Błędy lekarza kryje ziemia

Błędy lekarza kryje ziemia

Tylko w ubiegłym roku do Biura Rzecznika Praw Pacjenta wpłynęło 60 tys. zgłoszeń o błędach medycznych. Rok wcześniej było ich 36 tys.

Mówi się, że błędy lekarza kryje ziemia, ale dzisiaj coraz częściej słyszy się o nich w radiu, telewizji, czyta w prasie. Stają się sensacją, tak chętnie wykorzystywaną przez media. Trafiają do Biura Rzecznika Praw Pacjenta – w 2011 r. wpłynęło ponad 36 tys. zgłoszeń, a w zeszłym już ok. 60 tys. Środowisko lekarskie broni się, argumentując, że nagłaśnianie niepowodzeń i błędów medycznych, stanowiących przecież tylko niewielki odsetek w polskim lecznictwie, godzi w autorytet lekarzy, w większości pracujących rzetelnie, i niszczy zaufanie społeczne do służby zdrowia. Jednak ich skutkiem jest zwykle ciężka choroba, kalectwo czy śmierć, więc trzeba je ujawniać i analizować ich przyczyny, by zapobiegać podobnym tragediom.
Mec. Jolanta Budzowska zajmuje się dochodzeniem praw pacjentów i ich roszczeń z tytułu błędów medycznych. Prowadzi z zespołem wyspecjalizowanych prawników ponad
100 spraw, a jeszcze więcej zakończyła już sukcesem – prawie 90% wygrywa.

Operacja o drugiej w nocy

Jakie błędy medyczne są najczęściej przedmiotem procesów sądowych?
– Niewłaściwie przeprowadzone porody, zakażenia szpitalne, błędne diagnozowanie oraz leczenie onkologiczne, i w ogóle różne zaniedbania w terapii. Następstwem błędów
popełnionych na sali porodowej bywa niedotlenienie noworodka, a w efekcie mózgowe porażenie dziecięce. Choć zdarzają się też w położnictwie inne, czasem zaskakujące sytuacje: z ciąży przebiegającej prawidłowo urodziła się siłami natury w 26. tygodniu dziewczynka w takim stanie, że lekarz prowadzący poród uznał ją za niezdolną do samodzielnego życia. Poród odbył się około północy, położnik ocenił kondycję noworodka na jeden w dziesięciopunktowej skali Apgar, poinformował matkę o tym, że dziecko jest martwe, podano jej leki hamujące laktację, zabandażowano piersi, a rano, po ósmej, ktoś z personelu zauważył, że noworodek się rusza i oddycha. Dzisiaj ta czteroletnia już dziewczynka prawidłowo się rozwija, a lekarz został skazany przez sąd karny za nieumyślne narażenie noworodka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Jego decyzja była nieprawidłowa – noworodek z wagą i rozwojem adekwatnymi do wieku, bez wad letalnych, powinien być reanimowany na sali porodowej, chyba że rodzi się przed 22. tygodniem ciąży, w stanie niezdolności do samodzielnego życia.

Słyszy się, że dużo jest zakażeń szpitalnych.
– Istotnie, ale zakazić się można także u dentysty czy u fryzjera, a to pacjent musi udowodnić przed sądem, że się zakaził, przebywając w konkretnym szpitalu. Na podstawie światowych statystyk przyjęto, że pewnego odsetka zakażeń szpitalnych nie można uniknąć, może do nich dojść mimo największej staranności personelu, ponieważ procedury lecznicze są coraz bardziej skomplikowane. Bazując na tym, szpitale starają się zaklasyfikować wszystkie zakażenia jako te nie do uniknięcia i kiedy dojdzie do procesu sądowego, dowodzą, że dopełniono wszelkich procedur, by im zapobiec. Potwierdza to personel powołany w charakterze świadków, a wtedy pacjent zwykle przegrywa. Bo przebywając w szpitalu, chory nie zbiera przecież dowodów, które mógłby w takich okolicznościach przedstawić w sądzie – musiałby wykonywać zdjęcia, nagrywać rozmowy, a trudno wyobrazić sobie takie zachowania pacjentów i ich relacje z personelem. Jednak i kilka tego typu spraw wygrałam. Na przykład w długotrwałym, trudnym procesie dowiodłam, że do sepsy doprowadzono przez zaniedbania – udowodniłam, że gdyby zakażenie było szybko rozpoznane i prawidłowo leczone, nie doszłoby do wielu operacji, powikłań kardiologicznych i nefrologicznych, a w jednym przypadku nawet do śmierci chorego, która nastąpiła w trakcie postępowania sądowego. W innej sprawie udało mi się udowodnić winę szpitala, analizując liczbę przypadków i czas zakażenia – objawy ostrej żółtaczki typu C wystąpiły u tak wielu osób, w krótkim okresie po ich pobycie na pewnym oddziale szpitalnym, że nie mógł to być przypadek.

Wspomniała też pani o zaniedbaniach w terapii.
– To bardzo częsta przyczyna błędów lekarskich. Zwykle bywa tak, że operacja jest dobrze przeprowadzona, bo nasi chirurdzy prezentują często ponadprzeciętne umiejętności, ale potem, na skutek niedostatecznej opieki pooperacyjnej, powikłanie, które może się przecież zdarzyć, nie jest w porę dostrzeżone i leczone, co powoduje groźne następstwa. Chirurdzy bowiem nie zawsze po operacji interesują się operowanymi przez siebie wcześniej chorymi, bywają przepracowani, ciągle się śpieszą i zaniedbują swoich pacjentów, natomiast obsada pielęgniarska bywa niedostateczna.

Lekarze częściej patrzą na dokumentację i wyniki badań, niż na chorych. Relacje między lekarzem a pacjentem są coraz gorsze.
– Pośpiech i przepracowanie lekarzy także bywają przyczyną wielu błędów medycznych. Znam niejedną sytuację, kiedy przemęczony chirurg przeciął przypadkowo sąsiednie naczynie krwionośne czy przeoczył pozostawiony w polu operacyjnym spory gazik. Ale czy można się temu dziwić, jeśli przeprowadzał zabieg po całym dniu pracy i miał już za sobą kilka czy nawet kilkanaście operacji? W szpitalu pracował osiem godzin, dwie godziny w jakiejś spółce medycznej, a potem, do późnej nocy, w swoim prywatnym gabinecie. Jednej z pacjentek chirurg proponował operowanie żylaków o drugiej w nocy, przekonując, że o tej porze jest nadal w świetnej formie.

Kierowca autobusu, ze względu na bezpieczeństwo pasażerów, ma ograniczony czas pracy. Czy wobec lekarzy nie można by stosować podobnych ograniczeń?
– Lekarz prowadzący prywatną praktykę, jak każdy przedsiębiorca, ma nielimitowany czas pracy.

Jak udowodnić winę?

Czy technizacja tego zawodu wpływa na wzrost liczby błędów medycznych?
– Dość dużo bywa powikłań po operacjach laparoskopowych, zwłaszcza w ośrodkach, gdzie wykonuje się je rzadziej. Lekarz może zadecydować, czy będzie przeprowadzał operację przy pomocy laparoskopu czy skalpela, ale zwykle poleca choremu laparoskopię jako metodę mniej inwazyjną, nawet jeśli nie ma jeszcze większego doświadczenia w operowaniu tą techniką. Często dlatego, że właśnie chce je zdobyć.

Nie może inaczej nabyć doświadczenia.
– Powinien jednak o tym powiedzieć choremu. Na Zachodzie operacja przeprowadzona przez bardziej doświadczonego chirurga po prostu więcej kosztuje i mogą sobie na nią pozwolić ci, którzy mają ponadstandardowe ubezpieczenie. W takiej sytuacji pacjent ma prawo wyboru chirurga. U nas tych możliwości nie ma, ale gdyby pacjent wiedział, że lekarze, do których trafił, nie mają większego doświadczenia, mógłby wybrać inny szpital.

