Kraj
Lasy Partyjne
Jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie
– To jest taka córka leśniczego – rzucił prof. Jan Szyszko do Mariusza Błaszczaka, wręczając mu kopertę przed posiedzeniem Rady Ministrów. – A to kamera Polsatu. – Minister Błaszczak odwrócił się i pomachał do kamery. Jan Szyszko nie zmieszał się zbytnio, rzucił w stronę dziennikarzy „Uwielbiamy” i kontynuował: – Ona prosiła, żebym panu to przekazał, dobra? Niech pan to przeczyta – prosił minister.
Ta tragikomiczna scenka, która obiegła polskie media w czerwcu 2017 r., uchyliła rąbka tajemnicy, jak za rządów Zjednoczonej Prawicy załatwiało się różne korzyści dla Lasów Państwowych. Kilkadziesiąt sekund nagrania ściągnęło na Szyszkę gromy. Ten szedł w zaparte.
W wywiadzie dla Polskiego Radia na pytanie o to, kim była owa córka leśniczego, odpowiedział: „Córką leśniczego była »Inka« […] i niedawno postawiliśmy jej pomnik”. Szyszko wplątał w swoją wpadkę bohaterkę AK zamordowaną po wojnie przez komunistyczną bezpiekę. Tą bezczelną wypowiedzią ściągnął na siebie kolejną falę krytyki, w tym ze środowisk konserwatywnych. Piotr Trudnowski z Klubu Jagiellońskiego stwierdził: „Trudno sobie wyobrazić większe polityczne świństwo niż wycieranie sobie gęby pomordowanymi za Polskę bohaterami dla próby wybielenia sprawy pachnącej na kilometr prymitywną lewizną”.
Historia śmierdziała na tyle, że ministra Szyszki wyparli się nawet partyjni koledzy. Minister Błaszczak publicznie zapewnił, że nie otworzył koperty, odesłał ją do Ministerstwa Środowiska i czeka na kontakt drogą formalną. Premier Beata Szydło stwierdziła z kolei, że to był „wypadek przy pracy, który w ogóle nie powinien się zdarzyć”. Zapowiedziała, że sprawa zostanie wyjaśniona. Oczywiście nic podobnego się nie wydarzyło.
Kilka dni później, gdy prowadziłem Marsz dla Puszczy w Warszawie, zaintonowałem przyśpiewkę: „Córka leśniczego nie cięłaby niczego”. Tłum chętnie ją podchwycił.
Politycy PO złożyli do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Prokurator – według relacji Onetu – zaufany ministra Zbigniewa Ziobry, odmówił wszczęcia postępowania.
„Córka leśniczego” stała się jednym z symboli upadku Lasów Państwowych po roku 2015. Był to czas bezprecedensowego upolitycznienia, nepotyzmu i traktowania LP jak prywatnego folwarku. Jeden z ekspertów z branży mówi:
– Jak rządził Tomaszewski, to myślałem, że gorzej być nie może. Potem przyszedł Konieczny i zacząłem tęsknić za Tomaszewskim. A potem pojawił się Józef K. i zacząłem tęsknić za Koniecznym.
Wraz z nastaniem dobrej zmiany dokonano błyskawicznej wymiany dyrektorów regionalnych. Marek Bodył, redaktor naczelny czasopisma „Drwal”, mówi:
– Styl i zakres zmian był bezprecedensowy. O ile wcześniej również dochodziło do zmian kadrowych, to w wielu miejscach utrzymywali się powszechnie szanowani leśnicy o wysokich kompetencjach, których partyjna miotła nigdy nie wymiatała z fotela. Tym razem maksymalnie skorzystano z możliwości, jakie daje ustawa o lasach, powoływania ludzi na stanowiska, a nie wybierania w drodze konkursów.
Anna Malinowska, wieloletnia rzeczniczka Lasów Państwowych, trafiła do LP z konkursu, w 2008 r. Przez 13 lat pracy w dyrekcji generalnej była jedną z niewielu osób, które trafiły tam tą drogą. Jej zdaniem upolitycznienie to jedna z największych bolączek trapiących LP.
– Źli ludzie z politycznymi plecami są w stanie w tym systemie wyrządzić ogromną krzywdę. Jeśli nie mogą zrobić krzywdy tobie osobiście, to będą się mścić na bracie, siostrze albo szwagrze. – Opowiada o wysoko postawionym leśniku, który wrócił na ważne stanowisko po 2015 r.: – Gnębił pracownicę, którą sam zatrudnił za swoich poprzednich rządów w jednej z dyrekcji regionalnych. Wyżywał się na niej, bo nie chciała mu za poprzedniej władzy wynosić dokumentów i donosić na szefostwo. Niebezpieczny człowiek.
Choć była rzeczniczka zastrzega, że wśród ludzi z politycznego nadania
Fragmenty książki Marka Józefiaka Polska Rzeczpospolita Leśna, czyli jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie, W.A.B., Warszawa 2025
Fragmenty książki Marka Józefiaka Polska Rzeczpospolita Leśna, czyli jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie, W.A.B., Warszawa 2025
Ziemia obiecana 2.0
Jak dwóch Jankesów naciągnęło nas na miliardy dolarów
Panowie Michael Sabel i Bob Pender nie czytali „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta, za to do perfekcji opanowali działanie wedle słynnego z niej cytatu: „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic (…). To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, by założyć wielką fabrykę”.
Historia zaczęła się 26 czerwca 2018 r., gdy Piotr Woźniak, prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa SA, oraz Sabel i Pender, założyciele spółki Venture Global LNG, w trakcie odbywającej się w Waszyngtonie Światowej Konferencji Gazowej podpisali porozumienie dotyczące warunków dostaw 2 mln ton skroplonego gazu ziemnego rocznie z nieistniejących jeszcze w Luizjanie terminali Calcasieu Pass LNG i Plaquemines LNG. Pierwsze statki z amerykańskim błękitnym paliwem miały trafić do Świnoujścia w 2022 r.
„To dla nas zaszczyt, że wśród naszych partnerów znalazło się PGNiG, jeden z liderów rynku energetycznego w tej części Europy”, dumnie oświadczyli prezesi Sabel i Pender. „Zakup LNG w USA pozwoli nam nie tylko na dalszą dywersyfikację naszego portfela importowego od 2022 r., ale także umożliwi rozwój naszych kompetencji tradingowych i obecność jako globalnego gracza na rynku LNG”, wtórował im prezes Woźniak.
Choć w 2018 r. Venture Global na realizację tych inwestycji zebrała tylko 525 mln dol., to prezesi mieli plan! Legenda głosi, że Sabel, by namówić inwestorów, jeździł po Teksasie starym chevroletem i tłumaczył im, że eksport LNG będzie lukratywnym biznesem. Mimo że spółka nie posiadała własnego terminalu, zawarła kontrakty na dostawy gazu z takimi koncernami jak Shell, BP, włoski Edison, chiński Sinopec czy hiszpański Repsol. Dla banków była to gwarancja, że interes jest pewny i można udzielić spółce kredytów.
