Andrzej Romanowski
Wędrując przez Polskę
Już chyba w każdym mieście mamy rondo Żołnierzy Wyklętych. W Krakowie jest ono zarośnięte dorodnymi krzewami – koleżanka mówi, że ukrywa się tam Ostatni Wyklęty. W innych miastach podobne ronda są wystrzyżone na łyso, więc tam na pewno nikt się już nie ukrywa. Ale Wyklęci zagnieździli się też w kościołach. W kościele Mariackim w Złotoryi tablica ku ich czci została opatrzona cytatem z Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Co ma Baczyński do Wyklętych – to może wyjaśnić tylko IPN.
Osaczają nas Wyklęci, lecz osacza nas też Katyń. A raczej Katyń łącznie ze Smoleńskiem. W Trzebnicy pod bazyliką św. Jadwigi Śląskiej wznosi się olbrzymi krzyż z napisem: „Bóg, honor, ojczyzna. Katyń 1940, Smoleńsk 2010”. Ten napis obraża moją pamięć rodzinną. Czyż bowiem mój wuj, Władysław Armata, jedna z tysięcy ofiar Katynia, ma być zrównany z ofiarami katastrofy lotniczej? Tymczasem o innym mym wuju, Stanisławie Dydo, działaczu WiN, rozstrzelanym w roku 1948 we Wrocławiu, wiadomo, że nie prowadził walki z bronią w ręku i że nie chciał być zrównywany z „leśnymi”. Ale cóż, Katyń złączony ze Smoleńskiem – to „polityczne złoto”, a kult Wyklętych stworzono „na pomieszanie dobrego i złego”.
Tak kłamliwej propagandy nie widzieliśmy od czasu stalinizmu. Historia również w PRL była służką polityki, ale rządzący, zwłaszcza po roku 1956, jakoś jednak się powściągali. Mieli kompleks władzy niechcianej, narzuconej, niepochodzącej z wyborów, za to cieszącej się poparciem obcego mocarstwa – akurat tego, które zrobiło Katyń. Dlatego, mimo wszelkich serwitutów, starali się utrzymać miarę. Warszawa nigdy nie miała pomnika Lenina! Nie miała nawet ulicy, placu czy parku jego imienia. W całej PRL pomników Lenina było zaledwie kilka,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Paraliż państwa
Gdy 3 września, po półgodzinnym oczekiwaniu, Karol Nawrocki uścisnął wreszcie dłoń Donalda Trumpa, spotkał się z zapytaniem, czy Trump dobrze wymawia jego nazwisko: „Nouroki?”. „Bardzo dobrze”, odpowiedział przymilnie Nouroki.
Ta wizyta wywołała triumfalny ryk polskiej prawicy i pokorną akceptację mediów liberalnych. Ale co właściwie przyniosła? Wszak dalszą obecność żołnierzy amerykańskich Trump zadeklarował sam z siebie, po pytaniu dziennikarza. A o zaproszenie Polski na przyszłoroczny szczyt G-20 wicepremier Radosław Sikorski zwrócił się do władz USA dzień wcześniej.
O czym więc rozmawiano przez całe trzy godziny? Tego nie wiemy: spotkanie było utajnione – nie tylko przed opinią publiczną, lecz i przed polskim rządem. Czyż jednak człowiek, który nie miał śmiałości upomnieć się o brzmienie swego nazwiska, miałby śmiałość prosić o coś Trumpa? Podziękował mu tylko – ale za co? Za wsparcie w kampanii wyborczej! A to znaczy, że bezprecedensowa ingerencja w wewnętrzne sprawy Polski doczekała się oficjalnej pochwały – z najwyższego szczebla. Pisałem już w tej rubryce, że Nawrocki może zagrażać polskiej niepodległości. No i stało się: Polska jest wasalem zamorskiego mocarstwa. I to mocarstwa skłóconego z naszymi sojusznikami z Unii Europejskiej.
