Kraj

Powrót na stronę główną
Kraj

Wpływowy minister, uczynny kolega

Jak Michał Woś załatwiał kolegom pracę w Służbie Więziennej

Michał Woś za rządów PiS zajmował wiele ważnych stanowisk. Absolwent studiów MBA aferalnej uczelni Collegium Humanum był wiceministrem sprawiedliwości (dwukrotnie), ministrem w Kancelarii Premiera i ministrem środowiska. Gdy w 2017 r. współpracownik Zbigniewa Ziobry został podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, miał ledwie 26 lat. Posada przypadła mu nie ze względu na jego wybitne kwalifikacje, ale w ramach podziału łupów politycznych, jako członkowi Solidarnej Polski. Jesienią 2020 r. Woś po raz drugi został wiceministrem sprawiedliwości, tym razem w randze sekretarza stanu.

W resorcie młody ziobrysta nadzorował Służbę Więzienną, która stała się przybudówką Solidarnej/Suwerennej Polski, wykorzystywaną do celów prywatnych i politycznych (pisaliśmy o tym m.in. w artykułach „Jak kończą generałowie” w nr. 46/2023 i „Zamęczone więzienia” w nr. 8/2024). Po zmianie władzy nowy szef SW płk Andrzej Pecka zarządził audyt, w wyniku którego do prokuratury skierowano zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Wosia i jego współpracowników. Jednak nie wszystkie sprawy zostały ujawnione.

Przychodzi strażnik do komendanta

Jesienią 2021 r. do pani komendant Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej w Kulach zadzwoniła sekretarka szefa Służby Więziennej Jacka Kitlińskiego. Twierdziła, że dzwoni na polecenie swojego przełożonego w sprawie załatwienia pracy w COSSW w Kulach koledze wiceministra Michała Wosia. Więcej szczegółów nie zdradziła, gdyż, jak zakomunikowała, kolega wiceministra, czyli Marcin K., sam się z panią komendant skontaktuje. I wkrótce Marcin K. rzeczywiście zadzwonił, ale nie chciał rozmawiać przez telefon, zażądał osobistego spotkania.

W tym miejscu warto odnotować, że Marcin K., szeregowy funkcjonariusz SW z zaledwie kilkumiesięcznym stażem, był zatrudniony na stanowisku strażnika działu ochrony w Areszcie Śledczym w Mysłowicach. Komendantką COSSW w Kulach była natomiast pani pułkownik z przeszło 22-letnim doświadczeniem w strukturach SW. Już takie lokajskie potraktowanie wysokiej rangi oficera przez szeregowca można uznać za wyraz lekceważenia i pogardy.

Pani komendant pewnie nigdy nie pozwoliłaby na takie traktowanie, ale przecież wiedziała, z kim ma do czynienia. Spotkała się z Marcinem K., który już na wstępie zakomunikował, że jest kolegą wiceministra sprawiedliwości Michała Wosia i, powołując się na znajomość z dygnitarzem, oznajmił, że chciałby pracować w COSSW w Kulach na stanowisku dydaktycznym (wykładowcy), związanym z ratownictwem medycznym. Na pytanie, jakie ma doświadczenie, Marcin K. odpowiedział, że żadnego. Twierdził, że ukończył technikum hotelarskie, pracował w Straży Miejskiej w Będzinie i w prywatnych firmach jako kierownik, prezes i dyrektor generalny (sic!). Nigdy nie pracował w zawodzie ratownika, miał jedynie ukończone kursy ratownika wodnego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Człowiek od węgla i od amunicji

Paweł Poncyljusz, wiceminister rządu PiS, największym beneficjentem unijnego programu SAFE?

Polska polityka obfituje w absurdy, ale ten przypadek jest wyjątkowo interesujący. Pawła Poncyljusza dziennikarze znaleźli w zarządzie spółki, która z programu SAFE ma otrzymać gigantyczne kwoty. Znacznie większe niż to, co miało trafić do polskich firm od lat zajmujących się produkcją amunicji.

