Kraj

Powrót na stronę główną
Kraj

Ubijanie interesu z PiSem

Mateusza Szpytmy na prezesa IPN?

Składające się w ogromnej mierze z nominatów PiS Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej wskazało parlamentowi dr. Mateusza Szpytmę jako kandydata na prezesa instytutu. Co prawda, kandydatów było dziesięciu, w większości absolutnie nieznanych, ale wybór Szpytmy był pewny. Dotychczasowy wiceprezes IPN był faworytem pisowskich członków kolegium, ludzi o poglądach nie tylko jawnie prawicowych, ale wręcz skrajnych, jak w przypadku przewodniczącego kolegium prof. Wojciecha Polaka, prof. Mieczysława Ryby, prof. Andrzeja Nowaka czy Bronisława Wildsteina.

W czasie przesłuchań konkursowych Szpytma, przedstawiając się jako kandydat merytoryczny, silnie zakorzeniony w strukturach IPN, znający instytut od wewnątrz, deklarował, że planuje w nim „pewne korekty”. W rzeczywistości są one kosmetyczne (słyszał ktoś, by je zgłaszał?), a sztandarowym projektem na lata jego kadencji ma być naukowo-dokumentacyjny „Rejestr zbrodni 1939-1956”. Tak więc byłaby to kontynuacja obowiązującej za poprzedników polityki historycznej, czyli ciągła walka z prosowiecką władzą i jej bezpieczniackim aparatem. Ciekawe,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Mroczne dziedzictwo

Historia upadków giełd kryptowalut będzie kształtować przyszłość cyfrowych finansów

Na początku kwietnia wybuchł w Polsce jeden z największych skandali finansowych ostatnich dekad – afera giełdy kryptowalut Zondacrypto. Jak powiedział premier Donald Tusk, liczba poszkodowanych może sięgać nawet 30 tys. Szacuje się, że zobowiązania wobec nich przekroczyły 350 mln zł.

Co gorsza, przebywający za granicą prezes Zondacrypto Przemysław Kral podobno posiada izraelski paszport, co – jeśli jest prawdą – gwarantuje mu, iż znalazł się poza zasięgiem polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Historia tego przekrętu zaczęła się ponad dekadę temu, gdy w roku 2014 młody biznesmen Sylwester Suszek założył w Katowicach jedną z pierwszych w kraju giełd kryptowalut BitBay, umożliwiającą wymianę złotówek na bitcoiny (BTC). Giełda szybko się rozwinęła. W roku 2017 obsługiwała 1 mln klientów, a jej miesięczne obroty sięgnęły 1,5 mld dol. Rok później Komisja Nadzoru Finansowego wpisała giełdę BitBay na listę ostrzeżeń publicznych, zarzucając jej m.in. prowadzenie bez zezwolenia działalności zbliżonej do bankowej. Zarząd giełdy zdecydował o przeniesieniu jej siedziby na Maltę. W maju 2021 r. BitBay ogłosiła, że pozyskała inwestora ze Stanów Zjednoczonych.

Przyjmuje się, że wtedy Suszek sprzedał swoje udziały i wycofał się z biznesu. Oficjalnie z powodu chęci zajęcia się innymi projektami. Mniej oficjalnie – z powodu śledztwa w sprawie prania pieniędzy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dlaczego Kaczyński nie wyrzucił Morawieckiego?

PiS ma ,,drugie płuco”. I zadyszkę.

Siedem godzin trwała rozmowa Jarosława Kaczyńskiego z Mateuszem Morawieckim. Zastanówmy się, jakiż to wielki problem stanął przed nimi, że musieli omawiać go tak długo. Prezes partii z wiceprezesem.

Problem jest znany. Mateusz Morawiecki założył Stowarzyszenie Rozwój Plus, co Kaczyński uznał za pierwszy krok do frondy i zbudowania własnego ugrupowania. Zażądał więc kapitulacji. Ale Morawiecki nie skapitulował – negocjował z szefem i jakiś kompromis osiągnął. Czyli wygrał? I tak, i nie. Kaczyński nie rozwiązał problemu, ale zyskał czas. Morawiecki zatrzymał się, jak Prigożyn, gdy szedł na Moskwę. Czy spotka go podobny los?

Te siedem godzin to było za mało, bo niemal natychmiast po zakończeniu rozmów politycy PiS zaczęli się kłócić na temat ich wyników. Bo rzeczywiście, więcej nie ustalono, niż ustalono. Po rozmowach Kaczyński powiedział, że działalność Stowarzyszenia Rozwój Plus „będzie prowadzona wewnątrz partii”. A posłowie i europosłowie, którzy dołączyli do stowarzyszenia, mają wejść w skład Rady Eksperckiej. „Pozostałe działania będą wstrzymane. To nie oznacza, że stowarzyszenie będzie zlikwidowane”, mówił prezes. Dodając, że dzięki takiemu rozwiązaniu „partia będzie miała dwa płuca”.

Te ogólne stwierdzenia każdy zinterpretował, jak mu było wygodnie. Jacek Sasin, ważny „maślarz”, na platformie X przekonywał, że stowarzyszenie decyzją prezesa PiS zostało „zawieszone”. Z kolei Tobiasz Bocheński, też przedstawiciel „maślarzy”, napisał: „Bardzo dobry dzień dla obozu patriotycznego. Działalność stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego zostaje zawieszona. Wszyscy aktywni, kreatywni, pełni pomysłów posłowie i europosłowie wchodzą do Rady Eksperckiej PiS”.

„Chyba słuchaliśmy innego oświadczenia Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego. Stowarzyszenie Rozwój Plus będzie działało i ma konkretne zadania do wykonania. Proszę sobie odsłuchać jeszcze raz: DWA PŁUCA!”, odpowiedział mu natychmiast Krzysztof Szczucki. A Michał Dworczyk deklarował: „Działalność stowarzyszenia nie tylko nie zostaje zawieszona, ale – jak tylko zostanie zarejestrowane – rzucamy się w wir działań”.

Odłóżmy te kłótnie na bok, to detale, które pokazują gorącą atmosferę wewnątrz PiS, ale nic więcej. Zasadniczy problem nazywa się inaczej. W PiS toczy się bowiem potężna walka wewnętrzna. Chodzi o to, jaka to będzie partia, w którym kierunku ma zmierzać. Kto będzie w niej miał dużo do powiedzenia, a kto niewiele. No i kto będzie w niej numerem 2, bo wprawdzie Kaczyński wciąż wyrasta ponad wszystkich w PiS, to jego autorska partia, ale przecież słabnie, co każdy widzi.

Oto najważniejsza wiadomość z wewnątrzpisowskiego frontu. Ryszard Terlecki,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Smutny dzika los

Kontrowersje wokół odstrzałów w miastach to wynik nieskutecznej walki z afrykańskim pomorem świń

Chodzenie na skróty rzadko kiedy przynosi dobre efekty. Ostatnie tygodnie pokazały to dobitnie w kontekście radzenia sobie z dzikami w przestrzeni miejskiej. Uwagę opinii publicznej przykuła szczególnie sytuacja w stolicy. W warszawskich dzielnicach dochodziło do scen, które wzbudziły ogromne emocje: lochy z warchlakami były uśmiercane na oczach mieszkańców. Sprawa wywołała protesty pod ratuszem i ponownie zaogniła debatę o tym, jak rozwiązywać problem dzikiej zwierzyny w miastach. Zdaniem wielu ekspertów i aktywistów rosnąca liczba dzików w miastach to nie przypadkowe zjawisko, lecz konsekwencja błędnych decyzji podejmowanych w ramach zwalczania afrykańskiego pomoru świń (ASF).

Ludzkie zaniedbania

Problem widoczny w 2026 r. ma korzenie jeszcze w 2014 r., kiedy na granicy z Białorusią zaczęto odnotowywać pierwsze przypadki ASF. Ich liczba wzrastała z roku na rok i pod koniec 2018 r. stała się naprawdę niepokojąca. W 2019 r. decydenci zarządzili masowy odstrzał dzików jako główną strategię walki z ASF. Dr inż. Robert Mysłajek z Uniwersytetu Warszawskiego zwracał wtedy uwagę, że za większość przypadków przenoszenia ASF na trzodę chlewną odpowiadają nie dziki, lecz ludzie. Wirus przenoszony jest m.in. na obuwiu, ubraniach czy w paszy. Kluczowa w walce z chorobą bioasekuracja w praktyce okazała się trudna do egzekwowania.

