Roman Kurkiewicz

Powrót na stronę główną
Felietony Roman Kurkiewicz

Od groteski przez makabreskę do tragedii

Kiedy Hegel zapisywał słynne zdanie „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”, dawał do zrozumienia, że każdą epokę zaczyna się rozumieć dopiero po jej schyłku, upadku, końcu. Pytanie: „Gdzie jest dzisiaj nasza Sowa Minerwy?” nastręcza oczywiście kłopotów miłośnikom zero-jedynkowych odpowiedzi na trudne pytania, ale pozwala także mieć nadzieję, że wiemy więcej, niż skłonni jesteśmy przyznać.

Nasza epoka, liczona od kapitulacji hitlerowskich Niemiec, spuentowana narodzinami nowego porządku światowego opartego na Karcie Narodów Zjednoczonych i powstaniu ONZ, właśnie dogorywa lub zmarła. Poniższe słowa preambuły już nie odnoszą się do rzeczywistości, w której dość nagle, aczkolwiek spodziewanie, się znaleźliśmy: „MY, LUDY NARODÓW ZJEDNOCZONYCH, ZDECYDOWANE uchronić przyszłe pokolenia od klęski wojny, która dwukrotnie za naszego życia wyrządziła ludzkości niewypowiedziane cierpienia, przywrócić wiarę w podstawowe prawa człowieka, godność i wartość jednostki, równość praw mężczyzn i kobiet oraz narodów wielkich i małych, stworzyć warunki umożliwiające utrzymanie sprawiedliwości i poszanowanie zobowiązań wynikających z umów międzynarodowych i innych źródeł prawa międzynarodowego, popierać postęp społeczny i poprawę warunków życia w większej wolności, I W TYM CELU postępować tolerancyjnie i żyć ze sobą w pokoju jak dobrzy sąsiedzi, zjednoczyć swe siły dla utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa, zapewnić przez przyjęcie zasad i ustalenie metod, aby siła zbrojna używana była wyłącznie we wspólnym interesie, korzystać z organizacji międzynarodowych w celu popierania gospodarczego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Ziobroseja w Uciekistanie

Zapewne, gdy w listopadzie 2023 r. były od niedawna minister sprawiedliwości (w sumie 10 lat…) szarżował w sejmowej pyskówce, wykrzykując do przedstawicieli przyszłej władzy w poczuciu całkowitej bezkarności: „Mam nadzieję, że nie okażecie się fujarami!”, nie przewidywał, że dwa lata później będzie rejterował do Budapesztu Orbána po azyl polityczny. W najnowszej historii nie wydarzyło się nigdy, żeby prokuratura stawiała tak poważne (i liczne – 26 w sumie) zarzuty byłemu ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu – tym samym „szeryf nad szeryfami” zapisze się w annałach.

W resorcie sprawiedliwości, jak twierdzi prokuratura w prawie 160-stronicowym akcie oskarżenia, działała zorganizowana grupa przestępcza, kierowanie którą śledczy przypisują właśnie Ziobrze. Ich zdaniem były minister nakazywał podwładnym, kto ma wygrać niektóre konkursy na dotacje z Funduszu Sprawiedliwości, zanim jeszcze te konkursy zostały ogłoszone. Żeby zachować pozory, wskazani w przedbiegach zwycięzcy rzeczywiście przygotowywali oferty konkursowe, a resort Ziobry je faworyzował. Choćby w taki sposób, że – jak wyjaśnia prokuratura – urzędnicy niższego szczebla musieli pilnować, „aby konkurs przebiegł zgodnie z oczekiwaniami kierownictwa resortu sprawiedliwości”, a „osoby określane jako zaufane, wchodzące w skład komisji konkursowych, otrzymywały oferty wytypowanych podmiotów w celu dokonania oceny pozwalającej na uzyskanie dotacji”. Sumy, o których mówi oskarżenie, to m.in. sprzeniewierzone ponad 150 mln zł z Funduszu Sprawiedliwości. Z obietnic politycznych, które Ziobro rozsiewał szerokim gestem, nie ostało się nic oprócz podporządkowania wymiaru sprawiedliwości reprezentacji politycznej PiS.

Zbigniew Ziobro szafował złotymi myślami: „Nie może być tak, że »białe kołnierzyki« kradną miliardy, a potem opalają się na plażach, wysyłając lewe zaświadczenia o chorobie. Prawo musi być równe wobec wszystkich”, „Uczciwi nie mają się czego bać”, „Nie może być tak, że »białe kołnierzyki« kradną miliardy i kończy się na wyrokach w zawieszeniu”. A kiedy w ostatnich miesiącach przyszło do prokuratorskiego „sprawdzam” – szeryf pogalopował po opiekę Viktora Orbána,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Powojnia już nie ma, podobnie z PIP

Pod Trumpem świat zaczyna formalnie kończyć epokę zwaną powojniem. Prawo międzynarodowe jest już omijane, lekceważone – staje się jako pył marny. Próba oparcia konstrukcji porządku i pokoju globalnego na Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka pachnie agonią. To nie stało się w ostatnim czasie i nie jest dziełem jednego Trumpa. Jak każdy rozkład jest procesem trwającym dekady, choć tempo rozpadu się zmienia. Teraz nastąpiło przyśpieszenie, wielkimi krokami nadchodzi nieuchronna śmierć porządku wyłonionego po hekatombach XX w. Zostają słowa i pojęcia pozbawione rzeczywistego sensu i sprawczości. Pozostają instytucje coraz słabsze i anemiczne. „Sprawiedliwość” pozbawiona jest mocy i kategoryczności. Ludobójstwo w Gazie przypomina nam o tym każdego dnia. Ale wcześniej zawsze już coś było: Wietnam, Chile, Argentyna, później Afganistan i Irak. Ryba „narodów zjednoczonych” psuła się rzecz jasna od głowy, czyli USA. USA, które dzisiaj na rozkaz Trumpa wycofują się z uczestnictwa i członkostwa w 66 organizacjach międzynarodowych – w tym 31 wchodzących w skład ONZ. Zapewne najistotniejsze jest wycofanie się Amerykanów z Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC).

Za te decyzje narcystycznego pomarańczowego ignoranta świat zapłaci ogromną cenę. Jak to „tłumaczą”? Biały Dom stwierdził, że organizacje te działają „wbrew narodowym interesom USA”, promując „radykalną politykę klimatyczną, globalne zarządzanie i programy ideologiczne, które są sprzeczne z suwerennością i siłą gospodarczą USA lub zajmują się ważnymi kwestiami w sposób nieefektywny lub nieskuteczny”. Pustosłowie godne zawartości czaszki półanalfabety,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Jest czas i nie ma czasu

Im dłużej pędzimy swój żywot, tym szybciej i nieubłaganie nadchodzi moment narodzin nowego roku. Znużenie życzeniami niespełnialnymi, które sobie powtarzamy niestrudzenie co te trzysta kilkadziesiąt dni, nie powstrzymuje nas przed robieniem tego wciąż i wciąż. Zupełnie jakbyśmy byli zanurzani w jakimś kotle niepamięci, z dobrą miną wartą lepszej gry szczerzymy się do kolejnych kalendarzy i pogrążamy w rytualnie pustych podsumowaniach, rankingach, wyścigach. Autor roku, książka roku, piosenka roku, termostat roku, choroba roku, śmierć roku, film roku, szczoteczka do zębów roku – i tak nie pamiętamy, co było przed rokiem, dwoma, trzydziestoma… Co zatem pamiętamy, nie mówiąc o życiu osobistym, w którym bliscy odchodzą, inni przychodzą na świat, coś się kończy i nie wiadomo, czy coś innego w ogóle się zacznie. Ktoś kupił dom, ktoś inny go stracił…

Jest ponadreligijnym skarbem kultury biblijna Księga Koheleta, z fascynacją i tęsknotą wracam do tego krótkiego, być może najpiękniejszego tekstu o przemijaniu, marności nad marnościami, o czasie w końcu, bo on jest głównym bohaterem tekstu, gdzie pojawia się owa fraza „nic nowego pod słońcem”. Wszystko było, koło czasu kręci się coraz szybciej. Tak się zaczyna w katolickim tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia:

„Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, / jaki zadaje sobie pod słońcem? / Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, / a ziemia trwa po wszystkie czasy. / Słońce wschodzi i zachodzi, / i na miejsce swoje spieszy z powrotem, / i znowu tam wschodzi. / Ku południowi ciągnąc / i ku północy wracając, kolistą drogą wieje wiatr / i znowu wraca na drogę swojego krążenia. / Wszystkie rzeki płyną do morza, / a morze wcale nie wzbiera; / do miejsca, do którego rzeki płyną, / zdążają one bezustannie. / Mówienie jest wysiłkiem: / nie zdoła człowiek wyrazić [wszystkiego] słowami. / Nie nasyci się oko patrzeniem / ani ucho napełni słuchaniem. / To, co było, jest tym, co będzie, / a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: / więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. / Jeśli jest coś, o czym by się rzekło: / »Patrz, to coś nowego« – / to już to było w czasach, / które były przed nami. / Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli / ani też o tych, co będą kiedyś żyli, / nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem”.

Mamy też jedyne „żydowskie” tłumaczenie Biblii, którego dokonał w przebogatej i odmiennej polszczyźnie Izaak Cylkow, pierwszy rabin Wielkiej Synagogi na Tłomackiem w Warszawie, zmarły w 1908 r. Sama postać i jego dzieło translatorskie doświadczyły powrotu po latach zapomnienia; w tekstach towarzyszących swoim tłumaczeniom przywołał Cylkowa (i mocno się nim inspirował) Czesław Miłosz, od lat niestrudzenie krakowskie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Bombki wojennej strategii

Kiedy taki amator jak ja czyta Narodową Strategię Bezpieczeństwa, opublikowany w listopadzie fundamentalny dokument amerykańskiej polityki (zasadniczo tej globalnej w służbie lokalnej), z każdą stroną pogrąża się w konfuzji. Chwilami nieudolna, grafomańska wręcz laurka trumpohołdna, epos o herosie, Najwybitniejszym Przywódcy „wolnego” świata. Były podśmiechujki z kultu Stalina czy Ceaușescu? Słońce Appalachów, Doliny Krzemowej i pasów rdzy opiewany jest niezgorzej. Zapewne tysiące mózgów na całym świecie rozkminiają, za gruby hajs, co to naprawdę znaczy dla ich regionu, kraju, interesów, bezpieczeństwa, przyszłości. Czy mamy tu odę do hegemonii, czy raczej jest to wypełniony paroksyzmami snów o potędze akt zgonu zranionego śmiertelnie globalnego hegemona? Z całą pewnością jest to koniec snu o Ameryce śnionego wśród elit europejskich, szczególnie polskich, które zawierzyły USA, z Trumpem czy bez, bardziej niż Jasnogórskiej Panience.

Pozaedukacyjna „osobowość” obecnego Trumpa wykuła się w jednej tylko kuźni: własnego interesu, bezwzględnej eksploracji kapitalistycznych reguł, trików, matactw, oszustw i kombinacji. Teraz ten model „zarządzania”, jedyny dostępny aparatowi umieszczonemu w czaszce (nie odważę się użyć słowa mózg) „Pomarańczowego”, będzie stanowił Nowe Reguły, zapowiadające kompleksową, nieokiełznaną próbę wyjścia ze stanu upadłości USA. W oczy rzuca się najcieplej potraktowany wymiar przemocy militarnej, możliwej do zastosowania wszędzie i przeciw każdemu. I żadnego przepraszania za cokolwiek, co już się zmajstrowało.

Bez pakietu cytatów się nie obejdzie: „Począwszy od

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Potęga sztuki nieodwracania wzroku

Bywa sztuka filmu dokumentalnego formą ukojenia, źródłem energii, podtrzymaniem, gdy jest beznadziejnie, uporczywością „bycia człowiekiem w potwornym czasie” (czyli chyba zawsze). Ta górnolotna deklaracja ciśnie mi się na usta po obejrzeniu podczas tegorocznej edycji festiwalu Watch Docs filmu Laury Poitras i Marka Obenhausa „Cover-Up (Zatajone: Seymour Hersh na tropie prawdy)”, którego bohaterem jest legenda amerykańskiego i światowego dziennikarstwa śledczego, laureat nagrody Pulitzera za ujawnienie masakry w My~ Lai w Wietnamie z 1968 r.

Amerykańscy żołnierze na rozkaz swoich przełożonych wymordowali cywilów, w tym kobiety, dzieci i niemowlęta, by podnieść statystyki walki z partyzantami Wietkongu. Jeden ze sprawców mówi reporterowi, że wśród dzieci, do których strzelał, były i takie niepotrafiące jeszcze chodzić: „Chyba nie były jednak z Wietkongu…”. Hersh, idąc krok za krokiem za poszlakami i śladowymi tropami, ujawnia prawdę o zbrodni wojennej USA, która wstrząsa zarówno samą Ameryką, jak i światem.

Od tej pierwszej opisanej przez niego zbrodni, ukrywanej przez najwyższe dowództwo sił zbrojnych USA i najwyższych urzędników państwowych z prezydentem Nixonem i sekretarzem stanu Kissingerem, jest znienawidzony przez dowództwo wojskowe, szefostwo CIA, prezydenta. Nixon, zmuszony w końcu do ustąpienia ze stanowiska, mówi na jakimś zachowanym nagraniu: „Ten Hersh to skurwysyn, ale trzeba przyznać, że pisze zawsze prawdę”. Uważa się, że dziennikarska robota Hersha bezpośrednio przyczyniła się do zakończenia wojny USA w Wietnamie.

Seymour Hersh, urodzony w 1937 r., syn żydowskiego uchodźcy z Litwy z lat 20. XX w., przez prawie dwie dekady odmawiał Laurze Poitras zgody na realizację filmu o sobie. Wcześniej Poitras wraz z Glennem Greenwaldem zrobiła oscarowy dokument o Edwardzie Snowdenie, informatyku CIA, który zdecydował się ujawnić fenomen globalnej, systemowej inwigilacji prowadzonej przez amerykańskie agencje rządowe (CIA i NSA). Swoje sekrety i dokumenty powierzył właśnie tej dwójce niezależnych reporterów. W efekcie Poitras nakręciła dokument, a Greenwald napisał książkę.

Sy Hersh w kolejnych latach przyprawiał o ból głowy i nierzadko dymisje najwyższych urzędników państwowych,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

To Polska zagraża Polsce

Kiedy siadam do napisania tych kilkuset słów, wiem, że premier Donald Tusk zamierza przedstawić nazajutrz „pilną informację dotyczącą bezpieczeństwa państwa”. Przecieki na ten temat rozhulały się już 24 godziny przed rozpoczęciem posiedzenia Sejmu. Zamiast tajne przez poufne mamy polityczną wannę z brudną wodą, dziurawą w wielu miejscach i cieknącą. Nie trze ba być prorokiem, żeby przewidzieć, że będzie o Rosji jako złu wcielonym, które nie ma nic innego do roboty jak podstępnie podniszczać Polskę, a to wlatując jakimiś dronikami, a to wysadzając w powietrze metr bieżący toru kolejowego. I wszystkim zawiaduje bezpośrednio Władimir Putin – bez wątpienia, bo jak inaczej?

Czytam więc przecieki z tajnego/poufnego/utajnionego/zaszyfrowanego/zabezpieczonego przez SOP, gdzie mowa o jakiejś rosyjskiej (a jakiej innej???) kryptoaferze i rosyjskim w niej śladzie. Krypto- to pierwszy człon wyrazów zło onych wskazujący na ich związek z tym, co niewidoczne, albo na posiadanie ukrytych cech lub niejawny charakter czegoś. Ale to także przedrostek anihilujący: krypto-, czyli nic. Kryptoafera jest zatem ukrytą, za chwilę może się okazać, że nieistniejącą albo przeszacowaną aferką, niby-aferką, zeroaferką. Powagi, godności i mocy dodaje zatem aferce wzmianka o śladzie rosyjskim. I już w tym momencie należałoby zamilknąć, żeby nie zasłużyć na honorowe miano ruskiej onucy. Dziś pojęcie „rosyjski ślad” niesie w sobie moc nie tyle stygmatu i wykluczenia, ile wyroku i najchętniej od razu egzekucji. Jak to mówią, nie pogadasz. Ale dlaczego tajne? Posłowie będą trzymać język za zębami? A skąd mieliby wziąć taką tradycję? Nie mają w tym żadnego interesu.

Dolewa więc prezes Rady Ministrów benzynę strachu do ogniska lęków i poczucia zagrożenia. I potem wjedzie na białym koniu konieczności ponoszenia wyrzeczeń przez najuboższych, cięcia wydatków na wszystko,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Cała władza w ręce Karola

Rzecz pośrednio dotyczy Marksa, ale istotowo – postaci zupełnie wyjątkowej w polskiej polityce (tej prawdziwej) ostatnich kilkudziesięciu lat, czyli Karola Modzelewskiego, zmarłego, aż trudno uwierzyć, już sześć lat temu.

Kilka w sumie instytucji, nie podążając za fetyszem systemu dziesiętnego tłumaczącego, kiedy powinno się wspominać, pamiętać, obchodzić – w 88. rocznicę urodzin wykazało się pamięcią. To m.in. Instytut Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza oraz gmina i burmistrz Bielan – w Warszawie, na Bielanach, gdzie Profesor mieszkał przez ostatnie ponad 20 lat. Uroczystość, choć miała swoje profesorskie gadające, mądrze – a jakże – głowy, pomieściła i uczniów, i sąsiadów, wśród nich naprawdę młode osoby. Dzięki temu była zajmująca, a nie zanadto podniosła, w jakiś sposób wierna życiu Karola Modzelewskiego – osoby dowcipnej, życzliwej i słuchającej, wieloletniego więźnia politycznego PRL, wybitnego mediewisty.

Druga uroczystość odbyła się we Wrocławiu, gdzie przez wiele lat Karol Modzelewski mieszkał i pracował po opuszczeniu więzienia, po drugim „marcowym” wyroku. Wrócił wtedy na uniwersytet, ale nie na ten, który uważał za „swój” matecznik. Tam jednak od 1980 r. współtworzył Solidarność po strajkach Sierpnia 1980 r. Za to zaangażowanie w działalność związku, którego nazwy był autorem, przyszło mu odsiedzieć jeszcze kilka lat. Spotkanie o charakterze wspominkowo-analitycznym zorganizował zastępca szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych Michał Syska, przez wiele lat współpracujący z prof. Modzelewskim.

Sam bohater wspomnień urodził się w Moskwie niesławnego roku 1937 (rozwiązanie Komunistycznej Partii Polski, czas mordów na polskich komunistach, prześladowań i wyroków śmierci tylko za to, że ktoś był Polakiem), w politykę wszedł, jeszcze nie mając 20

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Zagłada Gazy polskim trotylem

Gaza, dzisiaj morze ruin, zburzona doszczętnie przez izraelską armię po 7 października 2023 r., jest jednym z najstarszych miast globu, ma prawie 4 tys. lat. Dała nam skromny dar, ratujący przez stulecia ludzkie życia, delikatną tkaninę opatrunkową, którą wszyscy znamy jako gazę właśnie. Dzisiaj świat odwdzięcza się Gazie milczeniem, obojętnością albo współudziałem w izraelskim ludobójstwie i zrównaniu z ziemią tego niezwykłego miasta.

We wrześniu Francesca Albanese, specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. okupowanych terytoriów palestyńskich, opublikowała kolejny raport, opisujący tym razem współudział państw europejskich w ludobójstwie w Gazie. Wśród państw, które oskarżała, była także Polska. Przed tygodniem zaś ujrzał światło dzienne raport kilku organizacji międzynarodowych: People’s Embargo for Palestine (ruch na rzecz zatrzymania dostaw uzbrojenia do Izraela), Palestinian Youth Movement (młodzieżowa organizacja propalestyńska), Shadow World Investigations (zajmuje się śledztwami dotyczącymi uzbrojenia i korupcji) oraz Movement Research Unit (oferuje wsparcie dla organizacji prowadzących śledztwa i badania), który ujawnia kluczową rolę Polski w dostawach trinitrotoluenu (TNT) wykorzystywanego przez Izrael do ludobójstwa w Strefie Gazy (static1.squarespace.com/static/68f39f06eb2e2f1e3c961bee/t/691c905369e59a0fece46d6c/1763479635531/optimized_final-report-11182025-poland_tnt_report.pdf).

„Polska spółka państwowa Nitro-Chem jest największym producentem TNT wśród członków NATO i UE. Od ponad dziesięciu lat jest głównym dostawcą tego materiału wybuchowego dla amerykańskiego kompleksu militarno-przemysłowego. Według polskich urzędników 90% trotylu importowanego przez Stany Zjednoczone – gdzie obecnie nie ma produkcji krajowej – pochodzi z Polski. Do listopada 2023 r. Polska wysłała ok. 50 tys. ton trotylu do amerykańskich producentów broni. TNT jest wykorzystywany do produkcji

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Jeden naród? Ja chcę Polski słabej

Kończy się skala opisująca bynajmniej nie pełzającą faszyzację naszego życia politycznego, lecz szarżę, która nie napotyka skutecznego oporu. Ile wszak razy można powtarzać, że chylenie się państwa (społeczeństwa) w rzeczywistość autorytarną bierze początek ze słów. Ze słów, które idą z góry, od polityków, profesorów, kapłanów – a wszyscy oni myślą o sobie „elita”. Sam udział prezydenta Nawrockiego w Marszu Niepodległości raczej nie powinien dziwić, dawno zwracałem uwagę, że bliżej mu do skrajnych identyfikacji nacjonalistycznych niż do PiS. Ale jest to człowiek z tytułem doktora historii! Przywódca demokratycznego państwa maszeruje w Warszawie w pochodzie, któremu przyświeca hasło wzięte żywcem z hitlerowskiej, faszystowskiej propagandy. Ein Volk, ein Reich, ein Führer – tak to szło, Krzysztof Bosak doskonale to wie, Nawrocki też zna. I co? I nic. Nie, nie nic, dużo więcej, oni tę wizję podzielają, tak widzą przyszłość kraju nad Wisłą. Z hitlerowskim zaśpiewem, z gębą pełną samoprzyznanego „patriotyzmu” maszerują po „Europę białą”, po Polskę silną.

A ja zawsze wolę to marzenie Antoniego Słonimskiego:

Mówią o Polsce silnej. Już dziś liczą sztaby,

Jak ją ziemią okopać, oprzeć na bagnecie.

Lecz ja, wybaczcie, bracia, pragnę Polski słabej,

Ja pragnę Polski słabej, lecz na takim świecie,

Gdzie słabość nie jest winą, gdzie już nie ma warty,

Ryglów u bram i nocą dom bywa otwarty,

Gdzie dłoń nie utrudzona okrutnym żelazem

I gdzie granica wita tylko drogowskazem.

Tam, gdzie jednak w dość przewidywalny sposób nacjonaliści zstępują na dno swoich ksenofobii, rasizmu i faszyzacji, nagle (?) rozlega się pukanie od spodu. A któż puka? A toż to sam premier Tusk, który w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w przededniu 11 Listopada mówi: „Im Polska silniejsza, tym bardziej może liczyć na pomoc partnerów. A im będziemy słabsi, tym mniej będziemy jako sojusznik warci. (…) Gdy mówimy o potrzebie bezpieczeństwa, to ją zaspokaja też tylko silny. Ale to inna siła, taka, w której

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.