Jest to sytuacja, która przypomniała mi rolę, jaką odgrywał Paweł Poncyljusz w tzw. pierwszym rządzie PiS. W latach 2006 i 2007 był wiceministrem gospodarki. Odpowiadał wówczas za górnictwo. Śmiało można postawić tezę, że jego ówczesne zachowanie odcisnęło wyraźne piętno na tej branży. I oto znów Poncyljusz odgrywa ważną rolę, choć może niekoniecznie taką, jakiej by sobie życzył. Sprawia bowiem, że krytyka przyjęcia przez Polskę unijnych miliardów w ocenie wielu Polaków zaczyna być całkiem sensowna.

SAFE, czyli Security Action for Europe – Instrument na rzecz Zwiększenia Bezpieczeństwa Europy, jest największym sukcesem polskiej prezydencji. W 2025 r. Polska przewodniczyła Radzie Unii Europejskiej. Wydawało się, że był to czas stracony. Program SAFE dowodzi jednak, że było wręcz przeciwnie. Unia zdecydowała się przeznaczyć ogromne pieniądze na dozbrojenie armii krajów członkowskich. Co równie ważne, pieniądze te mają trafić do europejskich firm. Zostaną wydane na produkcję sprzętu i uzbrojenia.

Podam jeden z przykładów. W środę 18 marca Andrzej Domański, minister finansów i gospodarki, odwiedził Śląsk. Na terenie zakładów Rosomak w Siemianowicach Śląskich uroczyście potwierdził przekazanie ok. 57 mln zł, za które w spółce tej powstanie nowoczesna, zrobotyzowana linia do produkcji lekkich opancerzonych samochodów rozpoznawczych Legwan. Legwany zastąpią wysłużone Honkery i Uazy. Przewozić będą do ośmiu żołnierzy. Ich uzbrojenie to karabin maszynowy lub szybkostrzelny granatnik montowany na wieżyczce. Mają być ogniwem pośrednim pomiędzy pojazdami nieopancerzonymi a ciężkimi transporterami. Dotąd siemianowicki Rosomak znany był z produkcji właśnie transporterów opancerzonych. Sprawdziły się one podczas misji w Afganistanie, ratując życie wielu polskich żołnierzy.

Niewątpliwie program SAFE może się stać kołem zamachowym polskiej gospodarki. Na Śląsku szansę skorzystania z niego – jak informował marszałek województwa Wojciech Saługa – ma 1647 firm. To producenci czołgów, innych pojazdów dla wojska, dronów, hełmów, kamizelek kuloodpornych, masek przeciwgazowych, słowem najróżniejszych rzeczy potrzebnych nowoczesnej armii. A w tym regionie inwestycje w przemysł obronny mogą odegrać jeszcze jedną ogromnie ważną rolę. Mogą się przyczynić do bezbolesnego wygaszenia działalności kopalń, które i dziś zatrudniają dziesiątki tysięcy ludzi, a zamiast zarabiać na wydobyciu węgla, przynoszą gigantyczne straty.

Ci ludzie są przygotowani do pracy w przemyśle ciężkim,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Apel ,,Przeglądu” cd.

APEL

Nastroje społeczne w Polsce ewoluują w niebezpiecznym kierunku. Jeszcze niedawno nasze poparcie dla Unii Europejskiej było jednym z najwyższych na kontynencie. Dziś, choć zdecydowana większość społeczeństwa chce pozostać w Unii, przybywa zwolenników jej opuszczenia, skupionych w PiS i Konfederacjach. Podobne opinie płyną z ośrodka prezydenckiego. Wyjście Polski z Unii Europejskiej jest łatwe do przeprowadzenia. Wystarczy zwykła większość parlamentarna, a następnie podpis prezydenta.

Akcesja do Unii Europejskiej dokonała się na mocy ogólnonarodowego referendum. Przeczyłoby więc zdrowemu rozsądkowi, gdyby decyzja całego narodu mogła być unieważniona przez tymczasową większość w parlamencie.

Członkostwo Polski w Unii Europejskiej jest podstawową sprawą naszego bytu narodowego. Nie wolno oddawać go politycznym awanturnikom ani powierzać przypadkowym partyjnym układom.

