Bez końca

Bez końca

Wypadek odebrał Stanisławowi Wojtasowi zdrowie, pracę i źródło utrzymania. Od ponad pięciu lat nie może się doczekać sprawiedliwości

Stanisław Wojtas był cenionym w okolicach Limanowej budowlańcem, specjalistą od pieców. Był, bo już nie pracuje w zawodzie. Wszystko przez wypadek samochodowy. 1 lipca 2006 r. jechał swoim fordem transitem przez Mszanę Dolną, kiedy zauważył nadjeżdżające z przeciwka auto. Jaguar wpadł w poślizg i uderzył w bok dostawczaka. Wojtas z wypadku pamięta tylko tyle, że chciał go uniknąć. Momentu uderzenia sobie nie przypomina.
Pogotowie natychmiast przewiozło go do szpitala. Miał potłuczoną głowę, klatkę piersiową i plecy. Na początku skarżył się tylko na bóle głowy i pleców, ale szóstego dnia pojawiły się jeszcze bóle w klatce piersiowej. Zdiagnozowano zawał. W sumie spędził w szpitalu 18 dni. Do tego doszły dwa turnusy w sanatoriach i orzeczenie o niezdolności do pracy, do której już nie wrócił. – Nawet na drabinę nie mogę wejść. A jak inaczej się dostać do komina, gdy się komuś montuje piec? – pyta rozgoryczony.
Kierowcą jaguara okazał się ówczesny senator Franciszek Adamczyk. Przed Temidą niby wszyscy jesteśmy równi, ale w trakcie ciągnącej się szósty rok sprawy okazało się, że mniej chodzi o to, czy Adamczyk spowodował wypadek czy nie, niż o to, czy Wojtas został w nim poszkodowany.

Co panu właściwie dolega?

Limanowscy i krakowscy biegli orzekli, że uszczerbek na zdrowiu, jakiego doznał Stanisław Wojtas, spowodował zaburzenia organizmu na czas krótszy niż siedem dni, a zawał, jakiego doznał w szpitalu, nie miał związku z wypadkiem. Prokuratura postępowanie umorzyła, ponieważ zgodnie z prawem w takiej sytuacji przeciw sprawcy wypadku można występować tylko z oskarżenia prywatnego.
Wojtas z taką decyzją się nie zgodził i zażądał ponownego rozpatrzenia sprawy. Prokuratura zleciła więc dodatkowe badania, aby ostatecznie ustalić, co tak naprawdę stało się poszkodowanemu. Gdyby biegli z Limanowej i Krakowa byli bardziej skrupulatni, oszczędzono by Wojtasowi podróży na własny koszt do zakładów medycyny sądowej w Bydgoszczy i Katowicach. Tam bowiem całkowicie wykluczono, jakoby Wojtas doznał zawału (sic!). W zamian zdiagnozowano stłuczenie serca skutkujące rozstrojem zdrowia na okres dłuższy niż siedem dni.
Mimo to prokuratura wniosła o warunkowe umorzenie sprawy – do którego to wniosku przychylił się sąd rejonowy już na pierwszej rozprawie. Od wyroku odwołały się obie strony. Sąd drugiej instancji nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy, wskazując liczne nieprawidłowości. Poszkodowanego wysłano na jeszcze jedne badania, tym razem do Gdańska. 19 godzin jazdy pociągiem po to, aby udowodnić, że naprawdę jest się chorym!
Choć od początku sprawy minęło pięć i pół roku, Wojtas wciąż nie może rozpocząć procesu cywilnego o odszkodowanie. Mógłby w nim dochodzić od winnego wypadku zadośćuczynienia za straty poniesione przez lata pozostawania bez pracy, bo solidne zarobki przedsiębiorcy budowlanego zastąpiły nauczycielska emerytura żony i renta w wysokości 671,51 zł przyznana przez ZUS. Tymczasem prawomocnego wyroku orzekającego o winie w wypadku nie ma.

Statystycznie musi być zdrowy

Adwokat Adamczyka, Kazimierz Wójcik, z którym nie udało nam się skontaktować, przyjął taktykę kategorycznego obalania jeden po drugim argumentów biegłych. Przed sądem sugerował m.in., że dolegliwości Wojtasa nie mają związku z wypadkiem, lecz są skutkiem problemów zdrowotnych, które wystąpiły na długo przed nim, tak więc zawał serca – kiedy jeszcze był obowiązującą diagnozą – miał być np. dalekim efektem zaczadzenia, które miało miejsce w 1982 r.
Adwokat sięgnął nawet po taki argument, że problemy zdrowotne Stanisława Wojtasa mają związek z tragicznym wypadkiem, w którym przed 30 laty stracił on córkę (w rzeczywistości syna).
Również ostatnia diagnoza postawiona przez biegłych z Gdańska jest przez adwokata podważana. Na Wybrzeżu zdiagnozowano u Wojtasa tępy uraz serca i kardiomiopatię takotsubo. Obrońca, chcąc podważyć diagnozę, powołał się na… statystykę, jakoby takotsubo w 95% wypadków występowało u kobiet. Jak więc może występować u mężczyzny?

Zaufaj doświadczeniu*

Franciszkowi Adamczykowi od 2005 r. ani razu nie udało się wygrać wyborów. Wyborcy nie zaufali jego doświadczeniu ani w 2007 r., kiedy ponownie startował do Senatu, ani w 2010 r., kiedy startował do Parlamentu Europejskiego. Przegrał nawet w wyborach na wójta Lipnicy Wielkiej, które to stanowisko po transformacji, a przed karierą parlamentarną, piastował przez 10 lat. Zaufali mu jednak partyjni koledzy. W latach 2008-2011 doradzał marszałkowi małopolskiemu, teraz jest członkiem rad nadzorczych Bumaru i KGHM.
Były senator na rozprawy stawia się od czasu do czasu. Początkowo bronił się, że jego auto wpadło w poślizg na plamie ropy, która feralnego dnia znajdowała się na ulicy. Sąd nie znalazł argumentów popierających taką wersję wydarzeń. Adamczyk z Wojtasem nie skontaktował się ani razu.
– Wypadek odebrał bratu możliwość utrzymania rodziny. Ciekawa jestem, co by się stało, gdyby brat odebrał senatorowi możliwość sprawowania urzędu? – pyta Elżbieta Ciborska, siostra poszkodowanego.

Na własną rękę

Stanisław Wojtas, zdruzgotany niemożnością dojścia sprawiedliwości, postanowił złożyć skargę na przewlekłość postępowania. Jednak zdaniem Sądu Okręgowego w Nowym Sączu postępowanie jest prowadzone wzorcowo. Co prawda, w orzeczeniu sąd przyznaje, że sąd rejonowy zbyt pospiesznie wydał wyrok już na pierwszym posiedzeniu, czego skutkiem była apelacja i ponowna rozprawa, generalnie jednak nie dopatruje się uchybień. Oczywiście Wojtasa obciążono kwotą 100 zł kosztów procesowych.
Nie mogąc znaleźć oparcia w instytucjach lokalnych, siostra poszkodowanego zwróciła się do ministra sprawiedliwości. Zaskakująco szybko przyszła odpowiedź w tej sprawie. Ministerstwo, co prawda, również nie dopatruje się jakiegoś szczególnego przeciągania sprawy, „jednakże przez wzgląd na długi okres rozpoznania przedmiotowej sprawy Departament Sądów Powszechnych objął ją nadzorem i zobowiązał Prezesa Sądu Okręgowego do nadsyłania, co dwa miesiące, informacji o jej toku, aż do prawomocnego zakończenia”.
– Czyli tak jakby na samym końcu się przyznali – mówi pani Elżbieta. Przyznanie się do winy to jedno. A zadośćuczynienie?

*Slogan wyborczy Franciszka Adamczyka z wyborów do Parlamentu Europejskiego.

Wydanie: 3/2012

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. emeryt
    emeryt 26 stycznia, 2012, 21:35

    Tego typu zjawiska dziś spotykamy na codzień. Zasada, że kto ma pieniądze lub jest przy władzy, innaczej mówiąc “NASZ”. tego trzebna za wszelką cenę bronić. Bezkarność to największe zło polskiej rzeczywistości ostatnich dziesięcioleci.
    Dziwi tylko, że tak mało o tych sprawach mówi się i pisz. A jeszcze mniej jest sytuacji, że winnych takiego stanu pociąga się do odpowiedzialności.
    Świadczy to, że system jest chory. Korupcja i kolesiostwo to zjawisko bardzo powszechne. A miała być odnowa.
    Pozdrawiam Emeryt

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy