Kraj

Powrót na stronę główną
Kraj

Mocny w gębie

Dominik Tarczyński – wierny uczeń i naśladowca Donalda Trumpa

Plotkarskie media obiegły zdjęcia polityka PiS w towarzystwie gwiazdy TVN Joanny Krupy. Czułe objęcia i gesty w modnej warszawskiej restauracji wywołały niedowierzanie i wiele spekulacji. Krupa znana jest bowiem z tolerancji i wspierania środowisk LGBT, a także walki o prawa zwierząt. Zwalcza przemysł futrzarski i publicznie krytykuje celebrytów, którzy noszą futra. Tarczyński zaś to zaciekły rasista, homofob i mizogin. Wulgarnie odnosił się do kobiet walczących o swoje prawa, a w mediach społecznościowych zamieścił zdjęcie w czerwonym płaszczu z kołnierzem z futra jenota. Fotografia wywołała oburzenie wśród obrońców praw zwierząt, a Tarczyńskiemu nadano złośliwy przydomek „jenot”.

Jeszcze kilka dni przed randką z eksmodelką Tarczyński występował w całkiem innej scenerii. W Londynie wziął udział w rasistowskim, antyimigranckim wiecu skrajnej prawicy.

Krzyżowiec PiS

„Odeślijmy ich z powrotem! (…) Musimy być bardzo radykalni. Zero oznacza zero. Dość znaczy dość. Mamy dość! (…) Niech świat wie, że nasza cywilizacja chrześcijańska zbudowała ten piękny kontynent. (…) Czas teraz na odważnych mężczyzn. Czas przestać nosić sukienki. Musimy założyć zbroję! (…) Bądźcie mężczyznami, chrońcie swoją rodzinę, chrońcie swoje dzieci!”, wykrzykiwał ze sceny do podekscytowanego tłumu europoseł PiS.

Organizatorem wiecu był Tommy Robinson, przyjaciel Tarczyńskiego i skrajnie prawicowy aktywista znany ze szczucia na wyznawców islamu. Robinson wspiera Władimira Putina, szerzył też rosyjską dezinformację dotyczącą wojny w Ukrainie. Innym gościem marszu był Petr Bystron, eurodeputowany niemieckiej populistycznej AfD. Polityk ten oskarżany jest przez prokuraturę o promowanie hitleryzmu, łapówkarstwo i pranie pieniędzy otrzymywanych od Rosji. Bystron i Tarczyński są w doskonałej komitywie. W 2018 r. panowie odebrali nagrodę im. Phyllis Schlafly, przyznawaną przez amerykańskie środowiska prawicowe za „pracę poświęconą Bogu, Rodzinie i Ojczyźnie”. Wśród zaproszonych na imprezę byli m.in. Mike Cernovich i Stefan Molyneux, prawicowi ekstremiści, twórcy fake newsów i wyznawcy spiskowej rasistowskiej teorii „ludobójstwa białych farmerów” w RPA.

Obecność Tarczyńskiego na zagranicznych wiecach i imprezach skrajnej prawicy nie jest przypadkowa. Jego politycznym idolem jest Donald Trump, a dzięki perfekcyjnej znajomości angielskiego polityk PiS ma szerokie kontakty w środowiskach ekstremistycznych na całym świecie. Koleguje się z wpływowymi przedstawicielami amerykańskiego ruchu MAGA i z Álvarem Uribe, byłym prezydentem Kolumbii, którego nazwał „wspaniałym człowiekiem” i „przyjacielem Polski”.

O tym „wspaniałym człowieku” Tarczyński nakręcił film „Kolumbia – świadectwo dla świata”. Dokument w 2011 r. zdobył pierwsze miejsce na XVI Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów w Niepokalanowie.

Tarczyński przedstawił prezydenta jako katolickiego męża stanu i zbawcę narodu, rozprawiającego się z marksistowskimi mafiami narkotykowymi. Prawda jednak była inna. Uribe to skorumpowany morderca, twórca owianych złą sławą grup paramilitarnych powiązanych z przemysłem narkotykowym. Bojówki torturowały i zamordowały tysiące ludzi, w tym kobiety i dzieci.

