Blog

Powrót na stronę główną
Felietony Roman Kurkiewicz

Ziobroseja w Uciekistanie

Zapewne, gdy w listopadzie 2023 r. były od niedawna minister sprawiedliwości (w sumie 10 lat…) szarżował w sejmowej pyskówce, wykrzykując do przedstawicieli przyszłej władzy w poczuciu całkowitej bezkarności: „Mam nadzieję, że nie okażecie się fujarami!”, nie przewidywał, że dwa lata później będzie rejterował do Budapesztu Orbána po azyl polityczny. W najnowszej historii nie wydarzyło się nigdy, żeby prokuratura stawiała tak poważne (i liczne – 26 w sumie) zarzuty byłemu ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu – tym samym „szeryf nad szeryfami” zapisze się w annałach.

W resorcie sprawiedliwości, jak twierdzi prokuratura w prawie 160-stronicowym akcie oskarżenia, działała zorganizowana grupa przestępcza, kierowanie którą śledczy przypisują właśnie Ziobrze. Ich zdaniem były minister nakazywał podwładnym, kto ma wygrać niektóre konkursy na dotacje z Funduszu Sprawiedliwości, zanim jeszcze te konkursy zostały ogłoszone. Żeby zachować pozory, wskazani w przedbiegach zwycięzcy rzeczywiście przygotowywali oferty konkursowe, a resort Ziobry je faworyzował. Choćby w taki sposób, że – jak wyjaśnia prokuratura – urzędnicy niższego szczebla musieli pilnować, „aby konkurs przebiegł zgodnie z oczekiwaniami kierownictwa resortu sprawiedliwości”, a „osoby określane jako zaufane, wchodzące w skład komisji konkursowych, otrzymywały oferty wytypowanych podmiotów w celu dokonania oceny pozwalającej na uzyskanie dotacji”. Sumy, o których mówi oskarżenie, to m.in. sprzeniewierzone ponad 150 mln zł z Funduszu Sprawiedliwości. Z obietnic politycznych, które Ziobro rozsiewał szerokim gestem, nie ostało się nic oprócz podporządkowania wymiaru sprawiedliwości reprezentacji politycznej PiS.

Zbigniew Ziobro szafował złotymi myślami: „Nie może być tak, że »białe kołnierzyki« kradną miliardy, a potem opalają się na plażach, wysyłając lewe zaświadczenia o chorobie. Prawo musi być równe wobec wszystkich”, „Uczciwi nie mają się czego bać”, „Nie może być tak, że »białe kołnierzyki« kradną miliardy i kończy się na wyrokach w zawieszeniu”. A kiedy w ostatnich miesiącach przyszło do prokuratorskiego „sprawdzam” – szeryf pogalopował po opiekę Viktora Orbána,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Gnicie mózgu

Mój syn Antek od kilku miesięcy jest studentem politologii. Coraz częściej rozmawia ze mną o polityce, czasami zgodnie, czasami konfrontacyjnie. Zdarza się, że mnie bardzo irytuje. Pisałem już nieraz, jak media społecznościowe zmieniają nasze myślenie, szczególnie młodych, ale rzecz jest tak ważna, że wracam do tematu. Młodzi nie mają fundamentu wiedzy. Zalewa ich ściek internetu, gęsta breja. Nie sięgają do źródeł, nie potrafią czytać długich tekstów, lubią streszczenia. Ta breja zalewa teraz setki milionów ludzi. Większość z nich nie ma wystarczającej wiedzy ani orientacji, by rozróżnić, co jest prawdą, a co kłamstwem i manipulacją. Latarnie morskie zgasły, boje usunięto, a morze informacji nie ma brzegów. I nie ma już dawnych autorytetów, nowe autorytety to dla młodych youtuberzy. Ja nie jestem dla Antka autorytetem, nie są nimi nawet wybitni komentatorzy polityczni, nie ufa im, uważa, że setki ułamkowych informacji wyławianych z internetu zbliżają go do prawdy. Nie ma jednak takiej wiedzy, by w tym chaosie dokonywać selekcji i oceny.

Pierwszy z brzegu przykład. Mówi, że Włodzimierz Czarzasty to komunista. Ale nic nie wie o komunizmie, o tym pierwotnym, o samej idei ani o jej praktycznych mutacjach. Nie ma pojęcia, czym była Polska Ludowa, która przecież miała co najmniej trzy odmienne postacie. Oczywiście Antek z czasem będzie zdobywał tę wiedzę, w końcu chodzi na wykłady, problem, że nie czyta książek. Podsuwałem mu znakomite tomy Harariego, klucze do świata. Jak zobaczył, jakie to grube, wpadł w panikę. Jak w szkole liczy na streszczenia.

Cała nasza kultura zmierza do tego, by być dla nowych generacji skrótem, nie sięgają do źródeł. Dramatu dopełnia AI. Sam zaczynam się od niej uzależniać, co chwilę z nią rozmawiam i o coś pytam. Mój przyjaciel psychiatra Sławek Murawiec dzieli się ze mną wrażeniem, że przemiany w psychice ludzi zachodzą tak szybko, że brakuje w psychiatrii języka, aby nazywać nowe zjawiska i opisywać nowe problemy psychiczne. Nie mamy słów ani aparatu pojęciowego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Wywiady Zdrowie

Zdrowie zaczyna się od jelit

WOŚP na rzecz zdrowych brzuszków dzieci

Prof. dr hab. Piotr Albrecht – specjalista z dziedziny pediatrii, gastroenterologii i gastroenterologii dziecięcej, były wieloletni kierownik Kliniki Gastroenterologii i Żywienia Dzieci Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, wykonał ponad 16 tys. endoskopii górnego i dolnego odcinka przewodu pokarmowego z polipektomiami, rozszerzaniem przełyku i usuwaniem różnorodnych ciał obcych z żołądka i przełyku. Były członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego. Redaktor naukowy podręcznika „Gastroenterologia dziecięca. Przewodnik lekarza praktyka”. Redaktor czasopisma „Forum Pediatrii Praktycznej”.

Kiedy próbowałam dodzwonić się do gastroenterologów dziecięcych, dowiedziałam się, że jesteście obecnie jednymi z najbardziej zajętych specjalistów.
– Faktycznie, jesteśmy przeciążeni zwłaszcza w szpitalu. W Warszawie są tylko dwa oddziały gastroenterologiczne dla dzieci – w Centrum Zdrowia Dziecka, które obsługuje całą Polskę, a dla całego Mazowsza jest oddział, w którym nadal pracuję. Ma 18 łóżek plus często zajęte tzw. miejsca korytarzowe i ponad rok trzeba czekać w kolejce na planową hospitalizację.

Z jakimi dolegliwościami dzieci do was trafiają? Coś jest na rzeczy, skoro nagle gastroenterolog dziecięcy stał się tak niezbędny.
– No, nie „nagle”. Patrząc na problem choćby przez pryzmat zaparć, 40% porad gastroenterologicznych jest udzielanych z tego powodu. Absorbuje nas ta jedna choroba, teoretycznie błaha. Obecnie zajmują nas również nieswoiste zapalenia jelit, czyli wrzodziejące zapalenie jelita grubego oraz choroba Leśniowskiego-Crohna. Niezliczone bóle brzucha, w większości przypadków spowodowane stresem szkolnym, rozwodem rodziców itp. czynnikami stresującymi. Poza tym narasta problem eozynofilowego zapalenia przełyku.

Co to takiego?
– To zapalenie wywołane eozynofilami, tzw. krwinkami kwasochłonnymi, mającymi pewien związek z reakcją alergiczną. Tworzy się naciek wywołany przez te komórki, które normalnie w niewielkiej ilości występują we krwi. Zgromadzone w nadmiarze w przełyku prowadzą do zapalenia i objawów zwanych dysfagią, czyli utykania kęsa pokarmowego i bólu przy połykaniu.

Rozumiem, że również nieswoistych zapaleń jelit jest coraz więcej?
– Tak. Choroba Leśniowskiego-Crohna występuje coraz częściej w całym cywilizowanym świecie, choć należy do grupy chorób rzadkich. Poza tym narasta problem różnego typu zatruć, w tym przebiegających z uszkodzeniem wątroby. Są też dziesiątki połkniętych ciał obcych, które trzeba wyjmować, albo zdarzają się poparzone przełyki. Rodzice często na nic nie mają czasu, dziećmi nie bardzo się zajmują, więc one łykają, co popadnie.

Co się robi z poparzonym przełykiem?
– Poza konieczną gastroskopią niezbędne jest żywienie przez sondę, czasem żywienie dożylne, antybiotykoterapia, sterydoterapia, długotrwała obserwacja i hospitalizacja. Zdarzają się poważne uszkodzenia na całe życie. Najniebezpieczniejsze pod tym względem są ługi (Kret), a także utykające w przełyku baterie zegarkowe.

W jakim stanie dzieci trafiają na oddział gastroenterologii? Czy rodzice w miarę wcześnie reagują na dolegliwości brzuszkowe?
– Czasem reagują wręcz za wcześnie. Jak dziecko raz zaboli brzuch, a każdego może zaboleć, natychmiast jadą na SOR. Są przewrażliwieni, a w dodatku, jak się naczytają w internecie, że ból brzucha może doprowadzić do raka… Dzieci nie chorują na raka jelit i żołądka, ale rodzice szukają tego, co najgorsze.

Jaka powinna być zatem reakcja rodziców, jeśli dziecko skarży się na ból brzuszka, żeby od razu nie pędzić na SOR? Czy jeśli ból się powtarza, badać kalprotektynę w kale (marker stanu zapalnego jelit; jego podwyższone stężenie świadczy o procesie zapalnym, który może być związany z nieswoistymi zapaleniami jelit – przyp. red.)?
– Nie, o badaniu kalprotektyny musi zdecydować lekarz, nie można tak sobie badać, dlatego że kalprotektyna może być podwyższona przy każdej infekcji jelitowej, również wirusowej. Jeśli rodzice zobaczą podwyższone stężenie kalprotektyny, a wiedzą, że to może być związane z nieswoistym zapaleniem jelit, nie będziemy mogli się opędzić od pacjentów do gastro- i kolonoskopii. Zupełnie niepotrzebnie. Kalprotektyna nie jest więc pierwszym zlecanym badaniem. Natomiast niepokoić powinny stałe, wybudzające ze snu bóle brzucha, którym towarzyszy biegunka, utrata masy ciała, bóle stawowe, niewyjaśnione gorączki – wtedy mamy czego szukać w jelitach. Pamiętać oczywiście trzeba o bólu wyrostkowym,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Czy nadworny narcyz świata wysadzi nas w powietrze?

Odbyłem interesującą rozmowę z jednym z najbystrzejszych obserwatorów spraw amerykańskich – prof. Przemysławem Grudzińskim. To nasz były ambasador w Waszyngtonie. W niniejszym tekście obok swoich własnych zamieszczam także kilka jego myśli.

Stany Zjednoczone są słabnącym mocarstwem. Wiemy to nie od dziś. Zajmowała się tym tematem cała plejada naukowych gwiazd z Paulem Kennedym, Immanuelem Wallersteinem, Andrew Bacevichem, Samuelem Huntingtonem, Giovannim Arrighim, Niallem Fergusonem i Emmanuelem Toddem na czele. W amerykańskim kapitalizmie drzemią jednak niewiadome siły i od wielu lat zastanawiałem się, jak ten kraj poradzi sobie z faktem schyłku swoich mocy sprawczych. Co zostanie wymyślone w amerykańskich enklawach naukowych, gospodarczych, militarnych i politycznych, które wciąż zachowują wiodącą pozycję? Nie spodziewałem się, że jedną z odpowiedzi na kryzys potęgi USA będzie odrzucenie liberalnego porządku światowego, zdeptanie prawa międzynarodowego i międzynarodowych instytucji oraz zwrot ku polityce nagiej siły i ekspansja terytorialna. Jeśli chodzi o tę ostatnią, to wydawało mi się, że czas „ruchomej granicy” Stanów Zjednoczonych zakończył się w XIX w. Wiele wskazuje, że się myliłem.

Naturalnie rozgrywająca się w przerażającym tempie ekspansywna polityka USA (ogłoszenie nowej strategii bezpieczeństwa 5 grudnia 2025 r., atak na Wenezuelę 3 stycznia 2026 r.) oznacza całkowity rozbrat z zasadniczymi założeniami ruchu MAGA, czyli skoncentrowaniem się na wewnętrznych problemach Ameryki, powstrzymaniem od interwencjonizmu, od mieszania się w sprawy innych państw. Donald Trump wygrał wybory, głosząc takie właśnie hasła. Realizuje politykę, która leży na przeciwnym biegunie jego wyborczych obietnic. Oszukał amerykańskich wyborców. Nie znaczy to, że wyborcy mu tego nie wybaczą. Wybaczą, jeśli tylko jeszcze mocniej zaciśnie pętlę amerykańskiego kolonializmu na szyjach krajów Ameryki Środkowej i Południowej, co oznacza, że z krajów tych popłynie jeszcze więcej bogactw (vide wenezuelska ropa) i ludzkich zasobów do USA.

Gdyby ktoś chciał zobaczyć na własne oczy, jak wygląda współczesny amerykański kolonializm, to proponuję podróż do Portoryko. Przybywających do bogatego portu (puerto rico) witają wszystkie wielkie sieci amerykańskie, oferujące usługi po znacznie wyższych cenach niż w Stanach Zjednoczonych. Wita rodzima ludność zarabiająca grosze i, co za tym idzie, niezdolna do skorzystania z tych usług i produktów. Pozostaje jej wyjazd do Ameryki i szukanie szczęścia na

Prof. Piotr Kimla jest pracownikiem Katedry Stosunków Międzynarodowych i Polityki Zagranicznej Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Oddziały szturmowe Prezydenta RP

Kodeks karny nic nie mówi o karze dla głowy państwa znieważającej prezydencki majestat, naród i Polskę

Czułe przywitanie na Jasnej Górze Karola Nawrockiego z nazistowskim kryminalistą Tomaszem P. „Dragonem” wywołało powszechne oburzenie. Widocznie wielu komentatorów i publicystów zapomniało już o przygotowanym dla Jarosława Kaczyńskiego raporcie, który ujrzał światło dzienne w grudniu 2024 r. W dokumencie tym na 72 stronach opisano powiązania Nawrockiego – wówczas prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a wcześniej dyrektora Muzeum II Wojny Światowej – z kryminalistami, neonazistami i neohitlerowcami (pisaliśmy o tym w artykule „Karol z półświatka”, „Przegląd” nr 22/2025). Nawrocki nigdy w przekonujący sposób nie wytłumaczył się ze znajomości z bandytami, a wszyscy ci, którzy naiwnie myśleli, że jako prezydent się ucywilizuje, nie znają gangsterskich reguł. Otóż przynależność do środowiska stadionowych chuliganów jest dożywotnia i nie zrywa się znajomości z kimś tylko dlatego, że siedział w kryminale, zajmuje się działalnością przestępczą i ma nazistowskie tatuaże.

Bandycka elita

Trzeba uczciwie przyznać, że przy Grzegorzu Horodce ps. „Śledziu” „Dragon” to czeladnik – jeśli tego pierwszego uznać za mistrza w bandyckim fachu. 52-letni „Śledziu”, gdański stadionowy druh prezydenta Rzeczypospolitej i jeden z przywódców bojówki Lechii Gdańsk, przesiedział 14 lat w więzieniu za pobicia, udział w bójkach i nielegalne posiadanie broni. Na ramieniu ma wytatuowanego Adolfa Hitlera, a na rękach i plecach swastyki oraz motto SS: Meine Ehre heißt Treue (Moim honorem jest wierność). „Dragon”, 40-latek, szef bojówki Jagiellonii Białystok, ma na koncie wyroki za napaść z użyciem broni lub innego niebezpiecznego przedmiotu na funkcjonariusza publicznego, za podżeganie do napadu, w którym zginęła jedna osoba, i za zastraszanie świadków innego napadu. Uważany jest za zdemoralizowanego, pozbawionego empatii i wyjątkowo bezwzględnego człowieka.

W 2024 r. „Dragon” został skazany na sześć lat więzienia m.in. za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, udział w bójkach i propagowanie faszyzmu. Wyrok nie jest prawomocny, poza tym, nawet jeśli Tomasz P. zostanie skazany, Nawrocki zapewne nie pozwoli, aby gnił w więzieniu, i go ułaskawi. Panowie znają się bardzo dobrze, a według

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Gdy ropa staje się czymś więcej niż tylko ropą

Amerykańska operacja specjalna w Wenezueli zmieniła reguły gry na światowym rynku

Operacja „Absolute Resolve” wstrząsnęła polityką międzynarodową na początku 2026 r. W jej wyniku siły specjalne USA schwytały w Caracas prezydenta Wenezueli Nicolása Madura z żoną i przewiozły do Nowego Jorku, gdzie obydwoje staną przed sądem federalnym pod zarzutem narkoterroryzmu.

Waszyngton jednak nie ukrywał swoich prawdziwych motywów. Nie chodziło o walkę z kartelami narkotykowymi ani o przywrócenie demokracji. Prezydent Trump oświadczył, że celem USA było przejęcie kontroli nad wenezuelskimi zasobami ropy. „To największe rezerwy na świecie, a one zostały nam skradzione – argumentował. – Wielkie amerykańskie koncerny naftowe wydadzą miliardy na naprawienie tego, a potem dostaną swoje pieniądze z powrotem – od nas albo z przychodów”. Była to brutalna demonstracja amerykańskiej potęgi militarnej – przyznanie, że w XXI w. w polityce międzynarodowej obowiązuje zasada, że „silniejszy ma zawsze rację”.

Wenezuela posiada największe na świecie udokumentowane złoża ropy naftowej, sięgające ponad 303 mld baryłek. To więcej niż w Arabii Saudyjskiej, której zasoby są szacowane na 267 mld baryłek. Rozciągający się na południu kraju pas naftowy Orinoko to geologiczny skarb. Poza ropą naftową Wenezuela ma duże złoża gazu ziemnego, złota, węgla kamiennego, boksytów oraz metali ziem rzadkich. Mimo tych zasobów wydobycie ropy od dłuższego czasu pozostawało na poziomie od 800 tys. do 1 mln baryłek dziennie. To mniej niż 1% światowej produkcji. A jeszcze w latach 90. XX w. i na początku XXI w. Wenezuela wydobywała ponad 3 mln baryłek dziennie.

Jak do tego doszło?

Przyczyną upadku była kombinacja nacjonalizacji, korupcji, sankcji i niekompetencji polityków rządzących krajem. W 2007 r. prezydent Hugo Chávez nakazał przekształcenie zagranicznych spółek naftowych w joint ventures, w których państwowe przedsiębiorstwo naftowo-gazowe Petróleos de Venezuela S.A. (PDVSA) musiało mieć minimum 60% udziałów. Amerykańskie koncerny ExxonMobil i ConocoPhillips nie zgodziły się na ten warunek i opuściły kraj. Natomiast Chevron go zaakceptował i po uzyskaniu specjalnej zgody Waszyngtonu został. Masowe zwolnienia wykwalifikowanych inżynierów i pracowników, wieloletnie niedoinwestowanie, korupcja drenująca finanse PDVSA oraz amerykańskie sankcje, które odcięły kraj od kapitału i technologii, dopełniły reszty. W efekcie rurociągi i rafinerie ulegały coraz częstszym awariom, a terminale naftowe w wenezuelskich portach tylko w części wykorzystywały swoje moce. Państwo, które mogłoby stać się Arabią Saudyjską Ameryki Łacińskiej, stoczyło się na dno.

W wywiadzie dla NBC News Donald Trump zapewnił, że amerykańskie koncerny odbudują wenezuelski sektor naftowy w „mniej niż 18 miesięcy”. We wpisie w mediach społecznościowych ogłosił zaś, że „władze tymczasowe” w Wenezueli „będą przekazywać między 30 mln a 50 mln baryłek wysokiej jakości ropy objętej sankcjami do USA”. Zaznaczył, że ma ona zostać sprzedana „po cenie rynkowej”, a wpływy z jej sprzedaży mają być kontrolowane przez rząd USA – czyli w praktyce przez jego administrację. Szacunki wskazują, że przy cenie 56 dol. za baryłkę przychód wyniósłby od 1,7 mld do 2,8 mld dol. Nie jest jasne, w jakich proporcjach kwota ta zostałaby podzielona między Wenezuelę a USA. I czy sprawująca dziś władzę w Caracas wiceprezydent Delcy Rodríguez oraz wspierający ją członkowie administracji, na czele której do niedawna stał Nicolás Maduro, zgodzą się na ten i inne warunki stawiane im przez Jankesów.

Najwięksi gracze

Wielu spodziewało się, że po akcji w Caracas ceny ropy na światowych giełdach wystrzelą w górę. Wszak interwencja militarna, geopolityczny chaos i ryzyko zakłócenia dostaw tego surowca to gotowy przepis na skok cen. Stało się odwrotnie – ropa potaniała. Cena baryłki ropy Brent spadła o 0,4%, do 60,54 dol., a WTI (West Texas Intermediate – amerykańskiej lżejszej, bardziej słodkiej ropy naftowej) – o 0,5%, do 57,04 dol.

Stało się tak dlatego, że w skali globalnej dostawy ropy z Wenezueli nie mają znaczenia. Nawet gdyby całkowicie ustały – do czego nie dojdzie, gdyż koncern Chevron nadal będzie ją wydobywał – na świecie produkuje się dziś więcej ropy, niż wynosi zapotrzebowanie na nią.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency, IEA) szacuje, że w tym roku podaż przewyższy popyt o prawie 4 mln baryłek dziennie. Innymi słowy, świat tonie w ropie.

Największym koncernem wydobywczym jest państwowa spółka Arabii Saudyjskiej – Saudi Aramco, która w 2025 r. pompowała średnio ponad 11,5 mln baryłek ropy dziennie. Zysk netto firmy wyniósł zawrotne 157,5 mld dol., co

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Komu służy weto?

Za brak bezpieczeństwa dzieci w internecie odpowiada dziś prezydent Nawrocki

Krzysztof Gawkowski – wiceprezes Rady Ministrów, minister cyfryzacji

Dlaczego potrzebujemy regulacji dotyczących usług cyfrowych?
– Potrzebujemy regulacji, które doprowadzą do bezpieczeństwa w internecie. Obecnie nie ma skutecznej walki z przestępstwami popełnianymi w sieci, bo nie mamy możliwości egzekwowania od platform cyfrowych przestrzegania prawa. Musimy wzmocnić nadzór nad tymi platformami, aby zwiększyć ochronę użytkowników. Państwo musi mieć możliwość szybkiej reakcji, kiedy pojawia się np. rosyjska dezinformacja czy zamieszczane są nielegalne treści, takie jak zdjęcia pedofilskie. Do tego mamy oszustwa internetowe związane z namawianiem do przestępstw finansowych. Aby z tym wszystkim walczyć i temu zapobiegać, potrzebujemy odpowiedniego prawa. Bez niego jesteśmy dziś dość bezbronni. I mimo że większość państw Unii Europejskiej takie prawo już wprowadziła, polski prezydent zdecydował się zawetować bezpieczeństwo w internecie.

Prezydent Nawrocki mówi, że to cenzura, przywołuje Orwella. Dlaczego ta argumentacja jest wadliwa?
– Przede wszystkim mam wrażenie, że pan prezydent może i czytał Orwella, ale na pewno nie czytał zawetowanej przez siebie ustawy. I to jest pierwszy element, który nasuwa mi się na myśl po tym, jak przeczytałem argumentację pana prezydenta odnośnie do ustawy implementującej Akt o usługach cyfrowych (DSA). Cenzura? Ta ustawa właśnie chroni wolność słowa w internecie, nakładając na platformy takie obowiązki jak wyjaśnianie przyczyn usunięcia treści, umożliwienie składania odwołań czy ujawnianie zasad moderacji.

Po drugie, w zawetowanej ustawie mieliśmy zestaw konkretnych narzędzi, które realnie wzmacniały prawa i wolności obywatelskie. Tymczasem według prezydenta egzekwowanie tych wolności implementacja DSA uniemożliwia. Po trzecie, blokowanie treści związanych z aktywnością w sieci dotyczyło ściśle określonych elementów i poważnych przestępstw, takich jak handel ludźmi, wykorzystywanie seksualne dzieci, oszustwa finansowe. Prezydent się temu sprzeciwił.

Wszystko to w imię walki z „cenzurą urzędniczą”.
– Prezydent oczekiwał, żebyśmy mieli w ustawie możliwość złożenia sprzeciwu do sądu powszechnego. I takie rozwiązanie wprowadziliśmy. Ustawa zawiera możliwość zgłoszenia sprzeciwu wobec zawieszenia danej treści. Co więcej, w takim wypadku treść nie znika z internetu do czasu rozstrzygnięcia postępowania. Czy pozostanie w sieci – zależy już od decyzji sądu. Uważam, że prezydent Nawrocki uprawia grę polityczną, żerując na najniższych instynktach. Dlatego stawiam prezydentowi tak mocny akt oskarżenia. To on jest dzisiaj odpowiedzialny za

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Najbardziej antytrumpowski głos w Europie

Aż 81% Hiszpanów postrzega Donalda Trumpa negatywnie

Gdy większość europejskich przywódców waży każde słowo pod adresem Donalda Trumpa, premier Hiszpanii mówi wprost. Kryzys w Wenezueli, wojna w Gazie i spory o NATO stały się dla Pedra Sáncheza okazją do zbudowania wyrazistej, antytrumpowskiej polityki zagranicznej – ryzykownej, ale popularnej w kraju i dobrze słyszalnej na globalnym Południu.

Wenezuela – europejski test

Hiszpania zajmuje wyjątkowe miejsce w kryzysie wenezuelskim. Wynika to nie tylko z liczebności i aktywności diaspory, lecz także z ambicji lewicowego rządu, by współtworzyć europejski front sprzeciwu wobec polityki Donalda Trumpa. Jak ujął to sam Pedro Sánchez, decyzje Waszyngtonu „nie są neutralne” i „mają realne konsekwencje dla stabilności całych regionów”.

Krótko po amerykańskich bombardowaniach Caracas premier Hiszpanii znacząco zwiększył aktywność dyplomatyczną. „To naruszenie prawa międzynarodowego i bardzo niebezpieczny precedens”, mówił, ostrzegając, że działania USA „popychają Amerykę Łacińską w stronę niepewności i eskalacji”. Podczas paryskiego spotkania z przywódcami państw wspierających Ukrainę dodał, że świat „zbyt dobrze pamięta konsekwencje interwencji usprawiedliwianych interesami strategicznymi”.

Sánchez wielokrotnie podkreślał, że wobec Wenezueli, Ukrainy i Strefy Gazy stosuje tę samą argumentację, wprost porównując te konflikty: „Bronimy porządku międzynarodowego opartego na zasadach, a nie na prawie dżungli”. Hiszpania razem z Brazylią, Meksykiem, Urugwajem, Chile i Kolumbią wyraziła „głębokie zaniepokojenie i sprzeciw” wobec naruszeń prawa międzynarodowego.

Konserwatywny dziennik „La Razón” wytyka, że amerykański zamach w Wenezueli został wykorzystany przez rząd Sáncheza do „politycznej operacji w Pałacu Moncloa” i że hiszpańska polityka zagraniczna staje się narzędziem odwracania uwagi od problemów wewnętrznych. Jednak Sánchez nie jest jedyną osobą, która wykorzystuje politykę zagraniczną do budowania swojego wizerunku. Prawica posłużyła się kwestią Wenezueli, aby wskazać rzekome powiązania „sanchizmu” z „chavizmem”.

Opozycja w Hiszpanii, przede wszystkim Partia Ludowa (PP) i Vox, podkreślała swoje bliskie kontakty z opozycją wenezuelską. Lider PP Alberto Núñez Feijóo zarzucał rządowi Sáncheza „wyrzeczenie się dyplomatycznych atutów i moralnego przywództwa wobec reżimu Madura” oraz brak skuteczności w doprowadzeniu do realnej zmiany władz w Caracas.

Inni, na czele z byłym premierem José Maríą Aznarem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Nacjonalizacja, czyli modernizacja

Za nacjonalizacją głównych gałęzi przemysłu opowiedziały się wszystkie stronnictwa Polski Podziemnej, a także PSL Mikołajczyka

3 stycznia 1946 r. Krajowa Rada Narodowa przyjęła Ustawę o przejęciu na własność Państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej, zwaną potocznie ustawą o nacjonalizacji przemysłu. Na jej podstawie upaństwowienie za odszkodowaniem obejmowało zakłady przemysłowe zatrudniające powyżej 50 pracowników na zmianę. Wyjątek stanowiły przedsiębiorstwa należące do obywateli Rzeszy Niemieckiej oraz zdrajców i kolaborantów, które miały być nacjonalizowane bez odszkodowania, a także przedsiębiorstwa należące do 17 wymienionych w ustawie kluczowych gałęzi przemysłu, które postanowiono znacjonalizować bez względu na wielkość.

Za odszkodowaniem miały być nacjonalizowane przedsiębiorstwa należące do strategicznych sektorów przemysłu, takich jak górnictwo, hutnictwo, energetyka i przemysł lekki, przedsiębiorstwa transportowe i telekomunikacyjne, jak również wszystkie inne przedsiębiorstwa, które mogły zatrudnić więcej niż 50 osób na jedną zmianę. Odszkodowania te okazały się później symboliczne. Niejednokrotnie wcale ich nie wypłacono. Realne odszkodowania wypłacono natomiast zagranicznym właścicielom (z wyjątkiem Niemców) lub udziałowcom nacjonalizowanych przedsiębiorstw. Nacjonalizacją nie objęto własności spółdzielczej ani komunalnej.

Ustawa o nacjonalizacji z 3 stycznia 1946 r. wraz z dekretem PKWN o reformie rolnej z 6 września 1944 r. stworzyły fundamenty powojennego ustroju, który ówczesne władze określały najpierw jako demokratyczny, potem jako socjalistyczny. Od 1989 r. ustrój ten z upodobaniem nazywa się w Polsce komunistycznym. Wynika to stąd, że polityka historyczna po 1989 r., dokonując oczywistej manipulacji, rozciągnęła okres stalinizmu (1948-1956) na cały okres od 1944 do 1989 r., spinając to wszystko klamrą z napisami „komunizm” i „okupacja sowiecka”. Jednakże ani reforma rolna z 1944 r., ani nacjonalizacja z 1946 r. nie były aktami rewolucyjnymi, chociaż niewątpliwie były radykalnymi działaniami modernizacyjnymi, które kładły kres postfeudalnej strukturze społeczno-gospodarczej. Bliżej im było nie do rewolucji komunistycznej, ale do postulatów całej polskiej lewicy i centrum, formułowanych jeszcze w okresie II Rzeczypospolitej.

Postulaty nacjonalizacji

O reformę rolną walczyły w II RP trzy główne odłamy ruchu ludowego, które w 1931 r. zjednoczyły się w Stronnictwo Ludowe. Natomiast szeroka nacjonalizacja gospodarki była postulowana w programie radomskim Polskiej Partii Socjalistycznej, uchwalonym 2 lutego 1937 r. na jej XXIV Kongresie. Program ten, przewidujący budowę demokratycznego ustroju socjalistycznego, zakładał wywłaszczenie i nacjonalizację kluczowych przedsiębiorstw będących podstawą gospodarki narodowej, udział pracowników w zarządzaniu zakładami przejętymi przez państwo, jak i pozostającymi własnością spółdzielczą i prywatną, ustanowienie państwowego monopolu na handel zagraniczny, likwidację wpływu kapitałów obcych, uspołecznienie banków i utworzenie państwowego banku emisyjnego, uspołecznienie handlu oraz wprowadzenie spółdzielczych form dystrybucji towarów. Mieczysław Niedziałkowski w swojej publicystyce na łamach „Robotnika” uzupełnił program radomski postulatem wprowadzenia gospodarki planowej.

Za przeprowadzeniem reformy rolnej oraz nacjonalizacji przedsiębiorstw użyteczności publicznej i głównych gałęzi przemysłu opowiedziały się wszystkie stronnictwa polityczne Polski Podziemnej w deklaracji programowej Rady Jedności Narodowej z 15 marca 1944 r. „O co walczy Naród Polski?”. Postulat nacjonalizacji uzasadniano wyrównaniem poziomu gospodarczego Polski w

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Jak zaczynał Duda

Andrzej Duda kończy tak, jak zaczął. O tym, co było na początku, mówił już w grudniu 2020 r. („Polityka”) Tomasz Krawczyk, były doradca Lecha Kaczyńskiego. Właśnie w jego kancelarii pracował z Dudą. Nie miał złudzeń co do kadr PiS: „Wiadomo, jak to w PiS, ławka nie tyle jest nawet krótka, co w ogóle jej nie ma”. Co do Dudy też nie miał złudzeń: „Kiedy pozwolili mu powiedzieć, że jest uczniem i wykonawcą spuścizny Lecha Kaczyńskiego, dla mnie to był zgrzyt. Zbyt dobrze pamiętałem jego relacje z prezydentem”.

Bardzo wielu pamięta tamte czasy. Może więc staną w prawdzie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.