Polski prezydent zwalcza polski rząd! Cui bono? Po uporczywym nazywaniu Donalda Tuska „najgorszym premierem po roku 1989”, po bombardowaniu rządu kolejnymi wetami, po antyrządowych atakach na Radzie Gabinetowej nastąpiła w przeddzień wizyty faza niespotykanie brutalnej konfrontacji. Próby jakiegoś
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Tatry moich czasów
Wędrować dziś po polskich Tatrach znaczy: wędrować w tłumie. Samotność jest możliwa tylko po słowackiej stronie, choć naturalnie też nie wszędzie.
A jednak w dzieciństwie zaznałem samotności nawet na Giewoncie! Nawet – bo na ten szczyt ustawiały się zawsze kolejki. Ojciec na ich widok mówił, że to stonka, bo stonka ziemniaczana była wtedy symbolem szkodnictwa. Tymczasem w roku 1966 wymaszerowałem sam z Kościeliska o godz. 6 rano i na Giewoncie stanąłem parę minut przed 10. Było pusto i cicho, dopiero gdy zacząłem schodzić, ujrzałem człowieka wspinającego się w mym kierunku. Puściłem się biegiem i o godz. 12 leżałem już przed domem na Wojdyłówce, słuchając z radia hejnału mariackiego.
Wtedy nie było już w Tatrach wypasu owiec. Ale z pierwszych i drugich wakacji podhalańskich, tych z lat 1955 i 1956, pamiętam na stacji poronińskiej wagony towarowe wypełnione stłoczonymi owcami i rozbrzmiewające ich beczeniem. Owce jechały na wypas w Bieszczady. Gdy zaś w roku 1960 szedłem z ojcem w Czerwone Wierchy, słyszałem na stoku Małołączniaka srebrzysty dźwięk owczych dzwonków i przyśpiewki juhasa. Rok później, gdy pierwszy raz stanąłem na Hali Mała Łąka, ujrzałem szałas, siedzącego przed nim zamyślonego, starego bacę oraz owczarka
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Siedemdziesiąt lat współżycia
Erotyczne rozumienie powyższego tytułu będzie prawidłowe. Moja największa miłość to Tatry.
Prawie nigdy o nich nie pisałem. Ale czy łatwo jest pisać o przeżyciach intymnych? Oto bowiem w pewien czerwcowy ranek 1955 r. ujrzałem białe, ostre zęby na tle nieba i usłyszałem dźwięki nowych słów. „Widzisz Giewont?”, pytała mama. Tak, chyba go zobaczyłem. „A widzisz krzyż?”. Tego nie widziałem – byliśmy w Poroninie, Tatry były dość daleko. „A tam jest Świnica”. Wiodłem wzrokiem za ręką mamy i przytaknąłem, choć nie byłem pewien i dopiero po paru latach się przekonałem, że ów biały kieł, który w myślach nazwałem Świnicą, był nią rzeczywiście.
Tamte wakacje były długie, dwuipółmiesięczne. Następne, w roku 1956, były jeszcze dłuższe – przyjechaliśmy już 30 kwietnia. Pamiętam tę datę, bo nazajutrz odbył się w Białym Dunajcu pochód pierwszomajowy – każda gmina była wtedy zobowiązana do urządzenia takiego pochodu. Wyjechaliśmy zaś dopiero 7 września, co znów pamiętam, bo wkrótce po powrocie zaczął się Polski Październik. Wakacje były jednak wolne od polityki. Tego lata robiłem już z mamą pierwsze tatrzańskie wycieczki.
Lecz wtedy dopadała nas historia. W drodze do Kuźnic mama pokazywała namalowaną na ujęciu wodnym w Dolinie Bystrej literę P z kotwicą. Mówiła, że to symbol Polski Walczącej i że w okupacyjnej Warszawie malował go jej kuzyn, Janek Bytnar „Rudy”. Niewiele z tego rozumiałem. Z Kuźnic maszerowaliśmy
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Mój prezydent Lech Kaczyński
Zaciskam zęby, wystukując na klawiaturze ten tytuł, lecz czy naprawdę jest w nim coś dziwnego? Jestem obywatelem Rzeczypospolitej, więc każdy jej prezydent jest „mój”. Oczywiście sprawa się komplikuje w praktyce, bo określenie takie powinno odnosić się tylko do osób dysponujących demokratycznym mandatem i sprawujących swój urząd zgodnie z konstytucją. Te dwa warunki spełniał właściwie tylko Aleksander Kwaśniewski. Wojciecha Jaruzelskiego wybrało Zgromadzenie Narodowe niedysponujące pełnym demokratycznym mandatem, Lech Wałęsa falandyzował prawo, Bronisław Komorowski ustanowił antypaństwowy Dzień Żołnierzy Wyklętych… Ale czy ma to znaczyć, że cała powyższa trójka to prezydenci niepełni, ułomni, nieprawdziwi? W takim razie trzeba by zdelegitymizować Ignacego Mościckiego!
