Autokrata czy autoparodia?

Autokrata czy autoparodia?

Koniec kadencji Trumpa to początek sporu o ocenę jego prezydentury

20 stycznia – o ile na Waszyngton nie spadnie meteoryt, prezydent elekt nie umrze ani nie wybuchnie zbrojna rewolucja – dojdzie do pokojowego przekazania władzy w USA. Joe Biden złoży przysięgę w trakcie tradycyjnej ceremonii inauguracyjnej, choć w tym roku, ze względu na pandemiczne środki ostrożności, będzie ona inna niż wszystkie poprzednie. Ale jakkolwiek skromna czy okrojona się okaże, jej skutek będzie ten sam: Biden, 46. prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, rozpocznie urzędowanie, a jego poprzednik Donald Trump zakończy kadencję. Zacznie się nowa epoka.

Amerykanie jednak muszą jeszcze sobie poradzić ze starą. Przez ostatnie pięć lat byli nieustannie bombardowani kolejnymi szokującymi, oburzającymi lub komicznymi doniesieniami z Białego Domu. Teraz mogą wziąć głębszy oddech i spróbować poukładać sobie to wszystko w głowie. Czy odchodzący prezydent był autokratą i bezprecedensowym zagrożeniem dla amerykańskiej demokracji jako takiej? A może wypadkiem przy pracy, który pokazał słabości ustroju federalnego, ale wcale mu nie zagrażał? Co, jeśli Trump był tylko naturalnym produktem ewolucji Partii Republikańskiej, który poza wulgarnością nie wymyślił niczego, czego amerykańska prawica już dawno by nie opatentowała? Klaunem czy mężem stanu w przebraniu patentowanego idioty?

Ta dyskusja już rozpoczęła się na dobre. I nabiera tempa. Spór o ocenę 45. prezydenta i o jego dorobek – legacy, czyli dziedzictwo, jak zwykło się to górnolotnie określać – będzie ważną debatą. Nie z powodu samego Trumpa, o którym przecież napisano już i powiedziano wszystko. Będzie ważny dlatego, że dzięki niemu określi się cała opozycja – demokraci, umiarkowani republikanie i konserwatyści, młoda lewica. I albo zrozumie, co wynika z najnowszej historii, albo nie – skazując siebie i kraj na jej powtórzenie.

Antytrumpizm ponad podziałami

Spór o to, jakim prezydentem był Trump i co tak naprawdę przeżywała w ostatnich latach Ameryka, zaczął się oczywiście już w trakcie jego kadencji. Nagłówki z kampanii, o „ratowaniu demokracji” lub „dalszym przywracaniu Ameryce świetności”, dawały dość dobry obraz tego, z czym będziemy mieli do czynienia i po jej zakończeniu.

W opowieści jednego z obozów – nazwijmy go partią oporu – odchodzący prezydent był w najlepszym razie autokratą lub strongmanem. W najgorszym – nowym wcieleniem faszyzmu, Hitlera albo Mussoliniego. On i jego ludzie grali w tej samej lidze co historyczne totalitaryzmy. Na okoliczność setnej rocznicy rewolucji październikowej, w 2017 r., Anne Applebaum opublikowała na łamach „Washington Post” esej zatytułowany „Powinniśmy się bać. Po stu latach bolszewizm wrócił”. Robert Kagan jeszcze w czasach, gdy to Hillary Clinton wydawała się pewną zwyciężczynią wyborów, pisał, że wraz z Trumpem zmierza do Ameryki faszyzm. Z Mussolinim porównywało Trumpa poczytne pismo „The Atlantic”. Przykłady podobnych wypowiedzi z ust polityczek, dziennikarzy i ekspertów trudno zliczyć.

Wewnątrz obozu oporu ścierano się raczej o to, czy Trump jest faszystą, białym suprematystą-nacjonalistą, autokratą czy wyłącznie kimś o podobnych tendencjach. Panowała zaś zgoda co do tego, że nie jest normalnym prezydentem, jego wygrana w 2016 r. była oszustwem lub aberracją, a odsunięcie go od władzy wymaga odłożenia na bok politycznych i partyjnych różnic. W 2020 r. w tym celu powołano The Lincoln Project, przedsięwzięcie byłych i aktualnych republikanów, którzy prowadzili wartą dziesiątki milionów dolarów kampanię medialną przeciwko prezydentowi i kandydatom ich własnej partii. Szefem projektu został doradca polityczny George Conway, prywatnie mąż bliskiej współpracowniczki i byłej rzeczniczki Trumpa – Kellyanne Conway. To tylko pokazuje, jak polaryzująca i pełna nieoczywistych sojuszy była to kampania.

The Lincoln Project był szczytowym osiągnięciem antytrumpowskiej ideologii dwóch środowisk, nevertrumpistów i Resistance. Ci pierwsi to część konserwatywnego establishmentu, środowisk dyplomatycznych czy związanych z bezpieczeństwem i obronnością, które już w 2016 r. powiedziały „tylko nie Trump” – stąd ich nazwa. Resistance, czyli ruch oporu, to demokraci, którzy usunięcie Trumpa z urzędu i sabotowanie pracy jego administracji uznali za najważniejszy cel polityczny minionej kadencji.

Jedni i drudzy uważali, że listopadowe wybory rozstrzygną nie tyle o losach prezydentury, ile o przyszłości demokracji w ogóle. Amerykański ustrój, państwo prawa ani instytucje liberalnego ładu po prostu nie wytrzymałyby kolejnych czterech lat. Wygrana Trumpa, mówili, stanowiłaby dla nich wyrok śmierci.

Konstytucja i krewetki

Naprzeciw partii oporu stanęli, jak powiedzielibyśmy w Polsce, symetryści z obydwu stron politycznej barykady. Ludzie tak różni jak przekorny publicysta Matt Taibbi, konserwatywny komentator statecznego (i antytrumpowskiego) „New York Timesa” Ross Douthat czy Katie Herzog i Jesse Singal z lewicowego podcastu Blocked and Reported. Z tezą, że Trump jest dyktatorem i faszystą, polemizowali profesorowie Cas Mudde, znany europejski badacz populizmu, i Michael Sandel z Harvardu, gwiazda amerykańskiej humanistyki.

„Jeśli Trump był faszystą, dyktatorem, zbrodniarzem – pytają – to gdzie po czterech latach stosy trupów albo chociaż dowody na poważne zbrodnie tego tyrana?”. Okazuje się, wytykają dalej, że największe skandale, jakich na arenie krajowej dopuścił się niedoszły dyktator, albo mają charakter obyczajowy, albo wiążą się z korupcją i nepotyzmem na styku polityki, rodzinnego interesu Trumpa oraz prywaty uprawianej przez jego świtę i zauszników. Dziś zresztą połowie z tych ludzi – prawników, doradców, popychadeł i speców od brudnej roboty – grożą wyroki, więc odchodzący prezydent jednego po drugim uniewinnia.

Trump bez wątpienia naruszył wiele konwencji i za nic miał dobre obyczaje. Ale czy łamał prawo? Czy pogwałcił umowy międzynarodowe albo dopuszczał się zbrodni wojennych? Czy łamał konstytucję i kłamał przed Kongresem, sądami i społeczeństwem? Symetryści uważają, że nie bardziej niż inni przywódcy USA w ostatnich 30 latach.

Fakt, że prezydent odchodzi z urzędu, zostawiając po sobie niejasności w zeznaniach podatkowych czy aferę z opłacaniem milczenia gwiazdy porno Stormy Daniels (z którą miał uprawiać seks, a potem ją szantażować), nie przydaje urzędowi prestiżu. Ale czy to jest miara jego dyktatorskich i autorytarnych zapędów? Ataki na prasę, na wolność słowa, niezależne sądownictwo i swobodę działania opozycji – u Trumpa wszystko to działo się wyłącznie na Twitterze. W innych krajach, gdy do władzy dochodzi autokrata, groźby wobec przeciwników prędzej czy później zamieniają się w czyny. W przypadku Trumpa obracały się w parodię.

Matt Taibbi wyzłośliwia się w niedawnym tekście „Dziedzictwo prezydenta Donalda Trumpa” i przypomina, że nawet korupcja nie szła Trumpowi specjalnie dobrze. Kazał swoim gościom i Partii Republikańskiej sypiać i organizować konferencje w należących do rodziny Trumpów hotelach i ośrodkach. Jak gdyby, szydzi publicysta, „zmuszanie tych ludzi do wcinania sałatek krewetkowych za 17 dol. w jego gównianych ośrodkach golfowych było szczytem uwłaszczenia się na urzędzie prezydenckim”.

Wszędzie zmowa

Symetryści nie próbują przekonać świata, że Trump był uczciwy. Wręcz przeciwnie, mają go za skorumpowanego błazna i patologicznego kłamcę. Ale w tym sensie, podkreślają co złośliwsi z nich, Trump wcale nie był aż takim odstępstwem od reguł, jakimi rządzi się amerykańska klasa polityczna. Był nie dyktatorem ani faszystą, lecz skrajnym wcieleniem wszystkich wad od dawna obecnych w celebryckiej kulturze mediów i polityki w USA.

Na jeszcze ciekawszą rzecz zwraca uwagę Ross Douthat. Retoryka oporu i walki z Trumpem za wszelką cenę wzmacnia myślenie spiskowe po obu stronach sporu politycznego. Przekonanie, że Trumpa należało obalić za pomocą wyjątkowych środków i nie oglądając się na różnice polityczne, podsyca bowiem wiarę jego zwolenników w nieuczciwość amerykańskiej demokracji, a przede wszystkim w to, że Trumpa pokonało tajemnicze „państwo w państwie”. Widzą oni porozumienie demokratów i republikanów przeciwko Trumpowi – takie jak The Lincoln Project – i skłonni są uznać, że to deep state, mityczna klika elit i oficerów służb, o której tyle słyszeli, dokonuje przewrotu w świetle jupiterów i „kradnie” wybory.

Z drugiej strony – ciągnie Douthat – sami członkowie partii oporu nie są wolni od pokusy uwierzenia w podobny spisek: że Trump był zagrożeniem tak wielkim, że trzeba było specjalnych środków, by go pokonać, a demokracja to za mało. Tymczasem Trump przegrał sam ze sobą, w wyborach, których wyniku nie uda mu się podważyć i które – wbrew obawom wyrażanym czasem także na łamach „New York Timesa” – nie doprowadzą do wojny domowej. Zwyciężył nie żaden „ruch oporu” – bo i Ameryka nie była pod okupacją – ale normalna opozycja we względnie normalnych (jak na pandemię) wyborach.

Wszyscy, którzy chcą to podważać – kończy autor „NYT” – czy to z pro-, czy z antytrumpowskich pozycji – wzmacniają w gruncie rzeczy antydemokratyczny i szkodliwy mit.

Dwie drogi

To, czy ostatecznie wygra jedna lub druga interpretacja, będzie ważne dla losów całej opozycji wobec Trumpa – konserwatywnej i demokratycznej.

Warianty są dwa. Jeśli uznać, że Trump był wielkim zagrożeniem dla demokracji, liberalnego ładu na świecie i współczesnym Hitlerem lub Mussolinim, to w momencie wygranej Bidena można odetchnąć z ulgą i wrócić do starej, dobrej, partyjnej polityki. Wystarczy cofnąć wskazówki zegara do 2015 r. i wymazać ostatnią kadencję ze zbiorowej pamięci. O resztę zatroszczy się już naturalny rytm mediów i debaty publicznej, czas przyniesie nowe wyzwania, a instytucje powrócą na dobrze znane tory. Część obozu oporu z pewnością tak myśli i dokładnie na to liczy – że ten nadrzędny cel, odsunięcie Trumpa, został osiągnięty, więc i reszta spraw ułoży się zgodnie z planem.

Jeśli jednak Trump nie był wielką anomalią amerykańskiej polityki, tylko naturalnym skutkiem jej gnicia – produktem skorumpowanego systemu – wyzwanie na najbliższe lata wygląda zupełnie inaczej. Temu poglądowi oczywiście patronują symetryści. Przypominają oni, że Trump, zamiast amerykańską demokrację zniszczyć, wyłącznie ją ośmieszył. Bez odbudowania jej powagi, a szczególnie bez systemowych reform, scenariusz z 2016 r. prędzej czy później się powtórzy. By ludzie nie głosowali więcej na postacie w rodzaju Trumpa, trzeba zrozumieć, skąd się wzięła jego popularność i olbrzymi gniew na klasę polityczną, który był paliwem jego pierwszej kampanii prezydenckiej. Demokraci i republikanie – twierdzą symetryści – są dopiero na początku długiej drogi, a obalenie rzekomego dyktatora nie usunęło przyczyn jego popularności. Na Trumpa – pomimo straszenia dyktaturą – zagłosowało w tym roku więcej wyborców niż cztery lata temu. W przeciwieństwie do wielu autokratów i faszystów z przeszłości wskaźników jego poparcia ani kart wyborczych nie trzeba było fałszować.

Spór o to, kim był Trump i jaka to była prezydentura, otwiera dwie drogi i zostawia dwie lekcje. Amerykańska opozycja zrobi dobrze, jeśli wybierze tę trudniejszą i wymagającą więcej wysiłku.

j.dymek@tygodnikprzeglad.pl

dymek.substack.com

Fot. White House/Tia Dufour

Wydanie: 2/2021

Kategorie: Świat