Wiele krytycznych uwag, pretensji i żalów kierują pod adresem służby zdrowia pacjenci onkologiczni i ich rodziny. Czy często wstępują na drogę sądową?
– Tylko nieliczne błędy popełnione w leczeniu onkologicznym trafiają do sądu, bo tym pacjentom trudno dochodzić roszczeń. Często słyszy się o złej czy spóźnionej diagnostyce, niewłaściwej interpretacji wyników badań i innych przyczynach przekreślających możliwości wyleczenia, a nawet o nieprzestrzeganiu procedur. Niestety, prawo wymaga, by to pacjent wykazał bezpośredni związek między błędami w procesie leczenia a utratą zdrowia i szans na wyleczenie, co w tak poważnej chorobie jest niekiedy niemożliwe. Dlatego, mimo wielu przypadków niewłaściwego leczenia onkologicznego, wynikających głównie ze złej organizacji i niedofinansowania onkologii, większość tych spraw nie staje się przedmiotem rozpraw sądowych. Jednak niekiedy chorzy onkologicznie, wiedząc, że byli źle leczeni i dlatego przegrywają z chorobą, decydują się na wytoczenie procesu, a jeśli umierają w jego trakcie, sprawę kontynuują w ich imieniu krewni i im przypada zadośćuczynienie. Prowadzę kilka takich spraw, ostatnio młodego mężczyzny, który parę lat temu zauważył u siebie powiększenie węzłów chłonnych i poddał się badaniom wskazującym, że zachorował na raka rozprzestrzeniającego się w gardle i jamie nosowej. Z takim podejrzeniem trafił do szpitala onkologicznego, gdzie profesor, nie wykonując badań weryfikujących, orzekł, że jest to rak gardła, i leczył tylko ten obszar, zresztą z powodzeniem. Po pewnym czasie nowotwór rozwinął się w części nosowej, doszło do przerzutów. W rozmowie z pacjentem profesor przekonywał go jednak, że nic złego się nie dzieje, bał się przyznać do błędu. „Wiedziałem, że mnie okłamuje”, tak potem skomentował tę rozmowę chory. Zresztą zazwyczaj lekarze nie przyznają się pacjentom, że się pomylili. Myślę, że gdyby z nimi o tym rozmawiali i – na ile to możliwe – usiłowali błąd naprawić, na pewno mniej byłoby spraw w sądach.

Komisje – zawiedzione nadzieje

Pacjenci, którzy czują się poszkodowani z powodu złej terapii, składają wnioski o roszczenia do wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych, ale te rzadko przyznają im rację. A jeśli nawet uznają prawo chorego do odszkodowania, to proponuje je poszkodowanemu sam szpital lub instytucja go ubezpieczająca i bywa ono zwykle bardzo niskie. Co pani myśli o takim zabezpieczeniu praw pacjenta?
– Jest to stosunkowo nowe rozwiązanie dotyczące leczenia prowadzonego po 1 stycznia 2012 r. i jedynie w szpitalach. Zgodnie z intencją pomysłodawcy tej ustawy, komisje nie rozstrzygają, kto personalnie zawinił, tylko oceniają, czy wynik leczenia pacjenta był zgodny z założeniami opartymi na aktualnej wiedzy medycznej. Miało to być sprawne postępowanie, pozwalające na uzyskanie rekompensaty w ciągu czterech miesięcy, ale pacjent, który się na nie decyduje, musi godzić się z tym, że odszkodowanie jest zryczałtowane, niższe, niż byłoby możliwe do uzyskania po kilkuletniej jego walce w sądzie. Niestety, ustawa jest pełna błędów i luk. W efekcie postępowania przed komisją trwają znacznie dłużej, niż założył ustawodawca, a i o orzeczenie korzystne dla pacjenta wcale nie jest łatwo. Podkreślam, że komisje orzekają o zasadzie odpowiedzialności, a nie o konkretnych kwotach.

W tym roku do wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych wpłynęło ponad 800 wniosków o roszczenia, z tego do maja rozpatrzono tylko ok. 170, a jedynie w 60 przypadkach przyznano rację poszkodowanym. Adam Sandauer, przewodniczący Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere, uważa, że są one haniebnie niskie. A po ich otrzymaniu droga do sądu jest zamknięta.
– Podstawowy błąd tej ustawy polega właśnie na tym, że chociaż komisja orzeknie, iż doszło do zdarzenia medycznego, to znaczy, mówiąc w dużym uproszczeniu, do zakażenia, rozstroju zdrowia, uszczerbku na zdrowiu lub śmierci pacjenta na skutek niezgodnego z aktualną wiedzą medyczną przebiegu leczenia, to wysokość odszkodowania proponuje „dłużnik”, czyli szpital albo jego ubezpieczyciel. Nierzadko oferują kwotę niemal symboliczną, a pacjent może ją tylko przyjąć albo odrzucić, nie ma bowiem prawa do reklamacji czy odwołania. Co prawda jest rozporządzenie, które mówi, jak należy wyliczyć to odszkodowanie, ale nie przewiduje się sankcji za niezastosowanie się do tych wytycznych, więc szpitale i firmy ubezpieczeniowe proponują, ile chcą. Kiedy jednak pacjent przyjmie propozycję, nie może już ubiegać się w sądzie o dopłatę.

