W tych pierwszych całkowicie demokratycznych wyborach parlamentarnych wystawiono kilkadziesiąt list, a wśród nich Porozumienie Obywatelskie Centrum – sojusz PC z częścią działaczy komitetów obywatelskich oraz niewielką grupą ludowców pod wodzą Romana Bartoszczego, noszącą patetyczną nazwę Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie „Ojcowizna”.
Pierwotnym planem Kaczyńskiego był wspólny start wyborczy z odrodzonym PSL, którego solidarnościowy ludowiec Bartoszcze był pierwszym prezesem, jednak plany te pokrzyżowała większość dawnych działaczy ZSL. W czerwcu 1991 r. doprowadzili oni do odwołania prezesa (nowym został młody Waldemar Pawlak) i samodzielnego startu w wyborach, Bartoszcze zaś dokonał rozłamu, który jednak w niczym nie zagroził PSL.
Na listę POC w 1991 r. padło prawie milion głosów (8,71%) – dało to Kaczyńskiemu 44-osobowy klub w Sejmie. On sam miał wówczas zaledwie 42 lata, co w elitach postsolidarnościowych stawiało go na niezbyt wysokiej pozycji. Dlatego musiał wykreować na premiera kogoś starszego i z większym autorytetem – znanego adwokata Jana Olszewskiego.
Rozłam dotkliwy, ale niejedyny
Nowy gabinet przetrwał zaledwie pół roku, skutecznie konfliktując się z większością ugrupowań i z prezydentem Wałęsą, lecz z punktu widzenia Kaczyńskiego najgorsze było to, że premier zupełnie nie liczył się z jego przywództwem. Toteż nie było wielką niespodzianką, że niedługo po upadku rządu
Powstańcy ’44 w PRL
Niewiele powstań w naszych dziejach przyniosło tak doniosłą i trwałą zmianę mentalną
Na początku sierpnia 1964 r. Maria Dąbrowska zanotowała w dzienniku: „Podobało mi się przemówienie Zenona Kliszki w 20. rocznicę powstania. Starał się być w miarę możliwości obiektywny i przekazał pozdrowienia żołnierskie dowódcy AK, pod którym walczył jego oddział AL-owski”.
Autorka „Nocy i dni”, która przeżyła całą okupację i powstanie warszawskie w swoim mieszkaniu przy ul. Polnej 40, w prywatnych zapiskach nie raz upominała się o upamiętnianie tamtych dni. 19 kwietnia 1948 r., gdy odsłaniano w stolicy Pomnik Bohaterów Getta, Dąbrowska z goryczą pisała: „Nie mam nic przeciwko bohaterom żydowskim. Ale Warszawa nie ma dotąd pomnika swoich powstańców ani dzieci, co walczyły w powstaniu!”.
Taki ton rozżalenia połączonego z bezsilnością dominował u wielkiej pisarki do 1954 r., gdy w 10. rocznicę powstania mogła odnotować, że w tygodniku „Nowa Kultura” Antoni Słonimski ogłosił „prześliczny i wartościowy wiersz będący uczczeniem pamięci powstańców i w ogóle poległych Warszawy”. Ale to było już po śmierci Stalina, gdy powoli następowała w Polsce Ludowej odwilż, która ostatecznie doprowadziła do Października 1956 r. A po tej „polskiej rewolucji bez rewolucji” władzę przejęła ekipa Władysława Gomułki, w której numerem drugim był wspomniany Zenon Kliszko.
O ile sam towarzysz „Wiesław” – w ostatnim okresie okupacji przywódca konspiracyjnej Polskiej Partii Robotniczej – opuścił Warszawę tuż przed wybuchem powstania i przez wyzwolony pod koniec lipca 1944 r. Otwock udał się do Lublina, to Kliszko pozostał w stolicy, kierując strukturami PPR w walczącym mieście. Powstanie przeżył na Żoliborzu jako polityczny zwierzchnik tamtejszego zgrupowania Armii Ludowej, a w momencie kapitulacji powstania przeprawił się z grupą towarzyszy przez Wisłę i również dotarł do Lublina, gdzie od końca lipca funkcjonował Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego.
O swoich powstańczych przeżyciach Zenon Kliszko nigdy nie zapomniał, a jako prawa ręka Gomułki w latach 1956-1970 wręcz patronował „polityce historycznej” związanej z powstaniem. W 1967 r. ukazała się jego książka „Powstanie warszawskie. Artykuły, przemówienia, wspomnienia, dokumenty” (drugie wydanie dwa lata później). Publikacja ta z jednej strony prezentowała krytyczną ocenę decyzji o wybuchu powstania jako politycznie wymierzonej przeciwko Związkowi Radzieckiemu, ale z drugiej – zawierała cenne, osobiste wspomnienia Kliszki, podkreślające także bohaterstwo żołnierzy AK i ofiarność mieszkańców miasta.
W książkach i filmie
I takie było podejście władz PRL do tradycji powstania i jego uczestników od 1956 r. do końca lat 80. Powstanie istniało w licznych książkach historycznych, które – choć oczywiście cenzurowane – Polacy masowo kupowali i czytali. Wydana po raz pierwszy w 1959 r. monografia „Powstanie warszawskie” gen. Jerzego Kirchmayera czy ukazujące się od lat 60. kolejne prace Władysława Bartoszewskiego utrwalały nie tylko pamięć, ale i rzetelną wiedzę o tamtych wydarzeniach.
Powstanie pojawiało się również w polskiej kulturze, począwszy od wydanej już w 1957 r. powieści „Kolumbowie. Rocznik 20” Romana Bratnego (który sam walczył w powstaniu jako żołnierz AK), sfilmowanej jako serial przez Janusza Morgensterna w 1970 r., poprzez najważniejsze filmy tzw. szkoły polskiej („Kanał” Andrzeja Wajdy” z 1956 r., „Eroica” Andrzeja Munka” z 1957 r.), aż po spektakle teatralne,
Czerwcowy rytm historii
Przekształcanie PRL w III RP zaczęło się długo przed 4 czerwca i zakończyło dużo później
Czy 4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm? To stwierdzenie znanej aktorki, wygłoszone kilka miesięcy po tej dacie, szybko trafiło do zbioru skrzydlatych słów, lecz jest dalekie od prawdy. Po pierwsze, komunizmu nigdy nad Wisłą nie było – byli co najwyżej komuniści, z czasem coraz mniej liczni, bo wiara w idee Lenina i Stalina topniała na świecie z każdym rokiem, a u nas chyba szybciej niż gdzie indziej. Po drugie, nawet jeśli przyjąć moment czerwcowych wyborów sprzed 37 lat za przełom ustrojowy, trzeba pamiętać, że przełomy takie mają charakter długotrwałych procesów, a nie jednorazowych wydarzeń. A proces przekształcania PRL w III RP rozpoczął się długo przed 4 czerwca i zakończył dużo później.
Jednak czerwiec to dobry miesiąc na refleksję historyczną nad losami naszego kraju w szerszej perspektywie czasowej – od momentu zakończenia II wojny światowej. Dominująca dziś IPN-owska narracja szczególnie eksponuje te wydarzenia z najnowszej historii Polski, które mają udowodnić bezdyskusyjną jakoby tezę o totalitarnym i okupacyjnym charakterze Polski Ludowej, od samego jej początku do samego końca.
Ale można i należy przyglądać się dziejom powojennej Polski spokojnie, uczciwie i bez ideologicznego zacietrzewienia. Tylko takie spojrzenie bowiem pozwoli naprawdę zrozumieć wybory i dylematy poprzednich pokoleń – i ludzi, którzy tym państwem rządzili, i tych, którzy byli rządzeni. Korzystając z okrągłych rocznic, które przypadają akurat na koniec czerwca, przyjrzyjmy się kolejnym etapom rozwoju i ewolucji Polski Ludowej.
80 lat temu
30 czerwca 1946 r. odbyło się pierwsze w naszej historii ogólnokrajowe referendum. Dziś pamięć o nim sprowadza się jedynie do faktu sfałszowania wyników (co miało być przygotowaniem do fałszerstwa wyborów sejmowych w styczniu 1947 r.) i postawy lidera PSL Stanisława Mikołajczyka, który wezwał do wskazania w głosowaniu odpowiedzi „nie” na pytanie dotyczące likwidacji Senatu. To wszystko prawda, jednak zapomina się o dwóch pozostałych pytaniach, które nie budziły kontrowersji nawet wśród przeciwników nowej władzy: „Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienia podstawowych gałęzi gospodarki krajowej z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?” oraz „Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic państwa polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?”.
Pytania były sformułowane tak, by zmusić opozycję – czyli głównie ludowców Mikołajczyka – do zajęcia stanowiska identycznego jak PPR-owskie, PPS-owskie i ich pomniejszych sojuszników. Mikołajczyk miał z tym problem, bo za wszelką cenę chciał się odróżnić od komunistów, którzy pragnęli włączyć go do wspólnego bloku wyborczego.
Z drugiej strony pytania dotyczyły spraw tak oczywistych, że nie sposób było wzywać do ich zanegowania. Szczególnie jeśli było się przywódcą stronnictwa, które zawsze walczyło o reformę rolną i inne radykalne zmiany społeczno-gospodarcze, a pod koniec wojny szybko pogodziło się z nowymi granicami Polski, ale też w II RP konsekwentnie domagało się jednoizbowego parlamentu. Jednak Mikołajczyk wybrał tę ostatnią kwestię, by nie podpisać się pod hasłem „trzy razy tak” i skorzystać z okazji policzenia swoich zwolenników, najwyraźniej uznając, że spór o Senat jest sprawą symboliczną, bez większego znaczenia praktycznego.
Warto też przypomnieć,
Przed PiS była AWS
Najtrwalszym „osiągnięciem” rządów Akcji Wyborczej Solidarność okazał się IPN
To było 30 lat temu: 8 czerwca 1996 r. dokonało się zjednoczenie polskiej prawicy. Tego dnia podczas spotkania w Warszawie utworzono Akcję Wyborczą Solidarność. Spotkanie zostało zorganizowane z inicjatywy NSZZ Solidarność, którego lider Marian Krzaklewski zaprosił przedstawicieli ponad 20 ugrupowań prawicowych do stworzenia wspólnego bloku na wybory parlamentarne. Grono to szybko się rozszerzało i rok później AWS skupiała już prawie 40 podmiotów. Niemal całą postsolidarnościową część sceny politycznej.
Poza AWS zostały jedynie Unia Wolności, uważana na prawicy za formację „różową”, więc z definicji podejrzaną, i Ruch Odbudowy Polski, którego przywódca Jan Olszewski liczył na skupienie wokół siebie wszystkich „prawdziwych patriotów”. Do takiego optymizmu skłaniał go prawie siedmioprocentowy wynik w wyborach prezydenckich z listopada 1995 r. Olszewski zajął wtedy czwarte miejsce, ale w sondażach z pierwszych miesięcy 1996 r. jego nowo utworzona partia zaczęła iść w górę, osiągając nawet kilkunastoprocentowe poparcie. Na tle potęgi ROP cała reszta ugrupowań prawicowych wyglądała mizernie, toteż nic dziwnego, że wszyscy skorzystali z oferty Krzaklewskiego, który proponował im bardziej partnerskie traktowanie niż wodzowska formacja byłego premiera, w dodatku ze skrajnie podejrzliwym Antonim Macierewiczem jako prawą ręką Olszewskiego.
Lider Solidarności wybrał właściwy moment na zjednoczenie prawicy. Pół roku po wyborczej klęsce Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim i w sytuacji, gdy zwycięska lewica otrząsnęła się po wewnętrznym kryzysie wywołanym oskarżeniem premiera Józefa Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Nowy rząd Włodzimierza Cimoszewicza miał stabilne poparcie koalicji SLD-PSL, która w dodatku zmierzała do uchwalenia nowej ustawy zasadniczej w ramach „koalicji konstytucyjnej” z Unią Wolności i Unią Pracy. Dla wszystkich było oczywiste, że jeśli siły prawicowe nie zjednoczą się, to wybory parlamentarne jesienią 1997 r. przyniosą kolejny sukces lewicy. Wszak SLD i PSL zawdzięczały triumf wyborczy z 1993 r. skrajnemu rozbiciu ugrupowań wywodzących się z Solidarności, z których większość nawet nie przekroczyła pięcioprocentowego progu wprowadzonego do nowej ordynacji.
Żadne ugrupowanie z tych, które 8 czerwca 1996 r. wraz z Solidarnością podpisały deklarację założycielską AWS, nie przetrwało do dzisiaj. Dominowały zresztą wśród nich partie niewielkie, zwane kanapowymi, których potencjału nie sposób było zweryfikować. Marian Krzaklewski podjął jednak taką próbę i stworzył specjalny program komputerowy (co wówczas dla większości społeczeństwa brzmiało jak czarna magia), by przydzielić poszczególnym członkom sojuszu pozycję w Radzie Krajowej AWS. Najwyżej – na 12 pkt – „wyceniono” Porozumienie Centrum i Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, 10 pkt dostała Konfederacja Polski Niepodległej – Obóz Patriotyczny Adama Słomki, 9 pkt – Polska Federacja Stowarzyszeń Rodzin Katolickich, po 8 pkt – Ruch Stu i Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, 7 pkt – Konfederacja Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego, 6 – PSL-Porozumienie Ludowe, po 5 – Partia Chrześcijańskich Demokratów i Liga Krajowa, po 4 – Ruch dla Rzeczypospolitej – Obóz Patriotyczny,
Rok po klęsce
Zwycięstwo Karola Nawrockiego było nie tyle sukcesem partii Kaczyńskiego, ile triumfem IPN
Podobno czas leczy rany, ale tego powiedzenia nie da się zastosować do rany, jaką zadały Polsce ostatnie wybory prezydenckie. Wiosenna kampania 2025 r. okazała się definitywnym rozwianiem ogromnych nadziei, które obudziła niespodziewana „rewolucja październikowa” z 2023 r. Tamte wybory bowiem tylko formalnie stanowiły zwykłą elekcję parlamentarną. W rzeczywistości 15 października 2023 r. odbyło się referendum – lecz nie to wymyślone przez rząd Mateusza Morawieckiego, które większość Polaków zbojkotowała, ale faktyczny plebiscyt nad ośmioletnimi rządami PiS. I plebiscyt ten ówczesna władza przegrała, choć żadne sondaże nie były w stanie przewidzieć skali społecznej determinacji, by tę partię od władzy odsunąć.
Warto o tym przypominać szczególnie politykom, którzy dzięki tej rekordowej w historii Polski frekwencji i mobilizacji uzyskali większość w obecnym parlamencie. Politycy bowiem mają naturalną skłonność do przypisywania sobie post factum zasług dotyczących zdarzeń, na które w istocie nie mieli większego wpływu. I tak jest z wynikiem wyborów z 2023 r., którego od początku nie należało interpretować jako powszechnej chęci powrotu do rządów PO-PSL z lat 2007-2015.
Tamte rządy stanowią zamkniętą raz na zawsze epokę, która powinna być raczej przestrogą dla wszystkich rządzących – zaczęła się od ogromnych nadziei związanych z odsunięciem PiS od władzy w 2007 r., potem były sukcesy wyborcze w latach 2010-2011: zdobycie prezydentury dla Bronisława Komorowskiego i reelekcja koalicji rządowej, co zapewniło Platformie i ludowcom kolejne lata rozleniwiającego spokoju, a zakończyła spektakularną, podwójną klęską – prezydencką i parlamentarną – w 2015 r. z jej niespodziewanym efektem w postaci monopolu PiS na władzę przez osiem lat.
Politycy, jako się rzekło, lubią sobie przypisywać nie swoje zasługi, za to bardzo nie lubią rzetelnego analizowania przyczyn własnych niepowodzeń. A przecież przejęcie pełni władzy przez PiS 11 lat temu miało główne przyczyny w działaniach i zaniechaniach poprzedniej ekipy, gwoździem do trumny okazały się zaś nieoczekiwane podwyższenie wieku emerytalnego po wyborach w 2011 r. i wyjazd Donalda Tuska do Brukseli w 2014 r. Dodajmy do tego żenującą słabość personelu politycznego Platformy, z prezydentem Bronisławem Komorowskim i premier Ewą Kopacz na czele, oraz fatalne poprowadzenie kampanii wyborczych PO w 2015 r. Ale także zdumiewające błędy lewicy: wystawienie absurdalnej kandydatury Magdaleny Ogórek na prezydenta, a potem utworzenie zupełnie niepotrzebnej koalicji wyborczej z partią Janusza Palikota, przez co lewica po raz pierwszy znalazła się poza Sejmem.
Oczywiście zadziałały też inne czynniki, m.in. pojawienie się nowych ugrupowań, które w jakimś stopniu przejęły głosy wyborców rozczarowanych władzą PO-PSL (Kukiz’15, Nowoczesna Ryszarda Petru, partia Razem), jak również sprytna taktyka Jarosława Kaczyńskiego, by w pierwszym szeregu marszu po władzę wystawić ludzi nowych i niemal nieznanych: Andrzeja Dudę i Beatę Szydło.
Fala sprzeciwu
O tym wszystkim należy pamiętać, żeby nie ulegać złudzeniu, że wyborcza „rewolucja październikowa” z 2023 r. była osobistym sukcesem Donalda Tuska, Władysława Kosiniaka-Kamysza i Włodzimierza Czarzastego. W rzeczywistości skorzystali oni z gigantycznej fali społecznego sprzeciwu wobec rządów PiS,
Prymas Polski Ludowej
Nigdy nie przyszło mu do głowy negować państwo, jego sytuację geopolityczną i ustrój społeczno-gospodarczy
„Dziś pogrzeb prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego. Uroczystości żałobne rozpoczęły się o godzinie 16. Delegacji państwowej przewodniczy Henryk Jabłoński. W składzie delegacji: współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu Kazimierz Barcikowski, marszałek Sejmu Stanisław Gucwa, wicepremierzy Jerzy Ozdowski i ja, minister spraw zagranicznych Józef Czyrek, kierownik Urzędu ds. Wyznań Jerzy Kuberski i przewodniczący Zespołu ds. Stałych Kontaktów Roboczych ze Stolicą Apostolską Kazimierz Szablewski. Delegacji FJN przewodniczył Jan Szczepański. Uroczystość zaczęła się w prezbiterium katedry św. Jana. Po wyniesieniu trumny uformował się kondukt, który przez Krakowskie Przedmieście i ulicę Królewską dotarł na Plac Zwycięstwa. O 17 rozpoczęła się msza. Po wystąpieniu kard. Agostina Casarolego, który reprezentuje papieża, homilię papieską odczytał kard. Franciszek Macharski. Po mszy wyruszyliśmy do katedry. Trumna została wniesiona do XVII-wiecznej krypty. Przeszliśmy przed nią i na tym zakończył się ten szczególny dzień”. Tak opisał ten iście królewski pogrzeb Mieczysław Rakowski w swoim dzienniku 31 maja 1981 r.
Śmierć kard. Wyszyńskiego, która nastąpiła trzy dni wcześniej, przypadła na szczególny okres w najnowszej historii Polski. Na dobre trwał wówczas „karnawał Solidarności”, czyli kilkanaście miesięcy między sierpniem 1980 r. a 13 grudnia 1981 r., które cechowała faktyczna dwuwładza: z jednej strony oficjalne rządy PZPR i jej sojuszników, a z drugiej nieformalny wpływ NSZZ Solidarność na wszystko, co w PRL wtedy się działo. Owa dwuwładza coraz bardziej nosiła cechy anarchii, tak fatalnie zapisanej w dziejach szlacheckiej Rzeczypospolitej albo w historii Rosji pomiędzy rewolucją lutową a październikową 1917 r. W tak krytycznym momencie zabrakło człowieka, który bez wątpienia stanowił największy autorytet moralny – ale i polityczny – dla zdecydowanej większości Polaków, po obu stronach ówczesnej barykady.
W dominującej dziś IPN-owskiej, czyli antykomunistyczno-klerykalnej wersji historii prymas Wyszyński przedstawiany jest jako przywódca narodu walczącego przez cały okres powojenny z komunistycznym totalitaryzmem. Trudno o bardziej kłamliwą wizję naszej przeszłości, bo ani Polska Ludowa nie była państwem totalitarnym (zwłaszcza po 1956 r.), ani cały naród nie kwestionował tamtego państwa i panującego w nim systemu, ani sam kardynał nie aspirował do roli lidera walki z tym systemem i władzami PRL.
Dwie ściany
Jeszcze dwa miesiące przed śmiercią, 25 marca 1981 r., w Natolinie prymas spotkał się z gen. Wojciechem Jaruzelskim, wtedy świeżo powołanym szefem rządu. Jak generał relacjonował Rakowskiemu, Wyszyński powiedział, że Solidarność „powinna iść po linii społeczno-zawodowej, a napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co chodzi”. Samą Solidarność określił jako „romantyczno-renesansowy prąd”, ale dodał, że obecnie „następuje infiltracja, żeby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza korowskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”.
Podczas spotkania z premierem rządu PRL padły jeszcze dwie ciekawe uwagi prymasa, natury bardziej ogólnej. Pierwsza: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. I druga, dotycząca rewolucji październikowej, o której prymas powiedział, że „elementy wspólnotowe, komunistyczne i egalitarne tej rewolucji stanowią trwały wkład do dorobku kultury ogólnoludzkiej. Wzbogaciły jej rozwój, dały pożyteczne impulsy”.
Rakowski dodał, że to samo usłyszał od Wyszyńskiego w nieco wcześniejszej rozmowie Stanisław Kania, ówczesny I sekretarz KC PZPR. Na koniec zaś autor dziennika zanotował: „Generał był bardzo zadowolony z rozmowy z prymasem i z tego, co od niego usłyszał”. Z kolei Kania – według Rakowskiego – uznał, że „prymas ocenia Solidarność podobnie jak my. Analizuje Solidarność tak, jakby był marksistą”.
Oczywiście kardynał marksistą nie był, lecz niewątpliwie znał marksizm, i to znacznie
Majowy dramat lewicy
Wincenty Witos: Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko. Jeśli tak, to niech bierze władzę siłą
Sto lat temu Polska była krajem nie mniej podzielonym i skłóconym pod względem politycznym niż Polska dzisiejsza. Apogeum wrogości czy wręcz nienawiści nastąpiło w grudniu 1922 r., gdy nowo wybrany parlament obierał pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej.
Zabójstwo prezydenta Gabriela Narutowicza, poprzedzone wielodniową nagonką na niego jako „żydowskiego prezydenta”, który nie ma prawa stać na czele narodowego państwa Polaków, ostatecznie podzieliło elity II RP, ale też całe społeczeństwo.
Maria Dąbrowska 20 lat później pisała: „Wówczas to i pod wpływem tych faktów zrodziły się we mnie dwa poczucia, z którymi w sobie walczyłam, ale które, niestety, aż po dziś dzień wzmacniam i potwierdzam. Jednym z nich było wstrząsające odkrycie, że naród nasz składa się z dwu narodów, które język ust mają wspólny, ale nie język ducha. Drugim była tajemna trwoga, która się wówczas we mnie posiała, że ta zbrodnia u progu niepodległości na majestacie Rzeczypospolitej popełniona, będzie się okrutnie mścić w przyszłości. Nie będąc wolna od magicznego myślenia drżałam zabobonnie, że za tę rozlaną krew najniewinniejszego wówczas Polaka lać się może kiedyś krew mnóstwa niewinnych Polaków”.
Przeczucia wybitnej pisarki, przez całe życie wiernej ideałom postępowo-demokratycznym, niestety okazały się trafne. Zaledwie dwa i pół roku po zabójstwie pierwszego prezydenta na ulicach Warszawy polała się krew prawie 400 niewinnych Polaków. Tyle ofiar przyniosły trzydniowe zaledwie, rozpoczęte 12 maja 1926 r., walki pomiędzy wkraczającymi do stolicy oddziałami wiernymi Piłsudskiemu a wojskami broniącymi legalnych władz Rzeczypospolitej. W walkach tych ginęli zarówno żołnierze z obu stron, jak i liczni cywile – mimowolni świadkowie tej krótkiej wojny domowej.
I choć pierwsze strzały w owej walce oddali żołnierze ze strony rządowej, to nie ulega wątpliwości, że polityczna i moralna odpowiedzialność za tę tragiczną sytuację i jej konsekwencje w największym stopniu spada na Józefa Piłsudskiego. To on był najważniejszą postacią polskiej polityki po 1918 r. i to na niego lub przeciw niemu orientowali się wszyscy pozostali aktorzy sceny politycznej. Nie zmieniło się to po wyborze Narutowicza, a potem jego następcy, Stanisława Wojciechowskiego, za którego prezydentury aż pięciokrotnie zmieniały się rządy. W maju 1923 r. doszło do zawiązania koalicji endecji z PSL „Piast”, w rezultacie czego na czele gabinetu stanął Witos, a ważne teki ministerialne objęli czołowi politycy prawicy, m.in. Wojciech Korfanty i Roman Dmowski.
Z takim rządem nie chciał współpracować Piłsudski, który złożył wówczas wszystkie funkcje wojskowe i usunął się w zacisze swojego domu w Sulejówku. Podczas pożegnalnego przyjęcia w warszawskim Hotelu Bristol 3 lipca 1923 r. wygłosił pamiętne przemówienie, w którym, wyjaśniając powody swojej decyzji, wskazywał „zaplutego, potwornego karła na krzywych nóżkach”: „Ten potworny karzeł pełzał za mną, jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów – to obcego, to swojego państwa – krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski”.
Ta metafora – skutecznie przejęta przez PPR-owską propagandę w 1945 r. – dla nikogo wówczas nie stanowiła zagadki, tym bardziej że sam Piłsudski dodawał, że nie może już dłużej służyć w armii w sytuacji, gdy jako żołnierz miałby bronić „tych panów”. Jak zauważył Stanisław Cat-Mackiewicz, „ta mowa silna, obrazowa, poniżała i obrażała najsilniejsze w Polsce stronnictwo, które właśnie doszło do władzy. Ton tej mowy był niepohamowany, rzucał rękawicę na śmierć i życie. Lecz trzeba przyznać, że dopiero w tej mowie brał Piłsudski odwet za wszystkie upokorzenia i afronty, które ze strony Narodowej Demokracji, jej prasy i jej przedstawicieli spotykały go wtedy, gdy był Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem. Trzeba zaznaczyć, że Piłsudski, dopóki był Naczelnikiem Państwa, nie próbował walczyć z obrażającą go prasą cenzurą lub środkami policyjnymi”.
Nie tylko prasa, ale i przeciwnicy polityczni ignorowali autorytet, jakim niemała część społeczeństwa obdarzała Marszałka. On sam nie pozostawał bierny wobec wydarzeń politycznych, choć formalnie upominał się tylko o sprawy wojskowe, podkreślając zwłaszcza konieczność obrony armii przed ingerencją stronnictw sejmowych. Nie wydaje się jednak, by ówczesne elity polityczne traktowały Piłsudskiego poważnie, skoro nawet Wincenty Witos w wywiadzie prasowym z 9 maja 1926 r. mówił: „Niechże wreszcie Marszałek
Andrzej Olechowski – obsesja polskiej prawicy
Był patriotą każdej Polski, w której przyszło mu żyć: zarówno PRL, jak i III RP
Andrzej Olechowski 1947-2026
Czy III Rzeczpospolita musiała zostać zdominowana przez bezrozumną, radykalną prawicę? Warto zadać sobie to pytanie, wspominając postać zmarłego 25 kwietnia Andrzeja Olechowskiego – polityka, który odegrał pewną rolę w początkach naszej demokracji, ale gdyby odegrał większą, być może losy kraju potoczyłyby się inaczej.
Urodzony dwa lata po wojnie, należał do pokolenia, które kształciło się w siermiężnej Polsce Gomułki, ale w dorosłe życie wchodziło już w Polsce Gierka, a więc otwartej na świat i pragnącej być jak najbliżej Zachodu. Absolwent warszawskiej SGPiS, który zrobił doktorat na temat eksportu krajów europejskich, był idealnym kandydatem do elity, która miała reprezentować PRL w międzynarodowych strukturach gospodarczych. Nic dziwnego, że zaraz po ukończeniu studiów w 1973 r. podjął pracę w sekretariacie agendy ONZ ds. handlu i rozwoju w Genewie, a później, już w latach 80., trafił do Banku Światowego.
Po powrocie do kraju w 1987 r. znalazł miejsce w NBP, którym kierował wówczas wybitny ekonomista, prof. Władysław Baka. Olechowski został doradcą prezesa banku, następnie szefem biura ds. współpracy z Bankiem Światowym, a pod koniec 1989 r. objął funkcję pierwszego wiceprezesa banku centralnego. Warto dodać, że kilka miesięcy wcześniej miał udział w tworzeniu porozumień Okrągłego Stołu jako członek zespołu ds. gospodarki i polityki społecznej po stronie rządowo-koalicyjnej, którym kierował właśnie prof. Baka. Obok Olechowskiego ówczesną władzę reprezentowali tam inni młodzi, obiecujący ekonomiści, m.in. Grzegorz W. Kołodko i Marcin Święcicki.
Wraz z odejściem prezesa Baki z NBP na początku 1991 r. Olechowski przeniósł się na stanowisko wiceministra w resorcie współpracy gospodarczej z zagranicą (zresztą już za rządu Mieczysława Rakowskiego był tam dyrektorem departamentu). To tylko pokazuje, że w trudnych latach transformacji ustrojowej nie liczyły się jeszcze afiliacje polityczne ani obsesje tropicielskie, lecz fachowość i kontakty międzynarodowe, których Olechowskiemu nikt nie mógł odmówić. Dotyczyło to również najważniejszych polityków strony solidarnościowej, łącznie z prezydentem Wałęsą, który w lutym 1992 r. podsunął premierowi Olszewskiemu kandydaturę Olechowskiego na stanowisko ministra finansów – w sytuacji, gdy poprzedni podał się do dymisji, a stan budżetu państwa nadal był katastrofalny i żaden ekonomista nie palił się do objęcia tej funkcji.
Lista agentów
Ministrem Olechowski był jednak krótko, bo współpraca z prawicowym rządem i skłóconym Sejmem okazała się ponad jego siły. Gdy gabinet Olszewskiego upadał 4 czerwca 1992 r., minister finansów był już od miesiąca w stanie dymisji, lecz to nie przeszkadzało w umieszczeniu go na „liście agentów SB” przygotowanej przez szefa MSW Antoniego Macierewicza. O ile jednak wiele osób znalazło się na niej bezpodstawnie,
Demokratyczna Polska wyrosła na fundamentach PRL
Lewica nie powinna się wstydzić ani Polski Ludowej, ani III RP
Czy 1 maja to data jeszcze cokolwiek znacząca w naszym życiu społecznym? Dla przeciętnego Polaka to jedynie początek majówki, czyli wiosennego długiego weekendu, podczas którego można grillować i bez ograniczeń spożywać alkohol. Znaczenie tego dnia jako Święta Pracy skończyło się wraz z końcem Polski Ludowej i nastaniem kapitalizmu, czyli systemu, w którym praca najemna zawsze stoi niżej od kapitału, biznesu i przedsiębiorczości.
W trudnym położeniu
Historycznie rzecz biorąc, o pierwszomajowe święto powinna się upominać lewica. Tyle że lewicy dziś w Polsce nie ma. Jest za to „lewactwo”, bo taki epitet narzuciła dominująca w polityce i mediach (zwłaszcza internetowych) prawica, określając nim wszystkie siły i środowiska, które nie podzielają wyrażanej coraz bardziej radykalnie prawicowej wizji świata. „Lewakiem” jest zatem i Czarzasty, i Tusk, i Trzaskowski, a nawet Kosiniak-Kamysz i Hołownia. Trudno znaleźć kogoś na lewo od PiS, wobec kogo jeszcze takiego wyzwiska nie rzucano.
W ślad za prawicową propagandą o „lewackich ideologiach” mówi coraz większa liczba Polaków, wkładając do jednego worka wszystko, co nie jest skrajnym nacjonalizmem, antykomunizmem i klerykalizmem. Nic zatem dziwnego, że „lewacka” jest także Unia Europejska, choć dominują w niej partie chadeckie i liberalne – podobnie zresztą jak w naszym parlamencie.
W czwartej dekadzie istnienia III RP lewica znajduje się więc w trudnym położeniu. Można wręcz zapytać, czy w ogóle jest Polakom potrzebna. Co prawda, w obecnym rządzie zasiada troje ministrów i kilkanaścioro wiceministrów reprezentujących Nową Lewicę, a jej lider od kilku miesięcy pełni funkcję marszałka Sejmu, lecz to wyłącznie wynik arytmetyki sejmowej i sprytu politycznego Włodzimierza Czarzastego, którego lojalność wobec Donalda Tuska zapewnia lewicowej elicie bezpieczne korzystanie z owoców władzy. Ale tak będzie przecież tylko do najbliższych wyborów parlamentarnych, które – wszystko na to wskazuje – wyłonią najbardziej prawicowy parlament w dziejach Polski, w dodatku pod patronatem najbardziej prawicowego z prezydentów, Karola Nawrockiego. Oczywiście można się łudzić, że będzie inaczej, ale niby dlaczego miałoby tak się stać, skoro obecna koalicja rządowa cieszy się coraz mniejszą akceptacją społeczną, premier zaś należy do polityków z rekordowo niskim zaufaniem.
Bardzo prawdopodobne jest zatem, że udział Czarzastego i jego partii we władzy okaże się tylko czteroletnim epizodem w dziejach polskiej lewicy. A przecież są to dzieje bardzo długie, sięgające początkami XIX w. Czołowi historycy polskiego ruchu socjalistycznego, Adam i Lidia Ciołkoszowie,
Zakłamana legenda prawicy
Sergiusz Piasecki – poprzednik Batyra
Jednym z patronów 2026 r. jest pisarz Sergiusz Piasecki (1899-1964). Stało się tak na mocy uchwały sejmowej z 26 września 2025 r. Uchwały przyjętej niemal jednogłośnie przez wszystkie kluby i koła poselskie (wstrzymało się zaledwie trzech posłów z PO i PiS, nikt nie był przeciw), choć jej tekst – autorstwa Joanny Lichockiej z PiS – przepojony jest napuszoną antykomunistyczną retoryką rodem z prawicowych mediów. Według Sejmu RP Piasecki to „jeden z najwybitniejszych twórców polskiej literatury XX w.”, ponieważ „we wszystkich jego powieściach jest zapis miłości do Polski, przedstawiał polską tożsamość zbudowaną wokół umiłowania wolności, wiary w Boga, honoru i solidarności. Typ niepokornego awanturnika, ale spadkobiercy cnót rycerskich Rzeczypospolitej – tacy są jego bohaterowie, taki był on sam”.
Lewica popiera
Pisowską uchwałę poparli także przedstawiciele lewicy, najwyraźniej nieznający całej prawdy o twórczości honorowanego pisarza. W debacie sejmowej Paulina Matysiak (jeszcze wtedy z partii Razem) oświadczyła, że „w twórczości Piaseckiego odnajdujemy bezkompromisowy patriotyzm, umiłowanie wolności i ostrą krytykę wszelkich form totalitaryzmu. Był człowiekiem, który całym sobą sprzeciwiał się imperializmowi rosyjskiemu, przestrzegał przed zniewoleniem i przed konformizmem. Jego książki, zakazane w PRL-u, krążyły w drugim obiegu i kształtowały wyobraźnię pokoleń, które nie godziły się na życie w kłamstwie”.
Natomiast Daria Gosek-Popiołek z Klubu Parlamentarnego Lewicy zauważyła, że „dzisiaj Piasecki jest postacią ważną, zwłaszcza dla środowisk konserwatywnych i prawicowych, ale myślę, że jest to trochę niesłuszne, bo pisarzem był znakomitym i zasługuje na szerszą publiczność”.
Odpowiedź przyszła szybko. Joanna Lichocka zaprotestowała „przeciwko próbie zaszufladkowania tego wybitnego twórcy po jakiejś stronie politycznej. Jeśli już szeregować, pani poseł, to po stronie przeciwników kolaboracji z Moskwą. Jeśli już mamy szeregować, to po stronie tych, którzy podnosili kwestię suwerenności i niepodległości Polski od razu, natychmiast, nie przez jakieś ewolucyjne pakty z komunistami. Jeśli już robić jakiś podział, to wokół tych, którzy opowiadali się za wolnością, tradycją I i II Rzeczypospolitej, a nie za znieprawieniem PRL-u i jego elit. To jest podział, owszem. I tu wiadomo, gdzie sytuował się Sergiusz Piasecki i gdzie sytuowali się jego czytelnicy. Byłam wśród nich jeszcze w latach 80., w czasach mojego liceum i na studiach, gdy w drugim obiegu kupowaliśmy książki Sergiusza Piaseckiego. Pamiętam, kto je czytał: i chłopcy z PPS-u, i koleżanki z NZS-u, z bardziej katolickich środowisk też, ale to nie było w ogóle istotne. Liczyły się wolność, niepodległość i antykomunizm, nie prawica i lewica”.
Dodajmy, że uchwałę sejmową nieprzypadkowo podjęto trzy dni przed ceremonią pochowania na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach szczątków pisarza sprowadzonych przez IPN z Wielkiej Brytanii. W uroczystości wziął udział prezydent Karol Nawrocki, który w typowym dla siebie stylu stwierdził, że „dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy życiorysu i literatury Sergiusza Piaseckiego po to, aby mówić prawdę o bolszewizmie, o systemie komunistycznym, o tym, jakim zagrożeniem dla Polski i dla całej Europy jest postsowiecka, neoimperialna Rosja”.
Agent przemytnik
Jedno jest pewne: trudno w historii polskiej literatury znaleźć autora o równie barwnym życiorysie. Urodził się w Lachowiczach koło Baranowicz na Białorusi jako syn zubożałego i zruszczonego szlachcica Michała Piaseckiego, który pracował jako urzędnik pocztowy,








