Polski kler czyli państwo w państwie

Fot. Krzysztof Żuczkowski
Prof. Tadeusz Bartoś – filozof, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie
Czy duchowieństwo w Polsce, oczywiście generalizując, bliższe jest poglądom na swoją wiarę, na naukę Kościoła temu, co myśli społeczeństwo, wierni, i dlatego jest dość odległe od tego, co prezentują ostatni papieże, Franciszek i Leon XIV?
– Środowiska, z których pochodzi polskie duchowieństwo, kształtują jego obraz świata. To, co mogłoby uzupełniać ten obraz poprzez wykształcenie teologiczne, do naszego kleru nie dociera. Gdyby czytali konstytucję Gaudium et spes, wiedzieliby, że obok głównej – katolickiej, możliwe są też inne drogi do Boga, że Żydzi, protestanci, ba, nawet ateiści mogą być zbawieni. Kontekst jest taki: katolicy doszli do przekonania, że stracili dominującą pozycję w zachodnim świecie, nie mogli już mówić: jesteśmy centrum świata, a reszta ma do nas dołączyć, bo jak nie, to anatema sit. W pluralistycznej kulturze odgórne narzucanie siebie, dyscyplinowanie, stało się niewykonalne, mogło być już tylko śmieszne. Trzeba było więc zejść z piedestału i wejść w interakcję z tzw. światem. Tego wśród polskiego kleru nie ma. Nadal siedzi on na swoich wyimaginowanych stołkach jedynie słusznej racji i chęci bycia monopolistą prawdy. A całość świata ma za zadanie się słuchać.
Czy to wynika z ich wiarołomstwa i nieuznawania tego, co głoszą chociażby wspomniani dwaj papieże? Chcą po prostu, żeby było, jak było? Może więc jednak mówią to, czego wierni chcą słuchać?
– Tak, ale w mówieniu o polskim duchowieństwie trzeba uważać, żeby nie przeintelektualizować. Jeśli chcemy je zobaczyć, musimy spojrzeć najpierw na ks. Rydzyka, na ten typ cwaniactwa, choćby biznesowego, bo to jest wzorzec bycia polskiego kleru. Księża nie są tymi, którzy coś uzasadniają, oni mają swoje kościelne interesy do załatwienia. A tacy, którzy głoszą jakieś teorie, zasady wiary, są nieistotni. Ważni są ci, którzy umieją ogarnąć przedsiębiorstwa, jakimi są parafie, biskupstwa itd. A jednocześnie, co jest ważnym elementem, przyciągają dużo ludzi.
Z biogramów nominowanych na biskupów wynika, że wielu ma za sobą pobyt w Rzymie. I co, wracają do tego, z czego wyszli, zapominając o watykańskiej edukacji?
– Trzeba byłoby na każdą osobę spojrzeć osobno i przyjrzeć się jej karierze biskupiej, zrobionej w wyniku kooptacji. Jeśli jest jakiś młody, podoba nam się, to go pchniemy na studia, później będzie pracował w kurii, a jak się sprawdzi, będzie biskupem pomocniczym, potem diecezjalnym. Czynników wpływających na kościelny awans jest wiele. Opisał to Frédéric Martel w książce „Sodoma”, gdzie pokazuje, jak ważną rolę w polityce kadrowej Watykanu odgrywają przyjaźnie i miłości męskie.
Kiedy po Październiku ’56 prymas Wyszyński udał się do Watykanu, w rozmowie z ówczesnym sekretarzem stanu ekipę Gomułki nazywał „narodowymi komunistami”. Czy, parafrazując, można powiedzieć, że w Polsce mamy narodowych, a nie rzymskich katolików?
– Można tak powiedzieć. Napięcie między Kościołem lokalnym a globalnym zawsze istnieje. Przymiotnik „narodowy” oznacza różne rzeczy. Katolicyzm nie jest przeciwko patriotyzmowi, a nauki kościelne mówią, trochę trywializując, że koszula bliższa ciału. Przed wojną dominikanin Jacek Woroniecki pisał, że naturalnie bardziej się dba o najbliższych, choćby rodaków, niż o tych, których w życiu się nie widziało. To pod wpływem zdroworozsądkowego arystotelizmu. Natomiast nauki powtarzane przez ostatnich papieży, przeciwko skrajnym nacjonalizmom – bo przecież obowiązuje miłość do wszystkich bliźnich swoich, nawet nieprzyjaciół – w Polsce się nie przebijają. Jan Paweł II wiele zrobił w kwestiach odantysemityzowania katolicyzmu. I co? U nas antysemityzm jest nadal żywy. Winne są także braki w edukacji, nieobecność w szkołach prawdziwej historii polskich Żydów. Jeśli zatem transmisja najnowszych osiągnięć nauki katolickiej jest w Polsce niska, to znaczy, że rządzą jakieś lokalne interesy, również tradycje nacjonalistyczne, co widać w odnoszeniu się do obcokrajowców, teraz Ukraińców. Jeśli co chwilę mamy napady na Ukraińców, a Kościół katolicki milczy, nie robi żadnych gestów, o czymś to świadczy.
Dlaczego tak się dzieje?
– Może jest tak, jak pan sugeruje, że duchowni nie chcą się narażać swoim ukochanym, umiłowanym wiernym. Byłoby to tchórzostwo (timiditas), przeciwieństwo męstwa (fortitudo), jednej z czterech katolickich cnót kardynalnych.
Ja bym powiedział: nie chcą się narażać wiernym sponsorom.
– Wtedy mielibyśmy chciwość (avaritia), jeden z siedmiu grzechów głównych, definiowany jako „immoderatus amor habendi” (nieumiarkowana miłość posiadania). Tak że sprawę można ująć fachowym językiem. Są na to paragrafy. Ten mechanizm jest do prześledzenia. Prosta taktyka: jestem proboszczem, zbieram na tacę, mam sponsorów, chcę, a raczej muszę mówić to, co im się spodoba, i co chcą usłyszeć. Nie chcę denerwować ludzi, przychodzą do kościoła, wspierają, czyli jestem w ich kieszeni. Mówiąc językiem kościelnym, muszę zrezygnować z głoszenia Ewangelii.
Dlatego apel kardynałów polskich i ukraińskich o pojednanie spotkał się z dość chłodnym przyjęciem wiernych i większości duchowieństwa.
– Rzeczywiście apel przeszedł bez echa, nie licząc środowisk narodowych, które wręcz wyrażały dezaprobatę. Kardynałowie Ryś, Nycz czy Krajewski mogą coś napisać, ale nie są w stanie spowodować, by nawet podlegli im proboszczowie wykazywali postawę chrześcijańską. Wielu biskupom, także tym z watykańską edukacją, pewne rzeczy nie przejdą przez gardło, bo nie chcą wychylać się ponad świadomość wiernych. Powiedzmy, że biskup poleca proboszczom w diecezji: w kruchcie każdego kościoła proszę umieścić plakat z napisem: „Każdy Ukrainiec jest twoim bliźnim. Każdy!”. I piękne zdjęcie ukraińskiej rodziny. Ale byłaby jatka, proboszczów na taczkach by wywozili! A może przesadzam?
Czy Kościół w Polsce będzie coraz bardziej przybierał kształt Kościoła radiomaryjnego?
– Poza pojedynczymi, tzw. oświeconymi enklawami, od niepamiętnych czasów miał ducha radiomaryjnego. Zanim pojawiło się Radio Maryja, on już tam był.
Może kiedyś stać się inny?
– Różne są scenariusze. Jeśli jakaś struktura społeczna się zmniejsza, to się elitaryzuje. Młodzi nie chodzą do kościoła, starzy nie dają rady. Następuje wymiana pokoleniowa i zostają tacy bardziej świadomi, oświeceni. To może być czynnik jakiejś zmiany. Problem jednak polega na tym, o czym Jacek Woroniecki pisał w jednym z artykułów o sentymentalizmie, fideizmie i irracjonalizmie polskiego katolicyzmu: wiara to czucie, masz wierzyć, przestań ciągle wszystko analizować, bo to jest „niemieckie mędrkowanie”. Katolicyzm
Udostępnij:
- Share on Facebook (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
- Share on X (Otwiera się w nowym oknie) X
- Share on X (Otwiera się w nowym oknie) X
- Share on Telegram (Otwiera się w nowym oknie) Telegram
- Share on WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
- Email a link to a friend (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
- Drukuj (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety








