Kraj
Wojna o talerz
Jak protekcjonizm w Unii Europejskiej rozgrywa polską żywność
Późną jesienią w zagrodach na Kujawach gęsi białe kołudzkie będą się tłoczyły przy korytach z owsem, nim trafią na stoły w Berlinie, Monachium i Hamburgu. A tysiąc kilometrów stąd, w gmachu Berlaymont przy Rue de la Loi 200 w Brukseli urzędnicy Komisji Europejskiej będą zastanawiali się, czy ptaki te zostaną wpisane do unijnego rejestru Chronionych Oznaczeń Geograficznych (ChOG) jako „polska gęś owsiana” i staną się cenioną marką z unijną pieczęcią, czy też pozostaną zwykłym mięsem drobiowym. Wniosek Warszawy w tej sprawie wpłynął pod koniec 2025 r.
18 czerwca 2026 r. – w ostatnim dniu dopuszczalnym przez prawo unijne, przed ogłoszeniem decyzji KE – Niemcy złożyły formalny sprzeciw wobec tej rejestracji, dowodząc, że nie ma nic nadzwyczajnego w żywieniu gęsi owsem, które – zdaniem Berlina – stosuje się także w innych państwach, a to podważa „wyjątkowy” charakter naszego produktu.
Protekcjonizm i czarny PR
To nic nowego. Jeśli sektor rolno-spożywczy odpowiada za ok. 8,5% całkowitego eksportu Unii Europejskiej i należy do nielicznych branż, w których wspólnota notuje trwałą nadwyżkę handlową ze światem, żywność od dawna jest poważnym wyzwaniem politycznym. Za każdą toną sera, mięsa czy za hodowanymi w Polsce gęsiami stoją głosy wyborców wiejskich, lobbing koncernów przetwórczych i handlowych oraz budżety państw, które dopłacają do wspólnej polityki rolnej dziesiątki miliardów euro rocznie.
A gdy na stole leży coś, co karmi ludzi i zasila PKB, unijne zasady można „rozciągać” i „naginać” – zawsze z uzasadnieniem, że chodzi o bezpieczeństwo konsumentów lub ochronę lokalnych tradycji. W Europie bowiem, w odniesieniu do rynku żywności, protekcjonizm nie jest wyjątkiem od reguły – jest regułą w przebraniu złożonych przepisów prawa.
Wszystkie państwa członkowskie nauczyły się chronić własnych producentów bez stawiania barier celnych. Jedne robią to lepiej, drugie gorzej. Czasem wystarczą częstsze kontrole na granicach, sprzeciwy w procedurze oznaczenia geograficznego albo wymóg certyfikatów, których nie ma w rozporządzeniach unijnych. Bardzo skuteczne są komunikaty prasowe, które w mediach zamieniają się w czarny PR.
Tak postąpili Czesi, gdy w 2013 r. ogłosili,
Fałszywa pamięć wielkiej klęski
Ryki, race i opowieści o zwycięstwie obrażają pamięć powstania
Czy oddaliśmy pamięć o powstaniu warszawskim Bąkiewiczowi, jego kumplom i kibolstwu? Czy pamięć o tych, którzy wówczas zginęli, musi być szargana? Kolejna rocznica wybuchu powstania pokazuje, że jest coraz gorzej. Że zamiast powagi i refleksji, mamy dymiące race i krzyki. A prezydent RP opowiada bajki o zwycięstwie. Tyle z tej wielkiej tragedii chce rozumieć.
Powstanie warszawskie! Oczywiście naszym obowiązkiem jest o nim pamiętać, ale i to, byśmy się nie okłamywali. Bo to nie było zwycięstwo, lecz wielka klęska.
Tak się złożyło, że urodziłem się na warszawskiej Woli, mieszkałem w kamienicy, w której przed wojną mieszkała babcia z moim tatą. Ocaleli w zasadzie przypadkowo. Pacyfikując Wolę, Niemcy mordowali systematycznie, kamienica po kamienicy. Ale bodaj po trzech dniach doszli do wniosku, że to zbyt wiele kosztuje i lepiej ograniczyć się do rozstrzeliwania mężczyzn. W ten sposób ocalała moja babcia z 10-letnim chłopcem, moim ojcem.
Ich wspomnienia słyszałem dziesiątki razy. Że uciekli do kościoła św. Wojciecha na Wolskiej, że wychodząc, musieli iść po trupach. A potem do Pruszkowa. W naszej kamienicy – teraz to rozumiem – mieszkały w zasadzie same starsze kobiety. Do dziś je pamiętam. Chętnie zapraszały mnie na herbatę i ciasto, byłem jednym z niewielu dzieci w tym domu, więc siłą rzeczy budziłem ciepłe uczucia. Zaproszenia kończyły się podobnie – ja piłem herbatę, a sąsiadki opowiadały o swoich mężach i braciach, których zabili Niemcy. A im teraz przyszło żyć samotnie i w bólu. 30 lat po wojnie wciąż przeżywały tamte dni i cierpiały, czas dla nich się zatrzymał.
Mój ojciec, rocznik 1933, w powstaniu zanurzony był całkowicie. Kupował wszystkie książki na ten temat, mieliśmy piękny album z fotografiami, wycinał z gazet i tygodników artykuły. Kiedyś przyszedł po mnie do szkoły. Grałem w piłkę, chciałem zostać dłużej, mówiłem: Tatusiu, tak dobrze
Bo ludzie mówili
Prokuratura nadużyła zaufania społecznego – twierdzą obrońcy oskarżonych w sprawie Iwony Cygan
Gdyby wystąpienia adwokatów i repliki prokuratora mogły wywoływać pioruny, powietrze w sali sądowej, gdzie dobiegał końca proces oskarżonych o zabójstwo Iwony Cygan, raz po raz przeszywałyby błyskawice.
– Dlaczego śledztwo trwało 28 lat? Bo doszło do zmowy milczenia miejscowych sił porządkowych i obywateli miasteczka – mec. Jan Kuklewicz, obrońca Pawła K., kpiącym tonem cytuje oskarżyciela publicznego. I od razu rozprawia się z powtarzanym dziennikarzom wyjaśnieniem Bogdana Michalca, ówczesnego szefa Archiwum X: – A prawda jest taka, że zmowa milczenia miała służyć wytłumaczeniu, dlaczego dowody zbrodni są, jakie są, czyli żadne. Pokrzywdzono mieszkańców Szczucina, nazywając ich miasteczko siedzibą zbrodni. Ta szczególna omerta to pomysł na wytłumaczenie braków w postępowaniu przygotowawczym.
Cena przeszłości
Mecenas Kuklewicz przez pięć godzin podważa poszczególne tezy oskarżenia. Przekonuje, że gdyby jego klient naprawdę siał taki postrach w Szczucinie i okolicy, będąc nietykalnym dla wymiaru sprawiedliwości, jak sugerował prokurator, wcześniej nie zostałby zatrzymany i skazany razem z Robertem K. za pobicie dwóch nastolatków za to, że mieli obrażać dziewczynę Pawła K.
– Oskarżony płaci olbrzymią cenę swojej przeszłości. Był więcej niż aroganckim człowiekiem. Jako ten, który problemy zwykł załatwiać pięścią, dla określonej koncepcji oskarżenia stał się idealnym motywem.
Według prokuratury Renata G. miała wyciągnąć Cyganównę z domu i zaprowadzić ją w ręce oprawców. Jest o tym przekonana także rodzina zamordowanej nastolatki.
– Weryfikowaliśmy to od A do Z. Renata G. nie znała głównego oskarżonego. Bilingi z telefonu Iwony wskazują, że tamtej tragicznej nocy ktoś inny do niej dzwonił. Nie można się zgodzić ze stwierdzeniem prokuratora, że jakkolwiek nie ma dowodów, nie znaczy to, że takich zdarzeń nie było.
Wyssana z palca jest teoria o ofiarach rzekomej zmowy milczenia. Tadeusz D. nie został utopiony, bo wiedział, kto jest mordercą. On sam kilka miesięcy po zabójstwie dziewczyny zeznał, że „tak gadał po pijaku”. A jego zwłoki wyłowione z Wisły nie miały skrępowanych rąk, jak przekazywano w prokuraturze dziennikarzom.
Mec. Jacek Jurczyński, obrońca ojca i syna K., powołując się na swoją 30-letnią praktykę, ocenia mowę prokuratora jako akt desperacji. Świadczy o tym już sam opis zarzutu. W akcie oskarżenia stwierdzono, że Paweł K. doprowadził do zabójstwa w Szczucinie – siedlisku grozy i
Kupujemy drogo i nie na tę wojnę, która nam grozi
Ludzie, którzy kupowali śmigłowce Apache, nie mają pojęcia o współczesnej wojnie
Kmdr Maksymilian Dura – przez 26 lat (1985-2011) służył w Marynarce Wojennej, na okrętach rozpoznawczych, szef Wydziału Dowodzenia i Łączności w Sztabie MW. Polski przedstawiciel w grupach NATO (RADHAZ, MCG-5, MSA). Obecnie ekspert w portalu Defence24.
Panie komandorze, budżet MON to 200 mld zł, będzie jeszcze więcej. Czy rozsądnie wydajemy te pieniądze? Czy nie inwestujemy w rzeczy niepotrzebne albo bardzo drogie, a można by było mieć sprzęt bardziej użyteczny?
– Nie można mówić o rzeczach niepotrzebnych, dlatego że praktycznie wszystko, co jest kupowane, przydaje się wojsku. Natomiast problem jest z ustaleniem priorytetów i z kupowaniem w taki sposób, aby to wszystko od razu działało. Na przykład kupujemy w tej chwili czołgi kompletnie nieprzydatne na współczesnym polu walki.
Dlaczego nieprzydatne?
– Nie mają możliwości bronienia się przed dronami. I teraz – zamiast kupić mniej czołgów, ale od razu takie, które byłyby przygotowane do walki jak na Ukrainie – kupiono od razu mnóstwo czołgów, a na później zostawiono decyzję, że zostaną wprowadzone systemy, które je zabezpieczą. A jeśli takich systemów nie dostaniemy? Obecnie żaden czołg nie jest przygotowany do takiej walki jak na Ukrainie. Po kilkunastu minutach będzie zniszczony. Te kilkanaście minut to czas, w którym dolecą rosyjskie drony. I gdy dolecą, tego czołgu już nie będzie.
366 Abramsów, które kupiliśmy, to cena ok. 25 mld zł.
– Dlatego podaję to jako przykład. Inny: kupiliśmy Borsuki, bojowe wozy piechoty, bardzo potrzebne. Tylko nie kupiliśmy do nich żadnych systemów antydronowych, więc na taką wojnę jak na Ukrainie, się nie nadają. 15 sierpnia będzie parada wojskowa. Proszę zwrócić uwagę, czy prezentowane czołgi i wozy piechoty będą miały klatki antydronowe. Czy będą miały systemy zakłóceniowe przeciwko dronom i pancerze aktywne? Widać, że kupujemy na zasadzie: kupmy, co jest do kupienia, a potem się zastanowimy, jak to dostosować do pola walki. Tak nie powinno to wyglądać.
Czyli kupujemy broń na starą wojnę, której już nie będzie?
– Przykładem tego jest kontrakt na zakup 96 śmigłowców Apache. Wszyscy wiedzą, że śmigłowce bojowe na współczesnym polu walki nasyconym dronami mają niewiele do powiedzenia. A my ich kupiliśmy aż 96. To świadczy o tym, że ludzie, którzy je kupowali, kompletnie nie mają pojęcia, jak wygląda współczesna wojna.
Śmigłowiec na linii frontu nie ma szans?
– W ogóle tam nie doleci. Ma uzbrojenie, które może działać na odległość kilkunastu kilometrów. A pas śmierci, w którym operują drony, jest znacznie szerszy – to 15 do 20 km. Żaden śmigłowiec nie wleci w tę strefę, więc o nich zapomnijmy.
Jeśli chodzi o śmigłowce Apache, nie dość, że ich zakup to 40 mld zł, czyli gigantyczne pieniądze, trzeba będzie jeszcze wyszkolić 500 pilotów, mechaników, do tego koszty serwisowania, części zamienne.
– Szkolenie pilotów to ogromny wysiłek, nie wiem, jak się w tym wyrobimy. Natomiast jest jeszcze większy problem – to nie są śmigłowce proste do utrzymania. One nie mogą stać tak jak śmigłowce Mi-24, które stały pod kocami, i – jesień, zima – od razu można je było uruchomić.
Z Apache’ami jest inaczej?
– Jest tak, jakbyśmy wystawili telewizor na zewnątrz
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Ignorant, kłamca i tchórz
Błaszczak minister katastrofa
„Mamy do czynienia z ludźmi nieodpowiedzialnymi, którzy pozwalają na to, żeby 100 km w głąb naszego terytorium przeleciała rosyjska rakieta, i nie zestrzeliwują tej rakiety”, mówił Mariusz Błaszczak po tym, gdy na polu rzepaku we wsi Tarnawa-Kolonia na Lubelszczyźnie rozbił się rosyjski pocisk manewrujący Ch-101. Były szef MON zażądał dymisji premiera Donalda Tuska oraz ministrów Władysława Kosiniaka-Kamysza i Marcina Kierwińskiego, którym dostało się także za chaos informacyjny i zbyt późne powiadomienie mieszkańcowi zagrożonych terenów o zbliżającym się niebezpieczeństwie.
Filipiki Mariusza Błaszczaka pokazują, że nie ma on bladego pojęcia o wojsku. To nie premier i minister obrony narodowej decydują o zestrzeliwaniu wrogich rakiet, ale dowódcy wojskowi na podstawie obowiązujących procedur. Gdyby Polska była w stanie wojny, wojsko automatycznie niszczyłoby każdy wykryty obiekt. Ale nie jest i musimy przestrzegać przepisów w czasie pokoju. Mówią one wyraźnie, że trzeba mieć stuprocentową pewność (wizualną) w identyfikacji obiektu, aby np. wykluczyć pomylenie go z maszyną cywilną. A w pobliżu strefy, gdzie leciał pocisk, odbywał się normalny ruch pasażerski. Takiej stuprocentowej pewności wojskowi nie mieli. Zdaniem specjalistów pocisk Ch-101 jest trudno wykrywalny, poruszał się z prędkością ok. 1 tys.km/godz. na bardzo niskiej wysokości.
Zgodnie z ustawą o ochronie granicy państwowej decyzję o zniszczeniu pocisku rakietowego podejmuje dowódca operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych (jest nim gen. Ireneusz Nowak) w formie rozkazu. „Rozkaz wydaje się adekwatnie do zagrożenia, w granicach określonych w wiążących Rzeczpospolitą Polską ratyfikowanych umowach międzynarodowych, po rozpatrzeniu całokształtu okoliczności konkretnego zdarzenia i wynikającego z niego realnego i poważnego zagrożenia dla życia osób postronnych, w tym możliwych ofiar ataku”, czytamy we wspomnianej ustawie.
Gen. Ireneusz Nowak na podjęcie decyzji miał kilkadziesiąt sekund i nawet gdyby było tak, jak twierdził Błaszczak, to nie zdążyłby skontaktować się z Tuskiem i Kosiniakiem-Kamyszem. To, że nie zestrzelono rosyjskiej rakiety, wcale nie oznacza, że wojsko było bierne. Pocisk monitorowano jeszcze na terytorium Ukrainy, poderwano polskie i sojusznicze myśliwce F-16. Jednak pilotom nie udało się zidentyfikować obiektu, bo zniknął im z radarów.
Minister dezinformacji
Mariusz Błaszczak, który przez sześć lat (2018-2023) był ministrem obrony narodowej, jest wyjątkowo bezczelny w krytyce rządu. Tę bezczelność uznaje zresztą za swój atut, mniemając, że ludzie mają krótką pamięć, a ciemny lud kupi jego niedorzeczne wywody.
W listopadzie 2022 r. w Przewodowie spadła ukraińska rakieta,
Beethoven, gdyby żył w naszych czasach, słyszałby. To medycyna – mówi prof. Skarżyński
Prof. Henryk Skarżyński napisał libretto do musicalu. Opowiada o swoich pacjentach
Oto zuchwałość XXI w. 34 lata temu prof. Henryk Skarżyński dokonał pierwszej operacji wszczepienia osobie całkowicie niesłyszącej implantu ślimakowego. Było to wówczas wielkie wydarzenie, wielki przełom. Chodziło o to, by osoba z implantem mogła słyszeć dźwięki, idąc ulicą, i czuć się w miarę swobodnie. O tym, by mogła mówić, rozmawiać, można było wówczas jedynie pomarzyć.
Teraz osoby ze wszczepionym implantem grają i śpiewają. Postęp jest gigantyczny. „Pamiętam, ile emocji to wzbudzało, ile wysiłku kosztowało, by przekonać środowiska naukowe i decydentów, że osoba niesłysząca może odzyskać kontakt ze światem dźwięków – wspomina prof. Skarżyński. – Dziś robimy to u kilkumiesięcznych dzieci, dając im szansę na swobodny rozwój mowy i normalne życie. Stymulując mózg od wczesnych miesięcy, rozwijamy jego możliwości oraz zdolności. Nauka nie tylko nadąża za światem – ona go kształtuje”.
Od 2015 r. prof. Skarżyński organizuje w Kajetanach Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Ślimakowe Rytmy/Beats of Cochlea”, byśmy na własne oczy mogli się przekonać, co potrafi współczesna medycyna. I usłyszeć młodych ludzi śpiewających oraz grających Beethovena i Chopina.
W tym roku w lipcową sobotę finał festiwalu obfitował też w bonusy: film dokumentalny w reżyserii Miłki Skalskiej o tych, którym implant dał nowe życie, „Implant. Mój Przyjaciel Po Wsze Czasy”, i musical „Powrót Beethovena”, do którego libretto napisał… prof. Henryk Skarżyński.
Libretto? Jakim sposobem? Skąd u profesora taka pasja? Skąd wolny czas na jej rozwijanie? Henryk Skarżyński mówi o tym w filmie Miłki Skalskiej: „Kocham pracę, bez niej nie byłbym w stanie funkcjonować. Wyzwala we mnie nowe możliwości, marzenia, które albo spisuję w postaci jakiegoś wiersza czy jakiejś rymowanki, albo opisu jakiegoś wrażenia, i to zostawiam. Czasami nie wracam do tego przez lata, a czasami po paru miesiącach okazuje się, że to był fantastyczny pomysł i należy go rozwijać”.
Pasja profesora do sztuki, muzyki, do poezji to rzecz znana. Wiemy też, że po całym dniu ciężkiej pracy, wymagającej maksymalnego skupienia, mijają nieraz godziny, nim mózg się uspokoi i wyciszy. Taki jest „Powrót Beethovena” – musical, który powstał na podstawie półautobiograficznej książki profesora o tym samym tytule. To opowieść o jego pacjentach, o ich historiach. O rodzicach, którzy z obawami i nadzieją przyjechali z dziećmi do Kajetan. O małych pacjentach, dla których implant oznaczał przeniesienie w nową rzeczywistość – ze świata ciszy w świat dźwięków. O trudach rehabilitacji, zderzeniu z własnymi słabościami i nietolerancją otoczenia. I o Beethovenie, który – gdyby żył w naszych czasach – słyszałby.
„To cud”, mówi w „Powrocie Beethovena” mama małego chłopca,
I nie wódź nas w nieskończoność
Od kilku lat biskupi mówią o powołaniu komisji ds. pedofilii, ale robią wszystko, by nie powstała
„Kiedy powstanie zapowiadana komisja do zbadania przypadków wykorzystywania seksualnego nieletnich przez osoby duchowne?”, zapytałem ks. Leszka Gęsiaka, rzecznika prasowego Konferencji Episkopatu Polski.
„Szanowny Panie Redaktorze, dziękujemy za przesłane pytanie. Niestety Ksiądz Rzecznik przebywa obecnie na urlopie. Z wyrazami szacunku”, odpisało biuro prasowe KEP. Oczywiste jest, że ks. Gęsiakowi należy się zasłużony odpoczynek, ale rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ma przecież podwładnych – pracowników biura prasowego, które, jak napisano na stronie KEP, „kontaktuje się z mediami i prezentuje stanowisko zajmowane przez Konferencję Episkopatu Polski w sprawach ważnych dla życia Kościoła”. Biuro prasowe KEP podlega bezpośrednio sekretarzowi generalnemu, bp. Markowi Marczakowi, członkowi wąskiego grona prezydium KEP. Wystarczyło go zapytać.
Pracownicy biura prasowego mogli też zasięgnąć języka u abp. Tadeusza Wojdy, przewodniczącego KEP, jego zastępcy abp. Józefa Kupnego lub prymasa Polski Wojciecha Polaka. Raczej nie jest prawdopodobne, aby najbardziej decyzyjni hierarchowie Kościoła w Polsce byli jednocześnie na urlopach. Zdaje się jednak, że właśnie o to chodziło – tak mi odpowiedzieć, abym się odczepił i nie drążył niewygodnego tematu.
Kłamstwo ma krótkie nogi
Sprawa powołania rzeczonej komisji jest bowiem kompromitująca dla biskupów. W marcu 2023 r. po obradach KEP pasterze Kościoła poinformowali, że „w trosce o dobro ofiar” powstanie specjalna komisja ds. „zbadania problemu wykorzystania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych”.
W czerwcu 2023 r., podczas kolejnego zebrania KEP, w Lidzbarku Warmińskim, abp Wojciech Polak przedstawił wniosek, aby przyszła komisja miała charakter śledczy i zajęła się przypadkami pedofilii od 1945 r. do momentu jej powołania. „Nie da się zbadać tylko przeszłości, nie odnosząc się do teraźniejszości, ponieważ sprawy, które wydają się tylko historyczne, ostatecznie takimi nie są, gdyż często prowadzą do konieczności podjęcia działań dzisiaj”, mówił prymas Polski.
Wniosek został przedyskutowany, a potem przegłosowany przez biskupów. Przez następne miesiące hierarchowie zapewniali opinię publiczną, że prace nad utworzeniem komisji trwają, prowadzone są konsultacje, analizy i narady.
Jednak w marcu 2025 r. wyciekła do mediów opinia Rady Prawnej KEP (zasiada w niej 10 biskupów i kilkunastu księży konsultorów). W dokumencie zarekomendowano hierarchom złamanie złożonej publicznie obietnicy powołania komisji. Według członków Rady Prawnej KEP utworzenie komisji o uprawnieniach śledczych byłoby groźne m.in. dlatego, że przed jej oblicze byliby wzywani i przesłuchiwani nie tylko szeregowi księża, ale i biskupi. Działalność komisji przerodziłaby się w sąd nad „przełożonymi kościelnymi”, a w pracach
Bez ślubu i bez statusu
Nie masz obrączki? Nie masz wsparcia prezydenta
W narracji środowisk konserwatywnych i zwolenników weta ustawy o statusie osoby najbliższej dominuje jedna emocja – ulga. Ich przedstawiciele z satysfakcją przekonują, że decyzja prezydenta była jedyną słuszną, bo przepisy i tak miały służyć głównie formalizowaniu relacji par jednopłciowych. Polityczna retoryka zderza się jednak z twardą rzeczywistością i oficjalnymi statystykami.
Wystarczy sprawdzić dokumenty. W Ocenie Skutków Regulacji (druk sejmowy nr 2111), powołującej się na Europejski Sondaż Społeczny z 2022 r. wyliczono, że ustawa o statusie osoby najbliżej miała chronić aż 2,2 mln osób w relacjach heteroseksualnych i ok. 162 tys. osób tworzących związki tej samej płci. Zaproponowane rozwiązania odpowiadały więc przede wszystkim na codzienne potrzeby ponad 2 mln heteroseksualnych Polek i Polaków żyjących bez ślubu. Potwierdzają to również twarde dane GUS z Narodowego Spisu Powszechnego 2021, wskazujące na niemal 1,8 mln osób funkcjonujących w nieformalnych relacjach.
Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego z 17 lipca postawiła jednak krzyżyk na dwóch aktach prawnych – o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu wraz z przepisami wprowadzającymi. „Strażnik konstytucji” zawetował projekt, zarzucając mu „wprowadzenie tylnymi drzwiami związków partnerskich, które mają zastąpić instytucję małżeństwa”. Decyzja ta wywołała lawinę komentarzy i ujawniła przepaść pomiędzy sztywnym prawem a codziennością Polaków.
Kwestia bytowa
Symbolem tego pęknięcia jest np. wpis Pawła, który dzień po decyzji prezydenta opublikował na Facebooku zdjęcie z partnerką i podzielił się gorzką refleksją. Pech chciał, że ogłoszenie weta przypadło dokładnie w dzień rocznicy ich nieformalnego związku. „36 lat razem… bez ślubu i papierów na szczęście. Nikt nie powinien innemu wchodzić w życie osobiste!”, skomentował.
Wyznanie Pawła celnie punktuje narrację o „ideologii” czy „obcym lobby”. Ustawa o statusie osoby najbliższej dotyczyła przecież też dwojga tych osób, które przez niemal cztery dekady dzieliły dom, pracę i dorobek. A w świetle obecnego prawa pozostają dla siebie obce.
Wokół projektów i wspomnianych ustaw pojawiła się narracja, że nowy status osoby najbliższej to kwestia zarezerwowana wyłącznie dla środowisk LGBTQ+. Część internautów szybko jednak sprowadziła tę dyskusję na ziemię, przypominając o strukturze demograficznej kraju. „Związki partnerskie to nie tylko grupa LGBT, ale także konkubinaty, kobiety i mężczyźni, którzy nie wzięli ślubu z różnych przyczyn”, zauważa w sieci Ola i stawia celne pytanie: „W którym momencie to zagraża innym relacjom?”.
Dla wielu to kwestia czysto bytowa. Jolanta, po 25 latach w związku bez ślubu, szukała w ustawie poczucia bezpieczeństwa. Joanna z kolei wyznaje: „Nie chodzi o szczęście, bo to mam od 29 lat. Chodzi o to, żebym mogła zgłosić partnera do ubezpieczenia, gdy straci pracę,
W tej sali nie ma winnych
Proces stał się sądem nad śledztwem w sprawie zabójstwa Iwony Cygan
Zapadł wyrok w procesie o zabójstwo licealistki Iwony Cygan ze Szczucina przed 28 lat. 17 osób w ławach oskarżonych Sądu Okręgowego w Rzeszowie usłyszało, że są niewinne. Dla Pawła K. prokurator domagał się kary dożywocia, dla jego ojca Józefa K. 25 lat więzienia. Przyjaciółka Iwony Renata G. miała iść do więzienia na cztery i pół roku, a 14 byłych policjantów ze Szczucina i Dąbrowy Tarnowskiej na od dwóch do sześciu lat.
Ojciec zamordowanej dziewczyny po usłyszeniu wyroku zasłabł, trzeba było wyprowadzić go na korytarz. Również siostry ofiary opuściły salę rozpraw, nie słuchając sędziego. (Omówienie uzasadnienia nieprawomocnego wyroku oraz reakcji uniewinnionych i ich obrońców w następnym numerze „Przeglądu”).
Chwila, Iwonko, a znów się spotkamy
W upalny, duszny wieczór 13 sierpnia 1998 r., który zapowiada nadciągającą w nocy burzę, 17-letnia licealistka Iwona Cygan ze Szczucina wychodzi na miasto. Na rynku spotyka się z koleżanką Renatą G. i obie ruszają w kierunku Zajazdu Leśnego. Wychodzą stamtąd o godzinie 21, bo Renata ma nazajutrz rano w Busku-Zdroju kurs samochodowy. Po pożegnaniu przyjaciółki dojście do domu zajmie Iwonie 10 minut. Nigdy tam nie dociera.
Prokurator, opierając się na zeznaniach policjanta Leszka W., który miał owej nocy służbę na mieście, odtwarza w akcie oskarżenia dalsze losy licealistki. Dziewczyny nie rozstały się o godzinie 21. W przekonaniu śledczych wsiadły do czekającego na nie samochodu, w którym byli ich starsi wiekowo znajomi ze Szczucina: Robert K. ksywa „Trabant”, Paweł K. „Młody Klapa” i jego ojciec Józef K., czyli „Stary Klapa”. O dwóch pierwszych w Szczucinie mówi się „Austriacy”, bo pracują jako budowlańcy w Wiedniu. Towarzystwo jedzie do baru U Trabanta, gdzie w pomieszczeniu biurowym znajduje się amatorskie studio filmów porno. Nagrywaniem zajmuje się „Młody Klapa”.
Z aktu oskarżenia: „Mężczyźni dają Iwonie coś do wypicia. Następnie Paweł K. każe jej się rozebrać, ona odmawia. Wtedy »Stary Klapa« i »Trabant« chwytają nastolatkę za ręce i biją po głowie. Paweł K. kastetem łamie dziewczynie żuchwę. Wszystko to dzieje się na oczach biernej Renaty”.
Zakrwawiona Iwona, z rękami związanymi nylonowym sznurkiem jest prowadzona przez lokal na oczach kilkudziesięciu biesiadników. Nikt nie reaguje na porwanie. Tę sytuację widzą też policjanci Leszek W. i Grzegorz J., siedzący w radiowozie przed lokalem. Kiedy bandyci jadą z ofiarą do hangaru w Łęce Szczucińskiej, policyjny wóz skręca w innym kierunku.
Następnego dnia rano funkcjonariusz Ryszard S. słyszy w szczucińskim komisariacie opowieść zdających nocną służbę Leszka W. i Grzegorza J., że widzieli nad Wisłą ciało zamordowanej Iwony Cygan. Ale żaden funkcjonariusz nie reaguje. Zwłoki, nad którymi krąży już rój much, dostrzega przed południem Stanisław D., który wyprowadza krowę na łąkę. Dopiero wtedy przyjeżdżają policjanci – wśród nich Leszek W. i Grzegorz J.
Martwa Iwona ma zmasakrowaną twarz i związane ręce. Spodnie,