Zasady higieny – takie jak odkażanie obuwia na specjalnych matach czy unikanie bezpośredniego przechodzenia z lasu do chlewu – wymagały od rolników dodatkowych nakładów finansowych i organizacyjnych. Część środowiska hodowców sprzeciwiała się tym wymogom, twierdząc m.in., że państwo chce ich zrujnować. Niezadowolenie na wsiach rosło. Nagle ciężar walki z afrykańskim pomorem świń przeniesiono na redukcję populacji dzików. Było to przede wszystkim zagranie polityczne. Rządzące wówczas Prawo i Sprawiedliwość zyskało kilka politycznych punktów, „upraszczając” rolnikom życie, a jednocześnie pompując miliony złotych do Polskiego Związku Łowieckiego.

Masowy odstrzał trwa nieprzerwanie do dziś. I nic nie wskazuje,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Fałszywe jubileusze „Gazety Olsztyńskiej”

Dziennik stracił tylu czytelników, że nie ujawnia wyników sprzedaży

Prawdą jest to, że pierwszy numer polskiej, katolickiej „Gazety Olsztyńskiej” ukazał się 16 kwietnia 1886 r., 140 lat temu. Jego twórcami byli światli chłopi warmińscy, w tym Andrzej Samulowski, poeta i księgarz z Gietrzwałdu, w którego domu to pismo się rodziło. Dokładnie naprzeciw kościoła i klonu, na którym dziewięć lat wcześniej miała się ukazać Matka Boska i przemówić do dwóch miejscowych dziewczynek po polsku. Wobec akcji germanizacyjnej na Warmii objawienie to miało szczególne znaczenie, bo umacniało ducha polskości w Prusach Wschodnich. Tak samo jak wydawanie „Gazety Olsztyńskiej”.

Pierwszym redaktorem był Jan Liszewski, a potem redagowanie pisma przejęła rodzina Pieniężnych, wywodząca się z Wielkopolski. Po wybuchu II wojny światowej hitlerowcy skonfiskowali świeży numer, zburzyli redakcję w centrum Olsztyna, a Seweryna Pieniężnego juniora zamordowali w obozie Hohenbruch koło Königsbergu/Królewca.

Czas partyjnego dziennika

Po wojnie „Gazeta” w poprzedniej formule nie miała miejsca w Polsce. Dopiero w szczycie stalinizmu, w 1951 r., zaczął się ukazywać dziennik PZPR „Głos Olsztyński” i z Pieniężnymi nie miał nic wspólnego (choć Wanda Pieniężna, wdowa po ostatnim redaktorze, była z ramienia Znaku posłanką na Sejm PRL w latach 1957-1961, o czym mało kto pamięta). Jednak niecałe dwie dekady później, w kwietniu 1970 r., redakcja wróciła do przedwojennego tytułu, nawiązując do zasług walczącej o polskość „Gazety Olsztyńskiej”, ale zachowując pod winietą hasło: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!”. Ta zmiana nie wzbudziła sprzeciwów do czasu obchodów 100-lecia „GO” w 1986 r.

Sam jubileusz założenia pisma Pieniężnych może przeszedłby bez zgrzytów, zwłaszcza że dzięki inicjatywie Towarzystwa Przyjaciół „Gazety Olsztyńskiej” zbudowano nową szkołę w pobliskich Dywitach, w przededniu jubileuszu zorganizowano wielką wystawę w Muzeum Warmii i Mazur,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Przygody pana Rafała

Adwokat Rafał Rogalski nie daje o sobie zapomnieć

Przed Sądem Rejonowym w Nysie rozpoczął się proces lokalnego prawicowego ekstremisty oskarżonego o publikowanie w internecie wpisów znieważających starostę nyskiego i nawołujących do nienawiści na tle rasowym. Sprawa pewnie przeszłaby bez echa, ale obrońcą oskarżonego jest Rafał Rogalski, pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego w śledztwie smoleńskim, prezentujący przed laty absurdalne teorie Antoniego Macierewicza o zamachu na samolot prezydencki.

Rogalski i tym razem poszedł po bandzie. Zażądał wykluczenia sędziego Mariusza Ulmana, bo ten może być nieobiektywny. W ponadgodzinnej przemowie przypominającej akt oskarżenia Rogalski zarzucił sędziemu, że jest sympatykiem Izraela, ukrainofilem, wspiera ruchy LGBT, a dodatkowo nie szanuje porządku publicznego i jest zaangażowany politycznie przeciwko rządowi prawicy. Mało tego! Mecenas domagał się, aby sędzia ujawnił, czy ma korzenie żydowskie, a jeśli tak, to w którym pokoleniu, i czy ma paszport Izraela.

Według dr Katarzyny Gajowniczek-Pruszyńskiej, dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, zachowanie Rogalskiego było „niedopuszczalne i sprzeczne z obowiązującymi standardami wykonywania zawodu adwokata”. Ponadto „wypowiedzi adwokata na sali sądowej nie mogą naruszać godności osoby, do której są kierowane czy podważać powagi sądu, a posługiwanie się argumentacją opartą na uprzedzeniach i dyskryminacji nie może mieć miejsca w żadnej sytuacji”. Jednak Rogalski twierdzi, że nie mógł postąpić inaczej; jego klient ma prawo do sprawiedliwego rozpatrzenia sprawy przez niezależny, bezstronny i niezawisły sąd, a sędzia Mariusz Ulman jako Żyd nie daje takiej gwarancji (sic!).

Choć Rogalski w zawodzie pracuje 18 lat, nie opanował podstaw rzemiosła. Być może dlatego, że nigdy nie miał mentora. Adwokatem został przypadkiem, po odbyciu aplikacji prokuratorskiej, dzięki tzw. lex Gosiewski, czyli otwarciu przez PiS zawodów prawniczych.

Aplikant prokuratorski ucieka

Rafała Rogalskiego poznałem wczesną jesienią 2010 r. w jego kancelarii w warszawskim Ursusie. Był wtedy u szczytu popularności medialnej, występując jako pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego. Nie o katastrofie smoleńskiej jednak rozmawialiśmy przez niemal trzy godziny, ale o jego problemach z prawem, gdy był jeszcze aplikantem w Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie i doktorantem prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Miałem nadzieję, że od tamtego spotkania, które wywarło na nim tak wielkie wrażenie, że aż się rozpłakał (z powodu swoich mało chwalebnych czynów), w Rogalskim zaszła przemiana, nabrał szacunku do innych osób i pokory wobec świata. Ale nie wygląda na to.

Gorące lipcowe popołudnie 2003 r., Jędrzychów, wioska na obrzeżach Nysy. Aneta T. jechała swoim Renault Clio. Na skrzyżowaniu zamierzała skręcić w lewo, zgodnie z przepisami włączyła kierunkowskaz i zbliżyła się do osi jezdni. Nie zdążyła wykonać manewru – nagle jakiś szaleniec z dużą prędkością ominął ją z lewej strony, uszkadzając jej samochód. Mężczyzna w Fordzie zatrzymał się kilkanaście metrów dalej, po chwili ruszył, nie sprawdzając, czy kobiecie nic się nie stało (na szczęście nie). Roztrzęsiona Aneta T. zadzwoniła po policję i do znajomego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

W internecie nic nie ginie

Po ogłoszeniu wyników węgierskich wyborów PiS zaczęło wycofywać się rakiem z bezwarunkowego poparcia dla Orbána i Fideszu. Tobiasz Bocheński stwierdził, że polityka wschodnia Orbána była całkowicie rozbieżna ze stanowiskiem PiS, Przemysława Czarnka wygrana Tiszy nie absorbuje, bo ważniejsze są sprawy krajowe, a Karol Nawrocki uważa już, że rolą prezydenta Polski nie jest komentowanie wyborów. W prawicowych mediach poszedł przekaz, że Węgry to nieduży i mało znaczący kraj. W TV Republika Michał Rachoń oznajmił, że na Węgrzech władzę stracił… Donald Tusk.

Jednak w internecie nic nie ginie. Jest choćby zdjęcie Michała Wójcika z posłankami i posłami PiS pod pomnikiem gen. Bema, z podpisem: „Budapeszt, wspieramy Viktora Orbána”. Także w mediach społecznościowych członków PiS było wiele postów wspierających węgierskiego premiera.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dajcie ludziom mieszkać

Najem krótkoterminowy jest zmorą polskich miast. Mieszkania drożeją, mieszkańcy nie mogą spać, a rządzący boją się kategorycznych regulacji

Polska jest dziś jednym z ostatnich państw Unii Europejskiej, które nie uregulowały najmu krótkoterminowego. Według szacunków rządowych obejmuje on już ok. 100 tys. mieszkań. I nic nie wskazuje, by ów trend miał wyhamować.

Brak przepisów otworzył drogę do nadużyć: lokale są masowo wykupywane pod biznes turystyczny, i to w budynkach, które nie są do tego przeznaczone. Konsekwencje ponoszą mieszkańcy – ofiary niekończącej się rotacji turystów. Nocne hałasy, niszczenie wspólnej przestrzeni i uciążliwe imprezy stały się ich codziennością. Życie w wielu kamienicach Krakowa, Warszawy czy Sopotu zostało podporządkowane interesom najmu krótkoterminowego, a państwo tylko biernie patrzy.

Polska – eldorado korporacji

W ciągu ostatniej dekady Airbnb wyrosło na jedną z największych alternatyw dla tradycyjnej bazy hotelowej. Platforma przyciągnęła użytkowników obietnicą niższych cen, większej swobody i czegoś, co firma nazywa „autentycznym doświadczeniem miasta”. Miało to być szczególnie atrakcyjne dla rodzin, które potrzebują więcej niż jednego pokoju hotelowego. Miało też być taniej i wygodniej. Niestety, umasowienie najmu krótkoterminowego wpływa negatywnie na lokalne społeczności.

13 kwietnia przedstawiciele ruchów miejskich spotkali się z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz z Polski 2050, aby omówić projekt ustawy regulującej rynek najmu krótkoterminowego. 20 maja br. w całej Unii Europejskiej ma bowiem ruszyć obowiązkowy rejestr mieszkań, domów i pokoi wynajmowanych na krótki termin. To rozwiązanie, które Polska musi wdrożyć na mocy Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2024/1028 z 11 kwietnia 2024 r. Jest ono wymierzone w nieprawidłowości związane z funkcjonowaniem takich platform jak Airbnb i Booking.com.

W odpowiedzi na problem zamieniania mieszkań w parahotele politycy przygotowali dwie propozycje legislacyjne. Jedna pochodzi od Ministerstwa Sportu i Turystyki, drugą przygotowali posłowie.

„Kraków tonie w Airbnb. Stali mieszkańcy Kazimierza i okolic Rynku Głównego to ginący gatunek. Wystarczy jedno lub dwa mieszkania w budynku funkcjonujące jak hotele dla turystów, by uprzykrzyć życie całej wspólnocie. Przeanalizowaliśmy propozycje rządową i poselską i naszym zdaniem tylko projekt poselski oferuje realne narzędzia ochrony mieszkańców przed powodzią Airbnb. Wprowadza on dla wspólnot możliwość sprzeciwu dla wynajmu krótkoterminowego typu Airbnb, jeśli trwałby on dłużej niż trzy miesiące w roku,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Masowa organizacja powojennego wyżu

Moja generacja stworzyła ZSMP, teraz młodzi niech budują swoją Polskę

Dr Krzysztof Janik – w latach 1965-1976 działał w Związku Młodzieży Wiejskiej, od 1976 do 1986 r. był aktywistą Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, w latach 1981-1986 zasiadał w zarządzie głównym jako sekretarz i zastępca przewodniczącego.

Czy powstanie Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej to pokłosie myślenia wielu członków ekipy Gierka, które wyrastało z czasów funkcjonowania jednej organizacji, ZMP, jako realizacji polityki jedności narodu?
– Na pewno było wtedy sporo doktryny ideologicznej. Obowiązywał wówczas pogląd, że oto Polska – podobnie jak inne kraje obozu – weszła w etap budowy rozwiniętego socjalizmu. Nikt za bardzo nie wiedział, co to takiego, generalnie uznawano, że przemiany społeczne, ekonomiczne i polityczne zaszły tak daleko, że stały się nieodwracalne. Dotyczyło to także świadomości społecznej. Wierzono, że istnieje powszechna akceptacja polityki PZPR, a w ślad za tym nastąpiła unifikacja wyznawanej hierarchii wartości. To zjawisko – tak naprawdę nieistniejące i dziś wiemy, że niemożliwe do osiągnięcia – nazywano jednością ideowo-moralną narodu.

Na tym tle rozpatrywać można postępującą unifikację ruchu młodzieżowego. Wszędzie dodawano słówko „socjalistyczny”. Tak powstały Socjalistyczny Związek Studentów Polskich, Związek Socjalistycznej Młodzieży Wiejskiej, Socjalistyczny Związek Młodzieży Wojskowej czy Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej. Ale trzeba pamiętać, że młodzież na ogół traktowała to jako niezbędny element scenograficzny. Nie zmieniano programów działania, nie zwiększano w nich dawki ideologii. Ot, taki obowiązkowy rytuał, cena za swobodę działania. Przyznasz, że dość niska.

Dla wielu nie był to jednak mało znaczący rytuał.
– Nie ma co ukrywać, że byli tacy; że niektórzy z nas – i było ich niemiało – wierzyli w te ideały. Tysiące z nas było świadkami awansu społecznego rodziców, wielu od dziadków wiedziało, jak wyglądała przedwojenna Polska. Ten socjalizm, szczególnie gierkowski, przemawiał do wyobraźni, a do tego wedle deklarowanych przez władze reguł projektowaliśmy własną przyszłość i kroiliśmy własne aspiracje.

Żyliśmy także mitem Związku Młodzieży Polskiej, o który pytasz. Masowy awans ze wsi do miasta, wielkie budowy socjalizmu, na których stała polska gospodarka w owym czasie – tak, to działało na wyobraźnię. Nie chcieliśmy być gorsi od pokolenia naszych rodziców. Zwłaszcza że polityka Edwarda Gierka przypominała trochę minione lata. Te wielkie budowy socjalizmu – Huta Katowice, fabryka samochodów, nowe kopalnie, elektrownie, program budowy mieszkań – wszędzie byli potrzebni młodzi, chętni do roboty,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dziurawy system kontroli niszczy polski rynek żywności

Rozproszone i niedofinansowane inspekcje nie mają siły przeciwstawić się wielkim sieciom handlowym i grupom przestępczym

W Broniszach, na największym w Polsce rynku hurtowej sprzedaży owoców, warzyw, artykułów spożywczych i kwiatów, wczesną wiosną można znaleźć kartony z pomidorami oznaczone: „Produkt polski”. W rzeczywistości sprowadzono je z Afryki Północnej. Dlaczego dochodzi do takich oszustw? Bo pomidory z polskich szklarni są droższe od afrykańskich. I znacznie smaczniejsze.

W 2022 r. kupowaliśmy nieświadomie w sklepach chleb i bułki, które mogły być wypieczone z pochodzącej z Ukrainy pszenicy technicznej. Ówczesny rząd Mateusza Morawieckiego ewidentnie problem zlekceważył, a rolnicy, którym w skupach proponowano skandalicznie niskie ceny za pszenicę, rozpoczęli protesty. Z przerwami trwały one do roku 2024.

W tym samym roku wybuchła afera Berg + Schmidt Polska. Spółka do produkcji dodatków paszowych używała tłuszczów technicznych zamiast surowców spełniających normy spożywcze. Wśród jej klientów był największy w kraju producent drobiu, firma Cedrob. Wartość szkód szacowano na 170 mln zł. W 2024 r. ogłoszono upadłość firmy Berg + Schmidt Polska.

Regularnie opisywane przez media afery z importowanym zbożem czy podejrzanymi dodatkami paszowymi oraz widmo zalewu europejskiego rynku tanią żywnością z Ameryki Południowej to tylko część problemu. Polski system kontroli żywności pozostawia wiele do życzenia, a gdy ujawniane są nieprawidłowości, trudno znaleźć winnych.

Presja cenowa spółek zajmujących się produkcją pasz bądź wyrobami piekarniczymi oraz wielkich sieci supermarketów stworzyła idealne warunki do oszustw. Na to nałożyła się niska skuteczność kar za nieprzestrzeganie prawa. Efekt? Utrata zaufania do instytucji państwowych.

Czterech kucharzy w jednej kuchni

11 marca br. w sali Kina pod Kopułą w Gostyniu odczytano obszerny akt oskarżenia w głośnej sprawie „chrzczenia” mleka przez rolników i pracowników tamtejszej spółdzielni mleczarskiej. Mechanizm był prosty – do mleka dolewano wodę i fałszowano dokumentację, by osiągnąć dodatkowe zyski. Proceder miał miejsce w latach 2015-2019. Oszuści wpadli, bo podejrzeń nabrały władze spółdzielni, które zawiadomiły policję i prokuraturę, że coś jest nie tak. Po zainstalowaniu kamer jeden z kierowców został nagrany, jak manipuluje licznikiem, a dalsze kontrole (przy udziale kompetentnych organów) wykazały, że w kilku cysternach były przerobione zawory. W trakcie postępowania ujawniono szczegóły przestępczego procederu. Prokuratura oszacowała straty na kilka milionów złotych,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.