Mam receptę dla artystów

Mam receptę dla artystów

Gdy aktor zagra w sitcomie, wszyscy biegną po autograf! To jest znak czasów

Laura Łącz jest absolwentką PWST w Warszawie i Wydziału Filologii Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Od lat związana z Teatrem Polskim w Warszawie, gdzie zagrała wiele głównych ról. Autorka wielu książek, scenariuszy, słuchowisk radiowych i spektakli teatralnych dla dzieci i młodzieży. Właścicielka Wydawnictwa i Agencji Artystycznej „Laura”. Ostatnio wydane książki to: „Bajki i wiersze na cztery pory roku” i „Serce”. Laureatka nagród aktorskich, m.in. Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Jej wielką pasją jest historia sztuki – od lat kolekcjonuje antyczne meble i obrazy. Po śmierci męża, Krzysztofa Chamca, sama wychowuje syna Andrzeja, który jest uczniem szkoły francuskiej.

 

– Wpisując hasło „Laura Łącz” do internetowej wyszukiwarki, otrzymujemy pokaźny zestaw stron prezentujących różne aspekty pani działalności artystycznej – od spektakli dla dzieci poprzez kabaret aż po poezję i udział w najpopularniejszych serialach telewizyjnych. Czy to nieustanny niepokój, czy też ucieczka przed niepokojem?
– To zainteresowania wynikające z uprawianego przeze mnie zawodu i konieczności z tym związanych. Prywatnie fascynuje mnie wiele innych dziedzin, np. medycyna, historia sztuki. Gdybym nie była aktorką, na pewno znalazłabym dla siebie inne fascynacje zawodowe, więc jest to kwestia pewnej otwartości na świat. No i jeszcze wrodzonej aktywności, która cechowała mnie od dziecka. Zawsze chciałam zostać aktorką, ale gdy się to spełniło i już pracowałam w teatrze, zdałam na kolejne studia i skończyłam polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, bo czułam, że studia filologiczne będę mi potrzebne, że chcę pisać.
– Pochodzi pani z aktorskiej rodziny. Pani ojciec, Marian Łącz, był legendą środowiska artystycznego i sportowego, bohaterem wielu anegdot. Dlaczego pani została aktorką?
– Rzeczywiście. Moi rodzice byli aktorami. Przez całe zawodowe życie związani z Teatrem Polskim w Warszawie. Zaangażowani zostali jeszcze przez Leona Schillera, który był wtedy również rektorem szkoły teatralnej i wybrał z roku dyplomowego moją mamę, którą bardzo lubił, i ojca, który wtedy był bardzo popularnym piłkarzem. Tak jak potem Boniek czy Lubański. Teatr Polski był wówczas teatrem pełnym gwiazd. Nie byli jeszcze parą, ale pozostawieni sami sobie, jako najmłodsi w zespole, jakoś się zbliżyli i skończyło się małżeństwem. Wychowałam się w teatrze. Jako córka „pracowników” teatru chodziłam nie tylko na przedstawienia, ale i na teatralne gwiazdki, spotkania z Mikołajem, w zimie jeździłam na wczasy z dziećmi innych aktorów. To po prostu było moje naturalne środowisko. Miałam pewność, że zdam do szkoły teatralnej, bardzo zarozumiałą pewność. Nikt mi nie pomagał w przygotowaniach do egzaminu, ale byłam zawsze bardzo obowiązkowa i systematyczna, więc sama się przygotowałam. Myślę, że dość rzetelnie. Zdałam za pierwszym razem. I dopiero w PWST zorientowałam się, że jeszcze nic nie umiem, a w teatrze nauczyłam się pokory.
– Dziś nie pracuje pani na etacie w teatrze, dlaczego?
– Ciągle jestem aktorką Teatru Polskiego, tylko już po raz któryś z rzędu biorę urlop bezpłatny, bo doszło do tego, że co miesiąc przychodziłam do dyrektora i prosiłam o kolejne 30 dni wolnego. Rzeczywiście wzięłam sprawy w swoje ręce. Przez wiele lat pracowałam na estradzie. Realizowałam autorski cykl spektakli dziecięcych, zrobiłam kilka monodramów dla dorosłych. I w końcu miałam tyle doświadczeń i cennych kontaktów, że założyłam własny impresariat – Agencję Artystyczną „Laura”. Jej jedynym sponsorem, wspierającym niezwykle hojnie wszelkie akcje społeczne na rzecz potrzebujących dzieci, które prowadzę, jest od lat firma TTW OPEX i pan Krzysztof Królak. Zajmuję się bardzo różnymi przedsięwzięciami – od spektakli teatralnych po artystyczną oprawę spotkań biznesowych dla największych firm. Pochłania to bardzo dużo czasu, ale przynosi satysfakcję i daje środki do życia. Żal za Teatrem Polskim trochę więc przygasł we mnie. Etat teatralny mam teraz po prostu sama u siebie. To bardzo komfortowa sytuacja.
– Uprawia pani bardzo ważny, ale nie zawsze doceniany rodzaj teatru – spektakle dla dzieci. Jak pani zaczęła budować ten specyficzny, własny teatr z własnymi pomysłami, scenariuszami, reżyserią?
– Przez kilka lat jeździłam z grupą kolegów ze spektaklami dla młodzieży licealnej. Wystawialiśmy moją adaptację „Pigmaliona” Shawa, gdzie ja grałam Elizę, Krzysztof Chamiec reżyserował i grał Higginsa, a Pikeringa Wieńczysław Gliński. Byłam na etacie, miałam dużo wyjazdów, urodziłam synka… I wtedy Kazimierz Dejmek, u którego grałam wiele pięknych ról, powiedział: zdecyduj się, albo teatr, albo czasowy urlop. I wybrałam swoją drogę – do dziś powstał już cały ogromny cykl pod nazwą „Pokochaj teatr”, gdzie sama piszę scenariusze i piosenki, sama wymyślam kostiumy, sama reżyseruję. Biorę odpowiedzialność za kontakt z tą najmłodszą i najbardziej wrażliwą publicznością.
– Z jakimi reakcjami młodych widzów pani się spotyka? Czy taka praca przynosi inną satysfakcję niż teatr?
– Dziecko to najbardziej wrażliwy, ale i najbardziej bezpośredni widz. Człowiek dorosły, jeśli nawet się nudzi i spektakl mu się nie podoba, stara się w tym pierwszym rzędzie jakoś wysiedzieć, choćby do przerwy. Natomiast małe dziecko – a w pierwszych rzędach zazwyczaj siedzą trzylatki – od razu ziewa, odwraca się tyłem, pełznie gdzieś w drugą stronę, gada albo je. Dlatego jego skupienia nie można ani na sekundę „wypuścić spod kontroli”. Trzeba grać na wysokich obrotach, w pełnym napięciu psychicznym. A więc to jest prawdziwy mój teatr – nie budynek, nie etat, ale akceptacja młodej publiczności.
– Trwa właśnie ogólnopolska akcja „Wielcy poeci piszcie dla dzieci”. Pani dla dzieci pisze już od dawna, jak należy pisać dla najmłodszej publiczności, czy jest na to jakaś recepta?
– Najwięksi poeci pisali zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Ja też oczywiście mam w szufladzie moje dawne i ostatnie wiersze dla dorosłych, ale postanowiłam najpierw wydawać przede wszystkim te dziecięce. Jak pisać? Równie poważnie i emocjonalnie jak dla dorosłych. Jednak tylko niektórzy autorzy mają specyficzny talent i zamiłowanie do pisania specjalnie dla dzieci. Potrzebną lekkość, dowcip, poczucie humoru. Nudny wiersz czy opowiadanie od razu odstrasza przyszłego czytelnika. Puenta, morał czy jakiś problem do przemyślenia, to dalsza sprawa. Lekarze mają zasadę: po pierwsze – nie szkodzić! Poeci powinni pamiętać: po pierwsze – zaciekawić! A może to dobra recepta dla wszystkich artystów?
– A jak zaciekawia pani teatrem amatorów? Prowadzi pani teatr w Karczewie, to piękna misja, dziś prawie zupełnie zapomniana…
– To życie przynosi mi takie ciekawe propozycje. Kiedyś pojechałam na koncert do Karczewa, zaproszona przez panią dyrektor Annę Przeździecką. Po moim występie podczas naszej rozmowy pojawiła się idea reaktywowania na tym terenie tradycji teatralnej. Podchwyciłam ją, bo w Karczewie, podobnie jak w Otwocku, były dawne tradycje teatralne i oba miasta zawsze trochę rywalizowały ze sobą w tych teatralnych ambicjach. Wybitni, znani aktorzy grali tam i reżyserowali… np. Ignacy Gogolewski. Pomyślałam sobie, że to nieprawdopodobna sprawa – może w czasach, kiedy upadają teatry w największych miastach, trzeba właśnie robić teatr dla ludzi w mniejszych ośrodkach. Z okazji 450 lat stołeczności miasta Karczewa burmistrz zdecydował o przyznaniu odpowiedniej dotacji na teatr i udało się. Stworzyliśmy prawdziwy zespół, choć aktorzy się zmieniają. Są to dorośli ludzie, w różnym wieku. Po sześciu latach pracy mamy już na swoim koncie „Kartotekę” Różewicza, „Wesele” Wyspiańskiego, „Moralność pani Dulskiej” Zapolskiej, a niedawno odbyła się premiera „Czwartej siostry” Głowackiego.
– To repertuar godny sceny narodowej.
– Wybór repertuaru jest bardzo ważny i raczej, podobnie jak obsada, należy do mnie, jako reżysera. A dlaczego aktorzy kochają ten teatr? Widocznie fascynujące jest dla nich przebywanie na scenie, kontakt z wielkim tekstem, poezją. Człowiek, który choć raz dotknął teatru od strony kulis, inaczej na tę pracę patrzy. I dlatego warto pracować także ze zdolnymi amatorami. Teatr w Karczewie żyje, nasi aktorzy grają dla konkretnych ludzi, swoich sąsiadów, swoich bliskich. W sali urzędu miasta, gdzie gramy, zawsze są tłumy. Ale dla wszystkich najważniejsze są nasze spotkania, próby, praca nad nową sztuką. To piękna przygoda!
– Największe zainteresowanie budzą jednak seriale, które stały się najczęstszym, a niejednokrotnie jedynym kontaktem masowej publiczności z językiem artystycznym, z aktorami teatralnymi.
– Czasem aktor gra w swoim życiu i Hamleta, i Króla Leara, i Makbeta, w teatrze, w dobrej obsadzie, nawet w dobrej reżyserii, i pies z kulawą nogą o tym po latach nie pamięta. A na wieczorze autorskim nikt nie wie, kto to taki, ten pan siwy z brodą. A jak aktor zagra w sitcomie czy poprowadzi teleturniej, wszyscy z karteczkami biegną po autograf: ja pana widziałem w telewizji! To jest znak czasów. Nie wiem, czy seriale mają być misją telewizji publicznej, ale na pewno granie w dobrym serialu, z kolegami aktorami, nie jest niczym gorszym niż np. granie w filmie kinowym, często nie najwyższych lotów. Szkoda tylko, że sama praca nad rolą jest w serialu przeważnie zbyt pośpieszna i chaotyczna. Choć oczywiście nie zawsze i nie z każdym reżyserem. Myślę, że np. w moim „Klanie”, wszyscy bardzo się starają.
– Publiczność filmowa najmocniej zapamiętała panią z „Kamiennych tablic”. Wówczas także pojawiły się sprzeczne opinie publiczności i profesjonalistów. Na to nałożyły się dodatkowo kontrowersje natury politycznej.
– To był bardzo trudny czas, tuż po stanie wojennym, czas dużych podziałów i w społeczeństwie, i w środowisku artystycznym. Mnie te podziały zupełnie nie interesowały, byłam bardzo młodą aktorką, chciałam po prostu pracować, dużo grać. Dodatkowo ważny był wtedy mój wspaniały, życiowy romans z Krzysztofem Chamcem, moim przyszłym mężem. Kiedy Petelski zaproponował nam główne role w „Kamiennych tablicach”, mieliśmy sporo wątpliwości, ale jednak się zdecydowaliśmy. Pojechaliśmy do Indii. Nie byłam zadowolona ani z mojej roli, ani z filmu, chociaż „Kamienne tablice” cieszyły się ogromną oglądalnością i przyniosły mi dużą popularność. Kiedy wyraziłam przed premierą swoje obawy Ewie Szykulskiej, która grała tam jedną z ról, powiedziała mi – pamiętam do dziś: „Nie martw się, i tak będziesz przez jakiś czas numerem jeden na polskim rynku”. Miała rację. Także w tym sensie, że tak wielka popularność trwa tylko „jakiś czas”. Tak jest najczęściej. Dziś patrzę zresztą na ten film coraz mniej krytycznie, dostrzegam w nim wiele obiektywnych zalet. Nadal jest często powtarzany i chętnie oglądany.
– Piosenka aktorska to dziś bardzo popularny gatunek, pani uprawia go od dawna. Na czym polega fenomen aktorskiego śpiewania?
– Uwielbiam piosenkę, zwłaszcza aktorską i literacką. Bardzo lubię śpiewać i dla dzieci, i dla dorosłych. Dla dzieci śpiewam swoje autorskie piosenki z muzyką Mariana Martyńskiego, a dla dorosłych skomponowane specjalnie dla mnie np. przez Adama Skorupkę czy Henryka Albera. Mistrzynią gatunku jest dla mnie Krystyna Janda. Przed laty – Kalina Jędrusik. Miałam szczęście współpracować z nią w naszym ostatnim wspólnym programie. Akompaniowała nam znakomicie Anna Płoszaj-Dejmek, żona Kazimierza Dejmka. Zatytułowałam go „Mój pierwszy bal” i miałam z niego podwójną satysfakcję. Pierwsza – to oczywiście występ, a druga – to obserwowanie Kaliny. Miała ten dar od Boga – silną osobowość sceniczną, siłę przebicia. Zawsze porywała publiczność, nawet gdy była w słabszej formie, w gorszej kondycji. To, co jedni aktorzy muszą zdobyć ciężką pracą, drudzy osiągają natychmiast, jakby bez wysiłku. A może to tylko pozornie tak wygląda?

 

Wydanie: 10/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy