Tarcza nas obroni?

Tarcza nas obroni?

W sprawie instalacji amerykańskich antyrakiet potrzebne jest referendum

Wrzawa wokół budowy amerykańskiej „tarczy rakietowej” nie milknie. Już w chwili obecnej nie może być wątpliwości, że ten medialny szum jest podsycany sztucznie przez związane z rządem braci Kaczyńskich agendy. Chodzi bowiem o niebagatelną sprawę, a mianowicie przekonanie do tego projektu polskiej opinii publicznej, która jest nastawiona sceptycznie. Właśnie trwa pierwszy etap kampanii – oswajanie ze sprawą polskiego czytelnika, radiosłuchacza czy telewidza. Jeżeli media nasycą już społeczeństwo tematyką, ma nadejść faza druga – przekonywanie. No i trzecia – akceptacja… Kaczyńscy mają w swym zestawie „zabawek” zręcznych socjotechników. Zresztą która ekipa rządząca takich nie ma? Sedno problemu tkwi gdzie indziej. Polskie władze – czytaj rząd i prezydent – w poufnych negocjacjach dały już zgodę na budowę bazy antyrakietowej na terenie naszego kraju. Teraz pośpiesznie ustalane są szczegóły i konkretne warunki, bardziej operacyjne niż ekonomiczne. Do kompletu pasowałaby jeszcze zgoda Republiki Czeskiej, żeby część instalacji – konkretnie dopplerowskie radary – mogła się znaleźć na jej terytorium.
To problem niebłahy. Zarówno od strony politycznej, jak i militarnej. Gdyby amerykańska instalacja została zbudowana tylko na terytorium polskim, nasz kraj musiałby pozostać zapewne na wiele lat dyżurnym wrogiem Rosji w Europie. Polska byłaby przy tym

coraz bardziej osamotniona,

bo Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy (a wspominamy tylko najsilniejszych) nie mają zamiaru narażać swych politycznych, a szczególnie ekonomicznych kontaktów z Rosją tylko dlatego, że akurat ambitna, ale niestety niewiele w Europie znacząca Polska stale ma wielkie pola zadrażnień z Rosją. Gdyby jednak Czechy zgodziły się na instalację amerykańskich radarów, odpowiedzialność rozmywałaby się już na dwóch partnerów…
Na razie Czesi postępują nad wyraz ostrożnie. Nie wykluczają rozmów i zgody, ale stawiają Wujowi Samowi szereg warunków. Ostateczną zgodę warunkują wynikiem rozmów prezydenta Vaclava Klausa z Władimirem Putinem. Czy Klaus uzyska akceptację Rosji, a jeżeli tak, to za jaką cenę? Ale zarówno czeski prezydent, jak i rząd premiera Paroubka pamiętają dobrze, że poprzednia ekipa, z premierem Topolankiem na czele, jednoznacznie i przy akceptacji opinii publicznej swojego kraju stanowczo odmówiła zgody na instalację amerykańskich antyrakiet czy stacji radarowych na swym terytorium…
Nikt, nawet w niewielkim stopniu zorientowany w zagadnieniach techniki rakietowej, nie ma najmniejszych wątpliwości, że projektowana instalacja ma na celu obronę terytorium Stanów Zjednoczonych i Kanady. Tylko i wyłącznie. O antyrakietowej obronie swoich europejskich sojuszników Amerykanie wspominają półgębkiem i w sposób bardzo zawiły. Oczywiście baza antyrakiet w Polsce powinna hipotetycznie przechwytywać rakiety balistyczne wystrzeliwane z terytoriów Iranu, Syrii czy innych państw Bliskiego i Środkowego Wschodu, bo przecież nie Korei Północnej. Rakiety wystrzeliwane ewentualnie z kraju rządzonego przez „ukochanego przywódcę” Kim Dzong Ila mają być przechwytywane przez pociski z bazy zlokalizowanej na Alasce. W późniejszym okresie ma powstać zresztą kolejna baza antyrakiet na japońskiej Okinawie.
Ale baza w Polsce jest też solą w oku odbudowującej swoją potęgę Rosji. Umiejscowienie bazy antyrakietowej w północnej Polsce pozwala szachować rosyjskie wyrzutnie rakiet balistycznych na Półwyspie Kola. A ten półwysep jest dosłownie najeżony wyrzutniami międzykontynentalnych rakiet nowej generacji
Topol-M oraz starszymi SS-18 i SS-16. Pytanie, dlaczego właśnie tam Rosjanie umieszczali w przeszłości i nadal montują swoje

najbardziej mobilne rakiety,

jest czysto retoryczne. Właśnie z Półwyspu Kola najłatwiej i najefektywniej można sięgnąć dosłownie każdego punktu w Ameryce Północnej. Antyrakietowe pociski systemu NMD mają możliwości i parametry techniczne skutecznego zestrzeliwania z tzw. wyższej orbity rosyjskich topoli itp. Tym samym równowaga strategiczna między Rosją a USA stałaby się coraz bardziej labilna.
Politycy z Kremla i stratedzy z Samary (tam mieści się aktualnie dowództwo rosyjskich sił strategicznych) z niechęcią patrzą na amerykańskie manewry na światowej szachownicy. Jeżeli bowiem Amerykanie zainstalują na razie niewielką bazę antyrakietową na terytorium północnej Polski, uzyskają, mówiąc dalej językiem szachisty, co najmniej jedną ciężką figurę więcej, czyli wieżę lub nawet hetmana. Rosyjskie instalacje – bazy rakiet balistycznych – są bowiem nie tylko na Półwyspie Kola. Rozbudowany system silosów z rakietami ciągnie się wzdłuż magistrali transsyberyjskiej. Również na południowym Uralu Rosjanie mają szereg silosów. Problem w tym, że najnowsza jednogłowicowa i miniaturowa, jeżeli chodzi o gabaryty, rakieta Topol nie może ze względu na zasięg być instalowana za bardzo na południe. Dla tanich, ale bardzo celnych Topoli-M optymalnym rejonem bazowania jest właśnie Półwysep Kola.
Musi zostać postawione pytanie, czym mała baza z dziesięcioma wyrzutniami może zagrozić około 700 wyrzutniom rakiet na Półwyspie Kola. O dziesięciu rakietach może mówić tylko taki dyletant jak wnuk Wincentego Kraśki, który jako oficjalny korespondent jedynie słusznej TVP serwilistycznymi, ale zupełnie pozbawionymi profesjonalizmu komentarzami bierze udział jako perkusista w prorządowej orkiestrze. Tu chodzi o dziesięć stanowisk startowych, ale odpalanych znaną już od dawna techniką na zimno. W ciągu minuty każde stanowisko startowe może odpalić cztery rakiety…
Amerykanie nie kryją zresztą, że na razie ma powstać mała baza, która przypuszczalnie będzie rozbudowywana – do około 80 stanowisk startowych doładowywanych oczywiście techniką na zimno. Tego już Rosja lekceważyć nie może. Tym bardziej że

współczesny Iran

ajatollahów dysponuje kilkoma typami rakiet. Ale najcelniejsze są zetzale o zasięgu około 200 km. Natomiast rakiety Szachab 3 to po prostu dzika przeróbka północnokoreańskich scudów. Te irańskie scudy mają teoretycznie zasięg 1,6 tys. km, ale celność z dokładnością rzędu 30 km. Przeciwko komu jest więc ten system antyrakietowy piątej generacji, na który zresztą Amerykanie wydali już ponad 50 mld dol.? Czy należy się spodziewać, że któreś „państwo łajdackie” wyprodukuje od razu supernowoczesny pocisk rakietowy? Patrząc na próby rzekomo najbardziej zaawansowanej Korei Północnej, wypada się tylko śmiać…
Ale jak się spojrzy na rakietowy potencjał Rosji czy Chin, które właśnie pomyślnie zestrzeliły własnego satelitę na wysokości ponad 800 km, to już nikomu do śmiechu nie jest. Również politykom amerykańskim. Wiedzą oni przy tym doskonale, że Rosja w kilku rejonach posiada swoje słynne już SS-20 na ruchomych wyrzutniach, z których ponad połowa ma zamontowany trzeci człon, czyli jako XS-19 są to rakiety dalekiego zasięgu.
Rządzący wyrazili już zgodę na instalację systemu, pozostaje problem rejonu dyslokacji antyrakiety. W pierwszej fazie prac nad programem systemu antyrakietowego, czyli bazy w naszym kraju, brano pod uwagę poligon Orzysz. Jest tam dość przestrzeni, położenie w stosunku do Półwyspu Kola wręcz idealne i ze względu na słabo zaludniony rejon można wiele prac, np. rozbudowę, po prostu utajnić… Brano pod uwagę oczywiście fakt, że ten wysunięty na północny wschód skrawek Polski znajduje się bardzo blisko zony Kaliningradu. Bardzo łatwo byłoby właśnie z tego rejonu nisko lecącymi toczkami lub lunami prewencyjnie zniszczyć bazę. Ale od niedawna Pentagon dysponuje nową wersją rakiety Patriot, która ma pełne możliwości zniszczenia w locie nawet małych i nisko lecących toczek. Tyle że Rosja dysponuje jeszcze jednym rodzajem wojsk. Mianowicie specnazem. W amerykańskich analizach konkluzje są następujące: nie ma praktycznej możliwości skutecznej obrony bazy przed niespodziewanym prewencyjnym atakiem specnazu. A na wojnie i w polityce należy się liczyć z każdym rozwiązaniem.
Kolejno rozpatruje się, nie wykluczając jednak zupełnie Orzysza, poligon Wicko, położony niedaleko znanego kurortu, Ustki. Poligon ten ma obok innych zasadniczą wadę. Wicko jest po prostu małe i ewentualna rozbudowa bazy antyrakietowej byłaby problematyczna. Toteż trwają intensywne prace geodezyjno-topograficzne w Borach Tucholskich. To kolejny bardzo prawdopodobny rejon dyslokacji bazy. Z dużymi możliwościami rozbudowy i utajnienia…

Jeżeli Czesi się zgodzą

rozmieścić radary na swoim terytorium, rozpatrywane są trzy rejony: okolice miasta Zlin, rejon Ołomuńca i wreszcie obszar Walaskich Beskidów niedaleko granicy polskiej. Natomiast gdy Czesi po raz drugi powiedzą „nie”, radary będą musiały też stanąć na polskiej ziemi. Wtedy prawdopodobnymi rejonami ich zainstalowania bedą Gorce lub poligon Dęba.
Pozostałoby odpowiedzieć na pytanie, co my, Polacy, będziemy mieli z tego, że bohatersko będziemy bronili Ameryki z pominięciem terytorium naszego kraju. Tu sprzedano nam kolejny haczyk lub, jak kto woli, kicz. Polska ma rzekomo otrzymać bardzo nowoczesne rakiety systemu THAAD do obrony własnego terytorium. Ten typ rakiety jest jeszcze w próbach i do systemu operacyjnego wejdzie najwcześniej za trzy lata. Ponadto trzeba zapytać, czy przypadkiem nie musielibyśmy tych rakiet kupić za równie wysoką cenę jak przestarzałe, mimo że fabrycznie nowe F-16. Przede wszystkim jednak Amerykanie nie mają zwyczaju dawać najnowszych systemów uzbrojenia trzeciorzędnym sojusznikom, a za takiego uważa się przecież Polskę.
Chciałoby się zapytać na koniec, co z tą antyrakietową obroną Europy tak szumnie zapowiadaną przez media. Paradoksem jest, że niektóre kraje NATO – Francja, Włochy, Hiszpania – przy życzliwej pomocy innych prowadzą na ten temat poufne rozmowy z… Rosją. To państwo bowiem dysponuje najlepszym operacyjnie zintegrowanym systemem przeciwlotniczo-rakietowym Iskander. Pociski S-300 bis, które wchodzą w jego strukturę, podobnie jak radary Kolczuga, są wypróbowane i bardzo sprawne. System Iskander jest ponadto tani w porównaniu z amerykańskim. Europie hipotetycznie grozi rakietowy atak z południa. Ze strony tych samych „państw łajdackich”. Ustawienie systemów antyrakietowych na Sycylii, Korsyce czy też nawet na wyspach Morza Egejskiego może Europę w miarę skutecznie chronić przed rakietowym atakiem terrorystów. Bo Amerykanie oczywiście też chcą rozmawiać z sojusznikami na temat systemów chroniących Europę, ale warunki ekonomiczne są tak wygórowane, że politycy europejscy poważnie się zastanawiają, czy nie wybrać opcji rosyjskiej. Tym bardziej że wielu z nich spodziewa się ujrzeć w ciągu około dziesięciu lat Rosję w NATO. Tylko co zrobią wtedy mali bliźniacy?

 

Wydanie: 5/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy