Wpisy od Paweł Siergiejczyk
Czy Nawrocki jest konserwatystą?
Największym zagrożeniem dla świata są cyniczni zamordyści udający konserwatystów
Skrót CPAC wszedł już na stałe do języka polskiej polityki. Conservative Political Action Conference to coroczna impreza amerykańskiej prawicy, organizowana od lat 70. XX w. W jej ostatniej edycji, która odbyła się pod koniec marca w Teksasie, oprócz polityków z USA wzięli udział zagraniczni goście, spośród których jedyną głową państwa był prezydent Karol Nawrocki. Ten sam, dla którego w maju 2025 r., kilka dni przed drugą turą wyborów, urządzono w podrzeszowskiej Jasionce lokalną edycję CPAC, której głównym gościem była Kristi Noem, ówczesna szefowa Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA z ekipy Donalda Trumpa (zresztą niedawno przez niego zdymisjonowana).
Nic dziwnego, że podczas ostatniej konferencji w Teksasie polski prezydent bił rekordy w podlizywaniu się Trumpowi. „Wasz prezydent jest prawdziwym przyjacielem Polski, ale jest również wojownikiem: walczy o lepsze życie dla Amerykanów, w tym dla prawie 10 mln Polaków, którzy uczynili Amerykę swoim domem. Potrzebujemy takich przywódców jak on: przywódców, którzy na pierwszym miejscu stawiają swoich obywateli, chronią ich miejsca pracy, bronią rodzin i zabezpieczają ich przyszłość”, mówił Nawrocki do uczestników najważniejszej imprezy amerykańskiej prawicy, rewanżując się za skuteczne poparcie sprzed roku. Ale też kolejny raz potwierdzając swoje bezkrytyczne zapatrzenie w Trumpa i stuprocentowe uzależnienie od niego.
Karol Nawrocki oczywiście nie jest pierwszym polskim politykiem, który nazywa siebie konserwatystą. Jest jednak pierwszym znaczącym politykiem w III RP, który związał swoje losy z konserwatystami zza oceanu. Dotąd w naśladownictwie amerykańskiej prawicy specjalizował się u nas polityczny i ekonomiczny folklor spod znaku Janusza Korwin-Mikkego, dziś mamy formacje Mentzena i Brauna, przy czym ci politycy wyraźnie podkreślają rozbieżność interesów Polski i USA. Odwrotnie niż PiS, które zawsze było ostentacyjnie proamerykańskie (a przy tym antyrosyjskie i coraz bardziej antyniemieckie), ale ze względu na swój etatystyczny i socjalny charakter w niczym nie przypominało skrajnie wolnorynkowych konserwatystów ze Stanów Zjednoczonych.
Dwa nurty
Dopiero w osobie Karola Nawrockiego doszło do syntezy obu tych nurtów, czemu trudno się dziwić: wszak został on prezydentem dzięki połączeniu głosów prawicy pisowskiej, mentzenowskiej i braunowskiej. Nawrocki należy też do nowego pokolenia prawicowych polityków, wychowanego już na internetowym bełkocie i chamstwie oraz na kulcie Donalda Trumpa, który w gruncie rzeczy nie ma wiele wspólnego z dawną prawicą amerykańską, symbolizowaną przez poprzednich prezydentów z Partii Republikańskiej: Eisenhowera, Nixona, Forda, Reagana i obydwu Bushów. Wszyscy oni – mimo licznych błędów i nieprzemyślanych decyzji, zdarzających się każdemu przywódcy – prowadzili politykę racjonalną i przewidywalną, która starała się umacniać pozycję i autorytet USA w świecie środkami akceptowanymi przez partnerów zagranicznych i większość amerykańskiego społeczeństwa (podobnie postępowali kolejni prezydenci z Partii Demokratycznej). Na ich tle Trump nie tylko jest politycznym ignorantem i arogantem, ale też szkodzi stabilności świata i samej Ameryce, która wskutek jego działalności ma coraz mniej sojuszników, a coraz więcej wrogów.
Z takim oto patronem związał swój los obecny polski prezydent, pośrednio czyniąc z nas wszystkich, obywateli RP, wiernopoddańczego sojusznika najgłupszej chyba administracji w dziejach USA. Możemy oczywiście się pocieszać, że to nie prezydent sprawuje w Polsce realną władzę,
Nawrocki chce nowej konstytucji. Z ustrojem prezydenckim dla siebie
„W piękny wiosenny dzień, słoneczny i ciepły, za siedemnaście piąta po południu Zgromadzenie Narodowe uchwaliło Konstytucję III Rzeczypospolitej. Mazowiecki miał bardzo dobre przemówienie, najlepsze z przemówień klubowych”, zapisał w dzienniku w środę 2 kwietnia 1997 r. Waldemar Kuczyński, wówczas znaczący polityk Unii Wolności i bliski współpracownik Tadeusza Mazowieckiego.
Pierwszy premier demokratycznej Polski swoje wystąpienie na forum połączonych izb parlamentu zakończył słowami: „W społeczeństwie pluralistycznym konstytucja nie może być konstytucją jednej części narodu przeciw innej; musi być wyrazem konsensu i kompromisu. (…) Polsce potrzebna jest konstytucja, umacnia ona przemiany roku 1989, wskazuje dalszy kierunek rozwoju. Polskiemu życiu politycznemu potrzebny jest dowód zdolności wznoszenia się ponad podziały. Chciałbym bardzo, abyśmy wszyscy – i na tej sali, i poza nią, i ci, którzy krytykowali tę konstytucję, byli jej przeciwnikami – wznieśli się ponad to, by zdać ten egzamin mimo przeszkód, które w nas samych namiętności sprawować mogą”.
29 lat temu te słowa mogły brzmieć jak dzwonek alarmowy, lecz politycy, którzy dali Polsce nową ustawę zasadniczą, z pewnością nie wyobrażali sobie, jak będzie ona traktowana przez ich następców. Konstytucję uchwalono w przeddzień świąt wielkanocnych, dlatego mogłaby – jak proponował przed laty prof. Andrzej Romanowski – być nazywana „wielkanocną”, co symbolicznie kończyłoby etap politycznego zmartwychwstania niepodległej, demokratycznej Polski. Jednak dziś taka symbolika byłaby szyderstwem albo wręcz bluźnierstwem. Wszak polska prawica tak gruntownie podeptała tę konstytucję, że może ona co najwyżej zajmować miejsce w Muzeum Historii Polski, gdzie wraz z wyrzuconym z Pałacu Prezydenckiego Okrągłym Stołem będzie symbolizować epokę złudzeń i naiwności ojców założycieli III RP.
A przecież tego należało się spodziewać! Wspomniany Waldemar Kuczyński pod datą 24 lutego 1997 r. zapisał: „Pierwszy dzień obrad Zgromadzenia Narodowego pod projektem Konstytucji. Dzień dziś wiosenny, choć raczej pochmurny. Obrady konstytucyjne są na czołówkach mediów, ale w narodzie wydarzeniem nie są. Nie czuje się, żeby ludzie się tymi obradami przejmowali. W siedem lat po 1989 r., po upadku komunizmu, klimat momentu wielkiej przemiany historycznej minął i nie ma szans, by Konstytucję przyjmowano w atmosferze wielkiego przeżycia narodowego. Tym bardziej że życie bardzo się przyziemniło”.
Brak „atmosfery wielkiego przeżycia narodowego” dobitnie ujawnił się w referendum mającym zatwierdzić ustawę zasadniczą, które odbyło się 25 maja 1997 r. Frekwencja wyniosła zaledwie 42,86%, więc paradoksalnie według zapisów nowej konstytucji wynik takiego głosowania nie byłby ważny (wprowadziła ona wymóg uzyskania przeszło 50-procentowej frekwencji w referendach ogólnopolskich). Spośród 12 mln głosujących za projektem Zgromadzenia Narodowego opowiedziało się zaledwie 6,4 mln (53,45%), a przeciw 5,5 mln (46,55%). Formalnie zatem naród konstytucję zatwierdził, faktycznie zaś poparła ją mniejsza część społeczeństwa.
Pas biblijny
Ale nie tylko zobojętnienie Polaków – zupełnie naturalne po siedmiu latach trudnych ekonomicznie i często niezrozumiałych politycznie reform – ujawniło się w wyniku tego referendum. Gdy spojrzeć na mapę ówczesnych 49 województw, łatwo zauważyć wyraźny podział kraju na dwie części. W 16 województwach przewagę w głosowaniu zdobyli przeciwnicy konstytucji. Oprócz województwa gdańskiego (żyjącego jeszcze świeżą przegraną Lecha Wałęsy z 1995 r.) był to zwarty pas wschodniej i południowej Polski: białostockie, łomżyńskie, ostrołęckie, siedleckie, bialskopodlaskie, lubelskie, zamojskie, tarnobrzeskie, rzeszowskie, przemyskie, krośnieńskie, nowosądeckie, tarnowskie, krakowskie i bielskie. Zatem dawna austriacka Galicja i wschodnia część rosyjskiej Kongresówki. Ustawę zasadniczą III RP zawdzięcza więc głównie terenom dawnego zaboru pruskiego oraz poniemieckim Ziemiom Odzyskanym – i oczywiście dużym miastom, które zawsze głosują odmiennie niż tereny wiejskie.
Województwa, w których przeważył sprzeciw wobec konstytucji, do dziś stanowią nasz odpowiednik amerykańskiego pasa biblijnego, który konsekwentnie głosuje na prawicę – od 2005 r. głównie na PiS – i narzuca Polsce kolejnych prezydentów: Lecha Kaczyńskiego,
Premierzy Kaczyńskiego: od Mazowieckiego do Czarnka
Czy następnym szefem rządu zostanie Przemysław Czarnek? Ogłoszenie jego kandydatury półtora roku przed wyborami parlamentarnymi tylko pozornie wydaje się przedwczesne. W istocie Jarosław Kaczyński kolejny raz postanowił przejąć inicjatywę, narzucając polskiej scenie politycznej kierunek rozwoju w wymiarze tyleż ideologicznym, co przede wszystkim personalnym.
Nie ma w dziejach III RP drugiego tak skutecznego polityka. Po raz pierwszy swoją sprawczość pokazał już 37 lat temu, latem 1989 r., gdy wraz z bratem (obaj byli świeżo wybranymi senatorami z listy Solidarności) otrzymał od Lecha Wałęsy misję utworzenia koalicji rządowej Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Demokratycznym. To „odwrócenie przymierzy” przez dotychczasowych satelitów PZPR uniemożliwiło powołanie rządu z gen. Czesławem Kiszczakiem na czele (pod patronatem nowo wybranego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego), a w rezultacie na czele nowego gabinetu stanął bliski doradca Wałęsy Tadeusz Mazowiecki.
Mazowiecki i początek „przyśpieszenia”
Wybór Mazowieckiego nie był przypadkowy. Sam lider Solidarności nie miał ochoty zostawać premierem, w grę wchodzili zatem trzej opozycjoniści o największym autorytecie: Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i właśnie Mazowiecki. Spośród nich jedynie ten ostatni był praktykującym katolikiem, a nawet znanym dziennikarzem katolickim, tylko on też nie należał w przeszłości do PZPR, choć w czasach stalinowskich był aktywnym działaczem PAX, a potem wieloletnim posłem na Sejm PRL z ramienia koła Znak.
To zresztą znamienne dla solidarnościowej opozycji, że większość jej czołowych postaci miała w życiorysach dłuższą lub krótszą aktywność w oficjalnych strukturach PRL. Wtedy to Kaczyńskiemu nie przeszkadzało – i prawdę mówiąc, nie przeszkadzało mu nigdy w przypadku ludzi, którzy stali po jego stronie. Co innego przeciwnicy polityczni – tym zawsze potrafił wypomnieć „niewłaściwą” przeszłość, choć sam do 1989 r. wiódł dosyć spokojny żywot żoliborskiego inteligenta pochodzącego z rodziny dobrze ustawionej w tamtym ustroju.
Tadeusz Mazowiecki był więc pierwszym premierem wykreowanym przez Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście trzeba pamiętać, że nagły i niespodziewany awans 40-letniego zaledwie senatora Kaczyńskiego możliwy był tylko dzięki Wałęsie, który pod koniec lat 80. poszukiwał nowych współpracowników i znalazł ich w bliźniakach wywodzących się co prawda z przedsierpniowej opozycji, ale zajmujących tam znacznie niższą pozycję niż ludzie otaczający Wałęsę w początkach Solidarności.
Nie powinno zatem dziwić, że dla żadnego z braci Kaczyńskich nie znalazło się miejsce w pierwszym rządzie solidarnościowym, co zwłaszcza Jarosław musiał odebrać jako osobiste upokorzenie (Lech Kaczyński był wtedy zastępcą Wałęsy w NSZZ Solidarność i faktycznie kierował strukturami związku). Sam zresztą po latach wspominał: „Gdyby Mazowiecki dał mi wtedy sekretarza stanu, to bym się cieszył. Ale nic nie chciał dać”.
Pewną satysfakcją dla młodego, ambitnego polityka mogło być powierzenie mu przez Wałęsę jesienią 1989 r. funkcji redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”, którą wcześniej pełnił Mazowiecki. Spowodowało to bunt i odejście większości zespołu redakcyjnego, ale dzięki temu Kaczyński mógł uczynić z oficjalnego pisma związku własny organ polityczny i ośrodek budowania przyszłej partii.
Partią tą stało się Porozumienie Centrum, utworzone w maju 1990 r., początkowo jako szeroki sojusz prawicowych środowisk popierających kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta RP. Bo to właśnie prezydenckie ambicje gdańskiego noblisty postanowili wykorzystać bracia Kaczyńscy jako trampolinę do władzy i dominacji na scenie politycznej. A właściwie głównie Jarosław, który po latach wspominał: „Mój brat był zdecydowanie przeciwko wysuwaniu Wałęsy na prezydenta, bo znał go lepiej niż ja. Tę sprawę ja forsowałem. (…) Kalkulowałem na zimno, że trzeba wykorzystać dynamikę Wałęsy do stworzenia nowej siły politycznej”.
Na nieszczęście dla dalszych losów Polski przeciwnicy PC i Wałęsy przeforsowali koncepcję powszechnych wyborów prezydenckich, licząc na osobistą popularność ich kandydata – premiera Mazowieckiego. Sam Kaczyński był początkowo zwolennikiem wyboru Wałęsy przez Zgromadzenie Narodowe, ale gdy rozpoczęła się kampania wyborcza, szybko zrozumiał, jak świetnym polem dla demagogii i populizmu są powszechne wybory prezydenckie – i lekcji tej nie zapomniał do dzisiaj. To bowiem Kaczyński był ojcem demagogicznej i populistycznej polityki w III RP, rzucając już wiosną 1990 r. hasło „przyśpieszenia”, stanowiące krytykę rzekomej zbytniej powolności i zachowawczości rządu Mazowieckiego. Sam później tak definiował owo „przyśpieszenie”: „Należało przystąpić do zdecydowanych działań: zdelegalizować PZPR i
Od Paczkowskiego do Nawrockiego
Warszawski historyk ponosi niemałą część odpowiedzialności za kierunek, w jakim poszedł IPN
Prof. Andrzej Romanowski: „Dopiero w działaniu IPN widać, jakim piekielnym wynalazkiem była ta ustawa. Dzieło trzech profesorów: dwóch prawników, Andrzeja Rzeplińskiego i Witolda Kuleszy, oraz jednego historyka, Andrzeja Paczkowskiego. Żaden z nich nie ma nic wspólnego z PiS, a wszyscy oni sprowadzili PiS na Polskę”.
Zmarły 3 stycznia prof. Andrzej Paczkowski należał do najbardziej znanych polskich historyków. Pozycję zawdzięczał jednak bardziej mediom, które od początku lat 90. traktowały go niemal jak „urzędowego historyka III RP”, niż jakimś wybitnym osiągnięciom dziejopisarskim. Był bowiem jednym z pierwszych przedstawicieli środowiska historycznego, którzy zajęli się dziejami PRL, i konsekwentnie trwał przy tej tematyce, nie kryjąc przy tym swojego antykomunizmu. A przecież im dłużej istnieje III Rzeczpospolita, tym większe zapotrzebowanie na antykomunizm, który stał się właściwie oficjalną doktryną historyczną naszego państwa. Prof. Paczkowski miał w tym swój udział.
Pół rodziny
Urodzony w 1938 r., przeżył cały okres powojennej Polski, był więc równocześnie dziejopisem i świadkiem, a niekiedy nawet uczestnikiem ważnych wydarzeń tej epoki. Tak wspominał młodość w rozmowie z prof. Andrzejem Nowakiem (zamieszczonej w książce „O historii nie dla idiotów”, Kraków 2019): „Szkoła średnia to ZMP, Związek Młodzieży Polskiej, taka normalna »sieczka« – poranne apele, akademie ku czci, marsz żałobny po śmierci Stalina, piosenki o murarzach, traktorach (»hej traktory, rumaki stalowe…«) i mostach, co to są i na prawo, i na lewo. Na kółku recytatorskim, na które chodziłem, uczyliśmy się Majakowskiego (»kto tam znów rusza prawą? Lewa, lewa…«). Zresztą uczył nas Zbigniew Zapasiewicz, który był chyba o trzy klasy wyżej. To był Żoliborz, szkoła RTPD – Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, przedwojenna, PPS-owska. Mój ojciec, wyrzucony w 1934 r. z partii komunistycznej za jakieś tam odchylenie, był po wojnie w PPS-ie. Dosyć to było hermetyczne, niewiele docierało. Potem się dowiedziałem, że ojciec nie został zweryfikowany do PZPR-u, że był kilkakrotnie wzywany do UB…”.
Pytany przez Andrzeja Nowaka o wspomnienia na temat „żołnierzy wyklętych” Paczkowski wyjaśniał: „Moi rodzice byli urzędnikami niższego czy średnioniższego szczebla w Powszechnym Zakładzie Ubezpieczeń Wzajemnych. W niczym nie uczestniczyli. Moja mama była Żydówką, a więc niejako miałem pół rodziny, bo druga połowa nie istniała, nic nie było wiadomo o nich. W istniejącej aryjskiej połówce nie było nikogo, kto po wojnie konspirował, chociaż dwóch moich braci stryjecznych było w AK. Jeden był ranny w Powstaniu Warszawskim, drugi był ranny w Skierniewicach, gdzie mieszkał. Obaj studiowali i chyba po wojnie w niczym nie uczestniczyli. Jeden z nich zapisał się nawet do ZWM-u, czyli Związku Walki Młodych – komunistycznej organizacji młodzieżowej. W sumie miałem jakąś wiedzę o AK, o Powstaniu, też rzecz jasna o Legionach i Piłsudskim, ale o powojennej partyzantce niepodległościowej, czyli o »reakcyjnych bandach«, nic nie wiedziałem”.
Z punktu widzenia nacjonalistycznej prawicy, która dziś w Polsce dominuje, Andrzej Paczkowski pochodził więc nie tylko z żoliborskiej inteligencji, ale wręcz z „żydokomuny”. I przez wiele lat jego droga życiowa była typowa dla środowiska,
Jak w 1995 r. wybraliśmy przyszłość
Aleksandra Kwaśniewskiego środowiska postsolidarnościowe atakowały w stopniu, jakiego nie widziano po 1989 r.
30 lat temu Polacy po raz drugi w swojej historii wybierali prezydenta. Wybory, które odbyły się w listopadzie 1995 r., zasadniczo różniły się jednak od tych sprzed pięciu lat. Te z 1990 r. były całkowitym eksperymentem i pozostały takim do końca: brak ustabilizowanych partii politycznych (co spowodowało udział w pierwszej turze zaledwie sześciu kandydatów, którzy zdołali zebrać co najmniej 100 tys. podpisów), przekonanie o nieuchronnym zwycięstwie Lecha Wałęsy, którego ambicje były jedynym powodem skrócenia kadencji gen. Jaruzelskiego, wreszcie szok związany z klęską premiera Tadeusza Mazowieckiego i wejściem do drugiej tury polonijnego populisty Stanisława Tymińskiego.
Pięć lat później Polska była w zupełnie innym miejscu. Przeżyliśmy cztery rządy postsolidarnościowe, których coraz mniej akceptowana społecznie polityka jesienią 1993 r. utorowała drogę do władzy opozycyjnym partiom wyrosłym z PRL – lewicy i ludowcom. Koalicja rządowa SLD-PSL była o wiele bardziej stabilna i przewidywalna niż jej centroprawicowe poprzedniczki z Sejmu I kadencji. Dysponowała bowiem wyraźną większością parlamentarną i doświadczonymi kadrami, a przede wszystkim odpowiedzialnym przywództwem, w którym wyróżniał się lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej Aleksander Kwaśniewski.
W sytuacji, gdy niemal cała prawica znalazła się poza Sejmem i zajmowała się ciągłym „jednoczeniem” poprzez kolejne kłótnie i podziały, jedynym istotnym problemem dla koalicji rządowej był prezydent Wałęsa. Tak zwana mała konstytucja z 1992 r. dawała mu niebagatelny wpływ na rządzenie państwem – nie tylko poprzez prezydenckie weto, do którego odrzucenia potrzebne były wtedy aż dwie trzecie głosów w Sejmie (w konstytucji z 1997 r. zmniejszono tę liczbę do trzech piątych), ale też dzięki bezpośredniemu wpływowi głowy państwa na obsadę resortów spraw zagranicznych, obrony narodowej i spraw wewnętrznych. Owe „resorty prezydenckie” stanowiły wyłączną domenę wpływów Wałęsy, z czym koalicja rządowa się godziła, choć nie bez oporów.
W miarę zbliżania się końca kadencji prezydenta atmosfera w polskiej polityce robiła się coraz bardziej nerwowa. Wielomiesięczne próby wyłonienia „wspólnego kandydata prawicy” zakończyły się nie tylko fiaskiem, ale wręcz kompromitacją, mimo zaangażowania czynników kościelnych w postaci tzw. Konwentu św. Katarzyny, obradującego w parafii pod tym wezwaniem na warszawskim Służewie. Powodem konfliktu, prócz osobistych ambicji poszczególnych polityków, był stosunek do Lecha Wałęsy, którego reelekcję duża część prawicy (m.in. Jarosław Kaczyński, Jan Olszewski i Antoni Macierewicz) traktowała jako takie samo, a może i gorsze zło niż zwycięstwo „postkomunisty”. W rezultacie rozdrobnienie partyjne w tamtych wyborach okazało się rekordowe w dziejach III RP.
17 kandydatów
Przebywający wówczas na konferencji naukowej w Austrii krakowski polonista prof. Marian Stępień zanotował w dzienniku 28 października 1995 r.: „W rozmowie podczas lunchu kierują się do mnie pytania o sytuację w Polsce. (…) Niepowstrzymany wybuch śmiechu jest reakcją na wiadomość, że prezydenta będziemy wybierać spośród 17 kandydatów. Gdybyż oni jeszcze wiedzieli, jacy to są kandydaci…”.
W owej siedemnastce znaleźli się bowiem zarówno przedstawiciele najważniejszych sił parlamentarnych (Aleksander Kwaśniewski z SLD, były premier Waldemar Pawlak z PSL, Jacek Kuroń z Unii Wolności, wystawiony przez Unię Pracy rzecznik praw obywatelskich prof. Tadeusz Zieliński oraz Leszek Moczulski z KPN), jak i
Stronnictwo długiego trwania
PSL to jedyna partia, która pod tą samą nazwą działa od początku III RP i zasiada w każdym Sejmie demokratycznej Polski
Odbywającemu się 15 listopada XIV Kongresowi Polskiego Stronnictwa Ludowego nie towarzyszyły wielkie emocje: lider pozostał ten sam, przesłanie partii też nie jest zbyt ekscytujące jak na nasze czasy, bo nieustannie sprowadza się do umiaru, kompromisu i współpracy dla dobra państwa. Żadnych awantur, żadnego oskarżania przeciwników politycznych o zdradę narodu itd.
Nic dziwnego, że PSL nie należy do głównych aktorów spektaklu medialnego, który od dawna dominuje w polskiej polityce.
W sytuacji, gdy Władysław Kosiniak-Kamysz był jedynym kandydatem na prezesa, otrzymując niemal stuprocentowe poparcie delegatów, wewnątrzpartyjną rywalizację pobudziły wyłącznie wybory na przewodniczącego Rady Naczelnej PSL.
Wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski zdecydowanie pokonał pełniącego tę funkcję od czterech lat Waldemara Pawlaka, co wyraźnie świadczy o zmierzchu wpływów byłego premiera, obecnie senatora z okręgu płockiego (z tego samego okręgu pochodzi zresztą Zgorzelski).
Polityczny życiorys Pawlaka jest dobrą ilustracją faktu, że PSL zawsze stanowiło najbardziej demokratyczną partię na polskiej scenie. Pawlak dwukrotnie był wybierany na prezesa Stronnictwa (w 1991 i 2005 r.), dwukrotnie tę funkcję tracił (w 1997 i 2012 r.), a mimo to nigdy nie wypadł z PSL-owskiej elity, zdobywając wyjątkowe jak na niestabilną polską politykę doświadczenie parlamentarne (poseł w latach 1989-2015) i rządowe (premier w latach 1992 i 1993-1995, wicepremier i minister gospodarki w latach 2007-2012).
„Długie trwanie”, termin wprowadzony do światowej nauki przez wybitnego francuskiego historyka Fernanda Braudela, świetnie pasuje do PSL. Jest to bowiem jedyna partia, która pod tą samą nazwą działa od początku III RP i zasiada w każdym Sejmie demokratycznej Polski. Ale to także najstarsze ugrupowanie w naszym kraju, jego organizacyjna ciągłość liczy 130 lat – od momentu, gdy w 1895 r. w austriackiej Galicji powstało Stronnictwo Ludowe jako reprezentacja polityczna polskich chłopów, wymyślona jednak przez postępowych inteligentów, którym z całą pewnością bliżej było do ówczesnej lewicy niż do prawicy.
Od tego czasu ruch ludowy przeżywał rozłamy i zjednoczenia, wielokrotnie zmieniał nazwy i programy, ale ciągłość jego istnienia stanowi niewątpliwy fenomen w najnowszej historii Polski. Ani lewica, ani tym bardziej prawica nie może się pochwalić tak długą i nieprzerwaną tradycją. Nic zatem dziwnego, że ludowcy tę swoją tradycję pielęgnują jak żadne inne środowisko polityczne, co idzie w parze z naturalną, ewolucyjną rotacją kolejnych pokoleń działaczy – w przeciwieństwie do innych partii, rozrywanych konfliktami na linii starzy-młodzi.
Syn i bratanek
Dobrą tego ilustracją jest sam Kosiniak-Kamysz, syn i bratanek PSL-owskich ministrów z początków III RP, który w wieku 30 lat po raz pierwszy wszedł do rządu (jako minister pracy i polityki społecznej w 2011 r.), cztery lata później został prezesem Stronnictwa i dopiero po dwóch kadencjach w opozycji powrócił do ław rządowych, tym razem już w charakterze wicepremiera i ministra obrony. Ludowcy potrafią więc czekać, wychowując nowe kadry na kolejne lata i dziesięciolecia, ale też okazując – również wyjątkowy jak na polskie standardy – szacunek dla swoich nestorów, o czym świadczy niezwykła atencja okazywana byłemu marszałkowi Sejmu Józefowi Zychowi (rocznik 1938). Swoją drogą, przez długie lata podobnym szacunkiem wśród ludowców cieszył się ostatni marszałek PRL-owskiego Sejmu Roman Malinowski, zmarły w 2021 r.
W PSL-owskiej „polityce historycznej” szczególnie mocno podkreśla się dwa nazwiska z dalszej przeszłości: Wincentego Witosa i Stanisława Mikołajczyka. Obaj byli chłopskimi premierami, co było rzeczą niezwykłą w naszym kraju – rolniczym, wiejskim, ale do 1945 r. zdominowanym przez elity pochodzenia szlacheckiego. W dodatku obaj stawali na czele rządów w krytycznych momentach XX-wiecznej historii: Witos latem 1920 r., gdy Armia Czerwona szła na Warszawę i Polsce groził los sowieckiej republiki, Mikołajczyk zaś latem 1943 r., gdy ta sama Armia Czerwona zbliżała się do ziem polskich i nikt nie wiedział, jak będzie wyglądał nasz kraj po wojnie.
Obaj należą dziś do panteonu polskiego patriotyzmu, nawet tego oficjalnego, lansowanego przez IPN, mimo że ich biografie były bardziej skomplikowane. Witos był przecież tym premierem, którego rząd został obalony przez zamach majowy w 1926 r., co postawiło go w szeregu liderów antysanacyjnej opozycji
Kościół, prawica, władza
Polityczny klerykalizm prawicy i prawicowe zaangażowanie kleru trzymają się mocno
„Wygrał Karol Nawrocki. Jest to nauczka dla Platformy Obywatelskiej, że w katolickiej Polsce nie wystawia się kandydata, który zwalcza krzyż, popiera aborcję i LGBT”. W ten sposób skomentował ostatnie wybory prezydenckie prof. Maciej Giertych, sędziwy już działacz narodowo-katolicki, prywatnie ojciec posła Romana Giertycha.
O tym, czy Polska jest rzeczywiście katolicka, można by długo dyskutować. Jesteśmy bowiem krajem, który bije rekordy – własne i europejskie – pod względem wzrostu liczby rozwodów, a spadku liczby nowych małżeństw oraz dzietności, jak również powszechnego tolerowania kłamstwa i złodziejstwa w życiu publicznym, co zapewne oznacza, że w prywatnym także. Stan moralny polskiego społeczeństwa i jego elit wygląda więc raczej na porażkę Kościoła katolickiego. Z samą religijnością, nawet tą „na pokaz”, też jest coraz gorzej, o czym świadczą nawet kościelne dane dotyczące uczestnictwa wiernych w niedzielnych mszach i młodzieży w szkolnych lekcjach religii. Na kryzys Kościoła wskazuje poza tym dramatyczny spadek liczby powołań, co zmusza kolejne diecezje do zamykania seminariów duchownych.
Jednak dla większości duchowieństwa, a zwłaszcza dla hierarchii kościelnej, liczy się co innego – wpływ na państwo i jego władze. „Katolicka Polska” to Polska rządzona przez ludzi, którzy gwarantują nienaruszalność interesów materialnych oraz nietykalność prawną samego kleru, a w niektórych kwestiach m.in. (takich jak wspomniane przez prof. Giertycha aborcja i LGBT) zapewniają utrzymanie konserwatywnego status quo. Tacy ludzie są i zawsze byli we wszystkich obozach politycznych, może poza lewicą, choć znaczenie tej ostatniej jest dziś marginalne, więc jej postulaty mało kto traktuje poważnie.
Prof. Maciej Giertych jednak trafnie zdiagnozował główną przyczynę drugiej już wyborczej porażki Rafała Trzaskowskiego. Kandydatura prezydenta Warszawy zmobilizowała bowiem całą „katolicką Polskę” w stopniu niespotykanym przy wszelkich innych wyborach. Perspektywa, że prezydentem RP może zostać „tęczowy Rafał”, uczestniczący w Paradach Równości i zakazujący wieszania symboli religijnych w stołecznych urzędach, podziałała na miliony Polaków jak płachta na byka. Tu już nie chodziło o sukces czy porażkę rządu Donalda Tuska. To był symboliczny bój o wszystko: czy głową państwa zostanie „lewak”, czy jednak „Polak katolik”, choćby nawet z szemraną przeszłością i bez żadnego doświadczenia politycznego. Roznoszący się po prawicowym internecie slogan „byle nie Trzaskowski” stał się kluczowym hasłem tej kampanii, czego nie rozumieli (i być może do dziś nie rozumieją) członkowie sztabu wyborczego i inni politycy KO, zdumieni skalą mobilizacji wyborców Nawrockiego.
Tęczowy lewak
A przecież to nie Nawrocki wygrał te wybory swoimi talentami, ale Trzaskowski przegrał je swoją czarną legendą. Nawrocki skorzystał tylko z okazji, jaką był pojedynek z kandydatem uchodzącym za tęczowego lewaka. Identyczną okazję wykorzystał pięć lat wcześniej Andrzej Duda, zapewniając sobie reelekcję dzięki wygranej z tym samym reprezentantem Platformy, przeciw któremu zmobilizowała się cała „katolicka Polska”. Czy można było się spodziewać, że w 2025 r. będzie inaczej?
O tę mobilizację milionów wyborców w kluczowych dla Polski momentach decyzji wyborczych zawsze dbają biskupi i proboszczowie. Jesteśmy bowiem chyba ostatnim krajem w Europie (a może i na świecie?), w którym hierarchowie Kościoła nie mają skrupułów przed uprawianiem z ambon nie tylko politycznej, ale wprost partyjnej propagandy. O tym jednak przynajmniej dowiadujemy się z mediów. Natomiast nikt nie jest w stanie policzyć i ocenić zaangażowania duchowieństwa parafialnego i zakonnego – ludzi, którzy mają codzienny kontakt z wiernymi. Wystarczy udać się przed wyborami na niedzielną mszę do przeciętnego kościoła na polskiej wsi lub w małym mieście, by zrozumieć, skąd się biorą sukcesy tak miernych postaci jak Duda czy Nawrocki oraz popierającej ich partii.
Polski kler bowiem jednoznacznie postawił na prawicę i tak jest od początku III RP. Po trwającej niemal pół wieku, wymuszonej, lecz jakże opłacalnej dla Kościoła „kolaboracji” z władzami Polski Ludowej, w czerwcowych wyborach 1989 r. duchowieństwo zmieniło polityczny front, gremialnie angażując się w kampanię Komitetu Obywatelskiego Solidarność, którego kandydaci z braku własnych struktur terenowych zwykle korzystali z możliwości organizacyjnych parafii. Już wtedy zresztą dały o sobie znać prawicowe preferencje niektórych hierarchów, o czym świadczył przypadek znanego działacza KOR i PPS Jana Józefa Lipskiego, którego senacką kandydaturę w okręgu radomskim próbował utrącić tamtejszy biskup Edward Materski.
W pierwszych całkowicie wolnych wyborach parlamentarnych jesienią 1991 r. zaangażowanie Kościoła było jeszcze większe. Po rozpadzie obozu solidarnościowego biskupi i proboszczowie aktywnie poparli rodzące się masowo ugrupowania prawicowe, zwłaszcza
Lustratorzy i lustrowani
Lustracja stała się narzędziem „wymiany elit”, co oznacza najczęściej awans dla miernot Paweł Siergiejczyk
Tego samego dnia, 10 października 2025 r., zmarło dwóch niewątpliwie zasłużonych Polaków: 95-letni prof. Adam Strzembosz, znany prawnik, w latach 90. pierwszy prezes Sądu Najwyższego, oraz 76-letni Mirosław Chojecki, od 1976 r. główny organizator drugiego obiegu wydawniczego, później wydawca i producent filmowy na emigracji w Paryżu i w III RP. Akurat tego dnia miała też miejsce uroczystość nazwania jednej z sal w budynku Sejmu imieniem Leszka Moczulskiego, zmarłego dokładnie rok wcześniej w wieku 94 lat byłego posła i przywódcy Konfederacji Polski Niepodległej, a przy tym autora wielu cennych książek z dziedziny historii i geopolityki.
Tych trzech ludzi wiele łączyło. Przede wszystkim krytyczny stosunek do władz PRL, chociaż chyba nie do samego państwa, które umożliwiło im ukończenie studiów na Uniwersytecie Warszawskim (Strzembosz i Moczulski – prawo, Chojecki – chemia), mimo że wywodzili się ze środowisk jakże odległych od PZPR: Strzembosz z rodziny endeckiej, Moczulski – z piłsudczykowskiej, matką Chojeckiego zaś była Maria Stypułkowska, sławna „Kama” z batalionu „Parasol”, uczestniczka zamachu na Kutscherę.
Wydawać by się mogło, że wszyscy trzej odeszli jako ludzie życiowo spełnieni i docenieni przez dzisiejszą Polskę. Jeszcze prezydent Komorowski odznaczył prof. Strzembosza Orderem Orła Białego, a Leszka Moczulskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski, natomiast prezydent Duda trzy lata temu nadał Order Orła Białego Chojeckiemu. Ale to tylko pozory, bo cóż z tego, że wszyscy trzej byli przez całe życie szczerymi antykomunistami, skoro to właśnie antykomunistyczna III Rzeczpospolita zafundowała im długie lata upokorzeń?
Zabrane podpisy
Dziś nie warto już cytować wypowiedzi Zbigniewa Ziobry, Andrzeja Dudy i innych niedouczonych prawników z PiS, którzy od dawna atakowali Adama Strzembosza jako rzekomo winnego braku oczyszczenia wymiaru sprawiedliwości z PRL-owskich sędziów w latach 90. To zarzuty nie tylko głupie, ale wręcz kłamliwe. W ten sposób polska prawica mściła się na sędziwym profesorze, który konsekwentnie bronił praworządności, odkąd zaczęła być łamana przez rządy PiS.
Ale przecież polska prawica po raz pierwszy upokorzyła prof. Strzembosza już 30 lat temu, gdy próbowano wystawić jego kandydaturę w wyborach prezydenckich. Kampanię profesora w 1995 r. organizowało głównie Porozumienie Centrum, czyli pierwsza partia Jarosława Kaczyńskiego. I to właśnie Kaczyński próbował uczynić ze Strzembosza swoją marionetkę – taką pierwszą wersję Dudy czy Nawrockiego. A gdy to się nie udało, porzucił kandydaturę pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, zabierając mu podpisy niezbędne do rejestracji i wystawiając własnego brata, wówczas prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Trudno się dziwić, że potem prof. Strzembosz już nigdy nie miał zaufania do Kaczyńskiego i jego metod uprawiania polityki.
Obrona praworządności przez prof. Strzembosza w ostatnim dziesięcioleciu nie powinna jednak przesłaniać faktu, że w pierwszej dekadzie III RP sam przyłożył rękę do zbudowania systemu, który później wyniósł PiS do władzy. Chodzi o konkretną decyzję, jaką Adam Strzembosz podjął 16 października 1998 r., w ostatnim dniu swojego urzędowania w Sądzie Najwyższym. Powołał wówczas na stanowisko pierwszego rzecznika interesu publicznego, czyli najważniejszego prokuratora lustracyjnego, sędziego Bogusława Nizieńskiego, z którym znali się z pracy w PRL-owskim Ministerstwie Sprawiedliwości, gdzie w 1980 r. wspólnie zakładali struktury Solidarności.
Fanatyczny inkwizytor
Ta nominacja, dokonana wbrew, a może nawet na złość prezydentowi Kwaśniewskiemu przez odchodzącego szefa Sądu Najwyższego, uruchomiła wieloletnią krucjatę lustracyjną pod wodzą fanatycznego inkwizytora, jakim był zmarły w maju 2025 r. Bogusław Nizieński. Każdy, nawet najmniejszy ślad wskazujący na kontakty z PRL-owskimi służbami stanowił dla Nizieńskiego podstawę do oskarżenia, co w praktyce oznaczało złamanie kariery i trwałe przyklejenie łatki agenta, niezależnie od ostatecznego wyroku sądu lustracyjnego. Oskarżenia bowiem były głośne i spektakularne, a wyroki zapadały po wielu latach, już bez rozgłosu.
Taki system wprowadziła pierwsza ustawa lustracyjna, uchwalona 11 kwietnia 1997 r., zaledwie kilka dni po przyjęciu Konstytucji III RP głosami szerokiej koalicji parlamentarnej SLD, PSL, Unii Wolności i Unii Pracy, wbrew pozostającej wówczas poza Sejmem prawicy. Jednak ustawę lustracyjną przyjęła już inna nieformalna koalicja – ludowców, UW i UP – mimo sprzeciwu rządzącej lewicy. A ponad rok później, gdy do władzy wróciła prawica pod szyldem AWS, ci sami ludowcy wraz z Unią Wolności pomogli odrzucić weto prezydenta Kwaśniewskiego do ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej.
W ten sposób w końcówce lat 90. stworzono całą infrastrukturę „przemysłu pogardy i nienawiści”, ujednoliconą w 2007 r. pod szyldem IPN, który przejął zadania rzecznika interesu publicznego. Od tego momentu instytut był już nie tylko strażnikiem i dysponentem archiwów dawnej bezpieki, ale również publicznym oskarżycielem, a faktycznie najwyższym sądem, od którego zależała każda kariera w państwie polskim. Przynajmniej do czasu, gdy ludzie aktywni w czasach Polski Ludowej zajmowali istotną pozycję w elitach III RP.
Pierwsza dekada obecnego stulecia upłynęła pod znakiem lustracyjnego polowania na czarownice, którego nie rozpoczął jednak ani bezwzględny sędzia Nizieński (nawet odchodząc z urzędu w 2004 r., pozostawił listę ponad 550 osób niezlustrowanych z powodu braku wystarczających dowodów), ani żaden
Autor swego czasu pracował w Urzędzie ds. Kombatantów, gdzie zajmował się weryfikacją działaczy opozycji i osób represjonowanych w PRL, w tym kolejnymi wnioskami Mirosława Chojeckiego
Warszawa 1944, Warszawa 1945
Wycofujący się hitlerowcy z wyjątkową precyzją niszczyli obiekty o wartości kulturalnej i historycznej
W sierpniu 1944 r. Jarosław Iwaszkiewicz pisał w dzienniku: „Nie lubiłem dawniej Warszawy. Ale przez te parę lat, kiedy ją widzę taką upartą i taką mocną, pokochałem ją zupełnie inaczej i zupełnie na nowo. Wszystko to pali się i ginie – a ja stoję pod niebieską pogodną kopułą i widzę tylko obłoki. Nic nie mogę poradzić, bezsilnie chodzę naokoło domu. Przychodzą ludzie, opowiadają wciąż to samo w bezbrzeżnie przerażający i monotonny sposób. I nic nie można im pomóc, trzeba tylko słuchać tych słów bezradnych, bezkształtnych, podawać rękę, cieszyć się, że są, że wracają stamtąd. Iluż im podobnych już nigdy nie przyjdzie. Najbliższych, najukochańszych, najpełniejszych życia”.
A w listopadzie 1944 r. dodawał: „Nie mogę myśleć o tym, że Warszawy już nie ma. Taki olbrzymi rozdział odchodzi z nią razem, taka masa przeżyć!”.
Iwaszkiewicz miał dużo szczęścia. Co prawda, jako jedyny ze skamandrytów wojnę i okupację przeżył w kraju (pozostali – Tuwim, Słonimski, Lechoń i Wierzyński – znaleźli się na emigracji), ale cały czas mieszkał w bezpiecznej odległości od Warszawy, w rodzinnym majątku Stawisko koło Podkowy Leśnej. Dało mu to wyjątkową perspektywę obserwatora blisko związanego ze stolicą i zarazem znajdującego się w znacznie bardziej komfortowej sytuacji niż jego koledzy po piórze, którzy przeżywali okupację, a potem powstanie w samej Warszawie.
I oto rok później, w październiku 1945 r., ten sam Iwaszkiewicz notuje: „Warszawa obecnie kipi życiem. Trotuary zastawione kwiatami i książkami, w zawalonych domach powstają raz po raz nowe sklepy i nowe knajpy. Ruch na ulicach bardzo duży, tłumy przechodzą Marszałkowską i Alejami. Ale jest taki moment, kiedy przed samym wieczorem sklepy zamykają się, handlarze chowają się do swoich nor, a na miejscach targowisk pozostają tylko nigdy niesprzątane śmietniska. Wtedy grobowa cisza panująca w zawalonych domach poczyna rozciągać się na ulicę i dopiero w tej ciszy, zalewającej powoli miasto jak wznosząca się trupia woda, widzi się całe straszliwe zniszczenie. (…) Wśród ruin najbardziej ruiną są resztki pałaców i kościołów, które dawniej nadawały Warszawie śmiejącą się fizjognomię miasta na pół stołecznego, a na pół prowincjonalnego”.
Żywych wołam
Dalej Iwaszkiewicz opisuje kościół św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży, z którego pozostały tylko ruiny. Ale z tych ruin pisarz usłyszał nagle dzwon wzywający na Anioł Pański, co skłoniło go do jeszcze jednej refleksji: „Oto jest głos życia. Vivos voco – żywych wołam – jak powiada łacińskie przysłowie. Ten głos zdał mi się głosem odradzającej się Warszawy. Gwarancją jej regeneracji”.
Warto zauważyć, że w tych refleksjach Iwaszkiewicza nie ma żadnych ocen politycznych. Powstania warszawskiego ani nie potępia, ani nie usprawiedliwia, lecz patrzy na nie jak na wielką tragedię, której skutki odczuwają tak bliskie mu miasto i jego mieszkańcy. Ale tak samo patrzy na cud odrodzenia Warszawy już rok po tej tragedii.
Iwaszkiewicz – przedwojenny dyplomata, zaprzyjaźniony z sanacyjną elitą i wżeniony w rodzinę bogatej burżuazji – był chyba ostatnim spośród pisarzy, którzy cieszyliby się z wyzwolenia Polski przez Armię Czerwoną i przejęcia władzy przez komunistów. A jednak nigdy nie zdecydował się na emigrację czy inną formę ucieczki (także na emigrację wewnętrzną), gdyż uznawał, że jego zadaniem jest czynne włączenie się w odrodzenie polskiej kultury po największej katastrofie w naszych dziejach.
Jego nieskrywanej radości z przywróconej do życia Warszawy trudno się dziwić. W drugiej połowie 1944 r. stolica padła ofiarą bezprecedensowego w nowożytnych dziejach barbarzyństwa: w gruzy obrócono 85% jej zabudowy, w tym 90% świątyń i budowli zabytkowych, tyle samo muzeów, teatrów, archiwów i bibliotek oraz sal teatralnych i kinowych.
Symbolem zagłady dawnej Warszawy stało się zniszczenie kolumny Zygmunta w nocy z 1 na 2 września 1944 r., a więc jeszcze w czasie powstania. W tym samym miesiącu na Rynku Starego Miasta spłonęła kamienica Baryczków z unikatowymi zbiorami varsavianów. W połowie października ogień
Jak prawica fałszuje historię PRL
Kłamstwa, Obrzydzanie, zohydzanie, oczernianie i szkalowanie
45 lat w dziejach Polski to niemało. Dokładnie tyle lat trwały rządy najdłużej panujących u nas królów – Kazimierza Jagiellończyka i Zygmunta III Wazy, a niewiele dłużej (48 lat) zasiadał na tronie rekordzista w tej konkurencji, Władysław Jagiełło. Tak długi okres rządów zawsze stanowi osobną epokę i wywiera niezatarte piętno na dalszych dziejach państwa i narodu. Trudno jednak nie zauważyć, że 45-lecie, które przypadło na czas po II wojnie światowej, coraz częściej uważane jest za niechciany epizod w polskiej historii, wręcz za „czarną dziurę”, którą kwituje się wyłącznie pejoratywnymi określeniami („komunizm”, „dyktatura komunistyczna” lub po prostu „sowiecka okupacja”), a państwo istniejące nad Wisłą w tym okresie coraz rzadziej nazywane jest Polską, a najczęściej pogardliwie „peerelem”.
A przecież akronim PRL, stanowiący dziś kwintesencję wszelkich uprzedzeń wobec powojennego 45-lecia, jest dowodem zwycięstwa polskiej tradycji nad marksistowsko-leninowską ideologią, oficjalnie wyznawaną przez władze tego państwa! „Ludową” stała się powojenna Rzeczpospolita Polska dopiero w 1952 r., czyli po ośmiu latach istnienia (z urzędującym w Belwederze prezydentem RP Bolesławem Bierutem jako symbolem państwa, którego kult wyraźnie budowano na wzór prezydenta Ignacego Mościckiego). Stalinowska moda na dokładanie ideologicznych przymiotników do nazw państw podporządkowanych Moskwie nie ominęła Polski, ale trzeba przyznać, że obeszła się z nami wyjątkowo łagodnie: nie staliśmy się żadną „republiką socjalistyczną” jak Czechosłowacja czy „republiką demokratyczną” jak wschodnie Niemcy, lecz pozostaliśmy Rzeczpospolitą, tyle że Ludową, co akurat miało silne zakorzenienie w przedwojennym języku politycznym socjalistów i ruchu ludowego.
Nie tylko nazwa powojennego państwa nie zrywała ciągłości narodowej. Pozostały nam przecież z II RP godło pozbawione jedynie korony (której zresztą nie było także na czapkach legionistów Piłsudskiego), niezmieniona flaga oraz hymn państwowy, oficjalnie ustanowiony w 1927 r. I nawet jeśli prawdziwa jest anegdota, że stało się tak z łaski samego Stalina, to jednak sporo to mówi o sile naszej tradycji narodowej, z którą nie miał ochoty walczyć nawet radziecki dyktator.
Co więcej, po 1944 r. Stalin (ani tym bardziej żaden z jego następców) nigdy nie zakwestionował istnienia Polski jako podmiotu prawa międzynarodowego, choć przecież pomiędzy 17 września 1939 r. a 22 czerwca 1941 r. oficjalnym stanowiskiem ZSRR – podobnie jak Trzeciej Rzeszy – było przekonanie, że „pokraczny bękart traktatu wersalskiego” już nigdy się nie odrodzi. Przebieg wojny zmusił radzieckiego przywódcę do uznania prawa Polaków do posiadania własnego państwa, choć oczywiście miało to być państwo uzależnione od Moskwy i rządzone przez „Polaków Stalina”. Tych ostatnich niełatwo jednak było znaleźć po brutalnych czystkach lat 30. (zwłaszcza po likwidacji Komunistycznej Partii Polski i jej kadry przywódczej) oraz początku lat 40. (zapisanych zbrodnią katyńską i masowymi deportacjami w głąb ZSRR), dlatego Polska Ludowa od samego początku przyjmowała z otwartymi rękami każdego, kto chciał dla niej pracować: katolików i ateistów, socjalistów i narodowców, ludowców i piłsudczyków, akowców i emigrantów z Londynu. I choć wielu z nich już kilka lat po wojnie padło ofiarą kolejnej, ostatniej na szczęście, fali stalinowskiego terroru, to po 1956 r. nikt nie mógł mieć wątpliwości, że żyje w kraju, który stanowi jedyną możliwą w tych czasach – w dodatku całkiem znośną – formę polskiej państwowości.
Zresztą na gruncie prawa międzynarodowego takie wątpliwości zostały rozwiane już kilka tygodni po zakończeniu wojny w Europie. Oto bowiem Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej, utworzony w czerwcu 1945 r. w wyniku negocjacji moskiewskich między „Polakami z Lublina” a „Polakami z Londynu”, został uznany przez Francję gen. de Gaulle’a już 29 czerwca, a przez Stany Zjednoczone prezydenta Trumana i Wielką Brytanię premiera Churchilla 5 lipca 1945 r. W ten sposób emigracyjne władze RP w Londynie straciły uznanie zwycięskich mocarstw i mogły stanowić jedynie nieformalny symbol niepogodzenia się z powojenną rzeczywistością przez coraz mniejszą część polskiej emigracji. Członkiem tworzonej wtedy Organizacji Narodów Zjednoczonych stała się Rzeczpospolita Polska (a później PRL) reprezentowana przez władze w Warszawie. Aż czterokrotnie tamta Polska pełniła funkcję jednego z 10 niestałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ: w latach 1946-1947, 1960, 1970-1971 i 1982-1983. III Rzeczpospolitą ten zaszczyt spotkał dotąd tylko dwukrotnie: w latach 1996-1997 i 2018-2019.
W podsumowaniu swojej syntezy dziejów Polski w I połowie XX w. wybitny poznański historyk prof. Jerzy Krasuski stwierdzał: „Tak jak przedwojenna Rzeczpospolita Polska nie cieszyła się poparciem większości Polaków, nie mówiąc już o mniejszościach narodowych, stanowiących jedną trzecią ludności państwa, tak samo Polska rządzona przez komunistów nie znalazła nigdy poparcia większości narodu. Właściwie dlaczego? Była państwem jednolitym narodowościowo i religijnie, rozładowała przeludnienie wsi, zapewniła awans społeczny mas ludowych, upowszechniła i podniosła oświatę, troszczyła się o wysoki poziom kultury, zbudowała ogromny przemysł, zlikwidowała








