Bezradność i duma

Bezradność i duma

Facet na porodówce, czyli…

Poniedziałek, 6 lutego. Trzy dni do ustalonego przez ginekologa terminu. Dzień jak każdy inny. Nic nie zapowiadało, że okaże się jednym z ważniejszych w naszym życiu. Aż do wieczora. Około godz. 20 żona rzuciła z drugiego pokoju: – Coś chyba wisi w powietrzu. Choć powiedziała to spokojnie, wręcz od niechcenia, zmroziło mnie. Jak to? Już? Tak po prostu? Niemożliwe. Pewnie fałszywy alarm, pomyślałem. Dwie godziny później dzwoniła do zaprzyjaźnionej położnej: – Halo, pani Kasiu, chyba się zaczęło… Tak, skurcze są regularne… Dobrze, już jedziemy… Zanim się rozłączyła, stałem gotowy z torbą w przedpokoju. Walizka spakowana była od dawna. Na moją prośbę, bo nigdy nic nie wiadomo. Panicznie bałem się, że przyjdzie mi przyjąć poród w domu. Do szpitala jechałem ostrożnie, choć od przepisów ruchu drogowego bardziej interesowały mnie kolejne skurcze. Nigdy nie myślałem, że tak szybko można pokonać tę trasę…
Była 1.30 w nocy. – Dobry wieczór, my do porodu rodzinnego – przywitałem panią w recepcji. – Sprawdzę, czy są wolne sale, bo dziś mamy urodzaj – odparła ze stoickim spokojem. Na szczęście miejsce było. Od początku ciąży wiedzieliśmy, że będziemy rodzić razem, choć wątpliwości nachodziły mnie wielokrotnie. Czy podołam? Czy nie będę przeszkadzał? W podjęciu decyzji nie pomagały też relacje kolegów, którzy dostąpili tego zaszczytu. – Stary, dobrze, że mężczyźni nie rodzą, bo ludzkość już dawno by wyginęła. Krwi więcej niż na filmach – opowiadali z przejęciem. Uznałem jednak, że skoro byłem na starcie, to muszę być i na finiszu wielkiej wyprawy naszego maleństwa. Po 15 minutach otworzyły się drzwi windy. Zjechała po nas położna, Beata. Młoda, sympatyczna, ale wyraźnie zmęczona. – Po co wam taka wielka torba? – rzuciła z uśmiechem na przywitanie. Już w windzie zaczęła wypytywać o częstotliwość skurczów i przebieg ciąży.
– Skoro to pierwsze dziecko, to do rana sobie porodzicie – skwitowała. – Do rana? – przełknąłem nerwowo ślinę.

To nie rewia mody
Poziom pierwszy. Oddział ginekologiczno-położniczy. Wysiadamy. Najpierw przebieralnia. Zrzucamy swoje ciuchy i zakładamy szpitalne uniformy. To, w czym przyjechaliśmy, trafia do specjalnej szafki. Na mnie nie ma spodni, więc położna naprędce próbuje coś skompletować. Efekt? Góra sporo za duża, a spodnie o kilka rozmiarów za małe, więc szybko pękają w szwach. Na przymiarkę kolejnych nie ma już czasu. – To nie rewia mody, to porodówka – żartowała pani Beata. Przy wejściu na oddział uderzyło mnie ciepłe powietrze. Jakbym zmienił strefę klimatyczną. Chwilę później przekonałem się, że w tej strefie także czas płynie inaczej. Każda minuta wydaje się wiecznością…
Do sali porodów rodzinnych prowadził długi, wyfroterowany korytarz, obwieszony zdjęciami noworodków. Ostatnie drzwi po prawej. W środku przytulnie, ale ciągle czuć, że to szpital. Najpierw mierzenie obwodu brzucha i miednicy. Potem KTG, wenflon i wypełnianie dokumentów: nazwisko, adres, zawód, przebyte choroby… Mam czas, aby się rozejrzeć. Ciepłe kolory ścian wyraźnie kontrastują z majestatycznie rozstawionym na środku sali fotelem porodowym. Dopiero on uświadamia, po co tak naprawdę tu przyjechaliśmy. Obok jakieś miski, łopatki i inne narzędzia. Wolę ich nie oglądać. Skupiam się na wykresie drukowanym przez KTG.

Najazd czołgów
Skurcze przybierały na sile. Nazwaliśmy je czołgami, bo gdy zapytałem żonę, jak to boli, odpowiedziała: – Jakby czołg po mnie jeździł. Każda kolejna przejażdżka ciężkiego sprzętu wojskowego sprawiała, że żona bardziej ściskała moją rękę. Po godzinie manewrów ugniatała już ją niczym garncarz glinę. Do dziś mam siną pamiątkę. Namacalny dowód tego, że tam byłem. Około 3.15 nad ranem czołgi najechały ze zdwojoną siłą. Zmiany pozycji już nie pomagały. Uporczywy ból wziął we władanie ciało Agnieszki i mój umysł. Czułem wielką bezradność. Poza podaniem wody, otarciem potu z czoła i trzymaniem za rękę niewiele mogłem zrobić. Ponoć kobietom wystarcza sama nasza obecność, ale miałem wrażenie, że to za mało. Bałem się, że sytuacja wymknie się spod kontroli, zwłaszcza gdy zostawałem sam z żoną, bo reszta personelu miała akurat coś do załatwienia w sali obok…
Podziwiałem żonę za wytrwałość i zdyscyplinowanie. Nie musiałem nawet przypominać o oddychaniu. – Jeszcze chwila i będzie po bólu, dasz radę – przekonywałem. – Idziesz jak burza, już widać główkę – wtórowała położna. Adrenalina uderzała do głowy z każdą minutą porodu. Punkt kulminacyjny zupełnie jednak zaskoczył. Przyszedł niespodziewanie szybko i nagle. Chwila zamieszania i widok niczym kadr z filmu: na brzuchu żony zwinięte maleństwo z pokaźną czuprynką. – Trzeba w końcu rozdzielić nasze panie. Tnij, tatuś – usłyszałem. Emocje sprawiły, że widok krwi nie był mi straszny, choć przed porodem bałem się, że sprowadzi mnie do parteru. Położna wręczyła mi nożyczki, a świat wokół mnie przestał istnieć. Widziałem tylko dwie małe klamerki zaciśnięte na tętniącej jeszcze pępowinie. Nic poza tym. Ręka lekko drżała, ale cięcie poszło sprawnie. Dwa ruchy wystarczyły i rozległ się przeraźliwy płacz dziecka. Chwilę zajęło mi ogarnięcie tego, co tak naprawdę się stało, w jakim wielkim wydarzeniu uczestniczyłem. Myśl, że jesteśmy już razem, docierała bardzo powoli. Po policzkach żony popłynęły łzy wzruszenia. Mnie rozpierała duma. Z żony, córki i siebie. Miałem ochotę skakać i krzyczeć z radości. Nasze szczęście było ogromne. I to dosłownie. Miało 4 kg i 56 cm.

Naszemu reporterowi i jego żonie serdecznie gratulujemy i życzymy wiele pociechy z Anny Marii.

Wydanie: 10/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy