Wpisy od Tomasz Skowronek

Powrót na stronę główną
Świat

Gdy piasek zniknie z plaż

Nielegalnym wydobyciem surowca zajmują się gangi i mafie

As-Suwajra, miasto w Maroku, ma kilkaset lat. Wiatr znad Atlantyku niesie sól, a po szerokiej plaży spacerują turyści. Ktoś wsiada na wielbłąda, ktoś robi zdjęcia falom. Z daleka wszystko wygląda jak pocztówka. Po zmroku plaża pustoszeje. Znikają przewodnicy i sprzedawcy herbaty. Nocą, jak mówią mieszkańcy, przyjeżdżają ciężarówki. Wjeżdżają na wydmy. Piasek ładowany jest łopatami i koparkami. Nie pojedyncze worki – całe wywrotki. Nad ranem samochody odjeżdżają.

Podobne sceny mieszkańcy nagrywali w okolicach Tangeru. W podmiejskim Lesie Dyplomatycznym ciężarówki ładowały piasek w biały dzień. Publikowane w mediach społecznościowych filmy wywołały oburzenie. Przez kilka dni mówiła o nich prasa. Potem zniknęły z nagłówków.

Piasek trafia na budowy. W kraju, który szybko się urbanizuje, to surowiec cenniejszy, niż mogłoby się wydawać. Potrzeba go do betonu, z którego rosną nowe osiedla i hotele. Pustynny piasek się nie nadaje – jest zbyt gładki, beton wiąże ten z plaży, ciężki i szorstki.

W Maroku mówi się o mafii piaskowej – o siatkach, które wiedzą, gdzie wydobywać piasek i komu go sprzedać. Oficjalnie problem jest pod kontrolą. Plaże jednak stają się coraz węższe. Na północnym wybrzeżu niektóre już przestały istnieć. Linia brzegowa z roku na rok się cofa. Proceder poważnie zagraża równowadze ekologicznej, degraduje też roślinność, naturalną barierę chroniącą wybrzeża przed erozją.

Piasek się kończy

Świadkiem takiego nielegalnego wydobycia był Abdelkader Abderrahmane, międzynarodowy śledczy ds. bezpieczeństwa z Instytutu Studiów nad Bezpieczeństwem (ISS), afrykańskiej organizacji badawczo-doradczej. Nigdy nie myślał o piasku. Przez lata podróżował po Mali, badając handel narkotykami, kiedy jedno jego źródło zwróciło mu uwagę na fakt, że większość marihuany w Mali pochodzi z Maroka, gdzie „kwitnie też handel piaskiem”.

Początkowo nie uwierzył. „Myślę, że kiedy mówi się o handlu piaskiem, większość ludzi by nie uwierzyła – ja również. Teraz wierzę”, mówi mediom. Jego zaskoczenie wynikało przede wszystkim z widoku zniszczonej przyrody, a także z bezczelności kierowców ciężarówek. „Nie można nielegalnie wydobywać piasku w biały dzień,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kubańscy medycy w Kalabrii

W kalabryjskich szpitalach mieszają się języki i akcenty. Na pomoc tamtejszej służbie zdrowia przybyli karaibscy lekarze

W Polistenie mieszkańcy żartują, że nim na sali operacyjnej ich szpitala Santa Maria degli Ungheresi zapadnie decyzja, jak ciąć, zdarza się jeszcze jedna dyskusja – o pizzy. Czy lepsza jest neapolitańska, czy kalabryjska. Ta anegdotka dobrze oddaje atmosferę placówki, w której od kilku lat pracują lekarze z różnych stron świata.

Polistena leży u podnóża gór Aspromonte, na południu Włoch. Miasteczko jest niespełna 10-tysięczne, ale tutejszy szpital obsługuje nawet 200 tys. osób z okolicznych miejscowości. Jego pacjenci zaś przyzwyczajają się do mieszanki języków i akcentów – włoski bowiem przeplata się z hiszpańskim.

Na ławkach przed gabinetami czekają głównie starsi mieszkańcy okolicy. Wielu przyjeżdża z górskich wiosek, czasem pokonując kilkadziesiąt kilometrów. W tej części Kalabrii publiczna służba zdrowia od lat zmagała się z brakami kadrowymi: konkursy na stanowiska lekarskie kończyły się bez rozstrzygnięcia, starsi medycy przechodzili na emeryturę, a młodsi wyjeżdżali na północ Włoch lub za granicę.

Ratunek przyszedł z daleka. W 2022 r. do Kalabrii przyjechało prawie 400 lekarzy z Kuby: kardiologów, ortopedów, anestezjologów i specjalistów intensywnej terapii. Dla wielu szpitali na południu kraju była to ostatnia szansa, by utrzymać funkcjonowanie oddziałów i zapewnić mieszkańcom dostęp do publicznej opieki zdrowotnej.

Polityka a deficyty kadrowe

Dziś obecność kubańskich lekarzy stała się jednak przedmiotem międzynarodowego sporu. Według doniesień dyplomatycznych USA naciskają na władze regionu, aby nie przedłużały współpracy z Kubą. Dla władz Kalabrii sprawa tymczasem jest jednoznaczna: bez zagranicznych lekarzy część szpitali może przestać istnieć.

Spór zwrócił uwagę na dramatyczny stan publicznej służby zdrowia na południu Włoch. W regionie, gdzie bezrobocie sięga ok. 20%, szpitale mają ogromne problemy z pozyskaniem personelu medycznego. Ci, którzy zostali, pracują ponad siły.

Kalabria należy do najbiedniejszych regionów Włoch, a jej gospodarka w dużej mierze opiera się na rolnictwie. Wydatki na ochronę zdrowia należą tu do najniższych w kraju i wynoszą ok. 1748 euro na mieszkańca, podczas gdy średnia krajowa przekracza 2,1 tys. euro. Z powodu chronicznego deficytu finansowego w 2009 r. nadzór nad regionalną służbą zdrowia przejął rząd centralny w Rzymie.

Problemy jednak nie zniknęły, a pandemia COVID-19 tylko je pogłębiła. Od 2021 r. z publicznego systemu odeszło we Włoszech ponad 11 tys. pracowników medycznych. Wielu lekarzy, którzy podczas pandemii byli bohaterami pierwszej linii frontu, po jej zakończeniu zdecydowało się odejść z zawodu, przejść do sektora prywatnego lub wyjechać za granicę. Poza tym młodzi medycy z południa wolą pracę w bogatszych regionach północnych – w Lombardii czy Emilii-Romanii – albo wyjeżdżają do Niemiec, Szwajcarii czy Francji,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Cypr nie chce być trampoliną do wojny

Atak drona podważył wizerunek wyspy jako bezpiecznej przystani

7 marca kilkadziesiąt osób zebrało się przed ogrodzeniem brytyjskiej bazy Akrotiri na południu Cypru. Protest odbył się kilka dni po incydencie z 2 marca, gdy irański dron – prawdopodobnie typu Shahed – uderzył w pas startowy bazy RAF. Protestujący wzywali do zamknięcia baz wojskowych i skandowali hasła przeciwko wciąganiu wyspy w konflikty na Bliskim Wschodzie. Podobna manifestacja rozpoczęła się tego samego dnia o godz. 15.30 pod budynkiem głównej siedziby związku zawodowego pracowników sektora publicznego w Nikozji i zakończyła się półtorej godziny później przed Pałacem Prezydenckim. Według organizatorów wzięło w niej udział ok. 500 osób.

Dla części Cypryjczyków obecność brytyjskich instalacji wojskowych, które od dekad funkcjonują na wyspie, staje się powodem do niepokoju. „Narracja, że sojusz z Brytyjczykami zapewnia naszym ludziom ochronę, jest podobna do sposobu, w jaki zorganizowana przestępczość sprzedaje ochronę przed zagrożeniami, które sama stwarza”, napisali w oświadczeniu organizatorzy protestu. „Nie pozwolimy, by Cypr był wykorzystywany jako baza wypadowa do wojny”. „Brytyjczycy, nie możecie się ukryć, popieracie ludobójstwo”, skandował tłum, a ludzie wyrażali obawy, że instalacje wojskowe zamieniły wyspę w „trampolinę do wojny”. Demonstranci argumentowali, że obecność brytyjskiego wojska, a także doniesienia o przyznaniu Stanom Zjednoczonym przez rząd premiera Keira Starmera dostępu do baz w celu prowadzenia operacji przeciwko Iranowi, sprawiły, że Republika Cypru może się stać celem ataków odwetowych.

Dron nad Akrotiri

Dyskusja o przyszłości brytyjskich baz nasiliła się po incydencie z irańskim dronem. Był to pierwszy atak na bazę od 1986 r. Władze zarządziły ewakuację pobliskiej wioski Akrotiri, a na wyspę skierowano dodatkowe europejskie i brytyjskie siły morskie oraz powietrzne. Dla wielu cypryjskich aktywistów i części lokalnych mediów wydarzenie to nie było zaskoczeniem. Od lat ostrzegano, że brytyjskie bazy mogą ściągnąć na wyspę zagrożenie w przypadku eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie.

Przypominano również ostrzeżenie nieżyjącego już przywódcy Hezbollahu Hassana Nasrallaha, który mówił, że jeśli Cypr udostępni Izraelowi infrastrukturę do operacji przeciwko Iranowi, może się stać celem ataku. Incydent wywołał napięcia dyplomatyczne. Cypryjski wysoki komisarz w Wielkiej Brytanii Kyriakos Kouros stwierdził, że Nikozja była „rozczarowana”, iż Londyn nie ostrzegł mieszkańców wyspy przed zagrożeniem.

Po ataku drona pojawiły się pytania o przyszłość brytyjskiej obecności wojskowej. Minister spraw zagranicznych Cypru Constantinos Kombos przyznał, że temat wymaga debaty. „W tej chwili na wyspie znajdują się brytyjskie bazy. Są pytania. Są problemy. Są obawy”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Od Super Bowl po Azję

Język hiszpański podbija nie tylko Amerykę

Ponad 70 tys. ludzi na stadionie, znacznie powyżej 100 mln przed telewizorami. Super Bowl 2026 – największe sportowe widowisko Ameryki. A ze sceny – słychać hiszpański. Bez przechodzenia na angielski, bez tłumaczenia, bez przeprosin. Bad Bunny mówi do publiczności w języku, który według prezydenta Stanów Zjednoczonych nie powinien mieć statusu języka urzędowego. Ze stadionu nie wychodzi nikt.

8 lutego 2026 r. na Levi’s Stadium w Santa Clara obalono kolejny mit: największe widowisko telewizyjne w USA wcale nie musi być prowadzone w języku angielskim. Bad Bunny, Portorykańczyk, jeden z najważniejszych artystów współczesnej muzyki latynoskiej, jako pierwszy w historii cały halftime show, czyli występ w przerwie finału ligi NFL, wykonał po hiszpańsku. Po angielsku wypowiedział jedynie słowa: „God Bless America”, po czym wymienił kraje obydwu Ameryk. Symboliczny gest – hiszpański wybrzmiał z największej amerykańskiej sceny, został usłyszany w najważniejszym dla kultury masowej momencie.

Spanglish – język, który łączy

Język hiszpański, którym posługuje się ok. 13% mieszkańców USA, jest drugim najczęściej używanym językiem w kraju. Decyzja Donalda Trumpa z marca 2025 r. o ogłoszeniu angielskiego jedynym językiem urzędowym została przez wielu odebrana jako atak na amerykańską różnorodność kulturową. Jednak w praktyce ekipa Trumpa intensywnie korzystała z hiszpańskiego np. podczas kampanii wyborczych. Reklamy w języku hiszpańskim były emitowane w stanach zamieszkanych przez dużą liczbę Latynosów – w Arizonie czy Nevadzie. W 2024 r. Trump wystąpił nawet w programie amerykańskiej hiszpańskojęzycznej telewizji Univision, odpowiadając na pytania widzów po hiszpańsku. Dane sondażowe pokazują, że zdobył dzięki temu 42% głosów Latynosów – najwyższy od 40 lat odsetek, jaki otrzymał kandydat republikański. Pokazuje to, że hiszpański w USA nie jest tylko językiem imigrantów ani „drugim” językiem – jest realnym narzędziem polityki, ekonomii i komunikacji masowej.

Lingwiści od dawna śledzą nowe zjawiska językowe zrodzone z bogactwa języka hiszpańskiego używanego na Kubie, w Portoryko i w innych społecznościach, jak również jego wpływ na obszary Stanów Zjednoczonych o największej koncentracji mieszkańców hiszpańskojęzycznych. Mieszanka hiszpańskiego i angielskiego – spanglish – jest dziś najszybciej rozwijającą się hybrydą językową na świecie.

Entuzjazmu lingwistów nie podziela jednak administracja Trumpa. Dla republikanina to kwintesencja „inwazji Latynosów”, która rzekomo zagraża anglosaskiej istocie Stanów Zjednoczonych. Jego polityka „tylko angielski” miała na celu ograniczenie roli języka hiszpańskiego w kraju. „To państwo, w którym mówimy po angielsku, a nie po hiszpańsku”, powiedział amerykański prezydent w debacie w 2015 r., podczas swojej pierwszej kampanii prezydenckiej.

Mimo politycznych prób tłumienia języka hiszpańskojęzyczna ludność napędza życie kulturalne i gospodarcze USA – dzięki niej Miami stało się „naturalnym mostem biznesowym”, pełniąc funkcję kluczowego łącznika między Ameryką Łacińską a USA i resztą globu. „Hiszpańskim posługuje się obecnie ponad 50 mln osób w Stanach Zjednoczonych. Innymi słowy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Paryż bez kawiarni nie istnieje

Bistra, integralna część art de vivre, znikają z przestrzeni publicznej

We Francji ten widok jest niemal tak symboliczny jak wieża Eiffla. Taras kawiarni, rząd rattanowych krzeseł zwróconych ku ulicy, stoliki ustawione blisko siebie. Wielu ludzi siada na chwilę, na kawę, która niepostrzeżenie zamienia się w godzinę obserwowania miasta. W środku – przy ladzie – rozmowy toczą się między espresso a kieliszkiem wina. Nikt się nie spieszy. Nikt nie pyta, czy może się dosiąść.

Przedpokój miasta

Do bistro nie przychodzi się wyłącznie na kawę czy po to, by coś przekąsić. Bistro to styl życia. Miejsce przecinania się losów. Ktoś wpada przed pracą, ktoś po drodze na zakupy. Przy jednym stoliku omawia się półgłosem sprawy zawodowe, jakby od tej rozmowy zależało coś więcej niż tylko kolejny e-mail. Przy barze stały bywalec rozmawia z kelnerem – nie o menu, raczej o pogodzie, polityce, o tym, co wczoraj mówili w radiu. Kelner słucha, potakuje, dolewa wina. Zna swoich gości. Wie, kto pije kawę na stojąco, kto musi usiąść, kto przychodzi codziennie, a kto tylko wtedy, gdy coś w życiu przestaje się układać.

Rozmowy w bistrze nie wymagają ceremonii. Zaczynają się i kończą nagle. Ktoś dosiada się bez pytania. Ktoś inny wychodzi w połowie zdania. Bistro działa jak przedpokój miasta – jest czymś pomiędzy pracą a domem. To tu przekazuje się informacje, umawia spotkania, podejmuje drobne decyzje. Krzesła stoją blisko, więc chcąc nie chcąc, słucha się cudzych historii. Nikt jednak nie myśli o naruszeniu prywatności – to raczej część kultury miejsca.

Takie sceny to codzienność w wielu miastach: Paryżu, Nicei, Antibes, Lyonie, Bordeaux czy na wyspiarskiej Korsyce. I właśnie te sceny powoli znikają. Na początku XX w. we Francji istniało ponad 508 tys. bistr i kawiarni. Dziś zostało ich mniej niż 40 tys. Znikają z przestrzeni miejskich cicho, bez manifestów i pożegnań.

Café de Lyon w Nicei istnieje od 130 lat. Mieści się w dawnym sklepie mięsnym, na trasie, którą przemierzali pierwsi pasażerowie linii kolejowej Paryż-Lyon-Marsylia. Lokal prowadzi Patrick François – przejął go po ojcu. W latach 80. stworzył tu atmosferę i klimat w stylu art déco, wplatając w wystrój relikty przeszłości. – Mamy ekspres przelewowy z początku XX w. To jedno z pierwszych takich urządzeń – niezbyt praktyczne, ale bardzo estetyczne – mówi z dumą Patrick. Dorastał w zapachu kawy i zgiełku rozmów. – Ludzie, hałas, atmosfera. Najlepiej się czuję, gdy lokal jest pełny. Nawet zimą taras nie świeci pustkami. Zawsze jest na co popatrzeć. Ludzie przechodzą, życie miejskie się toczy.

W obliczu powolnej erozji takich miejsc Francuskie Stowarzyszenie Bistr i Kawiarni oraz PMU (operator zakładów na wyścigi konne w Europie) ogłosiły wspólną inicjatywę: starania o wpisanie francuskich bistr na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO, argumentując, że bistro jest integralną częścią art de vivre. Pomysł poparł prezydent Emmanuel Macron. „To batalia, którą chcemy stoczyć w UNESCO, ponieważ nasze kawiarnie i bistra sprzedają nie tylko kawę, ale też croissanty, bagietki i tradycyjne produkty. Są strażnikami czasu”, powiedział na początku stycznia podczas ceremonii dzielenia się galette des rois (ciastem pieczonym we Francji z okazji święta Trzech Króli) w Pałacu Elizejskim.

Już Honoré de Balzac pisał, że „lada w kawiarni jest parlamentem ludu”. Trudno się z nim nie zgodzić. Przez dekady francuskie kawiarnie były centrami życia intelektualnego. To w nich przy stolikach dyskutowali Jean-Paul Sartre,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Najbardziej antytrumpowski głos w Europie

Aż 81% Hiszpanów postrzega Donalda Trumpa negatywnie

Gdy większość europejskich przywódców waży każde słowo pod adresem Donalda Trumpa, premier Hiszpanii mówi wprost. Kryzys w Wenezueli, wojna w Gazie i spory o NATO stały się dla Pedra Sáncheza okazją do zbudowania wyrazistej, antytrumpowskiej polityki zagranicznej – ryzykownej, ale popularnej w kraju i dobrze słyszalnej na globalnym Południu.

Wenezuela – europejski test

Hiszpania zajmuje wyjątkowe miejsce w kryzysie wenezuelskim. Wynika to nie tylko z liczebności i aktywności diaspory, lecz także z ambicji lewicowego rządu, by współtworzyć europejski front sprzeciwu wobec polityki Donalda Trumpa. Jak ujął to sam Pedro Sánchez, decyzje Waszyngtonu „nie są neutralne” i „mają realne konsekwencje dla stabilności całych regionów”.

Krótko po amerykańskich bombardowaniach Caracas premier Hiszpanii znacząco zwiększył aktywność dyplomatyczną. „To naruszenie prawa międzynarodowego i bardzo niebezpieczny precedens”, mówił, ostrzegając, że działania USA „popychają Amerykę Łacińską w stronę niepewności i eskalacji”. Podczas paryskiego spotkania z przywódcami państw wspierających Ukrainę dodał, że świat „zbyt dobrze pamięta konsekwencje interwencji usprawiedliwianych interesami strategicznymi”.

Sánchez wielokrotnie podkreślał, że wobec Wenezueli, Ukrainy i Strefy Gazy stosuje tę samą argumentację, wprost porównując te konflikty: „Bronimy porządku międzynarodowego opartego na zasadach, a nie na prawie dżungli”. Hiszpania razem z Brazylią, Meksykiem, Urugwajem, Chile i Kolumbią wyraziła „głębokie zaniepokojenie i sprzeciw” wobec naruszeń prawa międzynarodowego.

Konserwatywny dziennik „La Razón” wytyka, że amerykański zamach w Wenezueli został wykorzystany przez rząd Sáncheza do „politycznej operacji w Pałacu Moncloa” i że hiszpańska polityka zagraniczna staje się narzędziem odwracania uwagi od problemów wewnętrznych. Jednak Sánchez nie jest jedyną osobą, która wykorzystuje politykę zagraniczną do budowania swojego wizerunku. Prawica posłużyła się kwestią Wenezueli, aby wskazać rzekome powiązania „sanchizmu” z „chavizmem”.

Opozycja w Hiszpanii, przede wszystkim Partia Ludowa (PP) i Vox, podkreślała swoje bliskie kontakty z opozycją wenezuelską. Lider PP Alberto Núñez Feijóo zarzucał rządowi Sáncheza „wyrzeczenie się dyplomatycznych atutów i moralnego przywództwa wobec reżimu Madura” oraz brak skuteczności w doprowadzeniu do realnej zmiany władz w Caracas.

Inni, na czele z byłym premierem José Maríą Aznarem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Mirafiori do kasacji

Przemysł motoryzacyjny Włochom odjechał

Przemysł motoryzacyjny we Włoszech przeżywa poważny kryzys i odnotowuje najgorsze wyniki w historii.

Włoska Federacja Pracy (Fiom-Cgil) opublikowała raport dotyczący skali sprzedaży w przemyśle samochodowym od stycznia do września br., który pokazuje opłakany stan tego sektora. Nawet sprzedaż modelu cieszącego się dużą popularnością, czyli Fiata Pandy, zaczyna zwalniać.

Jak Turyn przestał być sercem motoryzacji

Nigdzie problemy europejskiego przemysłu samochodowego nie są tak widoczne jak w Turynie – tutaj bowiem mieści się Mirafiori, niegdyś prężnie się rozwijająca, flagowa fabryka Fiata.

Turyn nazywano włoskim Detroit. Tu, w Piemoncie, w północno-zachodniej części kraju, 125 lat temu został założony Fiat – Fabbrica Italiana Automobili Torino, Włoska Fabryka Samochodów w Turynie. Przez dekady Turyn był centrum europejskiego przemysłu samochodowego, a Fiat stał się największą włoską firmą. W 1967 r., u szczytu cudu gospodarczego, fabryka Mirafiori zatrudniała 52 tys. pracowników i produkowała 5 tys. samochodów dziennie.

Mawiano, że Fiat i Włochy to jedno. Turyński koncern urósł do rangi symbolu, kolejne rządy wspierały go i ratowały. Jego właściciele, rodzina Agnelli, uchodzili za niekoronowanych królów Włoch, którzy ukształtowali historię tego kraju w XX w. Rodzina, która nie tylko stworzyła motoryzacyjne imperium, lecz także miała wpływy w mediach, polityce i jest właścicielem drużyny piłkarskiej Juventus.

Pod koniec lat 70. XX w. Turyn miał 800-900 tys. mieszkańców. Fiat zatrudniał 60 tys. pracowników. Przynajmniej jedna osoba w każdym gospodarstwie domowym pracowała dla firmy, czy to w fabryce Mirafiori, Lingotto, Chivasso lub Rivalta, czy w innej z tysięcy fabryk kontrolowanych przez rodzinę Agnellich. Turyński gigant przejmował bowiem w XX w. dziesiątki włoskich firm, jedna po drugiej. Aż do 2021 r., kiedy połączył się ze zdominowanym przez Francuzów koncernem PSA (Peugeot, Citroën i Opel/Vauxhall), tworząc grupę Stellantis.

Pracują na pół gwizdka

Ale to już odległe wspomnienia. Obecnie produkcja jest rekordowo niska. Połowa z 3 mln m kw. terenu fabryki została opuszczona, a większość z 33 bram, przez które niegdyś ciągle napływali pracownicy, nie była otwierana od lat.

Obecnie Mirafiori produkuje elektryczne wersje Fiata 500 i zatrudnia ponad 2,8 tys. osób, które pracują w skróconym wymiarze godzin ze względu na mały popyt w Europie na samochody zasilane akumulatorami. W odpowiedzi na kryzys kierownictwo koncernu zdecydowało o przeniesieniu produkcji prestiżowych modeli Maserati GranTurismo i GranCabrio z fabryki Mirafiori z powrotem do Modeny. Zakład w Modenie jest uznawany za bardziej odpowiedni, ponieważ w przeciwieństwie do fabryki turyńskiej nie jest przystosowany do produkcji masowej.

Zakład Mirafiori został zamknięty, choć od czasu do czasu jest otwierany ponownie – tak jego pracownicy opisują obecną sytuację, którą

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Grecy wyłudzili od Unii Europejskiej miliony euro

Rolnicze dopłaty stały się sposobem na szybki zarobek

Pod koniec października grecka policja aresztowała 37 osób podejrzanych o udział w tzw. skandalu OPEKEPE, w ramach którego zorganizowana grupa przestępcza wyłudzała unijne dotacje rolnicze, składając fałszywe oświadczenia dotyczące własności ziemi. Kryzys niemal doprowadził kraj do bankructwa, miał być ostatni i zakończyć oszustwa – ludzie wciąż jednak sobie nie ufają, a nadużycia są na porządku dziennym.

Fikcyjni rolnicy

Pięć lat temu na domowy adres Vaiosa Ganisa, szefa regionalnego stowarzyszenia rolniczego w prefekturze Ftiotyda w środkowej Grecji, przyszedł anonim. Treść listu zaszokowała Ganisa – niektórzy mieszkańcy jego gminy Domokos, jak twierdził nadawca, pobierali unijne dotacje za pastwiska, których nie byli właścicielami ani dzierżawcami. Otrzymywać je też mieli za prace rolne, których nigdy nie wykonywali. „Dzierżawcy nie mieli nic wspólnego z produkcją rolną, ale dostawali rocznie 2-3 mln euro dotacji”, mówił Ganis, 58-letni producent wina.

Przedsiębiorca przekazał zarzuty Ministerstwu Rozwoju Obszarów Wiejskich i Żywności, Dyrekcji Generalnej ds. Przestępczości Gospodarczej i Finansowej w Atenach, Niezależnemu Urzędowi ds. Dochodów Publicznych i władzom regionalnym.

„Nie było żadnej reakcji”, raportował Ganis. Zamiast tego zaczął dostawać pogróżki. „Otrzymywałem groźby pozbawienia życia mnie, mojego partnera i syna – powiedział dziennikarzom Bałkańskiej Sieci Dziennikarstwa Śledczego (BIRN). – Groźby, że skończymy w rowie”.

Pięć lat później Ganis złożył zeznania przed Prokuraturą Europejską (EPPO), która prowadzi dochodzenia w kilkudziesięciu podobnych sprawach, począwszy od 2017 r. W ramach śledztwa EPPO grecka policja poinformowała, że przeprowadziła operacje w wielu rejonach kraju, od Salonik na północy po Santorini i Kretę. „Aresztowano 36 pracowników OPEKEPE (agencji odpowiedzialnej za przyznawanie unijnych dopłat dla rolnictwa – przyp. red.), w tym jej szefów, a dodatkowo księgowego, który pomagał w działalności”, czytamy w komunikacie policji.

Według Prokuratury Europejskiej to „organizacja przestępcza zaangażowana w systematyczne i zakrojone na szeroką skalę oszustwa związane z dotacjami, a także praniem pieniędzy”.

Śledztwo wykazało, że grupa działała w całej Grecji, miała hierarchiczną strukturę, w której członkowie odgrywali odrębne role. Z zebranych danych wynika, że wykorzystywali oni luki proceduralne przy składaniu wniosków o wsparcie w ramach Wspólnej Polityki Rolnej UE, posługując się fałszywymi lub wprowadzającymi w błąd dokumentami w celu ubiegania się o dopłaty z OPEKEPE.

Jak poinformowano, członkowie grupy przestępczej „fałszywie deklarowali grunty rolne i pastwiska, które do nich nie należały lub nie spełniały kryteriów kwalifikowalności, sztucznie zawyżając liczbę swoich zwierząt, aby zwiększyć wysokość otrzymywanych dotacji. By ukryć pochodzenie pieniędzy, podejrzani prawdopodobnie wystawiali fikcyjne faktury, przelewali środki na wiele kont bankowych i mieszali je z legalnymi dochodami. Część nielegalnych środków przypuszczalnie przeznaczano na zakup dóbr luksusowych

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Wojny Trumpa z makaronem

Popyt na makaron premium w USA rośnie, ale Amerykanie będą musieli obejść się smakiem

Rummo – marka makaronów odznaczająca się beżowymi opakowaniami w stylu retro – na dobre zagościła na półkach europejskich supermarketów. Sukces odniosła nie tylko w Europie. „Włoski makaron, zwłaszcza ten z południa, jest dla reszty świata niczym szampan”, powiedział z dumą na łamach

„La Repubbliki” Cosimo Rummo, prezes firmy, która siedzibę ma w Benewencie niedaleko Neapolu. Udzielenie wywiadu rzymskiemu dziennikowi nie było jednak przechwałką. Rummo chciał raczej bić na alarm.

Rummo jest jednym z 19 włoskich producentów makaronu, którzy od stycznia 2026 r. mogą zostać objęci cłami w wysokości 107% na eksport do Stanów Zjednoczonych. Cosimo Rummo ostrzega, że gdyby tak się stało, nie mogliby eksportować wyrobów do USA, więc „Amerykanie musieliby jeść makaron produkowany na miejscu”.

W innym wywiadzie w podobnym tonie wypowiada się Antonio Rummo, reprezentujący założycieli marki w szóstym już pokoleniu. „Popyt na makaron premium w USA rośnie – mówi. – Konsumenci cenią go za tradycyjną metodę wytwarzania, która gwarantuje perfekcyjne ugotowanie go al dente, dlatego sprzedaż makaronu Rummo stale rośnie. Nasza marka rozwijała się wyjątkowo szybko w ciągu ostatnich sześciu lat, co nas zaskoczyło, ale jesteśmy z tego bardzo dumni”. Cła nałożone przez prezydenta USA mogą jednak położyć kres tej dobrej passie.

Jak do tego doszło?

„Amerykańska decyzja ma źródło w dochodzeniu wszczętym przez Departament Handlu Stanów Zjednoczonych w 2024 r., po publikacji raportu otrzymanego od niektórych lokalnych producentów”, wyjaśnia Antonio na łamach „Corriere della Sera”. Dochodzenie objęło 19 włoskich marek oskarżonych o dumping. To praktyka sprzedaży produktu poniżej wartości rynkowej, stosowana po to, by szkodzić konkurencji. W tym przypadku stała się bronią polityczną. Amerykańscy inspektorzy wybrali dla przykładu dwie firmy, La Molisana i Garofalo, i sporządzili kompleksową analizę ich kosztów i cen sprzedaży.

Śledztwo celowo było wymierzone w La Molisanę i Garofalo ze względu na wielkość ich sprzedaży w USA, lecz w jego wyniku dostało się jeszcze kilku czołowym włoskim markom, w tym popularnej Barilli i Rummo. Barilla – mniej niż konkurencja zaniepokojona skutkami potencjalnych nowych taryf, ponieważ od lat ma fabryki w Ameryce i w związku z tym jest mniej narażona na ryzyko – w oświadczeniu nazwała jednak takie cła „karą dla całej branży” i zapowiedziała złożenie protestu.

Presja cła

Włoscy producenci żywności liczyli na ochronę swoich wyrobów po niedawnym porozumieniu między USA i UE, które obniżyło cła ogólne do 15%. Bliska relacja premier Włoch Giorgii Meloni z Donaldem Trumpem również dawała nadzieję, że włoski makaron nie będzie objęty sankcjami. Ale nadzieja zgasła. Włoskie media zaczęły pisać o „wojnie Trumpa z makaronem”. Krytycy tej decyzji twierdzą, że cła mają wywierać presję na włoskie firmy, aby te zakładały fabryki w USA, i że to powtórzenie strategii stosowanej w innych branżach, np. farmaceutycznej.

Firmy takie jak La Molisana i Garofalo, które mają długą historię sprzedaży we Włoszech, nie zamierzają jednak przenosić produkcji za granicę. „Jesteśmy obecni w Gragnano od 1789 r. i nie zamierzamy się przenosić”, powiedział Emidio Mansi, dyrektor ds. marketingu w Garofalo. „To, co do niedawna

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Koniec korridy?

Tradycja walk byków w Hiszpanii spotyka się z coraz większym sprzeciwem

Walki byków i gonitwy z bykami stanowią ugruntowaną tradycję w regionie północnym i w sąsiedniej Nawarze, którą wielu uważa za część ojczyzny Basków.

W baskijskich miastach Bilbao i San Sebastián latem odbywają się festiwale walk byków, natomiast w Pampelunie w Nawarze w ramach Sanfermines między 6 a 14 lipca każdego ranka na ulicach miasta mają miejsce gonitwy z bykami, a wieczorami można oglądać potyczki tych zwierząt. W sierpniu przed areną w Bilbao, gdy ludzie przychodzili, by obejrzeć walkę byków podczas święta Aste Nagusia, Wielkiego Tygodnia, zebrali się protestujący, wykrzykując takie hasła jak „Tortury nie są kulturą!” i „Żadna tradycja nie jest ponad rozumem!”.

Chociaż demonstracje w obronie praw zwierząt od dawna stanowią nieodłączny element obchodów świąt w Bilbao, tegoroczne przyciągnęły znacznie więcej ludzi niż w ostatnich latach. Do manifestacji doszło na skutek protestu części pracowników miejskiego transportu publicznego, którzy sprzeciwiali się umieszczaniu na tramwajach reklam informujących o letnich walkach byków. „Tak samo jak nie jest dozwolona reklama seksistowska, rasistowska czy nawołująca do nienawiści, nie powinno się zezwalać na promowanie działań, które są sprzeczne z uczuciami ludzi i naruszają dobrostan zwierząt”, twierdzili przedstawiciele baskijskiego lewicowo-nacjonalistycznego i niepodległościowego związku zawodowego Langile Abertzaleen Batzordeak (LAB, Nacjonalistyczne Komitety Robotnicze).

W Bilbao lewicowa, proniepodległościowa koalicja EH Bildu wezwała do dyskusji na temat przyszłości walk byków w mieście. Zakazała ich, kiedy kontrolowała ratusz w latach 2012-2015, ale kolejna administracja je przywróciła.

Protesty przeciwko walkom byków w Hiszpanii organizowane są regularnie. Ostatni, pod hasłem „Misión Abolición”, miał miejsce 20 września br. na Puerta del Sol w Madrycie. Według organizatorów w proteście wzięło udział ponad 10 tys. osób przybyłych z różnych części kraju. Manifestacja w tym roku powróciła do centrum Madrytu – przez kilka lat organizowano ją pod areną Las Ventas. „Misión Abolición” to apel, którym lokalne ugrupowanie PACMA (Partido Animalista Con el Medio Ambiente, Partia prozwierzęca i ekologiczna) chce zmobilizować obywateli do wywierania presji na rzecz zakazu walk byków. „Hiszpańskie społeczeństwo chce zmierzać ku przyszłości wolnej od znęcania się nad zwierzętami i od walk byków i po raz kolejny zademonstrujemy to na Puerta del Sol”, oświadczył rzecznik partii. Przedstawiciele PACMA podkreślili, że pomimo sprzeciwu dużej części społeczeństwa walki byków nadal otrzymują znaczne środki publiczne. W tym kontekście partia przypomniała, że co roku tysiące byków są poddawane „ekstremalnemu cierpieniu”, a wiele z nich ginie na arenach i podczas festynów – gdy podobno empatia i szacunek dla zwierząt zyskują w społeczeństwie na popularności.

Z najnowszych badań wynika, że zwolennicy PACMA generalnie mają rację: 77% Hiszpanów sprzeciwia się wykorzystywaniu zwierząt do takich aktywności jak walki byków, a 85% jest przeciwnych ich wykorzystywaniu do „rozrywki podczas lokalnych festynów”, np. gonitw z bykami. Inne badanie, z kwietnia tego roku, jest jednak nieco mniej optymistyczne dla zwierząt: wprawdzie aż 78% Hiszpanów nie popiera korridy, ale tylko 48% zgodziłoby się na zniesienie jej ustawowej ochrony. Jak pokazuje sondaż ośrodka Sigma Dos dla centroprawicowego dziennika „El Mundo”, najwięcej zwolenników korridy jest wśród wyborców partii prawicowych: Vox i Partii Ludowej, a najmniej wśród głosujących na lewicową koalicję rządową PSOE i Sumar.

Według danych statystycznych Ministerstwa Kultury w 2023 r. odbyły się 1474 walki byków, podczas gdy w 2008 r. aż 3295. W niektórych regionach byki nie są już widywane na arenie. Takim miejscem jest miasto Vitoria-Gasteiz, stolica prowincji Álava – walk nie praktykuje się tutaj od 2016 r. W 2013 r. Katalonia stała się drugim regionem autonomicznym w Hiszpanii, który zakazał tego sportu, dwie dekady po Wyspach Kanaryjskich.

Od Joselita i Hemingwaya po przepychanki polityczne

Korrida ujawnia wiele na temat polityki. Jej zwolennicy twierdzą, że stanowi ona część ich kultury, a przeciwnicy, że jest okrutnym sportem. Bez wątpienia korrida jest mocno zakorzeniona w historii kraju. Co roku 16 maja czci się minutą ciszy Joselita – jednego z najsłynniejszych matadorów wszech czasów – zabitego na arenie w 1920 r.

Rytuał walk byków niewiele się zmienił od czasu śmierci Joselita. Częścią tego widowiska jest tradycja i ceremonia: od testowania i zamęczania zwierzęcia, przez cios zadany lancą przez konnego pikadora, wbijanie kolczastych włóczni w górną część grzbietu byka przez banderilleros, do wkroczenia matadora z czerwoną muletą, który zada śmiertelny cios. Korrida zwyczajowo odbywa się po południu, na każdy pokaz składa się sześć walk po 20 minut.

Amerykański pisarz Ernest Hemingway napisał o tym w książce non-fiction „Śmierć po południu” z 1932 r.: „Walka z bykami to jedyna sztuka, w której artysta jest narażony na śmierć, a stopień doskonałości wykonania zależy od honoru walczącego”.

Krytyka nie jest wyłącznie lewicowa. W 1567 r. walk byków zakazał dekret papieski, który – co ważne – nigdy nie został uchylony. W 2010 r. rząd Katalonii pod naciskiem lokalnych nacjonalistów wprowadził zakaz walk byków, gdyż uznano je za niezgodne z katalońską tradycją (później Trybunał Konstytucyjny uchylił zakaz, ale walki byków nie powróciły). W 2022 r. hiszpański rząd socjalistów orzekł, że „bon na kulturę” dla młodzieży, przeznaczony na zajęcia po pandemii, nie może mieć zastosowania do walk byków. Sąd z tym się nie zgodził i zezwolił na jego wykorzystanie również na wejścia na walki.

Partie polityczne dostrzegły, że spór o walki byków daje im szansę na zajęcie centralnego miejsca w debacie na ten temat i zaprezentowanie się jako gwarant jedności narodu, który broni czegoś symbolicznego. Decyzja z 2010 r., postrzegana przez wielu jako przejaw katalońskiego nacjonalizmu, spotkała się z krytyką hiszpańskiej prawicy, która uznała walki byków za symbol tożsamości narodowej. Partia Ludowa i Vox uczyniły z obrony walk byków integralną część swoich programów politycznych, wykorzystując tę kwestię do przyciągnięcia podobnie myślących wyborców. Natomiast lewicowa platforma Sumar zaproponowała uchylenie ustawy o walkach byków, podnosząc argumenty za prawami zwierząt i dobrostanem publicznym. Niejednoznaczne stanowisko w sprawie walk zajęła PSOE. Chociaż przyczyniła się do uchwalenia ustawy o ochronie walk byków w całym kraju, jej podejście różni się w zależności od regionu. W niektórych, takich jak Wspólnota Walencka, Estremadura i Kastylia-La Mancha, broni walk byków, jednocześnie w innych podejmuje działania przeciw nim.

Nie będzie nagrody za cierpienie

W 2024 r. lewicowy rząd Hiszpanii ogłosił, że zniesie narodową nagrodę za walki z bykami. Decyzja ta została przyjęta przez obrońców praw zwierząt z zadowoleniem, ale rozwścieczyła fanów korridy. Większość Hiszpanów jest coraz bardziej uwrażliwiona na dobrostan zwierząt, w związku z tym „nie uznaliśmy za właściwe utrzymywanie trofeum, które nagradza pewne formy znęcania się nad zwierzętami”, wyjaśniał minister kultury Ernest Urtasun w wywiadzie dla kanału LaSexta. „Jeszcze mniej zrozumiałe jest to, że za te formy torturowania zwierząt przyznaje się medale, którym towarzyszą nagrody pieniężne, a zatem wydaje się na nie publiczne pieniądze”, kontynuował minister, członek partii Sumar. Zniesienie nagrody szybko stało się przedmiotem publicznej debaty w Hiszpanii i ponownie rozpaliło dyskusję nad tą kontrowersyjną kwestią.

Konserwatywna Partia Ludowa, główna partia opozycyjna, szybko obiecała, że przywróci nagrodę, jeśli odzyska władzę. „Walki byków są w Hiszpanii zajęciem, które jest częścią naszej kultury, naszych tradycji, (…) naszej tożsamości jako narodu”, a odebranie nagrody jest dowodem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.