Bierzcie mnie do woja

Bierzcie mnie do woja

Chłopcy z biednych wsi marzą o „kamaszach”. Ale wojsko przebiera w poborowych, jak w ulęgałkach Korytarz na pierwszym piętrze Środowiskowego Domu Pomocy Społecznej w Ostródzie już przed 8 rano jest pełen młodych ludzi. Tu urzęduje Powiatowa Komisja Poborowa. Większość oczekujących to miejscowi. Jacek, rocznik 1983. Niewysoki i milczący. Jeszcze przed wejściem na schody przypala papierosa w ciasnej palarni na parterze. – Cholera, żeby tak dali dokończyć szkołę, gadka o mundurku mnie nie rusza. – Łatwo ci mówić, bo wszystko masz poustawiane jak trzeba, u mnie bajzel w chałupie, wolę iść w kamasze – odpowiada stojący obok niego kolega, też zaciągający się chciwie papierosowym dymem. Giełda ożywia się, gdy ujawniam, że jestem dziennikarzem. – Po zawodówce – włącza się do rozmowy Marcin – mam ochotę na technikum, ale może mi nie starczyć pieniędzy. Jestem spod Ostródy, muszę dojeżdżać, a bez stempelka w książeczce wojskowej, że „kategoria A, przeniesiony do rezerwy” – nie mam szans na żadną robotę. Mundur kusi tym bardziej, że w armii też można znaleźć pracę lub nauczyć się zawodu, np. kierowcy. – Jeśli nie wojsko, to nic, nawet w lesie cię nie potrzebują – opowiada swemu rówieśnikowi z Ostródy Paweł, który kończy w tym roku zawodówkę. Jedyna robota, jaka na człowieka czeka, to pójście po chrust, żeby było na czym ugotować kartofle. Kategoria Poborowi na korytarzu Środowiskowego Domu Pomocy Społecznej cierpliwie czekają, kiedy zza drzwi sali padnie ich nazwisko. Wchodzą, przy długim stole zostawiają niezbędne zaświadczenia i – za biały, szpitalny parawan. Tam rozebranych ogląda lekarz. – Skaleczyłem się trzy dni temu w palec na krajzedze. Chyba nie grozi mi z tego powodu kategoria B? – pyta lękliwie Jan Sobolewski. Ma 18 lat, mieszka w Ostródzie. – Wolałbym mieć A. Chcę iść do wojska i zostać zawodowym żołnierzem – tłumaczy lekarzowi, który uważnie przygląda się młodemu mężczyźnie. – Palec ci w tym na pewno nie przeszkodzi, kategoria A – oznajmia doktor. Gdy tylko Jan pojawia się na korytarzu, ci z giełdy wyciągają mu z rąk papiery z komisji, wertują je. – Nie wezmą cię na zawodowego, bo nie masz nawet prawa jazdy. Najwyżej dadzą ci posłużyć rok w zasadniczej – koledzy są bezlitośni, a on nie potrafi się obronić. – Ciszej! – gasi wrzawę stanowczy głos z sali. Chłopcy milkną. Kurczą się w swych ortalionowych kurtkach, podciągają pod krzesła nogi, jakby chcieli ukryć tanie dżinsy i zdarte adidasy. Mija chwila, zanim znów w grupkach, półgłosem, zaczynają rozmawiać. – Nie wiem, co mam im powiedzieć – zastanawia się Grzesiek Szczur. Kończy wieczorową zawodówkę, po której zostanie kucharzem. Mieszka wraz z piątką rodzeństwa i matką na koloni wsi Dobrzyki, dziesięć chałup oddalonych o 30 km od Ostródy. Grzesiek z domu do najbliższego przystanku autobusowego ma trzy kilometry. Jak zawieje, nie ma mowy o dotarciu do miasta. – Mama mówi, że chłop bez wojska jest jak baba. To niech mnie biorą jak najszybciej. Może zostanę kucharzem, jako nadterminowy, na cztery lata. Tu o pracę ciężko. Nie wiem tylko, czy nie lepiej po zawodówce iść do technikum – rozmowa urywa się, bo z sali wywołują jego nazwisko. – Najpierw badanie lekarskie, ale przypuszczam, że skoro chcesz skończyć szkołę, to na pewno będzie odroczenie. Jeśli dalsza nauka w technikum, potrzebne nam będzie stamtąd zaświadczenie, ale to w późniejszym terminie – życzliwie tłumaczy Grześkowi pani z drugiej strony komisyjnego stolika. Następny to Piotr z Napromu, wsi leżącej 18 km od Ostródy. Piotr został uznany przez komisję za trwale niezdolnego do służby wojskowej. Otrzymał kategorię E. Ciekawskim odmawia pokazania uzasadnienia. – Jestem zadowolony. Dla mnie armia to coś, co należy omijać z daleka. Szkoda zdrowia. Zostanę studentem. Tylko jeszcze nie wybrałem kierunku. – Jakbyś dostał w koszarach w dupę, też by ci wyszło na zdrowie – dogaduje Zbyszek oczekujący na wezwanie komisji. Arek góruje nad kolegami wzrostem i sylwetką, zdradzającą sportowca. Chwali się że uprawia wioślarstwo. – Służba wojskowa jest obowiązkiem, który powinien spełnić każdy. Prawdopodobnie po technikum będę zdawał na AWF, ale nie zamierzam się migać, choć z wojskiem nie wiążę planów zawodowych. To nie jest stracony

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 10/2002, 2002

Kategorie: Kraj