W tej sytuacji APELUJEMY do wszystkich posłów i senatorów o wsparcie ustawy o referendum.
Zespół „Przeglądu”

 

Pomysł z referendum przy obecnie obowiązujących przepisach umożliwiających wyjście z Unii zwykłą większością głosów w Sejmie nie jest zły, ale trochę ryzykowny. Anglicy też mieli podobno głosować przeciwko wyjściu z Unii, a stało się, jak się stało. Przy tak ogromnej propagandzie antyunijnej, jaka się leje ze wszystkich stron, w co intensywnie są zaangażowani Rosja i Trump, wynik referendum może nie być korzystny. O wiele lepsze byłoby ustawowe ustanowienie większości kwalifikowanej i przy odpowiednim kworum do przegłosowania ewentualnego wyjścia. Uważam też, że w takiej sprawie sama Unia również powinna wydać rozporządzenie (wiążące kraje członkowskie), w którym określiłaby bardziej restrykcyjne warunki wyjścia ze Wspólnoty,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Polska w ogniu paliwowym

Trzy tygodnie szoku cenowego na stacjach benzynowych

W ubiegłym tygodniu Stanisław Barna, rolnik z woj. zachodniopomorskiego, nagrał w trakcie pracy w polu film z apelem do rządu. „Dzisiaj robię zabieg na robaczka w rzepaku i podaję mikroelementy. Ale nie o tym chciałem mówić. Otóż czekamy na reakcję ministerstwa. Na naszym terenie nie ma nawozów azotowych. A jeśli już są, to w bardzo wysokich cenach. Mamy paliwo już po 9 zł. Panie ministrze Stefanie Krajewski, nie gadajcie, tylko reagujcie”, apelował rolnik.

Vox populi, vox Dei

Dziś prawdziwy barometr nastrojów społecznych to nie sondaże IBRiS ani komentarze niezależnych ekspertów w studiu TVN 24. To media społecznościowe – platforma X, Facebook, fora internetowe – gdzie Polacy niezwiązani z żadną partią i nieopłacani przez żadną redakcję wyrażają opinie bez skrępowania i cenzury. A opinie w marcu 2026 r. są druzgocące. „Na dwóch prawie codziennie mijanych przeze mnie stacjach przy ul. Puławskiej w Warszawie benzyna 95 już po 6,98 i 6,94 zł. Przypominam, że prawie połowa ceny litra benzyny to podatki. Rząd ma w ręku narzędzia, żeby cenę obniżyć, ale tego nie robi, bo dzięki podwyżkom kroi nas na VAT”, napisał użytkownik serwisu X. Jego wpis polubiło ponad 1,1 tys. osób, udostępniło 141.

Historyczny moment uwiecznił internauta z Sandomierza: „Rekord!! Rekord!! Mamy rekord!! Brawo, panie premierze Donald Tusk. Najwyższa cena paliwa w historii Polski. Na stacji w Sandomierzu dziś, w niedzielę 22 marca 2026 r., musimy zapłacić już ponad 9 zł. Uśmiechamy się”.

Wpis został opatrzony hashtagami: #paliwo #tusk #polska i dokumentował moment przełamania psychologicznej bariery 9 zł za litr oleju napędowego. Bariery, o której jeszcze miesiąc temu mówiono wyłącznie w najczarniejszych scenariuszach.

Na serwisie X pojawiały się też głosy pełne czarnego humoru: „Typowy komunizm. Jak benzyna droga, to rząd uczy oszczędnej jazdy. Jak tramwaje od Niemca popsute, to Dzień Pieszego Pasażera. Jak jedzenie w sklepach drożeje, eksperci radzą, jak się odchudzać”. To gorzka diagnoza systemu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Siewcy polexitu. Antyunijne fejki są skuteczne

Straszenie Unią pozwala zbijać kapitał polityczny

Unia Europejska nie jest dziś w Polsce krytykowana – jest systematycznie w debacie politycznej obrzydzana. Nie przez poważną rozmowę o reformach, ale przez kpinę, kłamstwo i cyniczne straszenie, które mają jedno zadanie: produkować polityczne zasięgi oparte na emocjach. To nie jest już margines internetu. To zorganizowany strumień przekazów, w którym Unia rzekomo zakazuje gotowania obiadu i odbiera suwerenność, przytwierdzając nakrętkę do butelki. Absurd goni absurd, ale każdy z nich celnie trafia w poczucie zagrożenia.

Dziś polska prawica, w tym duża część PiS, dmie w tę antyunijną trąbę, aby zbijać kapitał polityczny przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r. Politycy, którzy zapewniają, że „nie chcą polexitu”, jednocześnie robią wszystko, by oswoić społeczeństwo z myślą, że Unia jest wrogiem. Grają na granicy odpowiedzialności, licząc, że nad ogniem da się zapanować. Brytyjczycy już się poparzyli. Polska może wypaść z Unii nie dlatego, że tego chce, lecz dlatego, że zbyt długo rozum przegrywa z cynizmem, a fakty z algorytmami.

Dziś do wyjścia z Unii, o czym pisał na łamach „Przeglądu” Robert Walenciak, wystarczy zwykła większość parlamentarna.

Rozum uśpiony

– Antyunijną narrację w kontekście dezinformacji można podzielić na kilka kategorii. Pierwsza z nich to reakcja na bieżące decyzje urzędników lub Unii jako całości. W ten sposób narodził się np. fałszywy przekaz o tym, że UE będzie zmuszać obywateli do jedzenia robaków. Wszystko zaczęło się od rozporządzenia wykonawczego Komisji Europejskiej zezwalającego na wprowadzenie na rynek częściowo odtłuszczonego proszku ze świerszcza domowego. Wywołało to dyskusję, że już niedługo będziemy zmuszeni jeść owady, nie wiedząc o tym, co oczywiście było nieprawdą. Unijny dokument wymagał, aby informacja o tego typu dodatkach do żywności znalazła się na etykiecie – mówi „Przeglądowi” Mateusz Cholewa, zastępca redaktora naczelnego portalu Demagog.

Unia pozbawiła już twarzy połowę polskiej prawicy. Można tak wywnioskować, kiedy przejrzy się internetowe wpisy polityków i zwolenników prawicy, którzy wywołali legendarną już burzę po wprowadzeniu dyrektywy Single-Use Plastics, w konsekwencji której, m.in. nie da się oderwać zakrętki od plastikowej butelki. Problem jak z popularnego żartu: „Panie doktorze, mam problem z okiem”. „Jaki?” „Jak piję herbatę to mnie oko boli”. „Proszę przed piciem wyciągać łyżeczkę z kubka”. Butelkę tymczasem wystarczy obrócić.

Można się śmiać, ale to jeden z elementów strategii obrzydzania Unii, który trafia do milionów Polaków jako realny argument. Jednocześnie wielu osobom umyka fakt, że siewcy tych antyunijnych treści są dziś często europosłami.

Można śmiać się z argumentów, ale nawet ta głupkowata w przekazie strategia działa. W miediach społecznościowych poprzez algorytmy, które karmią się polaryzacją społeczną, część baniek informacyjnych, w których są zamknięci prawicowi odbiorcy,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Nie wolno się bać. Trzeba mówić NIE

Wywiad z Danielem Olbrychskim

Widzę dokumenty, książki… Ten dokument na górze to chyba List Ośmiu, który podpisał pan w proteście wobec stanu wojennego.
– To jest cała historia, list bardzo ostry przeciwko stanowi wojennemu, no i przeciwko gen. Jaruzelskiemu.

Chciało się panu wtedy nadstawiać głowy?
– Wtedy tak… Miałem już podpisany kontrakt z filmem francuskim, ale wybuchł stan wojenny, Polska zamknięta. Więc powiedzieliśmy sobie z ówczesną żoną, która już nie żyje, że i tak wszystko przepadło, no to przynajmniej trzeba przyzwoicie się zachowywać.

List napisał Józef Rybicki, były szef warszawskiego Kedywu, współzałożyciel WiN, członek założyciel KOR.
– Pan Rybicki zaprosił mnie do siebie. Mówił, że, po pierwsze, stan wojenny został fantastycznie przeprowadzony. Wszystko sparaliżowane. I jest cisza. Dlatego też, powiedział, chodzi o to, żeby świat i Polska przez Wolną Europę wiedziały, że Polacy nie poddali się. Że nie wszyscy są zastraszeni. Stąd ten list. Powiedział mi też: „Pan jest najbardziej wyrazistą postacią. Są pana filmy, pamiętają pana z apelu poległych…”.

Ten apel wygłosił pan pod Stocznią Gdańską 16 grudnia 1980 r.
– Wałęsa mnie zaprosił do tego. A zanim podpisałem list, Rybicki mi mówił: „Jak pan podpisze, to musi się pan liczyć z jakimiś konsekwencjami”. I tak się stało, jakoś o piątej nad ranem wzięli mnie na Rakowiecką. Chcieli mnie zmusić, bym ten list odszczekał. Nie udało im się. Po dobie mnie puścili. Dostałem paszport, wyjechałem do Francji, interweniował prezydent François Mitterrand, żeby mnie wyrwać, bo Joseph Losey powiedział, że nie zacznie filmu, jeśli ja nie przyjadę. Ale nic o tym nie wiedziałem, bo telefony nie działały. Za to uczestniczyłem w różnych procesach ludzi Solidarności, które odbywały się w sądzie na Lesznie. Jako widownia.

Tłumy przychodziły.
– Pamiętam proces kierownictwa Solidarności Huty Warszawa. Siedziałem z Popiełuszką, krzesełko w krzesełko, w pierwszym rzędzie. W tym procesie sędzią był Andrzej Lewandowski, mój kolega z liceum Batorego. Oskarżycielem była pani prokurator, też z Batorego. Obrońcą był mecenas Mirosław Brych. I za każdą dobrą odpowiedź mecenasa czy tych oskarżonych sala biła brawo, więc sędzia się wściekał. A ja siedziałem tak, że pani prokurator była prawie na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, że ją w liceum podszczypywałem. I teraz też się wpatrywałem w jej pokaźny biust. A jej się z tego myliły kartki oskarżenia. Widział to Popiełuszko i mówił do mnie: „Bardzo dobrze, już masz moje rozgrzeszenie”. W pewnym momencie sędzia Lewandowski zrobił przerwę…

Więc wyszliście na korytarz.
– Ja nie, Lewandowski mnie złapał: „Danek, chodź do mnie na kawę”. Weszliśmy do pokoju, on zdjął togę i mówi: „Tutaj pracować nie można. Jakieś demonstracje robicie, jak tak można?”. Więc mu odpowiedziałem: „Andrzejku, ja tu przychodzę ze względów zawodowych. Spodziewam się, że kiedyś będziemy robili filmy na ten temat. I przychodzę popatrzeć, a nuż przyjdzie mi zagrać ciebie? Tylko pamiętaj, ja nigdy chuja nie grałem”.

Nie wiem, czy pod wpływem moich słów, czy pod wpływem własnego sumienia, sędzia ogłosił uniewinnienie oskarżonych. Potem przestał być sędzią, bo chyba go z tego stanowiska zdjęli.

Został adwokatem.
– Ale co chcę powiedzieć – parę lat później, już w III RP, gen. Jaruzelski wydawał swoją książkę „Stan wojenny. Dlaczego…”. Byłem na promocji tej książki i generał zrobił mi taki wpis: „Panu Danielowi Olbrychskiemu z podziwem i wielką sympatią”. I powiedział: „Ja pana podziwiam nie tylko za pana role,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pamiętniki covidowe

Każdy ma swoją historię.Napiszcie, jak to pamiętacie

Spięcie w ciele i potworny lęk. Nawet nie strach, bo ten jest fizyczny. Co to będzie, czy przeżyjemy, kiedy złapiemy COVID-19? Ta odmiana była szczególnie zjadliwa. Czy będziemy mieli za co żyć? I jak w ogóle żyć, gdy nie można wyjść na powietrze?

Puste ulice. Wszyscy siedzieliśmy w domach. Co kilka minut pod oknem przejeżdżał samochód szczekaczka. Echem odbijało się: „Zostańcie w domu” z głośnika. Jednocześnie widzieliśmy podpuchnięte oczy ówczesnego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i słyszeliśmy propagandowe zapewnienia rządu. „Jesteśmy przygotowani na koronawirusa niezależnie od skali zachorowań”, mówił 25 lutego 2020 r. szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk. Powtórzył to 3 marca premier Mateusz Morawiecki, dodając: „Na tym etapie choroby Polska stosuje najlepsze praktyki”. Dzień przed wykryciem pierwszego przypadku SARS-CoV-2 w Polsce.

Pierwszy pacjent, pierwsze zgony

4 marca 2020 r. Ministerstwo Zdrowia podało wiadomość o pacjencie zero w Polsce. 66-letni wówczas Mieczysław Opałka trafił do zakaźnego Szpitala Uniwersyteckiego w Zielonej Górze. O kolejnych pacjentach zaczęto informować jako o „podejrzanych o koronawirusa”. To piętnowało niczym popełnienie przestępstwa. Mieczysława Opałkę leczył Jacek Smykał, kierownik oddziału zakaźnego. Dobrze pamięta, jak umierały całe rodziny – jedna osoba się zarażała, a potem już szło. Część pacjentów umierała pod respiratorem. Lekarze działali po omacku. Nikt nie wiedział, czy leki antywirusowe będą skuteczne. Leczyli więc objawowo, z różnym skutkiem.

Lockdown postępował: 10 marca odwołano wszystkie imprezy masowe; 12 marca zamknięto szkoły i uczelnie; 15 marca wprowadzono kordon sanitarny na granicach; 20 marca zamknięto puby, restauracje i obiekty sportowe, a 25 marca wprowadzono ograniczenia w kontaktach między ludźmi. Zorganizowano 10 tys. łóżek respiratorowych, z czego w szpitalach zakaźnych 1,4 tys. Czekały na pacjentów. Niestety, niemal natychmiast pojawiły się fałszywe zbiórki pieniędzy na medyków czy wyłudzenia danych na sanepid. Nastąpił zalew cyberprzestępstw.

Chyba nie bardzo wiedziano, co robić, więc w wyniku takich nieprzemyślanych decyzji zamknięto parki i lasy. Gdy jeden z parków otworzono, wylała się fala nienawiści. Co najmniej jedna trzecia społeczeństwa marzyła wówczas o karaniu za najdrobniejszą niesubordynację wobec kolejnych rozporządzeń i obostrzeń. Z cyklu tęsknota za policją: „Zwiększyć liczebność policji”. Z cyklu wysokie mandaty: „Po kilka tysi za brak maski”. Z cyklu wujek dobra rada: „Nie chce chodzić w masce, to niech siedzi przed TVP!” i „Zabronić 13+ łazić po dworze”. Głosy ironiczne: „Dobrze wytresowane społeczeństwo. Aport. Siad. Oddychać. Nie oddychać”, „To dobrze, że policja nie bije i nie aresztuje już Polaków za jazdę na rowerze, tankowanie benzyny czy wymianę opon”. Wkurzone: „To są kpiny,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Apel ,,Przeglądu” c.d.

APEL

Nastroje społeczne w Polsce ewoluują w niebezpiecznym kierunku. Jeszcze niedawno nasze poparcie dla Unii Europejskiej było jednym z najwyższych na kontynencie. Dziś, choć zdecydowana większość społeczeństwa chce pozostać w Unii, przybywa zwolenników jej opuszczenia, skupionych w PiS i Konfederacjach. Podobne opinie płyną z ośrodka prezydenckiego, zapatrzonego w Donalda Trumpa, a więc i w jego politykę. Wyjście Polski z Unii jest łatwe do przeprowadzenia. Wystarczy zwykła większość parlamentarna, a następnie podpis prezydenta.

Akcesja do Unii Europejskiej nie jest zwyczajną umową. Dokonała się na mocy ogólnonarodowego referendum. Przeczyłoby więc zdrowemu rozsądkowi, gdyby decyzja całego narodu mogła być unieważniona przez tymczasową większość w parlamencie.

Członkostwo Polski w Unii Europejskiej jest podstawową sprawą naszego bytu narodowego. Nie wolno go oddawać politycznym awanturnikom ani powierzać przypadkowym partyjnym układom.

W tej sytuacji APELUJEMY do wszystkich posłów i senatorów, niezależnie od ich orientacji politycznej, o wsparcie ustawy o referendum.
Zespół „Przeglądu”

 

Przedstawiamy kolejne osoby, które poparły nasz apel o ustawę uzależniającą od referendum ewentualne wyjście Polski z Unii Europejskiej: Hanna i Marek Woźniakowie, Zbigniew Olszewski.

 

Dziękujemy Państwa redakcji za podjęcie inicjatywy skłaniającej Sejm do procedowania ustawy o utrudnieniu wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Popieramy ten projekt z pełnym przekonaniem. Zbyt długo Polacy pracowali i czekali na to, by powrócić do grona państw zachodnich, aby teraz nieodpowiedzialna i nieumiejąca przewidzieć konsekwencji grupa ludzi wyprowadziła nas z tego grona.
Hanna i Marek Woźniak

 

Oczywiście popieram apel „Przeglądu” w

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Jak Unia broni się przed Trumpem

Nie użerać się nadmiernie z Ameryką

Jan Truszczyński – dyplomata, główny negocjator członkostwa Polski w Unii Europejskiej, były ambasador RP przy UE.

Gdy rozmawialiśmy rok temu, mówił pan, że Europa musi się wziąć w garść. Bierze się?
– Europa już wtedy była w trakcie brania się w garść. Sprawy przyśpieszyły po 20 stycznia 2025 r. i po pierwszych zimnych prysznicach, jakie otrzymała z Waszyngtonu. Wtedy stało się jasne, że działania na rzecz większej samodzielności, odpowiedzialności za samego siebie, własnego przemysłu zbrojeniowego mają sens, są potrzebne i trzeba je wykonywać szybciej. I to się dzieje. Chociażby instrument finansowy SAFE, który jest wdrażany, i to w tempie, które zostało zaprogramowane w pierwszej połowie ubiegłego roku, kiedy był przygotowywany i negocjowany.

Wtedy ustalono, że ma to być program europejski, i wyznaczono limit 35% dla zamówień spoza Unii Europejskiej.
– W finalnej wartości komponentów użytych do wytworzenia gotowego produktu maksymalnie 35% może pochodzić spoza Unii Europejskiej.

Te 35% bardzo rozeźliło Amerykanów. Dwóch ich ambasadorów, przy Unii i w NATO, napisało w tej sprawie list, żądając dopuszczenia firm amerykańskich bez limitów.
– Widziałem ten list. Nie zaskoczył mnie specjalnie, bo lobbing jest rzeczą naturalną i w sumie nieuchronną. Mnie tylko zaskakuje, że to dokonuje się tak późno, podczas gdy warunki uczestnictwa w programie SAFE, wszystkie parametry, znane są od 29 maja 2025 r.

A nie zdziwiła pana forma listu? Te bardzo obcesowe argumenty.
– No cóż, zawsze wielu ambasadorów amerykańskich było nominatami politycznymi, w jakiś sposób związanymi z aktualnym prezydentem. W tym sensie nihil novi sub sole. Ale obecni ambasadorowie amerykańscy przyjęli sposób zachowania filmowego wojownika – który energicznie, siłowo wkracza w politykę wewnętrzną kraju przyjmującego i usiłuje w nim zaprowadzać amerykańskie czy raczej trumpowskie porządki. W ostatnich tygodniach widzieliśmy nie tylko zaskakujący i zdumiewający wybryk ambasadora Rose’a tutaj, w Polsce, ale również wyczyny ambasadora Billa White’a w Belgii, popisy ojca Jareda Kushnera, Charlesa Kushnera, we Francji, wygłup ambasadora amerykańskiego w Kopenhadze, popis kandydata na ambasadora w Islandii – ten jeszcze się nie znalazł w Rejkiawiku, a już spekulował, że kraj mógłby się stać 52. stanem USA… To po prostu dzisiejsza przeciętna jakość ambasadora amerykańskiego.

Unia wstrząśnięta. I co dalej?

Jak to działa na Europę?
– Te rzeczy, o których przed chwilą powiedziałem, nie są najistotniejsze. To jedna z twarzy obecnej Ameryki. Natomiast wszystko to, co stanowi bezpośrednią amerykańską ingerencję w sprawy europejskie – próby zmiany sytuacji politycznej w poszczególnych krajach, osłabiania Unii Europejskiej – buduje przekonanie, że trzeba silniej angażować się w proces jej wzmacniania.

Odnoszę wrażenie, że w Unii w ostatnim czasie nastąpiła duża zmiana. Obronność: mamy SAFE i nie tylko. Sprawa handlu: podpisano umowę UE-Mercosur i umowę z Indiami. Proces decyzyjny: jeszcze dwa lata temu każde państwo w danej sprawie miało zwykle własną opinię. Teraz zbierają się razem i wydają wspólny komunikat. Albo trójka, albo czwórka, albo szóstka. Czy to jest realna zmiana?
– Myślę, że poszedł pan o krok za daleko. To, że

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

O co chodzi w wojnie Nawrockiego z rządem?

Walczy z Tuskiem i marzy o Rzeczypospolitej prezydenckiej

To widzimy: istniejący w Polsce system władzy Karolowi Nawrockiemu nie wystarcza, rozpycha się więc w nim, uzurpując sobie coraz więcej kompetencji.

„Prezydentowi Nawrockiemu wyraźnie uwiera gorset nałożony przez Konstytucję. Chciałby być rządem, sądem i prokuratorem”, komentował te starania na platformie X szef MSWiA Marcin Kierwiński. I nie są to zarzuty na wyrost.

Nawrocki chciałby być nad-rządem. Pilnować premiera, narzucać mu program działania i go rozliczać. Temu służyły zwoływane przez niego rady: Rada Gabinetowa i Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Skończyły się dla prezydenta klapą. 27 sierpnia, podczas pierwszej (i ostatniej) Rady Gabinetowej, w zderzeniu z Donaldem Tuskiem Nawrocki poległ. Próbował rozliczać rząd, ale szybko mu przypomniano, jakie ma uprawnienia. Dyscyplinowaniu rządu i koalicji miała też służyć Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Ostatnia miała miejsce 11 lutego. I jeżeli ją pamiętamy, to z awantury między Nawrockim a marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.

Nawrocki chciał też kierować armią i służbami specjalnymi. Wzywał więc do Pałacu Prezydenckiego szefów służb. To też skończyło się klapą, szefowie na spotkanie nie przyszli. W rewanżu Nawrocki odmówił podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski 136 funkcjonariuszom ABW i Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Ostatecznie doszło do spotkania szefów służb z prezydentem, ale zaproszono na nie również ministra obrony i ministra koordynatora ds. służb specjalnych. A co do nominacji oficerskich, prezydent zapowiedział, że każdy wniosek będzie rozpatrywał „indywidualnie”.

Karol Nawrocki ingeruje także w obszar trzeciej władzy. Odmówił podpisania nominacji sędziowskich 46 sędziom. Chce mieć władzę nad sędziami, by się pilnowali, czy ich orzeczenia spodobają się prezydentowi, czy nie.

W tym kontekście jego weto do ustawy o KRS można uznać za detal. Natomiast detalem na pewno nie będzie to, czego się spodziewamy w związku z wyborem przez Sejm sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A spodziewamy się – mówią o tym politycy PiS – że prezydent odmówi przyjęcia ich ślubowania. To będzie oznaczało, że konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego eskaluje i że Nawrocki jest tej eskalacji głównym winowajcą.

Prezydent chce też rządzić polityką zagraniczną. Nie podpisuje nominacji ambasadorskich i żąda uzgadniania z nim nazwisk ambasadorów. Do tego deklaruje, że niektórym nominacji nigdy nie podpisze. Próbuje kształtować polską politykę zagraniczną, zarówno jeśli chodzi o stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, jak i w ramach Unii Europejskiej. Pałac Prezydencki wciąż usiłuje zmonopolizować kontakty z USA i z Donaldem Trumpem. Wmawiając nam przy tym, że Karol Nawrocki ma znakomite relacje z amerykańskim prezydentem. To oczywista bujda, ale służy do rozpychania się.

Jeśli chodzi o Unię Europejską, prezydent już wiele razy dał się poznać jako jej przeciwnik i polityk podgrzewający antyunijne nastroje. Podczas wizyty w Czechach, w listopadzie, wygłosił na Uniwersytecie Karola referat na temat przyszłości UE. Krytykował w nim obecną Unię za zbytnią „centralizację” i m.in. opowiadał się za zniesieniem stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i za zmianą w systemie głosowania w Radzie UE. To była ta powtarzająca się fraza o Unii jako luźnym związku,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.