A Lech Kaczyński? Na pewno nie był prezydentem wszystkich Polaków. Na pewno dokonał upartyjnienia swego urzędu, obniżył jego godność i autorytet. Taki był od samego początku, od wieczoru wyborczego, gdy meldował bratu-prezesowi „wykonanie zadania”. Pod pewnym względem był nawet gorszy od brata, bo manipulował historią. Był przy tym nieporadny i nieobyty, a przede wszystkim nieodpowiedzialny: w roku 2008, w Tbilisi, wypowiedział Rosji jakąś dziwaczną wojnę-nie-wojnę („Jesteśmy tu, aby podjąć walkę!”). Ale czy również takie okoliczności mają wystarczyć, by nie był to mój prezydent?
Moim prezydentem był nawet Andrzej Duda. Wprawdzie przed 10 laty czułem zażenowanie, gdy swe prywatne wyjazdy zarobkowe rozliczał jako działalność poselską, gdy sam siebie nazywał „niezłomnym”… Ale jeszcze 16 listopada 2015 r., gdy „ułaskawił” Mariusza Kamińskiego, pozostał mimo wszystko moim prezydentem, bo był nim z majestatu sprawowanego urzędu. Dopiero gdy nocą z 2 na 3 grudnia 2015 r. przyjął ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych nieprawomocnie, wszelkie złudzenia prysły i odtąd mogłem mówić już tylko „dr Duda”. A kolejne jego popisy jedynie mnie w tym utwierdzały.
Za chwilę jednak będziemy mieć wreszcie nowego prezydenta. Ale tu kłopot pojawia się wcześniej niż kiedykolwiek. Ważność wyboru dr. N. stwierdziła Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, a ona nie jest sądem. Różne były sposoby wyjścia z tej sytuacji: przyjęcie ustawy incydentalnej, przekazanie
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Stary Stomma
Dwadzieścia lat temu, 21 lipca 2005 r., umarł Stanisław Stomma. Nazwisko to pamięta się dziś raczej w połączeniu z imieniem Ludwik, bo syn Stanisława, Ludwik Stomma, był słynnym felietonistą „Polityki” i „Przeglądu”. Kim zaś był Stanisław?
Na mapie politycznej Polski powojennej stanowił zjawisko odrębne pod każdym względem. Pochodził z Litwy, w dodatku z tej jej części, która w okresie międzywojennym nie wchodziła w skład II Rzeczypospolitej. Rzec można – był ostatnim depozytariuszem Rzeczypospolitej Obojga Narodów w jej granicach przedrozbiorowych – i to tym bardziej, że pochodzenie miał szlacheckie… W genach przechował mądrość litewskiego ziemiaństwa: jego świadomość egzystencjalnych zagrożeń i – wysnutą z tych zagrożeń – gotowość do koniecznego kompromisu. W przedwojennym Wilnie był liderem Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”, lecz sytuował się między prawicą a radykalną lewicą. Wspominał, że „serce mu biło do Żeromskiego”.
Był człowiekiem zmian i paradoksów. Przedwojenny piłsudczyk stał się po wojnie orędownikiem geopolityki Romana Dmowskiego. Antykomunista spod znaku Mariana Zdziechowskiego realizował politykę ugody z komunistami. Wywodząc się z „Polski Jagiellońskiej”, stał się entuzjastą „Polski Piastowskiej”. Artykuł Stommy z roku 1946 „Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików” głosił – w obliczu stalinizmu – wycofanie się z walki politycznej i skupienie się na „ostatnich liniach zasadniczych”, niemożliwych już do oddania. Oskarżano Stommę o minimalizm, a przecież jego program był wtedy jedynie możliwy: charakteryzowała go wierność imponderabiliom, a zarazem nadspodziewana skuteczność. W krakowskim „Tygodniku Powszechnym” jeszcze w roku 1950, w apogeum stalinizmu, można było czytać słowa Stommy i Jerzego Turowicza: „Marksistami ani socjalistami nie jesteśmy. (…) Ideał socjalistyczny nie jest naszym ideałem”.
Gdy dalsze pisanie w tym duchu stało się niemożliwe, Stomma z Turowiczem powiedzieli w roku 1953 swe „non possumus”. Nikt nie mógł im zagwarantować, że za swą hardość nie zapłacą życiem. Tymczasem rezygnacja z obecności publicznej dała im kapitał moralny. Po przełomie Października 1956 nowy przywódca
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Mopem w Ewangelię
Biskup krakowski Andrzej Zebrzydowski mawiał w XVI w.: „A wierz sobie choćby w kozła, byleś dziesięcinę płacił!”. Marek Jędraszewski, jeden z następców Zebrzydowskiego, tak nie powie – wszak już nie ma dziesięciny.
Gdy przed laty usłyszałem z ust jednego biskupa, że istnieje „grzech społeczny”, a z ust innego, że słów Jezusa nie należy „traktować dosłownie”, uznałem, że polski Kościół rzymskokatolicki stał się instytucją pogańską. Wybory prezydenckie tylko mnie w tym przeświadczeniu utwierdziły. Wszak Kościół poparł grzesznika, i to grzesznika zatwardziałego! Gdy bowiem ujawniały się kolejne wykroczenia dr. N. – przeciw przykazaniu drugiemu, szóstemu, siódmemu i ósmemu – jedyną jego odpowiedzią było krętactwo. Chrześcijanin ma obowiązek wybaczać grzesznikowi, ale jak wybaczać, skoro grzesznik kłamie, że nie grzeszył? Kościół, popierając akurat takiego kandydata, dał świadectwo, że grzechy przeciw Dekalogowi mają jego błogosławieństwo. Czy może być większe zgorszenie?
Bp Zebrzydowski żył w czasach, gdy nie istniał rozdział Kościoła od państwa: biskupi nie „mieszali się do polityki” – oni w polityce byli. Rządzili się racją Kościoła: zwalczając inaczej wierzących, dezintegrowali Rzeczpospolitą, rozsadzali ją od środka. A jednak byli też nieraz ostoją polskiej państwowości. I nieraz starali się o pokój społeczny, co zresztą wywodzili z nakazu ewangelicznego: „Błogosławieni pokój czyniący” – Beati pacifici. Tymczasem w ostatnich wyborach – cośmy ujrzeli? Wszak katolicy byli po obu stronach skonfliktowanych obozów, a kandydat przez biskupów zwalczany nie był żadnym Antychrystem, przeciwnie – wykazywał cechy, które powinny być Kościołowi bliskie. Ale biskupi woleli pobłogosławić wojnę. Tak, wojnę, bo prezydent elekt pojmuje swą misję jako taran walący w konstytucyjny rząd.
Takiego Kościoła jeszcze w Polsce nie mieliśmy. Cokolwiek mówić o aborcyjnej obsesji papieża Jana Pawła II, nie da się go określić mianem poganina. Cokolwiek mówić o katolicyzmie ludowym prymasa Stefana Wyszyńskiego, polską rację stanu rozumiał on bezbłędnie. Choć od obozu rządzącego w PRL oddzielało go wszystko. Dziś polscy biskupi postawili na polityczne zwarcie z rządem, który jest najdalszy od jakiejkolwiek „walki z religią”, a jedyne
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Człowiek Nikt
Mogło być inaczej: triumwirat Trzaskowski – Tusk – Sikorski byłby wzorem dla Europy. Może żadne państwo nie miałoby u władzy ludzi równie wybitnych. Ale nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. A Polacy zawsze byli mistrzami w unicestwianiu własnych szans. Polacy – czyli polscy katolicy. Oraz polscy patrioci. Pisałem kiedyś na tych łamach: jeżeli polscy patrioci będą mogli zniszczyć polskie szanse – zrobią to. Więc zrobili. I prezydentem Rzeczypospolitej będzie znowu Człowiek Nikt.
Człowiek Nikt – bez doświadczenia politycznego. Nigdy nie był posłem, senatorem, eurodeputowanym, wiceministrem, ministrem, wojewodą… Więc od razu na najwyższą godność w państwie? Owszem, tak też bywa: fala społecznego wzmożenia niesie czasem ludzi, którzy są jej wyrazicielami. Lecz przecież tutaj nic takiego nie miało miejsca! „Obywatelski kandydat” był królikiem wyciągniętym z pisowskiego kapelusza. W dodatku królikiem wspieranym przez obce mocarstwo. „Amerykanie chcą nam wybierać prezydenta? To jest podłość!” – tak można strawestować dawne słowa dr. Dudy o Niemcach – słowa bezzasadne. Jednak dziś taka ingerencja odbyła się naprawdę. Politycy nie chcą jej komentować – wszak „Ameryka to nasz najważniejszy sojusznik!”. Owszem, najważniejszy – ale już trochę tak jak kiedyś Rosja. Dumny polski naród, ponoć przywiązany do niepodległości, znów posłusznie głosuje tak, jak każe obcy.
Przeszłości Człowieka Nikt nie znamy. To, co wychodziło na jaw w trakcie kampanii prezydenckiej, ukazywało się przypadkiem. Czy i co jeszcze wyjdzie – tego nie wiemy. W sprawie Człowieka Nikt toczą się trzy postępowania prokuratorskie. Ale polskim patriotom to nie przeszkadza – takie postępowania wobec Donalda Trumpa też przecież się toczyły. Człowiek Nikt grzeszył przeciw drugiemu, szóstemu, siódmemu i ósmemu przykazaniu. Ale polskim katolikom to nie przeszkadza, przeciwnie: krzyczą o miłosierdziu. Jak jednak mówić o miłosierdziu przy braku skruchy? Ujawnienia wykroczeń przeciw Dekalogowi nie pochodziły od grzesznika. I niczym go nie zawstydzały.
A Ewangelia? A słowa „Błogosławieni pokój czyniący”? Wszak pokój czynił jeden Rafał Trzaskowski, nieustannie wyciągający rękę do przeciwników i wzywający do narodowego pojednania. Człowiek Nikt mówił zupełnie odwrotnie
Mocz Karola Nawrockiego
Ta kampania, rozpoczęta jako konkurs piękności 13 kandydatów, zakończyła się moczem Karola Nawrockiego. Dziwne: wobec wojny za wschodnią granicą, wobec zachwiania filarów polskiego bezpieczeństwa, dano nam do oglądania wynik moczu, którego nikt nie wymagał i nikt nie oczekiwał. A przecież nie sposób było uciec od wątków niezwiązanych z urzędem prezydenta, bo o człowieku z moczem nie wiedziano niczego pewnego, a to, co stopniowo się ujawniało, budziło raz niesmak, raz przerażenie. Ukazywało się przecież i wyłudzenie mieszkania, i kibolskie ustawki, i niejasne związki ze światem przestępczym, i wreszcie okoliczność zupełnie już nieprawdopodobna: sutenerstwo. Wynik moczu nic do tego nie miał, ciekawe natomiast, czy promujący „obywatelskiego kandydata” Jarosław Kaczyński znał wszystkie powyższe okoliczności. Może znał, ale działał jak Kaligula, mianujący konsulem swego konia, a może nie znał, bo Nawrocki także jego wykiwał? Pewne jest jedno: dla sztabu „obywatelskiego kandydata” wszystko, co wychodziło na wierzch, było nowe.
Zawsze opowiadałem się przeciw lustracji, przeciw grzebaniu ludziom w życiorysach, tu jednak chodziło o wybór głowy państwa, o to, komu na pięć lat powierzymy swe bezpieczeństwo i swój los. Gdyby o trupach, które ma w szafie, Nawrocki powiedział choćby nawet dopiero w kampanii, nie zmieniłoby to mego doń nastawienia, ale przynajmniej umożliwiłoby zachowanie cienia szacunku. Dziś dla takiego człowieka można mieć tylko pogardę. Złapany na kłamstwie o posiadaniu jednego mieszkania kręcił i przedstawiał kolejne sprzeczne wersje, na zarzut sutenerstwa nie tylko nie oddał sprawy do sądu w trybie wyborczym, ale – jak słychać – żadnego pozwu w ogóle nie złożył. Co znaczy, że wszystkie afery milcząco potwierdził. Oto dobry uczeń polskich biskupów, których postawę streszcza słynna już formuła „przeczekamy i prosimy o przeczekanie”.
Tymczasem to właśnie polski Kościół skompromitował się w tych wyborach najbardziej. Istniało przecież domniemanie, że Nawrocki zgrzeszył przeciw drugiemu, szóstemu, siódmemu i ósmemu przykazaniu. I co Kościół na to? A nic. Naprzeciw Nawrockiego stanął zaś Rafał Trzaskowski, człowiek nieposzlakowanej uczciwości, przykładny mąż i ojciec, ba! nawet osobisty przeciwnik aborcji, bo w poruszającym wywiadzie rzece wyznający: „Mnie miało nie być”. I co Kościół na to? A nic. Kościół klepie swe vademecum wyborcze katolika, które na nikim nie robi już wrażenia, koniec końców zaś wskazuje i tak Nawrockiego.
A dr Duda? Przed pięciu laty, na krytyczną wypowiedź o sobie w dzienniku „Fakt”, krzyczał ni w pięć, ni w dziewięć: „Niemcy chcą wybierać w Polsce prezydenta? To jest podłość!”. Dziś nawet nie bąknie o Kristi Noem, amerykańskiej
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Dał nam przykład pewien Rumun…
Przyzwyczailiśmy się do wielbienia Francji, Anglii, Stanów Zjednoczonych… ale Rumunii? Zjeździłem ten kraj wzdłuż i wszerz, lecz nie znałem Rumunów. Zacząłem ich podziwiać dopiero dziesięć lat temu: gdy 21 grudnia 2014 r. prezydentem Rumunii został… Niemiec.
Klaus Iohannis, od roku 2000 burmistrz Sybina, był od roku 2001 przewodniczącym Demokratycznego Forum Niemców w Rumunii. Ustąpił z tej funkcji w roku 2013 i został wiceprzewodniczącym, a w roku następnym przewodniczącym rumuńskiej Partii Narodowo-Liberalnej. I wtedy wziął udział w wyborach prezydenckich. W pierwszej turze zajął drugie miejsce, lecz w turze drugiej był pierwszy: zdobył 54% głosów. Po czym w roku 2019 znów zwyciężył: otrzymał 66% głosów.
Nasze media były Klausem Iohannisem zawsze trochę zakłopotane. No bo jak to? Prezydentem Rumunii – nie-Rumun? W dodatku Niemiec? W Polsce to niewyobrażalne. Czyż moglibyśmy na prezydenta Polski wybrać Niemca? Albo Żyda? Prawosławnego Białorusina lub unickiego Ukraińca? Gabrielowi Narutowiczowi wystarczyła w roku 1922 ta tylko okoliczność, że do jego wyboru przyczyniły się głosy mniejszości narodowych, by został – przez Polaka – zamordowany.
W ciągu dziesięciu lat prezydentury Klausa Iohannisa patrzyłem zatem na Rumunię z podziwem: że coś takiego jest w tym kraju możliwe, że tu liczy się nie etniczność, lecz obywatelskość. Dlatego takim wstrząsem był w pierwszej turze wyborów prezydenckich 24 listopada ub.r. niespodziewany triumf Călina Georgescu. Mniejsza już nawet o to, że był to polityk prorosyjski, antyukraiński i antynatowski, lecz przecież jego poglądy były nieprawdopodobne: zmiany klimatyczne uważał za „globalne oszustwo”, mówił, że nigdy nie widział wirusa COVID-19, oświadczał, że „jedyną prawdziwą nauką jest Jezus Chrystus”…
Tej pierwszej turze wyborów listopadowych wykazano inspiracje zewnętrzne, toteż rumuński Trybunał Konstytucyjny zarządził jej powtórzenie. Ale w miejsce Georgescu przyszedł inny radykalny prawicowiec: George-Nicolae Simion. W nowej pierwszej turze
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl








