Blog

Powrót na stronę główną
Kraj

Dwa pałace, jedna Polska

Czy Trump włączy Nawrockiego do swoich interesów?

Nie dajmy się zwieść różnym atrakcyjnym hasłom typu „wojna dwóch pałaców” albo „afera notatkowa”. Sprawa jest poważna, znacznie wykraczająca poza zwykły spór polityczny. Bo uczestniczy w niej podmiot zewnętrzny.

Wiemy, że Polska jest w stanie politycznej wojny między prezydentem a premierem. Karol Nawrocki nazywa Donalda Tuska najgorszym premierem w historii III RP i robi wszystko, by utrudnić mu rządzenie. Wetuje ustawy – zawetował ich już 20 – blokuje nominacje ambasadorskie, sędziowskie i na stopnie oficerskie. Ma prosty cel – chce wywrócić ten rząd, tak by po wyborach (najlepiej przyśpieszonych) stać się patronem nowej, prawicowej koalicji. Wzywa więc rząd na dywanik i strofuje. Chce pokazać swoją siłę.

Kohabitacja jest zatem brutalna. Kolejną tego odsłonę oglądaliśmy kilka dni temu, w niedzielę 28 grudnia, po spotkaniu Trump-Zełenski w Mar-a-Lago na Florydzie. Podczas spotkania Trump i Zełenski odbyli telekonferencję z europejskimi przywódcami. Była ich spora grupa: premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, kanclerz Niemiec Friedrich Merz, prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Włoch Giorgia Meloni, prezydent Finlandii Alexander Stubb, premier Norwegii Jonas Gahr Støre, sekretarz generalny NATO Mark Rutte, przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz prezydent RP Karol Nawrocki.

Okazało się, że Nawrocki do tego grona dokooptowany został w ostatniej chwili. Na wyraźne życzenie Amerykanów. Mówił o tym wiceszef MSZ Marcin Bosacki: „Do soboty wieczór to Donald Tusk brał udział we wszystkich przygotowaniach do tego szczytu na Florydzie, to on rozmawiał z Zełenskim i z kilkoma innymi przywódcami europejskimi, a w ostatniej chwili Amerykanie zadzwonili do prezydenta, a nie do premiera”.

Potem mieliśmy chaos, bo Kancelaria Premiera i MSZ domagały się od Nawrockiego notatki z rozmów. Ostatecznie notatka do rządu dotarła po dwóch dniach, we wtorek. Z komentarzem szefa Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta, Marcina Przydacza, że prezydent oczekuje od premiera notatek z jego spotkań z liderami europejskimi.

Zdaje się, że Tusk tej argumentacji uległ, bo przed posiedzeniem Rady Ministrów mówił: „Otrzymałem od pana prezydenta szczegółową informację na temat jego udziału w rozmowie z prezydentem Trumpem i innymi liderami po spotkaniu w Mar-a-Lago. Oczywiście też podzielimy się precyzyjnie informacjami z naszego dzisiejszego spotkania i

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Orędzie wojenne

Polacy pamiętają wiele noworocznych orędzi kolejnych prezydentów. Nigdy jednak w sylwestrową noc nie wystąpił polityk zapowiadający wojnę z rządem. A zatem z tymi, którzy wybrali obecną koalicję. Tak konfrontacyjnego i jednocześnie pustego myślowo wystąpienia jeszcze nie było. Komunikat przed sylwestrową zabawą był prosty jak ustawka kiboli. Zapowiadał totalną wojnę. Kolejny raz Nawrocki pokazał zaciśniętą pięść jako program dla Polski.

W tym, co mówi, wraca jak mantra fałszywa opowieść o wyborach prezydenckich. Nawrocki chyba myśli, że kłamstwo powtórzone sto razy zamieni się w prawdę.

Nic bardziej błędnego. Te środowiska, dla których jest idolem, są zachwycone prostą mową prezydenta, kibolskimi kurteczkami i kebabami, na szczęście nie zmienia to faktów. A te są takie same jak pół roku wcześniej. Nawrocki wygrał z Trzaskowskim bardzo skromną różnicą głosów. 10 mln wyborców kontra 10 mln wyborców.

Poprzednik Nawrockiego, Andrzej Duda, przynajmniej udawał,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jak SDP tuczy się na państwowym

Od siedmiu lat dziennikarze sygnalizują prezydentowi Warszawy, że nie powinien tolerować sytuacji, w jakiej znalazł się Dom Dziennikarza

Warszawski Dom Dziennikarza przez kilka dziesięcioleci był mekką wszystkich dziennikarzy. W latach 50. odbudowany Pałac Wołowskiego przy Foksal w Warszawie miasto przekazało w użytkowanie dziennikarzom. Dzierżawcą budynku zostało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, jedyna wówczas organizacja dziennikarska. Tamto SDP decyzją prezydenta Warszawy zostało rozwiązane w 1982 r., a nowe SDP – jedną z wielu organizacji dziennikarskich powstałych po roku 1989 – zarejestrowano w KRS dopiero 6 maja 2002 r. Wówczas sąd, kierując się kryteriami politycznymi, przyznał ponownie dzierżawę Domu Dziennikarza tej właśnie organizacji, pozbawiając prawa swobodnego użytkowania i dostępu pozostałe związki i stowarzyszenia dziennikarskie. Za opłatą owszem, bezpłatnie nie.

SDP zagarnęło cały dobytek, Dom Dziennikarza stał się dla grupy uzurpatorów intratnym biznesem na posesji, która jest własnością skarbu państwa. Pod „rządami” SDP zamienił się w wypożyczalnię lokali. Mieszczą się tu firmy przeróżnej profesji, mające niewiele wspólnego z dziennikarstwem, np. biuro rachunkowe i studio wyposażenia wnętrz. Przymierzała się szkoła języków obcych, w pawilonie po dziennikarskiej bibliotece jest przychodnia lekarska, a w pomieszczeniach piwnicznych firma cateringowa.

30 stycznia 2019 r. wygasła umowa dzierżawy Domu Dziennikarza, mimo to SDP nadal prowadzi działalność gospodarczą. Wynajmuje pomieszczenia biurowe, sale konferencyjne, a ostatnio także pokoje noclegowe i apartamenty, wystawiając rachunki i faktury. Bez zgody właściciela budynku, czyli miasta, SDP zaadaptowało pomieszczenia biurowe na noclegowe, a męską toaletę, jedyną na trzecim piętrze, przekształciło w pomieszczenie łazienkowe z prysznicem.

Przychodnia lekarska i restauracja to dwa najbardziej dochodowe biznesy. Od ponad 20 lat Centrum Medyczne Damiana, na podstawie porozumienia zawartego jeszcze przed 2002 r. z Zarządem Głównym Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, świadczy usługi medyczne także dziennikarzom i członkom stowarzyszeń. Zakres tych usług wprawdzie jest ograniczony do trzech specjalności: okulista, kardiolog i internista, ale dobre i tyle, bo przynajmniej dziennikarze nie muszą miesiącami wyczekiwać na termin w przychodniach publicznej służby zdrowia. Jakiś zatem pożytek z CM Damiana dziennikarze mają.

Tego samego nie można powiedzieć o restauracji Villa Foksal. Restaurator podnajmujący lokal, również na podstawie umowy zawartej jeszcze z ZG SDRP, był zobowiązany do tego, aby restauracja służyła przede wszystkim dziennikarzom: przystępne ceny, obiady dziennikarskie itp. Za przyzwoleniem SDP „zapomniał” jednak o tych zasadach,

Od siedmiu lat dziennikarze sygnalizują prezydentowi Warszawy, że nie powinien tolerować sytuacji, w jakiej znalazł się Dom Dziennikarza

Warszawski Dom Dziennikarza przez kilka dziesięcioleci był mekką wszystkich dziennikarzy. W latach 50. odbudowany Pałac Wołowskiego przy Foksal w Warszawie miasto przekazało w użytkowanie dziennikarzom. Dzierżawcą budynku zostało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, jedyna wówczas organizacja dziennikarska. Tamto SDP decyzją prezydenta Warszawy zostało rozwiązane w 1982 r., a nowe SDP – jedną z wielu organizacji dziennikarskich powstałych po roku 1989 – zarejestrowano w KRS dopiero 6 maja 2002 r. Wówczas sąd, kierując się kryteriami politycznymi, przyznał ponownie dzierżawę Domu Dziennikarza tej właśnie organizacji, pozbawiając prawa swobodnego użytkowania i dostępu pozostałe związki i stowarzyszenia dziennikarskie. Za opłatą owszem, bezpłatnie nie.

SDP zagarnęło cały dobytek, Dom Dziennikarza stał się dla grupy uzurpatorów intratnym biznesem na posesji, która jest własnością skarbu państwa. Pod „rządami” SDP zamienił się w wypożyczalnię lokali. Mieszczą się tu firmy przeróżnej profesji, mające niewiele wspólnego z dziennikarstwem, np. biuro rachunkowe i studio wyposażenia wnętrz. Przymierzała się szkoła języków obcych, w pawilonie po dziennikarskiej bibliotece jest przychodnia lekarska, a w pomieszczeniach piwnicznych firma cateringowa.

30 stycznia 2019 r. wygasła umowa dzierżawy Domu Dziennikarza, mimo to SDP nadal prowadzi działalność gospodarczą. Wynajmuje pomieszczenia biurowe, sale konferencyjne, a ostatnio także pokoje noclegowe i apartamenty, wystawiając rachunki i faktury. Bez zgody właściciela budynku, czyli miasta, SDP zaadaptowało pomieszczenia biurowe na noclegowe, a męską toaletę, jedyną na trzecim piętrze, przekształciło w pomieszczenie łazienkowe z prysznicem.

Przychodnia lekarska i restauracja to dwa najbardziej dochodowe biznesy. Od ponad 20 lat Centrum Medyczne Damiana, na podstawie porozumienia zawartego jeszcze przed 2002 r. z Zarządem Głównym Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, świadczy usługi medyczne także dziennikarzom i członkom stowarzyszeń. Zakres tych usług wprawdzie jest ograniczony do trzech specjalności: okulista, kardiolog i internista, ale dobre i tyle, bo przynajmniej dziennikarze nie muszą miesiącami wyczekiwać na termin w przychodniach publicznej służby zdrowia. Jakiś zatem pożytek z CM Damiana dziennikarze mają.

Tego samego nie można powiedzieć o restauracji Villa Foksal. Restaurator podnajmujący lokal, również na podstawie umowy zawartej jeszcze z ZG SDRP, był zobowiązany do tego, aby restauracja służyła przede wszystkim dziennikarzom: przystępne ceny, obiady dziennikarskie itp. Za przyzwoleniem SDP „zapomniał” jednak o tych zasadach,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Miszmasz

Miałem bodaj osiem lat, gdy w znalezionej w domu encyklopedii ujrzałem hasło „polsko-radziecka wojna”. Zdumiałem się. O wojnie takiej nigdy nie słyszałem, a pojęcia „Polska” i „Związek Radziecki” znajdowały się po jasnej stronie mego szkolnego widzenia. Od razu jednak przeleciało mi przez myśl, że w opowieść o takiej wojnie musi być wmontowany konflikt narodowej lojalności. Tymczasem nieznany autor opowiadał się jednoznacznie po stronie ZSRR.

Nieraz potem przypominałem sobie te moje dziecięce dylematy. Dobro narodu czy dobro hegemona? Prymat racji stanu czy prymat ideologii? W PRL nie zawsze było to jasne. Nie tylko polityka historyczna, lecz także polityka zagraniczna (nie mówiąc już o polityce wewnętrznej) nie była automatycznie zgodna z polską racją stanu – taki był los państwa zależnego. A jednak różne fakty mogły też służyć tezom z gruntu odmiennym. W październiku 1956 r. PZPR upomniała się wobec „radzieckich” o polską suwerenność. Plan Rapackiego i plan Gomułki służyły również polskiemu państwu. A układ PRL-RFN z grudnia 1970 r. w ogóle nie był konieczny z perspektywy Bloku (istniał już układ RFN-ZSRR) – był konieczny z perspektywy Warszawy. Stanisław Stomma powiedział mi kiedyś w wywiadzie: „PRL realizowała polską rację stanu do granic swych możliwości”.

Dlaczego to wszystko piszę? Dlatego że jest PiS. A od niedawna istnieje też pisowska emanacja: Pan Karol. W kręgach pisowskich pojęcie racji stanu stało się abstrakcją. Natomiast nie jest abstrakcją pisowski hegemon: Stany Zjednoczone. Oczywiście nie ma jeszcze mowy o tamtej, radzieckiej zależności. Zważmy jednak: Władysław Gomułka, trzymając kiedyś Nikitę Chruszczowa za guzik marynarki, potrafił mu przy świadkach zrobić awanturę za chwilową radziecką nielojalność wobec polskiej granicy zachodniej. Pan Karol na pytanie Donalda Trumpa, czy nazwisko „Nawrocki” wymawia się „Nouroki”, odpowiedział z radością twierdząco: nawet w takiej sprawie nie potrafił się hegemonowi przeciwstawić. Oczywiście są to drobiazgi, czy jest jednak drobiazgiem nieustanne walenie w polski rząd? Dystansowanie się od Ukrainy? Kwestionowanie jurysdykcji Unii Europejskiej? Jak kiedyś dla naszych propagandystów Związek Radziecki był ważniejszy niż Polska, tak dziś ważniejsza od racji stanu jest polsko-amerykańska wspólnota ideologiczna. Tylko czy państwo polskie ma w niej jakiś interes?

Hegemon radziecki,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Wigry pod lodem

Różnice klimatyczne na Suwalszczyźnie od zawsze zauważano i porównywano z innymi regionami kraju

Piękno Wigier można kontemplować z każdej perspektywy: lądu, lotu ptaka, wody, a nawet z powierzchni lodu. Zimą na otwartej, martwej równinie zamarzającej wody jezioro jakby ożywa. Trzaski, jęki, skowyt ścierających się mas lodu – przeraźliwe odgłosy niosą się kilometrami. Zwłaszcza nocą i o świcie zgrzyt mocujących się ogromnych tafli lodu informuje świat o kolejnej szczelinie na zamarzniętym jeziorze.

Rysy gwałtownie powstające na powierzchni lodu wzbudzają u jednych zachwyt, a u drugich trwogę. Wraz ze zmianami temperatury kryształy lodu kurczą się i na powrót pęcznieją. Jezioro się pręży, wypiętrza, stęka i zawodzi. Słuchem swojej wyobraźni słyszę w tym śpiew lodu. Zresztą miejscowi nazywają to właśnie „śpiewem” albo „mocowaniem się lodu”.

Różnice klimatyczne na Suwalszczyźnie od zawsze zauważano i porównywano z innymi regionami kraju. Były one i nadal są widoczne, zwłaszcza w wegetacji roślin i długości zalegania śniegu w lasach i na polach oraz lodu na jeziorach. Nazwa „polski biegun zimna” nie jest więc przypadkowa.

Wincenty Kobylecki mieszka dziś w Głębokim Brodzie, ale urodził się, wychował i pracował na południu Polski – w Jaworze. W 1976 r. zaproponowano mu pracę na Suwalszczyźnie, dokąd przeniósł się z Dolnego Śląska. Gdy tu przyjechał, od razu zauważył kontrast klimatyczny pomiędzy regionami: „Mój poprzednik, który tutaj pracował w łowiectwie, przeszedł na emeryturę. I nadleśniczy, który wcześniej pracował na Dolnym Śląsku, napisał list do mojego ojca, że jakby był jakiś kandydat na łowiectwo, to chętnie on przyjmie. No i ja postanowiłem zobaczyć, co tu się dzieje. W końcu marca 1976 r. samochodem marki Zaporożec pojechałem tu popatrzeć. To tam na Dolnym Śląsku w marcu trawa zielona, stokrotki kwitły, ale tu, wyjeżdżając z Augustowa w kierunku do Sejn, zwały śniegu były po jednej i drugiej stronie”.

Rzeczywiście – mrozy były tęgie. Gdy byłem dzieckiem,

Fragmenty książki Wojciecha Misiukiewicza Saga pradawnych Wigier, Paśny Buriat, Suwałki 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Wojna w rzymskim metrze

Youtuber kontra gangi kieszonkowców

Korespondencja z Rzymu

W rzymskim metrze od dawna trwa cicha wojna. Dobrze zorganizowane gangi kieszonkowców bezkarnie okradają turystów. W podziemiach coraz częściej dochodzi też do bójek, pościgów i prób samosądu. Wzmocniona ochrona nie działa, ambasady ostrzegają swoich obywateli, a władze miasta milczą, by nie wywołać paniki. W tej próżni pojawił się „samotny mściciel” – youtuber Cicalone, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.

Ostatni incydent, do którego doszło zaledwie kilka tygodni temu, na długo pozostanie w pamięci mieszkańców Wiecznego Miasta.

12 listopada 2025 r. na stacji metra Ottaviano, niedaleko Watykanu, brutalnie pobito Simone Ruzziego, znanego jako Cicalone – byłego boksera i obecnie youtubera dokumentującego działalność gangów kieszonkowców. Atak był szybki, zaplanowany i przeprowadzony z wyraźną intencją. Uczestniczyło w nim kilka osób. Ruzzi otrzymał ciosy w twarz, a gdy upadł, kilkakrotnie kopnięto go w głowę. Silny cios wymierzono także ochroniarzowi, który próbował interweniować. Napastnicy zastraszali świadków, uniemożliwiając nagrywanie zajścia. Napaść – ewidentnie o charakterze zemsty – zakończyła się po kilku minutach, zanim policja zdołała cokolwiek zrobić.

– Mogli mnie zabić – powiedział Cicalone jeszcze w karetce, pokazując opuchniętą twarz.

Choć zdawał sobie sprawę, że jego działalność naraża go na wrogość zorganizowanych grup złodziei, skala przemocy zaszokowała zarówno jego, jak i opinię publiczną. Od wielu miesięcy jego nagrania z rzymskiego metra, publikowane na YouTubie, przyciągały ogromną widownię. Cicalone pokazywał, jak działają kieszonkowcy: jak obserwują turystów, jak koordynują swoje akcje i jak reagują w sytuacji zagrożenia. Nie unikał przy tym konfrontacji – często wchodził między podejrzane osoby, by je odstraszyć lub zniechęcić. Zdarzało mu się prowadzić mediacje między złodziejami a okradzionymi turystami – nakłaniał tych pierwszych do oddania dokumentów. W podziemiach metra wielokrotnie dochodziło do bójek i wypadków.

W lutym ub.r. 26-letni kieszonkowiec narodowości francuskiej, uciekając przed funkcjonariuszami po cywilnemu, wbiegł do tunelu na stacji Colosseo, blokując ruch pociągów na kilkanaście minut. W maju w tunelu między stacjami Anagnina i Cinecittà znaleziono ciało mężczyzny potrąconego przez pociąg; obok leżały skradziony telefon i portfel. Ofiara pochodziła z Ameryki Południowej.

O rzymskim youtuberze

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Media

Prezesi. Krótka historia TVP. Część 3

Milczenie i kombinowanie to pierwszy stopień do telewizyjnego raju

Część trzecia zamyka poczet prezesów TVP. Znów warto spojrzeć prawdzie w oczy i zobaczyć, kiedy telewizja przeżywała najlepszy okres i kiedy powstawały najlepsze programy, a co działo się w ostatnich latach. Pod znakiem zapytania wciąż stoi jej przyszłość, bo kandydatów na stanowisko prezesa jest wielu.

ROMUALD ORZEŁ
od grudnia 2009

Kolejny prezes porozumienia PiS-SLD-Ordynacka. Reporter z Gdańska, znalazł ukryte dokumenty z Grudnia ‘70. W dniach katastrofy i żałoby smoleńskiej nie wtrącał się w program. Żaden polityk nie śmiał wówczas dzwonić i TVP działała profesjonalnie.

Ofiara walki politycznej, wykiwany przez SLD. Został obalony przez radę nadzorczą jak w mrocznym thrillerze. Zamach potwierdzały dziwne paski na wszystkich antenach wprowadzane przez spiskowców, ogłaszające jego koniec i nowy Dzień Zwycięstwa.

WŁODZIMIERZ ŁAWNICZAK
2010

Prezes na cztery miesiące. Ordynacka. Trafny wybór, człowiek bez skaz charakterologicznych. Specjalista od reklamy wyrzucony za prezesa Dworaka przez członka zarządu, śliskiego typa, który był właścicielem kamienicy na Noakowskiego w Warszawie. Ławniczak znał się na swojej robocie, umiał zarabiać na reklamie, odstawiał polityków, organizował konferencje prasowe. Niestety, zmarł przedwcześnie. Gwiazdor Ziemiec na prośbę o wygłoszenie w imieniu TVP pożegnania w katedrze polowej, bo nadawał się do tej roli, wykręcił się brakiem czasu. Powstała nagroda im. Ławniczaka, wręczana podczas dorocznej gali Teatru Polskiego Radia, za twórczość łączącą radio z telewizją. Laureatami zostawali Janusz Zaorski, Janusz Głowacki czy Stanisław Brejdygant. Później, podobnie jak nagroda im. Drawicza, została zlikwidowana wiadomo przez kogo.

BOGUSŁAW PIWOWAR
2010/2011

Awans niespodziewany, bo nie było nikogo innego pod ręką. SLD, Ordynacka, licho wie. W gabinecie bawił się Glockiem 9 mm. Miał plan na Teatr Telewizji. „Teatr Telewizji widzę ogromny!” – takie słowa wymyślił. Wielbiciel prognozy pogody. Promotor Daniela Gorgosza, współczesnego likwidatora. Doszło wówczas do konfliktu o niedbałe odśnieżanie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Upadła

Finansowe problemy rodziców Alicja odkrywała stopniowo, po śladach – jak detektywka

– Kiedy jesteś dzieckiem, wyobrażasz sobie, że rodzice dobrze znają życie. Po prostu ufasz – rozpoczyna swoją opowieść dwudziestoparoletnia Alicja z Radomia.

Ona też ufała. Dlatego nie oponowała za bardzo, gdy niedługo po osiągnięciu pełnoletności stała się oficjalną właścicielką rodzinnego biznesu – warzywniaka w centrum Radomia. Świetnie zlokalizowanego, bo znajdującego się w trójkącie, którego wierzchołki wyznaczały trzy ważne punkty: uniwersytet, szpital, komenda policji.

– To oni podjęli tę decyzję, a ja jak cielak podpisałam dokumenty.

Raz na jakiś czas rodzice wozili ją po bankach i urzędach, by parafowała kolejne papiery. W domu mówiło się tylko o korzyściach z tej „sukcesji”: że już zacznie jakąś historię zawodową, że to już jakiś wpis do CV, że gdy zechce wyprowadzić się z domu, będzie miała udokumentowane dochody, a więc i zdolność kredytową. No i przede wszystkim jako początkująca przedsiębiorczyni miałaby korzystać z preferencyjnych warunków, niższych składek ZUS. W firmowym i domowym budżecie co miesiąc zostałoby kilkaset złotych. Jeżeli rodzina ma na tym zyskać, dlaczego nie? – myślała Alicja. Nie szukała na siłę problemów, tym bardziej że tournée po instytucjach i załatwianie formalności rodzice rekompensowali prezentami – ubraniami, gadżetami, kosmetykami. Nie musiała sama stawać za ladą. Miała się skupić na nauce, myślała poważnie o medycynie. Nawet czuła satysfakcję – niby tylko na papierze, ale była właścicielką firmy. I to jeszcze przed dwudziestką!

Zauważała, że rodzicom zaczęło powodzić się lepiej. Zmienili mieszkanie na większe, dostawała więcej kieszonkowego, w szafie pojawiały się droższe ubrania, buty. Wyglądało na to, że ich praca wreszcie zaczyna przynosić efekty.

Na początku sprzedawali owoce i produkty typu slow food – miody od

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Wydarzenie kulturalne roku 2025?

Dr Tomasz Miłkowski,
krytyk teatralny i literacki

Wskazywanie zmian w sferze kultury w perspektywie jednego roku kalendarzowego to zadanie karkołomne. Kultura nie słucha kalendarza. Ale nawet mając świadomość ryzyka nietrafności, warto odnotować rekonstrukcję misji kulturowej telewizji publicznej. Widać to szczególnie w Teatrze Telewizji, który wrócił do wysokiej formy. Jego nowe kierownictwo sprawiło, że Polacy mogli zobaczyć najlepsze spektakle zrealizowane w czołowych polskich teatrach w ostatnich sezonach, w tym „Wycinkę” Krystiana Lupy czy „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” Mateusza Pakuły. A do tego całe mnóstwo smakowicie przygotowanych premier telewizyjnych. Przed kamery wrócili najlepsi aktorzy i reżyserzy. To już nie tylko znaki zmian, ale po prostu jakościowa zmiana – powrót misji.

Rafał Pikuła,
krytyk nowych mediów, dziennikarz, publicysta

Jeśli mówimy o medialnym wydarzeniu roku w świecie kultury, na pewno była to zuchwała kradzież w Luwrze. W śledztwo zaangażowano ponad 60 funkcjonariuszy, a sprawę porównywano do kradzieży „Mony Lisy” z 1911 r. W Polsce mniej medialnymi, ale tłumnymi wydarzeniami były dwie wystawy: Józefa Chełmońskiego i Olgi Boznańskiej. Ale rewolucja wybuchła gdzie indziej. To był rok, gdy twórcy narzędzi sztucznej inteligencji ukradli setki tysięcy filmów, tekstów literackich, piosenek i innych dzieł kultury, by trenować modele językowe. Artyści z całego świata krok po kroku tracą prawo do własnej „kreski”, oryginalnej myśli i spojrzenia. Świat czeka więc jeszcze większy zalew szlamu AI, który przykryje wiele wartościowych utworów kultury.

Artur Zaborski,
dziennikarz kulturalny, wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej

Premiera „Domu dobrego” Smarzowskiego, który przywołał zapomnianą funkcję kina: jego zdolność do realnego oddziaływania na rzeczywistość. Smarzowski pokazuje, że film nie musi się opierać na tematach skrajnie polaryzujących – takich jak kryzys humanitarny na granicy z Białorusią, po który sięgnęła Agnieszka Holland – żeby mieć znaczenie, wywoływać rezonans i przyciągać ludzi do kin. „Dom dobry”, który zobaczyło ponad 2 mln widzów, działa poprzez precyzyjną obserwację mechanizmów przemocy, hipokryzji i moralnej zapaści, osadzonych w pozornie bezpiecznym, sytym domu. To kino, które przywraca nadzieję, że film może być narzędziem refleksji i realnej zmiany, a nie wyłącznie komentarzem do bieżących sporów. Dowód? Po premierze w całej Polsce rozdzwoniły się telefony ze zgłoszeniami przemocy domowej. Smarzowski zmusił nas, żebyśmy zobaczyli to, czego widzieć nie chcieliśmy.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Tulipomania

XVII-wieczni Holendrzy wymyślili wiele instrumentów finansowych, których używamy do dziś

Pod koniec XVI w. ambasador imperium osmańskiego przywiózł do Amsterdamu pierwsze tulipany (w języku tureckim tulpana to turban, taki kształt ma bowiem korona tego kwiatu). Najbardziej egzotyczny kwiat tamtych czasów zainteresował ogrodników i botaników.

W oknach kamienic biegnących wzdłuż kanału Herengracht, które były wizytówkami ich zamożnych właścicieli, każdej wiosny można było podziwiać piękne bukiety tych kwiatów. W społeczeństwie nastawionym na spekulację i windhandel (czyli handel powietrzem; pieniądz stał się niewidzialny. Windhandel przynosił zyski na papierze, rósł poziom zamożności, a wraz z nim apetyt Holendrów na ryzyko) można by równie dobrze postawić na przyszłą cenę cebulek tulipanów. Przy rosnących cenach zasadzone dzisiaj cebulki i tak przyniosą jakiś zysk, cokolwiek by się działo. W porównaniu z akcjami czy nieruchomościami cebulki były tanie, więc w tę grę mogli się włączyć również mniej zamożni inwestorzy.

Ceny tulipanów rosły w równym tempie przez kilkanaście lat. Dzięki wielkości i złożoności holenderskich rynków kapitałowych umowy na tulipany były jedną z metod płatności. Kupiec mógł zapłacić za towar umową na tulipany, którą mógł spieniężyć na wiosnę, kiedy kwiaty zakwitły, i spłacić pożyczkę z osiągniętych zysków. Na takiej samej zasadzie działa obecnie dodatkowe zabezpieczenie pożyczek. Wydaje się to nam całkiem normalne, lecz w czasach, kiedy większość Europejczyków nigdy nie opuszczała swoich wsi, kosmopolityczni Holendrzy handlowali zobowiązaniami dłużnymi zabezpieczonymi na tulipanach.

Początkowo rynek zbytu składał się z holenderskich florystów i zamożnych amatorów kolekcjonowania cebulek tulipanów. Pod koniec 1634 r. handlarze kwiatów z Haarlemu zauważyli jednak, że na cebulki zaczęli stawiać również ludzie zupełnie innej proweniencji, nawet z odległego Paryża. Spekulantów przyciągały opowieści o łatwym zarobku na handlu cebulkami.

Tulpenwoerde, czyli tulipomania, rozpętała się latem i jesienią 1636 r. Wraz ze wzrostem cen z rynku wycofali się profesjonaliści, pozostawiając go na pastwę niedoświadczonego, lecz entuzjastycznie nastawionego pospólstwa. Magnaci handlowi z Amsterdamu, którzy woleli pozostać przy wekslach, eleganckich domach i banknotach emitowanych przez bank centralny, obserwowali losy tulipomanii z boku. Coraz większa popularność cebulek sprawiła, że handlarze zaczęli przyjmować zabezpieczenia w naturze. Krowy, działki, obrazy, tuzin owiec, beczki wina, srebrny puchar i tysiąc funtów sera – takie zabezpieczenia odnotowano w dokumentach zastawów za pewną liczbę cebulek.

Holandia zastawiała swój realny majątek za efemeryczną,

Fragmenty książki Davida McWilliamsa Pieniądz. Historia ludzkości, przeł. Diana Wierzbicka, Marginesy, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.