28 września 2018 r. PGNiG i Venture Global LNG zawarły dwa 20-letnie kontrakty na dostawy 2 mln ton skroplonego gazu w formule Free on Board, czyli że strona polska będzie odbierała gaz swoimi statkami i będzie mogła sprzedać go na wolnym rynku.
Umowy te w późniejszych latach były aneksowane i obecnie Orlen (który wchłonął PGNiG) powinien każdego roku odbierać 5,5 mln ton LNG z Luizjany. Tyle że, jak mówią przedstawiciele naszego narodowego producenta paliw, „spółka Venture Global realizuje swoje zobowiązania w ograniczonym zakresie w porównaniu do tego, co zapisano w kontraktach”.
Za tym uprzejmym zwrotem kryje się brzydka prawda. Zgodnie z umową zawartą w 2018 r. dostawy gazu dla PGNiG (obecnie Orlenu) powinny się rozpocząć w 2022 r. Tymczasem pierwszy statek z LNG od Venture Global zjawił się w Świnoujściu… pod koniec kwietnia 2025 r.
By uzupełnić braki w dostawach, pojawiające się w związku z tym, że Amerykanie nie realizowali swoich zobowiązań z 2018 r., Orlen od trzech lat zmuszony był kupować gaz na wolnym rynku, często po bardzo wysokich cenach. Ile go to kosztowało? Szacunki mówią o dodatkowych ok. 900 mln dol. tylko w 2022 r. Łącznie do 2025 r. mogło to być znacznie
Zbigniew Derdziuk – tajemniczy prezes ZUS
Kompetencje niejasne, zadania rozmyte, pozycja niepodważalna
Big Brother
ZUS to instytucja nieprzejrzysta. Nad wszystkim wisi fasadowa rada nadzorcza, ciało bez realnych kompetencji i wpływu(1). Sam ZUS dysponuje uprawnieniami quasi-śledczymi, sądowymi i egzekucyjnymi. Co to znaczy w praktyce? Na przykład to, że pozew przeciwko ZUS trzeba złożyć… za jego pośrednictwem(2). Jakby ofiara policyjnej przemocy musiała się skarżyć poprzez swojego oprawcę.
ZUS to także cichy terrorysta. Jedno naciśnięcie klawisza i człowiek albo część jego historii znika z systemu. Pozostaje się bez środków do życia, bez informacji i możliwości obrony(3). O prawdziwym obliczu ZUS mówi się szeptem. Publiczna krytyka? Zawsze wiąże się z ryzykiem.
Cyfrowa fikcja
Kto to stworzył? Kto za to odpowiada? Odpowiedzialność się rozmywa, ale jedno nazwisko pozostaje centralne: Zbigniew Derdziuk, obecny prezes ZUS.
System obowiązkowych ubezpieczeń nie powstał z dnia na dzień. Kształtował się latami, a Derdziuk w ostatnich latach był jednym z jego architektów. Już za swojej pierwszej kadencji (2009-2015) wdrażał fundamenty obecnego „nowoczesnego ZUS”: e-ZLA, PUE, automatyzację wypłat. Na papierze wyglądało to jak postęp, w praktyce – cyfrowa wersja kafkowskiego koszmaru: formularze, których nie da się wysłać, decyzje korygowane po trzech latach, algorytmy bez empatii i sprawności (bo system ZUS nie potrafi liczyć).
W 1985 r. ZUS zatrudniał 15 tys. urzędników i obsługiwał 15 mln osób. Dziś zatrudnia ok. 45 tys. i obsługuje… tyle samo. Różnica? Miliardy złotych wydane na informatyzację, która miała „pomóc”.
Derdziuk wcześniej brał udział w reformie emerytalnej w 1999 r., która rozmontowała system repartycyjny i wprowadziła fikcyjny kapitał. Skutki były tak poważne, że jako prezes musiał je potem rozbrajać jak miny. Teraz, po dziewięciu latach, wrócił na stanowisko. I choć podkreśla, że nie odpowiada za obecny stan ZUS, prawda jest inna: to on ten system współtworzył, wdrażał i utrwalał. ZUS nie da się zepsuć w rok. Ale jeśli ktoś miałby psuć go konsekwentnie przez ćwierć wieku, Derdziuk był przy tym niemal zawsze.
Kim jest Zbigniew Derdziuk?
Oficjalna narracja brzmi jak z folderu promocyjnego: wulkan energii, człowiek orkiestra, niezatapialny technokrata, który odnajduje się w każdej politycznej konfiguracji: od AWS i Balcerowicza, przez PiS i PO, po mBank i… rekomendację Lewicy. Nie „człowiek bez właściwości”, lecz człowiek wszystkich właściwości, pasujących do każdej epoki. Można by nim obsadzić całą Radę Ministrów i jeszcze starczyłoby na kilku wojewodów.
Nie kojarzycie? To zrozumiałe. W przestrzeni publicznej tak naprawdę istnieje tylko jeden artykuł o Zbigniewie Derdziuku – na Wikipedii. I to ten tekst media powielają od lat. Refren? „Bezpartyjny fachowiec”. Brzmi ładnie i niczego nie wyjaśnia. Problem w tym, że przez trzy dekady Derdziuk pobierał wynagrodzenie u co najmniej 30 pracodawców, nie dorywczo, lecz na stanowiskach kierowniczych, nadzorczych i zarządczych. Żeby nie być gołosłownym…
Człowiek renesansu administracji
Kariera Zbigniewa Derdziuka to gotycka Księga rekordów Guinnessa. Zaczynał jako dyrektor w TVP i TV Puls, potem był konsultantem międzynarodowym, członkiem rady nadzorczej OBOP, sekretarzem stanu, szefem Kancelarii Premiera, ministrem w rządzie Tuska, sekretarzem miasta Warszawy, dwukrotnym prezesem ZUS (2009-2015 i od 2024), a także doradcą zarządu mBanku.
W sektorze finansowym pełnił funkcje w PKO BP, PBI i Banku Pocztowym. Zasiadał w radach nadzorczych BGK, Totalizatora Sportowego, Amiki, PZU, Postdaty, Scanmedu, Winuela i Metra Warszawskiego. Od 2020 r. kierował Roma Office Center, spółką archidiecezji warszawskiej.
Na arenie międzynarodowej przewodniczył komisjom ISSA (International Social Security Association – Międzynarodowe Stowarzyszenie Zabezpieczenia Społecznego) i współpracował z Polskim Stowarzyszeniem Ubezpieczenia Społecznego. Udzielał się w projektach doradczych przy prezydencie Kaczyńskim, Polskiej Agencji Informacyjnej i w strukturach
PRZYPISY
- Rada Nadzorcza ZUS to 10-osobowy organ mający reprezentować rząd, pracodawców i związki zawodowe. W praktyce instytucjonalna fikcja, powoływana przez premiera, bez realnych kompetencji. Nie może powołać ani odwołać prezesa, nie ma wpływu na strategię, decyzje ani wewnętrzne zarządzenia. Jej opinie są doradcze, czyli ignorowane, a posiedzenia niejawne.
- Odwołanie od decyzji ZUS trzeba złożyć przez ten oddział, który ją wydał. Podstawa prawna: art. 477 par. 2 kpc i art. 83 Ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.
- Z danych Rzecznika Praw Obywatelskich z lat 2020-2024 wynika, że ZUS co roku generuje ponad 4 tys. skarg, dotyczących m.in. przewlekłości postępowań, absurdalnych uzasadnień odmów oraz konsekwentnego ignorowania zaleceń RPO. Sam rzecznik mówi już nie o przypadkach, lecz o systemowej oporności instytucji. Według danych sądów co roku toczy się 120-160 tys. spraw z zakresu ubezpieczeń społecznych, z czego niemal 100 tys. kończy się wyrokiem. Większość tych spraw to spory z ZUS. Przy ok. 45 tys. pracowników ZUS łatwo policzyć, że statystycznie każdy urzędnik tej instytucji wydaje rocznie trzy-cztery decyzje, które kończą się w sądzie. A przecież mówimy tylko o sprawach, które obywatelom udało się zaskarżyć. Przeciętny pracownik ZUS ma co najmniej kilka sądowych „dzieci” rocznie, a dodatkowo całą gromadkę „niewidzialnych” decyzji – błędnych, ale skutecznych, bo nikt się nie odwołał. Wszystko w ramach instytucji, która ma służyć obywatelowi.
Miliardy w czarnej dziurze
Hejtowani górnicy znów jadą do Warszawy
Byli w sierpniu, a pod koniec września znowu się wybierają do Warszawy. Mowa rzecz jasna o górnikach. Przez 500 dni mieli gdzie demonstrować w Katowicach, ale już nie mają. Ministerstwo Przemysłu, powołane przez rząd Donalda Tuska 20 lutego 2024 r., zaczęło działalność 1 marca. Urzędowało w monumentalnym gmachu peerelowskiego Ministerstwa Górnictwa, który był siedzibą Kompanii Węglowej, a następnie Polskiej Grupy Górniczej. Tę ostatnią wyrzucono z budynku, by zrobić miejsce dla prof. Marzeny Czarneckiej, koleżanki Borysa Budki (oboje pracują w tej samej katedrze Śląskiego Uniwersytetu Ekonomicznego). Czarnecka została szefową nowego resortu.
Nieznane są jej dokonania, ale też nieznane są powody, dla których to jedyne działające poza Warszawą ministerstwo powstało. Wprawdzie tworząc ten nowy podmiot, rząd informował: „Pomimo swojej lokalizacji resort nie ograniczy się do działalności wyłącznie w regionie. Zajmie się nie tylko sprawami górnictwa i hutnictwa, ale też m.in. gospodarki ropą, gazem i polityką atomową”, praktyka jednak okazała się inna. Ministerstwo nie zajmowało się ani górnictwem, ani tymi pozostałymi kwestiami. Aktywność Marzeny Czarneckiej jako jego szefowej ograniczała się do spotkań i do wypowiedzi. Te ostatnie bywały zaś wyjątkowo niefortunne.
Upadki i wzloty
W kwietniu 2024 r. Czarnecka udzieliła wywiadu, w którym powiedziała, że spółki energetyczne będą łączone z kopalniami. A wiadomo, spółki energetyczne przynoszą krociowe zyski, natomiast kopalnie na odwrót. „Kursy runęły po zapowiedzi pani minister”, donosiła telewizja TVN 24. I była to prawda. Spółki energetyczne są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych. Zapowiedź łączenia górnictwa i energetyki spowodowała prawdziwe finansowe trzęsienie ziemi. Akcje PGE spadły o 8,5%, Tauron stracił 5,2%, kurs Enei zapikował o 11%. Głos w tej sprawie musiał zabrać sam premier. Donald Tusk oznajmił, że bardzo ceni profesjonalizm Czarneckiej: „Mam zaufanie do pani minister, jest bardzo kompetentna. (…) Jestem spokojny co do trafności oceny pani minister przemysłu”.
Po miesiącu Czarnecka znowu wstrząsnęła giełdą. Na antenie TVP Info stwierdziła, że skarb państwa jest zainteresowany przejęciem aktywów węglowych od spółek energetycznych. Właściciele akcji tych ostatnich wpadli w euforię, inni rzucili się kupować aktywa tych samych firm, które w kwietniu zaliczyły potężne spadki. Jak wtedy kurs runął, tak teraz wzbił się: notowania PGE wzrosły o ponad 6%, Tauron zyskał ok. 7,5%, Enea niemal 7%. Jako przyczynę tych wzrostów eksperci ponownie wskazywali wypowiedź pani minister. Ostatecznie ani jedno, ani drugie się nie dokonało.
Dowodem, że powołanie Ministerstwa Przemysłu było niewypałem, jest jego likwidacja już półtora roku po utworzeniu. Ale górnicy nie musieli podróżować do Warszawy, żeby demonstrować. W marcu tego roku pod oknami minister Czarneckiej pojawili się związkowcy z kopalni Bielszowice. Nie mieli daleko, gdyż kopalnia ta znajduje się w Rudzie Śląskiej, mieście graniczącym z Katowicami. Protestowali przeciwko planowi likwidacji kopalni, co miałoby nastąpić w lipcu 2026 r.
Dwa miesiące później do Ministerstwa Przemysłu wkroczył europoseł Grzegorz Braun z, jak powiedział, interwencją poselską. Zadawał pytania dotyczące likwidacji kopalń i umowy społecznej zawierającej gwarancje zatrudnienia dla górników. Ta wizyta trwała zaledwie chwilę. Braun zerwał unijną flagę i podeptał ją. Następnie pojechał pod kopalnię Wujek, gdzie dokonał spalenia flagi pod pomnikiem zastrzelonych górników. A działo się to w tym samym dniu, w którym Parlament Europejski uchylił mu immunitet w związku z zarzutami dotyczącymi użycia gaśnicy proszkowej w Sejmie. Ministerstwo Przemysłu wykazało się rzadką aktywnością, kierując do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przez Brauna przestępstwa.
Po co te protesty
Teraz górnicy w obronie swoich interesów znów muszą jeździć do Warszawy. Byli 28 sierpnia, a wkrótce, 27 września, pojawią się na kolejnym proteście.
Sierpniowy wyjazd zorganizowali związkowcy z nomen omen Sierpnia 80. Pojechali, by zaprotestować pod biurami: Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz z Polski 2050 oraz Miłosza Motyki z PSL. Pani minister funduszy i polityki regionalnej podpadła stwierdzeniem, że dopłaty do górnictwa
Kolej jest dobra dla Polski
Odbudowa kolei rozwiąże problemy transportowe i zmniejszy wykluczenie komunikacyjne
Karol Trammer – twórca i redaktor naczelny dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” poświęconego kolei. Niebawem ukaże się jego książka „Przestawianie zwrotnicy. Jak politycy bawią się koleją”.
Czy są jakieś plany przywrócenia kolei należnego jej prestiżu i znaczenia?
– Nie używałbym słowa prestiż, mówiłbym raczej o kluczowej roli, jaką jest zapewnianie mobilności społeczeństwu i dobrych warunków dla logistyki. Generalnie, jeśli chodzi o ruch pasażerski, to powoli wraca on do łask. Oznacza to, że na obecnym etapie łaska polityków jest nieco większa niż dwie, trzy dekady temu, kiedy na kolej spoglądano jak na balast, który nie chce dostosować się do gospodarki rynkowej, chociaż musi. To rozumowanie sprowadzało się do tego, że kolej jest nierentowna i tak jak inne nierentowne branże musi się kurczyć i zanikać. W latach 90. nie widziano w kolei narzędzia do rozwiązywania problemów społecznych i gospodarczych. Dziś podejście polityków do transportu kolejowego trochę się zmieniło, ale nie uważam, by wszystkie decyzje podejmowano w sposób w pełni przemyślany i strategiczny. Obecnie niepokojące są działania dotyczące kolei towarowej. Niekończąca się restrukturyzacja spółki PKP Cargo, która w 2013 r. weszła na giełdę, polega – tak jak w najgorszych dla kolei latach 90. – na zwalnianiu pracowników, złomowaniu taboru i wyprzedawaniu zapleczy serwisowych. Przewoźnik, zamiast walczyć o klientów, dopasowuje swoje zasoby do zmniejszających się przewozów.
Co można z tym zrobić?
– Jeśli reforma polega na nieustannym zmniejszaniu zasobów, to prowadzi na dno, od którego potem trudno się odbić. Do dziś zresztą widzimy skutki polityki cięć w przewozach pasażerskich – wykorzystanie kolei mimo jej renesansu wciąż jest w Polsce mniejsze niż w Szwajcarii, Niemczech, Austrii czy nawet na Węgrzech, w Czechach i na Słowacji.
Jeśli chodzi o kolej towarową, to zgłaszane są pomysły jej rozwoju, ale szybko odkłada się je na półkę. Zamiast tego do PKP Cargo są ściągani specjaliści od zwalniania personelu i cięcia zasobów. A zbyt małe zasoby były przyczyną dwóch największych kryzysów w PKP Cargo w ostatnich latach. Najpierw w 2017 r., gdy zamknięto na czas modernizacji magistralę Lublin-Warszawa i pociągi z węglem z Bogdanki do elektrowni Kozienice, Ostrołęka i Połaniec musiały zostać skierowane na długie objazdy. W tej sytuacji do przewozu tej samej ilości węgla potrzeba było znacznie więcej wagonów – szybko zaczęło ich brakować i kryzys rozlał się na cały kraj: kopalnie alarmowały, że nie mają gdzie składować wydobytego węgla, bo PKP Cargo nie podstawia pociągów, a elektrownie raportowały, że mają za małe rezerwy węgla, bo pociągi nie docierają na czas. Kolejny kryzys miał miejsce w 2022 r. – po wprowadzeniu embarga na węgiel z Rosji sprowadzano go z RPA czy Indonezji. PKP Cargo dostało zadanie szybkiego przewiezienia tego węgla w głąb kraju. Miało jednak za małe zasoby i musiało zrezygnować z części dotychczasowych klientów. Dalsze zmniejszanie zasobów to proszenie się o kolejne kłopoty.
Czytałem artykuł byłego ministra transportu Tadeusza Syryjczyka utrzymany w zupełnie innym tonie. Pokazywał, że PKP Cargo to europejska potęga. Były minister lansuje hasło „Make Cargo Great Again”.
– Z wzorowanym na haśle wyborczym Donalda Trumpa sloganem „Make Cargo Great Again” przyszedł Marcin Wojewódka, który był prezesem PKP Cargo od kwietnia do grudnia 2024 r. i zwolnił w tym czasie 4 tys. pracowników. Choć zapowiadał, że będzie odzyskiwał klientów i zdobywał nowych, realizowana liczba przewozów spadła, a udział PKP Cargo w rynku kolei towarowej na początku 2025 r. był najniższy w historii. A do opinii ministra Syryjczyka podchodzę z dużą rezerwą – to za jego kadencji dokonano największej rzezi połączeń kolejowych: z początkiem kwietnia 2000 r. zlikwidowano ruch pasażerski na 1028 km sieci kolejowej.
Ludzie, którzy likwidowali kolej, dziś mówią o potrzebie jej odbudowy. Prawdą jest, że mamy rozwinięty rynek przewozów towarowych – działa na nim kilkudziesięciu przewoźników: państwowych, prywatnych, zagranicznych. Swoich przewoźników mają duże spółki skarbu państwa: Orlen, KGHM, Grupa Azoty. Na polskich torach obecne są koleje niemieckie, czeskie, jest też prywatny kapitał z USA i Wielkiej Brytanii. Mimo to rynek pozostaje w stagnacji. Przewoźnicy podbierają sobie klientów, a PKP Cargo od lat zajmuje się ciągłą restrukturyzacją.
Dużą barierą dla wzrostu przewozów jest infrastruktura kolejowa. Sieć modernizowano w sposób pogarszający warunki dla ruchu towarowego: likwidowano ładownie, odcinano bocznice, a przede wszystkim masowo degradowano stacje do roli przystanków, czyli likwidowano dodatkowe tory, niezbędne do tego, aby składy towarowe mogły przepuszczać szybsze pociągi pasażerskie. Przez to pociągi towarowe muszą czekać z wyruszeniem w trasę kilka, kilkanaście godzin, aż zakończy się szczyt w ruchu pasażerskim lub wręcz nastanie noc. W przypadku zakłóceń opóźnienia w ruchu towarowym sięgają wielu godzin czy nawet liczone są w dobach, a terminowość jest w logistyce coraz istotniejsza.
Wspominał pan, że były zgłaszane pomysły uzdrowienia przewozów towarowych.
– Dotyczyły m.in. odzyskiwania mniejszych klientów. Gdy PKP Cargo
Dziennikarze muszą patrzeć władzy na ręce
Magdalena Rigamonti z Onetu laureatką Nagrody im. Henryka Panasa 2025
Wybór laureatów Nagrody im. Henryka Panasa nie jest łatwy. Kryteria przyjęte przez organizatorów, czyli olsztyńskie oddziały Stowarzyszenia Dziennikarzy RP i Związku Literatów Polskich, ograniczają poszukiwania kandydatów, których dorobek zawodowy musi współgrać z dokonaniami patrona. A Henryk Panas (1912-1985) to legenda dziennikarstwa i literatury nie tylko regionalnej. Jego powieść „Według Judasza” zrobiła furorę w latach 70. i była tłumaczona na języki obce. Laureat nagrody jego imienia powinien też być związany z Warmią i Mazurami, gdzie Panas spędził 30 lat życia. Lwowiak z urodzenia, filozof z wykształcenia, więzień Workuty, żołnierz armii Andersa, w 1947 r. powrócił do kraju, odnalazł rodzinę we Wrocławiu i tam włączył się w rytm powojennego życia jako nauczyciel i działacz społeczny. Wisiała jednak nad nim andersowska przeszłość i musiał „się schować” na Mazurach. Tam jako kierownik wiejskiej szkółki pisał opowiadania, zdobywając nagrody w konkursach literackich. W 1955 r. przeniósł się do Olsztyna. Został naczelnym pisma „Warmia i Mazury”, w krótkim czasie stając się numerem 1 środowiska twórczego.
Taką gwiazdą z pewnością jest Magdalena Rigamonti, dziennikarka Onetu, wcześniej pisząca w „Newsweeku Polska”, „Wprost” i „Dzienniku Gazecie Prawnej”, znana jako mistrzyni wywiadu prasowego, autorka licznych książek, w tym „Niewygodni. Mówią prawdę o wojnie”. Ponadto wraz z Tomaszem Sekielskim prowadzi podcast „Rachunek sumienia”. Jej kandydaturę zgłosił Wacław Radziwinowicz, laureat III edycji Nagrody Panasa, który interesował się cyklem rozmów Rigamonti „Żałoba po Rosji”. Okazało się, że pod nazwiskiem Łukaszewicz kończyła IV LO im. Marii Skłodowskiej-Curie w Olsztynie, uczestnicząc w projektach kulturalnych miasta. Na dodatek pochodzi z warmińskiego Pieniężna, a jej wybór stał się tym bardziej oczywisty, że – to kolejne kryterium – jest stała w poglądach.
Tak jak Henryk Panas, którego na uroczystej gali w olsztyńskim zamku, dokładnie w 40. rocznicę jego śmieci (11 września 1985 r.) przypomniał Maciej Wilczek, wnuk patrona, również dziennikarz i pisarz. Nagrodę honorowym patronatem objął marszałek województwa warmińsko-mazurskiego Marcin Kuchciński, a w jego imieniu statuetkę z wizerunkiem patrona wręczyła – w towarzystwie syna pisarza Jacka Panasa – członkini zarządu województwa Maria Bąkowska. Natomiast gratulacje składał wiceprzewodniczący Kapituły Nagrody, redaktor naczelny „Przeglądu” Jerzy Domański, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy RP (przy okazji wygłosił krytyczną opinię o stanie polskiego dziennikarstwa). List od drugiego współprzewodniczącego, prezesa ZLP Marka Wawrzkiewicza, odczytał Andrzej Cieślak, prezes oddziału ZLP, obchodzącego właśnie 70 lat istnienia na Warmii i Mazurach. Do gratulacji dołączyli prezydent Olsztyna Robert Szewczyk, wicestarosta Artur Wrochna, wicewojewoda Zbigniew Szczypiński i laureat IV edycji Wiktor Marek Leyk. Z kolei przewodniczący oddziału SDRP Marek Książek odczytał listy gratulacyjne od laureata II edycji Aleksandra Kwaśniewskiego oraz ministra nauki i szkolnictwa wyższego Marcina Kulaska, też pochodzącego z Olsztyna. Zdalnie gratulacje przekazał laureat I edycji Krzysztof Daukszewicz. Galę prowadzili Katarzyna Leśniowska i Piotr Burczyk.
Wystąpienie Magdaleny Rigamonti o roli dziennikarstwa, w tym o przeciwdziałaniu dezinformacji i patrzeniu na ręce władzy, spotkało się z gorącym przyjęciem licznie przybyłej na zamek publiczności. Warto dodać, że tego samego dnia laureatka jako przedstawicielka Press Club Polska otworzyła w Olsztynie wystawę „Oczy wojny”, a także złożyła kwiaty pod tablicą upamiętniającą Henryka Panasa na jego domu przy ulicy Księcia Witolda.
(mk)
Proszę państwa, oto „Miś”
W KO jest skreślony. W PSL patrzą na niego podejrzliwie. Czy Michał Kamiński będzie budował partię prezydencką?
Jeszcze kilka miesięcy temu takie spekulacje można by uznać za political fiction. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że wybory prezydenckie wygra Rafał Trzaskowski, a polityka ugrzęźnie w bagnie nudy. Ale decyzją suwerena najważniejszy urząd w państwie objął wyciągnięty z kapelusza człowiek o szemranej przeszłości. Coraz bardziej niedomagający Jarosław Kaczyński nie może jednak spać spokojnie. Karol Nawrocki w przeciwieństwie do Andrzeja Dudy nie zamierza być tylko notariuszem, ma o wiele większe ambicje. I nie chodzi o objęcie schedy po prezesie PiS. Prezydent chce zawalczyć o przywództwo polskiej prawicy. „Próby zwerbowania różnych posłów z Konfederacji i PiS do nowego projektu »Tylko Polska« (K. Nawrocki) prowadzi senator Koalicji 15X. Jakże dziwna jest ta polska polityka”, napisał na platformie X Roman Giertych. Jak można się domyślić, niewymienionym z nazwiska senatorem jest Michał Kamiński.
„Misiek” wchodzi do gry
Wedle kuluarowych plotek wicemarszałek Senatu, który mandat zdobył dzięki Paktowi Senackiemu (reprezentując PSL), nie tylko szuka dla siebie nowego miejsca na scenie politycznej, ale wręcz zamierza tę scenę gruntownie przemeblować. A budowa partii prezydenckiej byłaby nie lada wyzwaniem. Jak wiemy, obrotowy senator, zwany przez kolegów „Misiem” lub „Miśkiem”, brał udział w nocnym tajnym spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim, Szymonem Hołownią i dawnym przyjacielem Adamem Bielanem. Schadzka wywołała polityczną burzę, a politycy partii demokratycznych zostali oskarżeni o spiskowanie przeciwko Donaldowi Tuskowi.
Dodajmy do tego tajemniczą wyprawę do USA, która przypadkiem (?) zbiegła się z pobytem w Waszyngtonie Adama Bielana (europoseł PiS przygotowywał wizytę Karola Nawrockiego w Białym Domu). Pytany przez dziennikarzy, co robił i z kim w USA się spotykał, Kamiński odparł arogancko, że „były to jego spotkania polityczne i nie musi o nich mówić”. Ale dodał, że nie widział się z Bielanem. Sojuszników zaś przekonywał do „zostawienia amerykańskich żołnierzy w Polsce”. Czyli „Misiek” musiał prowadzić rozmowy ze współpracownikami Donalda Trumpa. Nie reprezentował jednak w USA polskiego rządu. A więc kogo?
Wydaje się nieprawdopodobne, żeby wicemarszałek Senatu pojechał załatwiać sprawy wagi państwowej bez osłony kontrwywiadowczej i wsparcia polskiej ambasady. MSZ poinformowało mnie, że „nie ma wiedzy o wizycie” Kamińskiego w USA. Z kolei MON, na czele którego stoi prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz, a rzecznikiem jest Janusz Sejmej, wpływowy działacz Stronnictwa, w sprawie eskapady Kamińskiego odesłało mnie do biura prasowego… PSL.
Te wszystkie dziwne i tajemnicze zabiegi „Miśka”, plotki i domysły krążące na jego temat nie powinny nikogo dziwić. Polityk ten ma tak barwną przeszłość, tak często zmieniał partyjne szyldy, przesuwając się od ekstremistycznej prawicy do centrum, że jest wielce prawdopodobne, iż wkrótce stanie się akuszerem skupiającej nacjonalistów, rasistów i homofobów partii Karola Nawrockiego. I jeśli nadarzy się okazja, przyłoży rękę do obalenia rządu Donalda Tuska. A jak wiemy, ludowcy sondowali wśród swoich działaczy, czy partia powinna utworzyć rząd z PiS i Konfederacją.
Według moich informacji Kamiński knuje przeciwko Tuskowi od kilku dobrych miesięcy, spotykając się potajemnie m.in. z politykami PiS, w tym z Adamem Bielanem. Spiskowanie zaś sprawia, że popada się w paranoję. W kwietniu br. „Misiek” oskarżył marszałkinię Małgorzatę Kidawę-Błońską o inwigilację w „ubecki sposób”. „Mój senacki kierowca został poproszony, żeby na mnie donosić, ale odmówił. Powiedział, że nie będzie informował o moich chorobach, moim życiu rodzinnym, dokąd jeżdżę, z kim się spotykam”, oświadczył zdenerwowany. Okazało się jednak, że nikt go nie chciał szpiegować. Kierownik działu transportu Senatu jedynie poprosił podległych sobie kierowców, aby informowali go o nieobecnościach wicemarszałków, by „usprawnić organizację i efektywne zarządzanie czasem pracy kierowców”.
Polska dla Polaków
Choć „Misiek” ma 53 lata, można go nazwać politycznym starym wyjadaczem. Nie był jeszcze pełnoletni, gdy związał się z faszyzującym Narodowym Odrodzeniem Polski, którego trzon stanowili skinheadzi. Jesienią 1989 r. NOP przystąpiło do tworzącego się Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, a Kamiński został najmłodszym członkiem założycielem nowej partii prawicowej. Jednak działacze NOP (ok. 300 osób) szybko opuścili szeregi ZChN. „W ZChN zostało tylko czterech, wśród nich Michał Kamiński. Już wtedy umiał wyczuć, skąd wieje wiatr, potrafił się przyssać do ludzi władzy”, mówił przywódca NOP Adam Gmurczyk w rozmowie z „Gazetą Polską” (listopad 2011).
„Misiek” dostał posadę w biurze parlamentarnym ZChN, a po wyborach w 1991 r. został asystentem Wiesława Chrzanowskiego. Wybory parlamentarne w 1993 r. miały być dla Kamińskiego furtką do wielkiej polityki. Mandatu nie zdobył, choć starał się bardzo. Zorganizował antyimigrancką nagonkę na obywateli byłego ZSRR. Na Dworcu Centralnym w Warszawie rozdawał ulotki o treści „Ojczyzna jest dla nas” i „Przybysze ze Wschodu przywożą tyfus, malarię i inne choroby. Ich tania siła robocza wypiera polskich pracowników”. Pytany o antychrześcijański stosunek do ludzi zza wschodniej granicy odparł: „Najpierw kocham własną rodzinę, potem własny naród, a dopiero później troszczę się o inne narody”.
Po przegranych wyborach został na Wiejskiej jako… korespondent sejmowy gdańskiego Radia Plus. Dziennikarze i politycy wspominają go jako świetnego kompana alkoholowych imprez. A potrafił wypić dużo. Najlepsze relacje z Sejmu „na żywo” nadawał, gdy był na megakacu, z głowy, bez czytania z kartki.
W 1994 r., mając zaledwie 23 lata, Kamiński awansował na rzecznika prasowego ZChN, a rok później był już rzecznikiem komitetu wyborczego Hanny Gronkiewicz-Waltz, kandydatki prawicowych ugrupowań kanapowych w wyborach prezydenckich. To wtedy poznał Adama Bielana, wówczas studenta Szkoły Głównej
Bagaż ratunkowy
Czy posiadanie plecaka ewakuacyjnego to realna potrzeba, czy marketing oparty na strachu?
Plecaki ewakuacyjne, określane również jako BOB (od angielskiego bug-out bag), to rodzaj specjalnego bagażu przeznaczonego do spakowania najważniejszych przedmiotów i zasobów na wypadek nagłych zdarzeń, takich jak klęski żywiołowe, długotrwały brak prądu (blackout) czy inne sytuacje wymagające szybkiego opuszczenia miejsca zamieszkania. Taki awaryjny bagaż musi być gotowy do użycia od ręki. Umieszcza się go w łatwo dostępnym miejscu, by można było w razie potrzeby szybko zabrać go ze sobą. Słowem, buty, plecak i w drogę.
Część z nas zadaje sobie jednak pytanie, czy plecak ewakuacyjny jest realną potrzebą, czy opartą na marketingu strachu odpowiedzią biznesu na bieżące wydarzenia. Inni z kolei pytają wprost, co mają do takiego plecaka zapakować.
Straszą czy zapomnieli powiedzieć?
Ktoś, kto widział w Kanale Zero prezentację plecaka ewakuacyjnego w wykonaniu ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza (11 lipca br.), niekoniecznie został przekonany do zakupu takiego zestawu sprzętowego. Szefowi MON zdecydowanie brakuje zdolności marketingowych. Widać to było szczególnie wtedy, kiedy opowiadał, że latarka może służyć nie tylko jako źródło światła, ale również do oślepienia przeciwnika. Mimo starań minister Kosiniak-Kamysz wyglądał jak dziecko podczas odpakowywania prezentów urodzinowych, które musi pokazywać rodzinie, co dostało, trafnie nazywając kolejne przedmioty: „bidon!”, „kompas z gwizdkiem!”.
Zarówno wystąpienie dotyczące plecaków, jak i komunikaty na temat rozesłania do każdego gospodarstwa domowego rządowego „Poradnika bezpieczeństwa” czy objaśnianie rodzajów sygnałów alarmowych spowodowały, że część rodaków wpadła w konsternację.
Od prawie czterech lat przy wschodniej granicy mamy strefę wojny. Po ogólnokrajowym zrywie pomocy dla Ukraińców przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. Nikt – a odpowiedzialność ta należała już do rządu PiS, który w 2022 r. był u sterów władzy – nie przygotował mentalnie obywateli na to, że mogą ich spotkać różne mniejsze czy większe niedogodności związane z konfliktem zbrojnym dziejącym się niedaleko polskiej granicy.
Do rozmowy o tym, że warto być przygotowanym na różne ewentualności, nie usiedliśmy również w zeszłym roku, po wielkiej wrześniowej powodzi. Przebudzenie nastąpiło dopiero w nocy z 9 na 10 września, po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez ok. 20 rosyjskich dronów.
Decydenci z pomocą mediów zaczęli nas zalewać kolejnymi komunikatami. Na rządowej stronie Gov.pl dostępna jest instrukcja postępowania dla obywateli w razie różnych sytuacji kryzysowych – od przerw w dostawach prądu po ewakuację związaną z atakiem z powietrza. Nazwano ją „Poradnikiem bezpieczeństwa”. Chociaż trudno
Dlaczego młodzi Polacy są przeciw?
To im prezydenturę zawdzięczają Duda i Nawrocki
Dr Adam Kądziela – adiunkt w Katedrze Socjologii Polityki i Marketingu Politycznego Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Kierownik projektów badawczych dotyczących partycypacji wyborczej młodych Polaków. Autor m.in. publikacji „Polityczny portret młodych Polaków 2023” i „Determinanty partycypacji wyborczej młodych Polaków”.
Czy młodzi się zbuntowali? Ostatnie wybory to jednorazowy wyskok czy zapowiedź pewnej tendencji?
– Młodzi świadomie głosują przeciwko status quo. Są zbuntowani z natury. Widać to wyraźnie, gdy przeanalizujemy wyniki wyborów wśród najmłodszych wyborców i ich preferencje od 2015 r.
To było też widać w pierwszej turze wyborów prezydenckich.
– I to bardzo wyraźnie. Ponad 55% głosów młodych padło na Sławomira Mentzena i Adriana Zandberga. Można to traktować jako formę buntu, ale ten bunt widzimy każdorazowo w wyborach od dekady. Jeżeli przeanalizujemy te wyniki, to w najmłodszej grupie widzimy pokaz sprzeciwu wobec rządzącej klasy politycznej, ktokolwiek by nią był. Co ciekawe, ten sprzeciw wyraża się nie w politycznej apatii, ale w rosnącej aktywności wyborczej i w poparciu kandydatów antysystemowych. W 2025 r. mieliśmy do czynienia z rekordową frekwencją wyborców w wieku do 29 lat. W pierwszej turze wyniosła 72,8%, a w drugiej była o 3,5 pkt proc. wyższa i osiągnęła 76,3%. Ten silny głos był głosem sprzeciwu, głosem przeciwko establishmentowi.
Młodzi poparli kandydata bardziej antysystemowego?
– Tego, który nie wywodził się z obozu rządzącego. Karol Nawrocki był przede wszystkim beneficjentem transferu głosów oddanych w pierwszej turze na Sławomira Mentzena. Aż 88% wyborców Mentzena w drugiej turze zagłosowało właśnie na kandydata PiS. To on był beneficjentem tego sprzeciwu.
Co frustruje młodych?
Skąd ten sprzeciw się bierze?
– Nie ma jednej dominującej motywacji. A jeżeli koniecznie mielibyśmy ją wskazać, byłaby to wspomniana antyestablishmentowość. Żeby opowiedzieć o jej źródłach, musimy się skupić na kilku czynnikach. Z badań, nie tylko ilościowych, ale i tych pogłębionych, o których pisała także w majowym raporcie Fundacja Batorego, wyłaniają się cztery kluczowe aspekty.
Przede wszystkim aspiracje ekonomiczne, czyli frustracja wynikająca z sytuacji ekonomicznej młodego pokolenia, m.in. złej sytuacji mieszkaniowej. Gdy w 2023 r. pytaliśmy młodych o ich aktualną sytuację mieszkaniową, aż 37% deklarowało, że mieszka jeszcze z rodzicami. 20% – że wynajmuje mieszkanie z innymi osobami. A 15% dzieli z innymi osobami pokój. Okazuje się, że 70% mieszka w warunkach, które utrudniają usamodzielnienie się, nie mówiąc o założeniu rodziny. Na to nakładają się wątki związane z inflacją, z rosnącymi kosztami życia. One młodych, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy, dotykają w sposób szczególnie bolesny.
Istotną motywacją, by iść na wybory i wyrazić sprzeciw, były również obawy związane z bezpieczeństwem.
Wojną?
– Konkretnie chodzi o wojnę za naszą wschodnią granicą. Poczucie zagrożenia militarnego, a także strach przed migracją w ostatnich latach stały się dominującym źródłem obaw młodych o bezpieczeństwo, w tym w wymiarze ekonomicznym.
Pozostałe wątki, które moglibyśmy wskazać, to negatywny obraz życia publicznego, poczucie braku wpływu na politykę. Negatywna ocena życia politycznego, brak poczucia wpływu na rzeczywistość i niski poziom debaty publicznej stale się pojawiają, kiedy młodzi są pytani o ocenę otaczającej ich rzeczywistości politycznej.
Ważnym komponentem, który wzmacnia antyestablishmentowe postawy i frustrację młodych, są media społecznościowe. To one zdominowały sposób, w jaki młodzi czerpią informacje o polityce. Szczególnie krótkie formy wideo mają ogromne znaczenie: są proste, wyraziste, bardzo emocjonalne. Idealne warunki, by uderzyć w proste instynkty i dać paliwo antyestablishmentowej narracji.
Czyli iść na wybory i zrobić na złość!
– Może nie na złość, ale być przeciw głównemu nurtowi. To pokoleniowy bunt, sprzeciw. Spójrzmy na wybory w 2015 r. – wtedy młodzi poparli Pawła Kukiza, ponad 40% oddało na niego głos. Nie jest więc dla mnie zaskoczeniem, że w maju w pierwszej turze wyborów ponad 36% najmłodszych poparło Sławomira Mentzena, bo ten sprzeciw jest elementem tożsamości kolejnych grup młodych Polaków. W 2019 r. ten elektorat był kluczowy dla Konfederacji. Gdyby nie młodzi, Konfederacji nie byłoby w Sejmie. W 2023 r. z kolei masowo wsparli ówczesną opozycję. Dzięki tym wyborcom udało się utworzyć obecną koalicję. No i w 2025 r. ponownie skierowali się w stronę kandydatów spoza głównego nurtu. A w drugiej turze Karol Nawrocki, jakkolwiek by patrzeć, bardziej niż Rafał Trzaskowski był kandydatem spoza obozu władzy. Widać, że jest stały wzorzec.
Nie tacy progresywni
Młodzi są w miarę dobrze wykształceni, otwarci na świat, na Europę, co więc ich kieruje w stronę partii tradycjonalistycznych?
– Badania, które realizowaliśmy kilka miesięcy przed wyborami w 2023 r., pokazały, że w części kwestii światopoglądowych czy dotyczących usług publicznych młodzi nie są tak progresywni, jak postrzegają ich inne grupy społeczne. W części postulatów, np. dotyczących prawa aborcyjnego
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
W cieniu wielkiej wody
Rok po powodzi sołtysi z gminy Głuchołazy mówią, że zostali rzuceni na głęboką wodę
Mija rok od straszliwej powodzi z połowy września 2024 r. Trudno zapomnieć obrazy z Głuchołazów, miasta po katastrofie – zniszczonego, tonącego w mule, pozbawionego mostów. Pamiętamy Lądek-Zdrój, Stronie Śląskie, Kłodzko. I dziesiątki zalanych sołectw nad małymi ciekami czy rzeczułkami, które bezlitośnie rozrosły się i wypełzły z nieoczyszczanych rowów.
Na Opolszczyźnie straty poniosły 123 miejscowości. Powódź zniszczyła 80% dróg gminnych, uszkodziła lokalne. Ucierpiało 40% budynków mieszkalnych. Woda była bezlitosna dla mostów i infrastruktury. Trwają prace Wód Polskich nad zabezpieczaniem rzek Biała Głuchołaska czy Złoty Potok, chwilowo niegroźne cieki wróciły do zarośniętych, zamulonych koryt. Głosy sołtysów, domagających się ich systematycznego oczyszczania i udrażniania, słabo dochodzą do decydentów. Każda rozmowa o powodzi uruchamia emocje. Łzy płyną i nie kłamią. Nie zajęto się stanem emocjonalnym mieszkańców, a powódź w nich tkwi. Te emocje nie znalazły bezpiecznego ujścia. Ludzi także trzeba odbudować, jak mosty i drogi.
Sołtysi nie unikają sformułowania, że zostali wtedy rzuceni na głęboką wodę. Zaczynali pięcioletnią kadencję 1 lipca 2024 r., niektórzy po raz pierwszy.
Agnieszka, Bodzanów
Jedno z najbardziej zniszczonych sołectw – Bodzanów. Świeżo upieczoną sołtyską była rok temu Agnieszka Stępień, mama trojga dzieci, podczas powodzi w siódmym miesiącu ciąży. Patryk urodził się dwa tygodnie po terminie. Twarda Ślązaczka z Zabrza po 15 latach w Szkocji wróciła z najbliższymi do Polski, do rodzinnej miejscowości męża.
W sobotę 14 września w nocy z mężem, który w ostatniej chwili pełen niepokoju o rodzinę przyjechał ze Szkocji, sprawdzali stan wody Białej Głuchołaskiej. Opadała. Spali na parterze, żeby monitorować sytuację, około szóstej rano w niedzielę jeszcze wszystko było w porządku. Potok Bodzanowski wzbierał po opadach. – O siódmej dzwoni pani, że już po wszystkim, woda płynie. Nigdy nie przeżyliśmy powodzi, woda szybko wdzierała się na nasz ogród z dwóch stron. Nasz pies nie lubił kota, ale kiedy zabraliśmy je do domu, zaczęły się bawić i przytulać, wyczuły zagrożenie. Ratowaliśmy nasze pawie, kury – opowiada sołtyska.
Powódź rozcięła długą wieś na dwie części. Jedna, tam gdzie szkoła, przedszkole i kościół, była jak po wojnie – w mule, bez prądu. Drugą, wzdłuż asfaltówki, powódź dotknęła dużo mniej. Dziś płot szkoły jak wielobarwne kredki jest najradośniejszym punktem we wsi. Dzieci mają mieć ładnie.
Dzień po przejściu największej wody sołtyska otworzyła swoje podwórze i stodołę dla ludzi i na napływające od wtorku dary. Rozstawiono namioty. – Siedzieliśmy tu od rana do wieczora. Jak kładliśmy się spać, nie mieliśmy czasu myśleć, nie chcieliśmy nawet myśleć, co będzie. Mieliśmy dużo wolontariuszy, bardzo dużo wojska, każdy tu dostał pomoc – wspomina sołtyska. Gmina Głuchołazy współpracowała na bieżąco.
Agnieszka marzyła o chwili spokoju, wstawała wcześniej, żeby wypić w ciszy kawę w odremontowanej stodole, ale tam już było pełno ludzi, często nieznanych. – Tam był dostęp do prądu, czajników, pili kawę, rozkładali dary; zamieszanie, głośno. Nie czuliśmy się u siebie. Nie miałam już siły odbierać telefonów, poprosiliśmy panią, żeby odbierała, ale i tak ze mną chciano rozmawiać. Do dziś mam 250 połączeń nieodebranych i wiadomości z czasów powodzi, których nie byłam w stanie odczytać – przyznaje sołtyska. Zdarzało się, że ktoś brał żywność, ale nie chciał np. takiego makaronu, puszki, pytał o szynkę albo wodę mniej gazowaną, lepszy proszek. Nadmiarem rzeczy, które jeszcze długo nadchodziły, Bodzanów dzielił się z domami dziecka.
Sołtyska przyjmowała wolontariuszy czasem i nad ranem. U niej działał sztab kryzysowy. Przyjeżdżał wojskowy, proboszcz, wolontariusze, Dobra Fabryka, ustalali, co zostało zrobione, co jest potrzebne. – Mieliśmy zeszyt z pracami, z potrzebami, np. AGD. Dużo osób przyjeżdżało ze sprzętem, kierowałam ich pod konkretne adresy. Zgłosiła się firma z food truckiem; w Rudawie, dalszej części wsi, koło gospodyń, wojsko, ksiądz w klasztorze wydawali ciepłe posiłki. Nasze córeczki (wtedy 11 i 12 lat) dziennie wydawały po 200 kaw – mówi sołtyska i dumna mama. Jako rodzina dawali z siebie 100%, spali po trzy-cztery godziny, a w domu mieli dzieci i sami byli zalani.
Po co mi to było
Hejt? Oczywiście. – Spotkał naszą ochotniczą straż pożarną, że tu nie pomagała, a od początku była w Głuchołazach. Nie mieli kiedy swojego dobytku ratować. Ludzie są troszkę niesprawiedliwi. Miałam niemiłe sytuacje, ale ta była wyjątkowa: policja przyjechała na sygnale, dostali zgłoszenie, żeby sprawdzić mój punkt humanitarny. Słyszałam, że daję „swoim”, np. 30 paczek, które rozdałam, albo że nie informowałam o jakimś zasiłku. Nieprzyjemne artykuły, szkoda słów – wzdycha Agnieszka Stępień.
Doliczyła się trzech osób ze wsi, które przyszły podziękować za pracę podczas powodzi. Zdziwiła się, kiedy została zaproszona do Libiąża, skąd płynęła pomoc do Bodzanowa. – Dostałam podziękowania i prezent od burmistrza. Boże, obcy ludzie mi dziękują za coś, co robiłam dla moich mieszkańców. Dostałam podziękowania