Jednak wnosząc sprawę do sądu, ponosi on duże ryzyko finansowe, bo, jak pani wspomniała, sam musi dowieść swoich racji, a to nie zawsze jest możliwe, kiedy zaś przegra, płaci wysokie koszty sądowe. Jakiego rzędu są to kwoty?
– Koszty procesu zależą od wartości przedmiotu sporu – od relacji między tym, czego się żądało w pozwie, a tym, ile się wygrało. Zgodnie z generalną zasadą, strona przegrywająca ponosi koszty procesu. Oczywiście bywają szczególne sytuacje, kiedy decyzją sądu powód zostaje zwolniony z kosztów sądowych na początku postępowania, może się jednak zdarzyć, że pacjent, który przegrał proces, będzie miał do zapłaty kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Dlatego z pozwem nie można występować pochopnie, bez analizy ryzyka, nie ma też sensu domagać się kwot abstrakcyjnie wysokich czy niemożliwych do udowodnienia.

Siła słowa biegłego

Dlaczego procesy dotyczące praw i roszczeń pacjentów uchodzą za trudne i tak długo trwają?
– Na sali sądowej stają naprzeciw siebie szpital ze swoim zapleczem prawnym i dokumentacyjnym oraz pacjent, a przy nim jego pełnomocnik, o ile pacjent z pomocy prawnej korzysta. Sąd opiera się zwykle na opiniach biegłych, których powołuje, są to lekarze specjaliści, często na emeryturze, ich wiedza medyczna bywa niekiedy nieaktualna, brak im też umiejętności pisania opinii na użytek sądu, ale nie są wolni od solidarności zawodowej – pamiętają, że i im mogłoby się zdarzyć popełnienie podobnego błędu. Biegli mają duży wpływ na decyzję sądu, rzadko sędzia wydaje wyrok sprzeczny z ich opinią, bo to wymaga wiedzy medycznej i podjęcia ryzyka polemiki z ustaleniami specjalisty. Z tych i innych powodów sprawy te ciągną się zwykle wiele lat. Najkrótsza z tych, które prowadziłam, trwała dwa i pół roku. Czasem mówię, że wyroki wydają biegli, a ja jestem prawnikiem do spraw beznadziejnych.

Czy dostrzega pani możliwość uproszczenia drogi dochodzenia roszczeń przez poszkodowanych pacjentów?
– Przy obecnej roli biegłych w procesach sądowych o błędy medyczne nie ma szans na usprawnienie tych postępowań. Biegłych jest zbyt mało, godzą tę funkcję z pracą zawodową lekarza, mają często niewystarczające kwalifikacje, żeby ocenić tak skomplikowane sprawy i generalnie o błędach medycznych wypowiadają się niechętnie w obawie przed ostracyzmem środowiska. Znacznie lepiej by było, gdyby strony mogły same wybierać biegłych i przedstawiać ich ekspertyzy, a sąd występowałby jedynie w roli arbitra – oceniałby, który ekspert jest bardziej fachowy i która opinia zasługuje na wiarygodność. Wówczas z pewnością znaleźliby się odważni specjaliści, którzy dostrzegliby w roli biegłego szansę na swój rozwój zawodowy.

A jednak niemal 90% spraw pani wygrywa. Niewielu jest w kraju prawników mających takie doświadczenia i efekty w dochodzeniu roszczeń i praw pacjenta.
– Błędami medycznymi zajmuję się od 1998 r., kiedy powstawała gospodarka rynkowa i sprawy te coraz częściej zaczęły trafiać do sądu, więc mam już dość duże doświadczenie.

Jakich spraw pani nie przyjmuje?
– Kiedy widzę, że pacjent nie ma racji, a tylko szuka pieniędzy. Niestety, czasem muszę uświadomić poszkodowanego podnoszącego słuszne zarzuty o ryzyku finansowym dla strony przegrywającej, gdy zarzutów tych nie bylibyśmy w stanie w sądzie udowodnić. To przegrywający opłaca koszty sądowe.

Czy polscy pacjenci nie stali się zbyt roszczeniowi?
– Raczej niezorientowani w tym, co oferuje im system – czego powinni się domagać, a z czym muszą się godzić. O prawach pacjenta mówi się przecież dopiero od niedawna.

Czysto w papierach

Skąd u prawnika wiedza medyczna niezbędna do prowadzenia tego typy spraw?
– Przygotowując się do każdej sprawy, ja i zespół korzystamy z literatury fachowej, książek naukowych, artykułów medycznych. Jeżdżę na konferencje medyczne i prawniczo-medyczne, słucham wykładów. Medycyna zawsze mnie interesowała.

Dziedzina ta szybko się rozwija, stwarzając nowe sytuacje w lecznictwie. Czy nadąża za tym prawo?
– Podstawą działań prawnych pozostaje w tych przypadkach Kodeks cywilny, zgodnie z którym ten, kto w sposób zawiniony wyrządził komuś szkodę, jest zobowiązany do jej naprawienia. Najkrócej mówiąc, trzeba udowodnić, że szkoda zaistniała, kto ją wyrządził i czy była efektem braku staranności lub błędu. Jest też ustawa o prawach pacjenta, opracowano także wydane w formie rozporządzenia standardy anestezjologiczne i opieki okołoporodowej, tyle że często przepisy te nie są przestrzegane. Lekarze nie starają się dostosować do potrzeb pacjentów, zwłaszcza nie lubią tych „zorientowanych”, którzy chcąc uczestniczyć w procesie swojego leczenia, zdobywają wiedzę na temat choroby, dziś zwykle w internecie, znają też swoje prawa i egzekwują je. Mają przecież prawo do informacji, ale u nas, gdy dopytują się o szczegóły leczenia, są często traktowani jak intruzi zabierający cenny czas.

Niełatwo wyjaśnić skomplikowane procesy leczenia ludziom niewykształconym.
– Jednak oni także nie mogą być pozbawieni takich informacji. Lekarze muszą nauczyć się z nimi rozmawiać przystępnym językiem.

Myślę, że to zobojętnienie na los chorego najbardziej niszczy autorytet lekarza i podważa zaufanie do niego, a nie, jak mówią niektórzy, ujawnianie błędów medycznych. Nie można jednak oczekiwać, że lekarz będzie wykonywał swój zawód pod wpływem ciągłych silnych emocji, jakie wywołują w ludziach wrażliwych choroba, cierpienie i śmierć drugiego człowieka.
– Oczywiście, musi być na nie w jakimś sensie uodporniony, bo nie mógłby racjonalnie wykonywać swojego zawodu. Nie może to jednak zajść tak daleko, żeby pacjent był uprzedmiotowiony i stał się kolejnym obiektem na taśmociągu – kolejnym „pęcherzykiem żółciowym” czy kolejnymi „żylakami”.

Czy procesy sądowe, dowodzące zaistniałych błędów medycznych, przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa w lecznictwie? Czy lekarze uczą się na tych błędach?
– Raczej uczą się zabezpieczać przed ich ujawnianiem i odpowiedzialnością – dokładniej wypełniają dokumentację, staranniej dbają o to, by „w papierach było czysto”. Wydłużają się oświadczenia podpisywane przez chorych przed operacją, zawierające pouczenia o ryzyku i powikłaniach, od strony formalnej zabezpieczające lekarza przed roszczeniami. Widziałam już takie, które miały ponad dziesięć stron. Myślę, że często z większą empatią i poczuciem odpowiedzialności traktują chorych pielęgniarki, dzisiaj już doskonale wykształcone. Jest jeszcze etos tego zawodu.

Lekarze często pracują w pośpiechu, stresie, co także może powodować niepowodzenia – niekiedy muszą natychmiast podejmować decyzje, by ratować zagrożone życie. Proces leczenia bywa też nieprzewidywalny, każdy choruje inaczej, istnieje więc wiele okoliczności i czynników sprzyjających popełnieniu błędu. Także niektóre ograniczenia w systemie lecznictwa, wynikające najczęściej z przyczyn ekonomicznych, wiążą im ręce i utrudniają pracę. Czy np. procedury medyczne, stworzone głównie w celach kontrolnych i rozliczeniowych, nie ograniczają lekarzy w wykonywaniu zawodu?
– Jeśli chirurg przeprowadza operację ratującą życie, może zmienić zakres zabiegu czy metodę, stosownie do zaistniałej sytuacji medycznej, nawet jeśli nie ma na to zgody chorego. Jednak prawdą jest, że lekarze nie powinni być ograniczani w leczeniu decyzjami ekonomicznymi – oni mają leczyć jak najskuteczniej, a nie leczyć przy uwzględnieniu norm ekonomicznych, często nieracjonalnych, przynajmniej z medycznego czy etycznego punktu widzenia. Ale takie podejście w publicznej służbie zdrowia w Polsce jest nierealne.

Z pustego i Salomon nie naleje

Ekonomia wypiera z medycyny etykę i wpływa na proces oraz efekty leczenia. Rozliczenia finansowe zajmują lekarzom wiele czasu, który powinni przeznaczać na kontakt z chorymi.
– Bo to nie lekarz, ale Ministerstwo Zdrowia i NFZ często ustalają, co jest dobre dla pacjenta. Lekarzom trudno walczyć z ograniczającym ich systemem i przekraczać te ograniczenia, nawet nieracjonalne.

Jest to widoczne zwłaszcza w przypadkach stosowania drogich leków. Prowadzi pani pro publico bono głośną sprawę nieżyjącej już Janiny Orczyk, która po usunięciu nerki z powodu nowotworu była nieskutecznie leczona interferonem, zgodnie z obowiązującymi standardami, chociaż prof. Cezary Szczylik już wcześniej informował Ministerstwo Zdrowia, że lek ten nie przynosi dobrych efektów w takich schorzeniach. Na inny lek chora nie otrzymała jednak refundacji.
– W podobnej jak ona sytuacji znalazło się wtedy wielu pacjentów chorujących na raka nerki. To nasuwa pytanie: czy polityka ekonomiczna państwa nie skłania niekiedy lekarzy do złej praktyki klinicznej?

A, pani zdaniem, skłania?
– Oczywiście, że tak, bo z pustego i Salomon nie naleje. Kiedy szpital nie ma leku, który według lekarzy jest najskuteczniejszy, to leczy tym, który ma.

Mówi się, że drogie refundowane leki nie są ordynowane starszym pacjentom.
– Nie słyszałam o takich przypadkach, ale różnicowanie jakości leczenia wyłącznie ze względu na wiek chorego byłoby głęboko nieetyczne.

Co sprawia pani największe trudności w dochodzeniu roszczeń pacjentów?
– Bardzo trudno jest ocenić, jakie szanse powrotu do zdrowia miałby pacjent, gdyby był leczony poprawnie. A przecież, jeśli wynoszą one nawet tylko 5%, pacjent ma prawo wierzyć, że gdyby był leczony właściwie, jego przypadek znalazłby się w tym niewielkim odsetku wyleczonych. Jednak lekarze zawsze w takich sytuacjach będą twierdzić, że nie wiadomo, jakie skutki dałoby leczenie, gdyby było prowadzone prawidłowo. I trudno to rozstrzygnąć przy istnieniu tak wielu czynników wpływających na proces terapii, a jest to podstawowe pytanie, na jakie należy znaleźć odpowiedź w procesie sądowym. Jest jeszcze inny ważny problem – placówki lecznicze upadają i przestają płacić zasądzone zobowiązania, a wtedy pokrzywdzony przez nie pacjent, mimo wyroku, może zostać bez środków do życia. Uważam, że jeśli usługa kontraktowana przez NFZ została źle wykonana, a placówka medyczna, która ją wykonywała, upadnie, jej zobowiązania powinien przejąć skarb państwa.

Mec. Jolanta Budzowska – radca prawny, partner w kancelarii Budzowska, Fiutowski i Partnerzy, od 15 lat zajmuje się sprawami cywilnymi z zakresu praw pacjentów i dochodzeniem roszczeń odszkodowawczych z tytułu błędów medycznych. Z ramienia Polski została członkiem zarządu międzynarodowej organizacji prawników specjalizujących się w sprawach uszkodzeń ciała lub rozstroju zdrowia PEOPIL (Pan European Organisation of Personal Injury Lawyers) z siedzibą w Birmingham. Ma na koncie najwyższe w kraju wygrane dla poszkodowanych pacjentów. Jest autorką wielu komentarzy prawniczych oraz współautorką kilku monografii w języku angielskim. Jest też członkiem małopolskiej Wojewódzkiej Komisji do spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych.


Sparaliżowany trzylatek
W wypadku samochodowym, któremu uległa czteroosobowa rodzina – ojciec, matka i ich dwóch synów – tylko najmłodszy, trzyletni chłopiec, jak się wydawało, nie doznał urazu. Karetki i pogotowie lotnicze odwiozły każdą z osób do innego szpitala. Trzylatek trafił na obserwację. Lekarz wykonał mu kontrolne RTG kręgosłupa szyjnego. Następnego dnia chłopiec nie mógł poruszać nogami, okazało się, że miał złamany kręgosłup lędźwiowy, który w nocy uległ przemieszczeniu i przerwany został rdzeń kręgowy. Rodzice wnieśli do sądu pozew o odszkodowanie i rentę. Sprawa toczy się kilka lat. Pierwsi biegli nie mieli wątpliwości, że doszło do błędu diagnostycznego, a wcześniej przeprowadzona operacja uchroniłaby chłopca od paraliżu. Jednak inny zespół ekspertów orzekł, że lekarze, którzy prowadzili obserwację dziecka po wypadku, nie byli zobowiązani do wykonania RTG całego kręgosłupa, więc roszczenia są bezzasadne. Pozew został oddalony, sąd nie obciążył dziecka, w imieniu którego w procesie występowali rodzice, kosztami sądowymi.


Osiem lat cierpienia
W czasie operacji laparoskopowej usunięcia pęcherzyka żółciowego chirurg uszkodził operowanej chorej przewód żółciowy wspólny. W trakcie zabiegu naprawczego operator nie zauważył, że zaklipsował przewód żółciowy wspólny. Po operacji przez około trzy miesiące pacjentka miała założone dreny dróg żółciowych. Przez osiem lat kobieta źle się czuła, cierpiała na dolegliwości podobne do tych sprzed operacji. Podejrzewano marskość wątroby, chorobę nowotworową, ale dopiero przeprowadzone w innym szpitalu badanie pozwoliło ustalić, że przyczyną jej dolegliwości jest zwężenie dróg żółciowych po ich uszkodzeniu i częściowym zaklipsowaniu przewodu żółciowego wspólnego. Chora musiała się poddać kolejnej operacji odtworzenia ciągłości przewodu pokarmowego.
Co prawda sąd uznał, że samo przecięcie dróg żółciowych podczas laparoskopii jest powikłaniem, z którym należy się liczyć przy tego typu operacjach, jednak lekarze nie rozpoznali i nie leczyli tego powikłania. Tytułem rekompensaty za szkody na zdrowiu oraz wieloletni rozstrój zdrowia fizycznego i psychicznego sąd zasądził od szpitala 100 tys. zł zadośćuczynienia z odsetkami ustawowymi na czas trwania procesu. Wyrok nie jest prawomocny.


Amputacja po złamaniu nogi
Kobieta trafiła do szpitala ze złamaną nogą. Z powodu wielu zaniedbań personelu medycznego doszło u niej do zakażenia pałeczką ropy błękitnej, jednym z najgroźniejszych drobnoustrojów. Mimo pojawienia się u pacjentki charakterystycznych objawów zgorzeli gazowej, prawdopodobnie z powodu długiego weekendu zbyt późno rozpoznano zakażenie i podjęto leczenie, zresztą niewłaściwe, za pomocą antybiotyków, bez monitoringu mikrobiologicznego. Rozwijający się proces zapalny zaczął zagrażać życiu pacjentki i zaistniała konieczność amputowania nogi. W dodatku w efekcie leczenia antybiotykowego doszło do obniżenia odporności u chorej i do zakażenia grzybiczego, a w konsekwencji do wtórnej infekcji i utraty wzroku w jednym oku. Stała się więc osobą niepełnosprawną.
Proces toczył się przeszło dziesięć lat, odbyło się 12 rozpraw, zgromadzono 11 opinii biegłych, w tym szczegółowe opinie wydały dwie katedry medycyny sądowej. Po ośmiu latach procesu zasądzono odszkodowanie i rentę, jednak wyrok sądu I instancji utrzymywał, że odsetki od zadośćuczynienia należy liczyć dopiero od daty procesu. Sąd II instancji uwzględnił wniesioną apelację, uznając, że odsetki winny być liczone od doręczenia pozwanej odpisu pozwu. W związku z tym przyjęto, że powódce należy się tytułem zadośćuczynienia 220 tys. zł, zasądzone zostało też 6 tys. zł odszkodowania oraz renta miesięczna na średnim poziomie 1100 zł.

Wydanie: 32/2013

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy