Wpisy od Robert Macfarlane

Powrót na stronę główną
Ekologia

Tam, gdzie mgła staje się rzeką

Lasy mgliste w Andach to jedne z najbogatszych ekosystemów na Ziemi

Lasy mgliste tworzą rzeki. Rosną wyżej niż lasy deszczowe, zazwyczaj na wysokości pomiędzy 900 a 2400 m n.p.m. Pośród gwałtownych krajobrazów, kreślonych graniami, grzbietami i dolinami. Wysokość sprawia, że są chłodniejsze niż lasy deszczowe, a bogata rzeźba terenu sprzyja narodzinom rzek wartkich, płytkich, o krystalicznie czystych wodach w kamiennych korytach – w przeciwieństwie do wolniejszych, znacznie bardziej zamulonych rzek na nizinach.

Wysokość i chłód przyczyniają się do powstawania chmur. Wilgotne powietrze, pchane ku górze przez ukształtowanie terenu, się ochładza, a osiągnąwszy punkt rosy, zamienia w mgłę spowijającą las przez okrągły rok. Mgła ogranicza bezpośrednie nasłonecznienie, spowalniając w drzewach proces transpiracji i zatrzymując więcej wody w ekosystemie leśnym.

Ponieważ mgła przenika całą bryłę lasu, sunąc po podłożu i pnąc się aż po korony, między pniami, wnikając w najmniejszy nawet zakamarek, powierzchnia, na której może dochodzić do skroplenia, osiąga maksymalne rozmiary. A z racji tego, że lasy mgliste znamionuje niebywała gęstość epifitów („roślin powietrznych”, rosnących na innych roślinach), powierzchnia ta okazuje się niezmierzona. Wątrobowce, mchy, paprocie, storczyki, porosty i bromelie oblepiają drzewa na tyle, że jedno większe drzewo porastać mogą setki, a czasem nawet tysiące innych roślin, gęściej nawet niż w niektórych lasach deszczowych.

Niczym przedzierający się przez mgłę brodacz, na którego zaroście osiadają krople wody, epifity lasu mglistego działają na podobieństwo kondensatorów wilgoci. To, co się na nich osadza, skapuje następnie z wolna na ziemię w postaci wody. Tego rodzaju łagodne, nieustające spływanie przez biologów nazywane jest „skraplaniem mgły” bądź „opadem mglistym”. To właśnie pozwala lasom mglistym podtrzymać przepływ wody w strumieniach nawet podczas suszy. Dlatego inną nazwą lasu mglistego jest „las wodny”. Dlatego rzeki i las mglisty są nierozerwanie ze sobą związane: rodzą się nawzajem.

Wnętrze lasu mglistego przypomina parujący, jarzący się piec zieleni. Zagłębianie się weń jest jak przedzieranie przez nasiąknięty wodą mech, jak gdyby ktoś zmniejszył nas do rozmiarów owada – tak sobie to wyobrażam. (…)

Lasy mgliste to jedne z najbogatszych w gatunki środowisk na Ziemi. Choć pokrywają mniej niż 0,5%powierzchni lądów, zamieszkuje je ok. 15% wszystkich znanych nam gatunków. Na powierzchni 1 ha lasu mglistego może rosnąć 400 gatunków drzew, czyli niemal połowa tego, co w całych Stanach Zjednoczonych. Najbardziej bioróżnorodne lasy mgliste znajdują się na obszarze równikowym Andów, gdzie sąsiedztwo Pacyfiku i Andów wspinających się w odległości zaledwie tysiąca kilometrów od brzegu oceanu na wysokość przeszło 6 km nad jego poziomem, tworzy niesamowite bogactwo i różnorodność życia.

W ostatnich dekadach jednak pod wyrąb, rolnictwo, zabudowę i górnictwo przeznaczono miliony hektarów tych lasów. Od 2001 do 2018 r. zniknęło z powierzchni Ziemi ponad 2% lasów mglistych na świecie; w Andach aż 8%. Obowiązujące przepisy zdołały spowolnić, lecz nie powstrzymały całkowicie ich niszczenia, a znaczną część strat poniósł właśnie Ekwador.

Najbardziej katastrofalną w skutkach i nieodwracalną formą ingerencji w las mglisty jest przemysłowe wydobycie metali. Na potrzeby odkrywkowego wydobycia złota i miedzi, głównej metody stosowanej dziś na terenie północnych Andów, trzeba najpierw ogołocić z drzew teren przyszłej kopalni, a następnie poprzecinać go siecią dróg dla ciężkich maszyn. Dynamit rozsadza skałę macierzystą, koparki zbierają odłamek po odłamku, ciężarówki urobek wiozą do kruszarek, gdzie miele się go na drobny proszek, miesza się

Fragmenty książki Roberta Macfarlane’a Czy rzeka żyje?, przeł. Sławomir Królak, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Foki z Wyspy Prądów

W poszukiwaniu dzikich miejsc.

Słabe wieczorne światło pobłyskiwało w fali dziobowej. Wiatr dął mocno, a łódź wychylała się o 20 st. od poziomu. Żagle były zwinięte, morze szare, wzburzone. Wszyscy troje na łódce przywiązaliśmy się do lin i belek, aby utrzymać się na przechylonym pokładzie. Stałem za sterem i próbowałem utrzymać kurs na wyspę. (…) Nad lądem wisiały dwie cienkie warstwy chmur, ciemne nad jasnymi: znak, że powietrze jest niespokojne. Był wczesny wieczór, początek lata, przy najdalej wysuniętym na zachód krańcu półwyspu Lleyn. Wyszliśmy z przystani z opóźnieniem, wiedzieliśmy, że wiatr jest silny, a zmrok zapadnie najdalej za trzy godziny.

Łódź poruszała się z prędkością prawie ośmiu węzłów i huśtała na falach, kiedy rozległ się trzask i gwałtowny łopot, jakby łabędź zrywał się do lotu. Obróciła się gwałtownie do zawietrznej i zwolniła, jak gdyby woda nagle zgęstniała, a nami rzuciło do przodu. (…) John, szyper, rzucał krótkie i celne komendy. Przejął ster, ustawił łódź przodem do wiatru, a potem kazał mi trzymać kurs. Fale zalewały pokład. Jan, żona Johna, przesunęła się wzdłuż uniesionej burty łodzi, złapała raksę i umocowała ją do relingu. Żagiel opadł, a my z trudem go ściągnęliśmy i zwinęliśmy – teraz leżał zabezpieczony na pokładzie. Ostatnia godzina minęła w ciszy, która nastała po kryzysie.

Z mniejszą powierzchnią żagli poruszaliśmy się wolniej. Cztery węzły, z rzadka trochę więcej. Na południowym zachodzie przed nami na tle zachodzącego słońca rysowała się wyspa: wielka ściana klifu i urwisko, wyrastające na wysokość 500 stóp z morza, potem opadające łagodnie ku długiemu, płytkiemu ramieniu lądu, na którym wznosiła się wysoka latarnia. Jej opalizujące lustra migały co parę sekund. W końcu wpłynęliśmy na wody osłonięte od wiatru przez klif, a samotny żagiel zwisł z masztu bez życia. Potem, jakby w ramach powitalnego cudu, chociaż oczywiście żadnego cudu w tym nie było, nisko położone już słońce przedarło się przez chmury i oblało fale srebrem, dokładnie w chwili, kiedy wpływaliśmy po tej rozjaśnionej wodzie na silniku do małej przystani. 

Gdy znaleźliśmy się już blisko brzegu, powietrze wypełnił wysoki jęk, który narastał w miarę zbliżania się do lądu. Pomyślałem, że musi to być dźwięk wywołany przez wiatr – szybko przelatujące powietrze, śpiewające w napiętych linach łodzi – i obejrzałem się na towarzyszy, niepewny, czy tylko ja to słyszę. Kiedy dźwięk zrobił się jeszcze głośniejszy, uświadomiłem sobie, że nie jest to pojedynczy ton, lecz cała gama współbrzmiących nut, każda o nieco innej wysokości. I wtedy zrozumiałem. Foki! To foki robiły ten hałas, setki fok, które polegiwały na każdej skale i na każdym obwieszonym wodorostami szkierze w zatoce oraz na jej wygiętym w łuk brzegu. Wydawały dźwięk bezwiednie, jak pszczoły albo woda. Były w różnych kolorach: szare, czarne, białe, płowe, lisiorude i skórzastobrązowe. Kiedy minęliśmy z bliska trzy mniejsze samice, zauważyłem, że ich futro jest elegancko pocętkowane. 

Fragmenty książki Roberta Macfarlane’a Dzikie miejsca, przeł. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.