„Szkoda, że reżyser filmu nie sprawdził żadnych rzetelnych danych na temat prezydenta, przyjmując bezkrytycznie propagandową wersję samego bohatera dokumentu i jego zwolenników. (…) Autor filmu gorąco zachęca do jego obejrzenia. Owszem, można, tym bardziej że w jednej piątej film przedstawia szczere świadectwa zwykłych ludzi. Cała reszta to farsa, stworzona dzięki wyjątkowej naiwności i beztrosce nieprzygotowania do rozmowy z politykami. Jest to również kompromitacja jury Festiwalu. Czyż można bardziej się pomylić, niż podziwiając Piłata jako skutecznego urzędnika państwowego, chwaląc Szawła z Tarsu za gorliwość w promowaniu judaizmu lub lansując Nerona jako artystę tragicznego?”, pisał na katolickim portalu DEON.pl jezuita ks. Andrzej Sarnacki.

Z ziemi brytyjskiej do Polski

Kariera polityczna Tarczyńskiego (rocznik 1979) jest nietypowa jak na polskie warunki. Europoseł PiS nie zaczynał w młodzieżówce partyjnej, nie nosił teczki za starymi politykami, nie działał w organizacjach pozarządowych czy w samorządzie. Pochodzi z Bełżyc pod Lublinem, ukończył studia

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pożyczamy i pomagamy

Nasze zadłużenie zbliża się do 2 bln zł, mimo to wciąż hojnie pożyczamy

27 marca 2001 r. Bogdan Lewandowski, poseł SLD, skierował na ręce ówczesnego premiera Jerzego Buzka zapytanie w sprawie zobowiązań finansowych obcych państw wobec Polski. Odpowiedzi udzielił mu wiceminister finansów. Wynikało z niej, że zobowiązania 19 państw wobec Warszawy wynoszą ok. 1,2 mld dol.

Największymi dłużnikami naszego kraju były:

Irak      – 564 mln dol.,

Syria    – 245 mln dol.,

Angola            – 141 mln dol.,

Sudan –   54 mln dol.

Poza tym: Nikaragua, Algieria, Etiopia, Mozambik, Jugosławia, Mongolia, Kuba, Korea Północna, Kambodża, Albania, Rumunia, Bułgaria, Tunezja oraz Jemen i Wietnam.

W latach 1996-1999 udało się rozliczyć w pełni zaległe zadłużenie Chińskiej Republiki Ludowej. W 2000 r. rozliczono także zaległe zobowiązania Argentyny i Rosji, odzyskując łącznie 22,8 mln dol. Państwa te dokonywały spłat częściowo w formie gotówkowej, częściowo dostarczając towary.

Zobowiązania Etiopii w wyniku negocjacji zostały częściowo uregulowane poprzez nabycie praw własności do znajdującej się w Addis Abebie nieruchomości przeznaczonej na potrzeby polskiej misji dyplomatycznej.

W 2001 r. szacowano, że ponad 95% zobowiązań kredytowych wobec Polski stanowiły należności przeterminowane, czyli niespłacalne. Sądzę, że w ostatnich latach sytuacja się poprawiła.

Według najnowszych danych w 2025 r. 19 państw jest Polsce dłużnych ok. 7,7-8,6 mld zł, czyli od 2,13 do 2,38 mld dol., licząc po obecnym kursie NBP. Wśród największych dłużników są: Irak, Syria, Sudan, Mozambik i Chiny.

Ukraina – bardziej pomagamy, mniej pożyczamy

Nie brakuje opinii, że dziś największe zobowiązania wobec Warszawy ma Ukraina. Nasze wsparcie dla tego państwa sięgnęło w ostatnich latach, według niektórych wyliczeń, 4,5 mld euro, czyli ok. 19,4 mld zł. Według innych informacji może być wyższe.

Zgodnie z danymi Kiel Institute for the World Economy Polska zajmuje trzecie miejsce na świecie pod względem łącznego wsparcia dla Ukrainy, o wartości 34,44 mld euro, co stanowi prawie 5% polskiego PKB.

Po agresji Rosji udzieliliśmy Kijowowi bezprecedensowej pomocy wojskowej. Dosłownie ogołociliśmy swoje magazyny, przekazując Ukraińcom ok. 350 czołgów różnych typów: od T-72, przez PT-91 Twardy, po Leopardy 2A4. Do tego doszło 250 bojowych wozów piechoty BWP-1, 100 transporterów Rosomak

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Glogery 2025

Nagrody dla najwybitniejszych kontynuatorów dzieła Zygmunta Glogera

W listopadzie br. mija 180. rocznica urodzin, a w sierpniu przypadała 115. rocznica śmierci Zygmunta Glogera – wybitnego historyka, regionalisty, etnografa i folklorysty. W tę podwójną rocznicę kapituła 36. edycji Nagrody im. Zygmunta Glogera postanowiła uhonorować dwóch najwybitniejszych kontynuatorów jego dzieła, którym została przyznana ex aequo nagroda pierwszego stopnia.

Pierwszy laureat to kompozytor, wirtuoz organów i profesor sztuk muzycznych Julian Gembalski, ceniony również jako badacz i projektant wielu instrumentów, czołowa postać polskiej organistyki, zdobywca kilkudziesięciu nagród i odznaczeń, w tym prestiżowych wyróżnień w dziedzinie kultury oraz na konkursach improwizacji organowej w Weimarze.

Drugą równorzędną nagrodę otrzymał dr Tadeusz Skoczek – wydawca, dziennikarz, medioznawca i dyrektor Muzeum Niepodległości w Warszawie, dzięki któremu zabytkowa zabudowa pałacu Przebendowskich-Radziwiłłów zyskała nowe życie, spełniając dziś wymogi nowoczesnej instytucji muzealnej.

Laureatką trzeciej nagrody została Magdalena Wołowska-Rusińska – autorka publikacji poświęconych roli kobiet w dziejach regionu. Od ponad 20 lat pracuje w Muzeum Okręgowym w Suwałkach, przyczyniając się do popularyzacji wiedzy na temat regionu i związanych z nim kobiet, szczególnie dorobku Marii Konopnickiej.

Wśród wyróżnionych znaleźli się: Łukasz Paweł Ruch – depozytariusz gwary warmińskiej, dr Katarzyna Waszczyńska – zasłużona etnolożka, wykładowczyni Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, oraz Witold Długozima – twórca i opiekun Teatrzyku Żywego Słowa Logos w Łomży, który od 45 lat z oddaniem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

35 lat religii w szkole

I coraz szybsza laicyzacja

Seria kilkunastu skandali w diecezji sosnowieckiej, w tym orgia w Dąbrowie Górniczej, trup w mieszkaniu księdza rezydenta będącego pod wpływem mefedronu czy wreszcie zatrzymanie dwóch księży pod zarzutem molestowania jedenaściorga dzieci, tak wstrząsnęła wiernymi, że w 2024 r. uczniowie masowo zaczęli tam wypisywać się z lekcji religii. Czasem były to całe klasy. To doskonały przykład tego, że żadna dawka obowiązkowych lekcji religii nie odwróci postępującej nad Wisłą laicyzacji. Działania przedstawicieli Kościoła, m.in. bierność wobec skandali pedofilskich, konsekwentnie zniechęcają wiernych do tej instytucji. Mamy na to twarde dane. Powolne odchodzenie od lekcji religii w szkołach nie jest wymysłem ministry Barbary Nowackiej, tylko potwierdzeniem zmian społecznych.

Strzał do własnej bramki

Jesteśmy właśnie w środku boju o lekcje religii w szkołach. Zacznijmy jednak od początku. Na podstawie rozporządzenia z 17 stycznia 2025 r. Ministerstwo Edukacji Narodowej ustaliło, że nauka religii lub etyki w szkołach będzie się odbywać w wymiarze jednej godziny tygodniowo. W przedszkolach pozostawiono dotychczasową liczbę dwóch zajęć na tydzień. Dodatkowo ministra Nowacka zarządziła, że lekcje religii bądź etyki mogą być umieszczane w planie wyłącznie bezpośrednio przed zajęciami obowiązkowymi lub po nich. Wyjątek przewidziano jedynie w przypadku, gdy wszyscy uczniowie danego oddziału zadeklarują udział w zajęciach.

Rozwiązania te obowiązują od 1 września 2025 r., ale szefowa resortu edukacji ogranicza przywileje kleru w szkole od zeszłego roku kalendarzowego. Oceny z religii lub etyki nie są już wliczane do średniej. Sporo osób, którym bliska jest idea świeckiego państwa, było rozczarowanych, kiedy się okazało, że Nowacka wycofała się z pomysłu całkowitego wyprowadzenia lekcji religii poza szkolne mury. Wbrew pozorom był to rozsądny ruch, nawet jeśli miałby być wynikiem przypadku.

Ograniczanie klerowi dostępu do uczniów w szkole nie spodobało się jednak ani Kościołowi, ani części posłów, którzy zaskarżyli zmiany MEN do Trybunału Konstytucyjnego. Ten w maju 2025 r. orzekł, że wyłączenie oceny z religii ze średniej ocen narusza konstytucję i konkordat, gdyż nie uzyskano wymaganego porozumienia z Kościołami i związkami wyznaniowymi. Nowacka wyroku nie uznała, twierdząc, że obecny skład TK nie ma legitymacji do orzekania. Podobne stanowisko co do legalności polskiego Trybunału Konstytucyjnego ma Komisja Europejska. Do akcji ruszyła więc fundamentalistyczna organizacja Ordo Iuris ze swoim projektem, który ma nas cofnąć o 100 lat, do dwóch obowiązkowych godzin religii w szkołach. Tyle że działania te przyniosą skutek odwrotny do zamierzonego.

– Jako jezuita pamiętam doskonale pierwsze przymiarki do wprowadzenia wtedy jeszcze nieobowiązkowej lekcji religii. Byłem młodym, otwartym, tolerancyjnym księdzem, bardzo zaangażowanym na różnych frontach i nie kryłem się z moim sceptycyzmem, w czym nie byłem odosobniony. W samym Kościele była wówczas dość duża grupa ludzi, którzy mieli wątpliwości, czy to jest dobry pomysł. I okazało się, że nie. Dodatkowy kontekst dają badania socjologa religii prof. Józefa Baniaka, który zauważył, przyglądając się postawom młodych, że lekcje religii katolickiej, które miały wymiar indoktrynacji, stały się jednym z najważniejszych elementów sekularyzacji polskiej młodzieży. To oznacza, że dla Kościoła, który wykorzystał swoje wpływy tuż po zmianie systemu, lekcje religii były strzałem w kolano – tłumaczy prof. Stanisław Obirek, teolog i były jezuita.

Wszystkie dane wskazują, że Polska powoli, lecz konsekwentnie się laicyzuje. W ostatnich latach proces ten nawet przyśpieszył. Powodem są przede wszystkim działania samego Kościoła katolickiego i postawy polskich biskupów. Z sondażu pracowni IBRiS, przeprowadzonego na zlecenie Polskiej Agencji Prasowej, wynika, że zaufanie do Kościoła katolickiego w Polsce maleje. Łączny odsetek osób, które deklarują zaufanie do Kościoła, spadł z 58% we wrześniu 2016 r. do 35,1% we wrześniu 2025 r. To 22,9 pkt proc. w ciągu niecałych 10 lat.

Tymczasem katoliccy fundamentaliści żyją w swojej bańce: „Zmniejszenie liczby godzin religii, łączenie klas i spychanie lekcji na margines planu zajęć to kolejne uderzenie w edukację religijną. Najwyższy czas, aby społeczeństwo jasno wsparło Kościół”, podkreśla Ordo Iuris w komunikacie prasowym dotyczącym swojego projektu „Tak dla Religii w Szkole!”. Dane pokazują zaś, że znacząco wzrósł poziom nieufności wobec instytucji Kościoła. Wskaźnik skoczył w ciągu 10 lat prawie dwukrotnie – z 24,2% do 47,1%. Ten trend obserwujemy od dłuższego czasu, pokazują to choćby

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jaka przyszłość polskiej gospodarki?

Słynne hasło „brak polityki przemysłowej jest najlepszą polityką” okazało się dla Polski zgubne

Stan polskiej gospodarki i jej przyszłość są determinowane wynikami transformacji po 1989 r. Cechą charakterystyczną tego procesu było przeprowadzenie go pod przemożnym wpływem neoliberalizmu gospodarczego, który królował w gospodarce światowej od lat 80. minionego wieku. Główne założenia tego kierunku, w największym skrócie, to: jak najmniej państwa w gospodarce, ochrona środowiska hamuje rozwój, postawa „chciwości” jest słuszna, podatki progresywne są szkodliwe, bo hamują rozwój. Te założenia w silnych gospodarkach krajów Zachodu na pewnym etapie przyczyniły się do ich rozwoju. U nas niestety nie zdały egzaminu.

W wyniku zastosowania tych błędnych dla naszej gospodarki założeń nastąpiła jej głęboka dezindustrializacja. Niemal całkowicie zniknęły całe gałęzie przemysłu, np. włókiennictwo – słynne na cały świat ze względu na wysoką jakość wyrobów. Byliśmy również znanym eksporterem kompletnych obiektów przemysłowych, mieliśmy takie perełki jak elbląski Zamech czy kombinat papierniczy w Kwidzynie dysponujący najnowocześniejszym wyposażeniem; produkowaliśmy nawet tak deficytowe w świecie półprzewodniki. To tylko najbardziej rażące przykłady.

W stronę świadomej reindustrializacji

W okresie transformacji nie udało się zdynamizować rozwoju przemysłów wysokiej techniki. W wyniku błędnej polityki ówczesnych władz te najbardziej nowoczesne gałęzie przemysłu zostały sprywatyzowane w pierwszej kolejności, w zdecydowanej większości przejęte i w dużej części zlikwidowane przez kapitał zagraniczny. Struktura naszego przemysłu nigdy nie była nowoczesna, a w wyniku transformacji nastąpił jej dalszy regres. W 1989 r. udział tych przemysłów w gospodarce wynosił 6%, a w 2019 r. obniżył się do 5,1%. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że udział tych przemysłów w UE wynosi przeciętnie 14-17%, a w najwyżej rozwiniętych krajach UE – 20-25%. Przodujące pod tym względem kraje to USA, Japonia, Korea Południowa, Tajwan – tam udział przekracza 30%. Rekordzistą jest zaś Izrael, z udziałem przemysłów wysokiej techniki przekraczającym 40% wartości produkcji całego przemysłu i 55% eksportu. Zadaniem dla naszej gospodarki jest chociaż częściowe zmniejszenie dystansu do czołowych krajów.

Ostatnie światowe tendencje są takie, że rola przemysłu rośnie. Wobec tego zadaniem dla polskiej gospodarki jest reindustrializacja, która powinna polegać na świadomie prowadzonej polityce przemysłowej. Brak takiej polityki w trakcie procesu transformacji gospodarczej oraz niekontrolowany i niesterowany proces prywatyzacji – w tym brak polityki wobec kapitału zagranicznego – doprowadziły polską gospodarkę do głębokiej dezindustrializacji i chaosu, a w rezultacie do masowej emigracji zarobkowej. Słynne hasło „brak polityki przemysłowej jest najlepszą polityką” okazało się zgubne.

Najwyższy czas, aby został wytyczony jej świadomy kierunek. Opieranie się na żywiołowej kreatywności przedsiębiorców – zasługującej zresztą na najwyższe uznanie – to jednak za mało. W tym kontekście warto się zastanowić, czy dążyć do odbudowy tego, co było przed transformacją, czy postąpić w jakimś sensie rewolucyjnie i przebudować strukturę polskiego przemysłu, biorąc pod uwagę nowoczesne trendy. Zdecydowanie należałoby się opowiedzieć za tym drugim kierunkiem.

Kierunki rozwoju polityki przemysłowej

Jak to zrobić? I przede wszystkim kto ma to zrobić? Oczywiście adresatem jest rząd. Poprzedni wsławił się tym, że zmienił nazwę resortu zajmującego się gospodarką z Ministerstwa Gospodarki na Ministerstwo Rozwoju. Sama zmiana szyldu nie zapewniła jednak zmiany jakościowej. Rząd Donalda Tuska ma poważne zadanie: naprawić zepsute instytucjonalnie przez poprzedników państwo. Rząd ten reaktywował Ministerstwo Przemysłu, lokując je na Śląsku – w najbardziej uprzemysłowionym regionie kraju. Ministerstwo przetrwało zaledwie półtora roku – w ramach rekonstrukcji rządu w lipcu 2025 r. zostało zlikwidowane. Zlikwidowano również samodzielny resort gospodarki funkcjonujący dotychczas pod dziwaczną nazwą Ministerstwo Rozwoju i Technologii (rozwoju czego?). W zamian powołany został gigant – Ministerstwo Finansów i Gospodarki.

Czas pokaże, czy te zmiany organizacyjne przełożą się na lepszą jakość funkcjonowania. Nadzieje są wielkie. Obecny rząd – po rekonstrukcji – ma przed sobą co najmniej dwuletnią perspektywę. W aktualnej sytuacji należy zwrócić uwagę na dwa elementy.

  1. Dotychczas brakowało w strukturze rządowej silnej merytorycznie i prestiżowo osoby z wykształceniem ekonomicznym, która pełniłaby funkcję wicepremiera koordynującego sprawy gospodarcze. Na takiego lidera w sferze gospodarki w obecnym rządzie wykreowany został minister finansów i gospodarki, jednak bez formalnej rangi wicepremiera. Czas pokaże, czym ta zmiana pokoleniowa zaowocuje. Rządy z pierwszego okresu transformacji miały w składzie znaczące osobowości – jednym tchem można wymienić takie nazwiska jak Balcerowicz, Kołodko, Hausner, Belka. Ekonomiczne kompetencje tych osób są niepodważalne. Ogólnie trzeba stwierdzić, że w naszym kraju wśród wąsko pojętych elit sterujących nawą państwową od lat jest za mało ekonomistów. Dzieje się to ze szkodą dla naszej gospodarki.
  2. Mimo rekonstrukcji rządu w dalszym ciągu brakuje organu sztabowego, który spełniałby funkcje doradcze dla premiera i resortów gospodarczych. Istniejąca niegdyś Rada Strategii Społeczno-Gospodarczej została zlikwidowana w pierwszym okresie rządów PiS (2006). Istniejące od 1 stycznia 1997 r. Rządowe Centrum Studiów Strategicznych rząd PiS również zlikwidował z dniem 31 marca 2006 r. Wygląda to na wielkie zadufanie rządzących i brak strategicznej wizji niezbędnej do konsekwentnej realizacji dalekosiężnych celów gospodarczych. Wspomniane centrum powinno funkcjonować niezależnie od „przeklętego” czteroletniego cyklu wyborczego. Powinien zatem być ów organ merytoryczny, funkcjonujący długofalowo, niezależnie od tego, jaka opcja polityczna jest aktualnie u władzy. Cztery lata to okres zbyt krótki, aby można było opracować, a zwłaszcza zrealizować, jakiekolwiek cele strategiczne. Nawet najgenialniejszy polityk na czele rządu nie zapanuje nad wszystkimi problemami, a na takim kompetentnym organie mógłby polegać.

Zaprezentowane poniżej problemy powinny być objęte polityką przemysłową w nadchodzących latach.

Kierunkowo powinniśmy się skupić na rozwoju „przemysłów wysokiej techniki” czy też „przemysłów wysokiej szansy”. Prof. Andrzej Karpiński zalicza do nich następujące branże: lotniczą, sprzętu oświetleniowego, farmaceutyczną, aparatury medycznej, aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej, maszyn energetycznych, sprzętu telekomunikacyjnego, aparatury pomiarowej, komputerową, sprzętu fotograficznego i optycznego, elektroniki profesjonalnej, kosmetyczną i wyrobów toaletowych, celulozy i papieru, farb i lakierów, samochodową(1).

Nie zaniedbując oczywiście tych gałęzi, które tradycyjnie są silne

PRZYPISY

1 Karpiński A., Jak wyjść z chaosu i bezwładu. Propozycja strategii oraz polityki przemysłowej dla Polski, Oficyna Wydawnicza SGH, Warszawa 2023.

Dr Andrzej Jakubowicz jest doktorem nauk ekonomicznych SGH, członkiem Rady Naukowej Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Burza nad polskim rynkiem mieszkaniowym

Kryzys mieszkaniowy stał się okazją do niekontrolowanej działalności firm eksmiterskich

Reklamy podsuwają wizję świata, w którym nie ma miejsca na starość, niepowodzenie czy zmartwienia. Polska polityka mieszkaniowa to bardziej wytwór sprzedawców marzeń niż przemyślany plan mający zapewnić przeciętnie zarabiającym ludziom bezpieczny dach nad głową. Bilbordy firm deweloperskich reklamują szczęście na kredyt, zielone osiedla i sąsiedzkie arkadie w samym środku miejskiego zgiełku.

Tymczasem niejednego Polaka od bezdomności dzielą dwa miesiące zalegania z czynszem. Oszczędności zgromadzone przez wielu ludzi pracujących na pełnym etacie nie wystarczyłyby nawet na zakup pralki. Większość rodaków uświadamia sobie, że codzienne balansowanie na linie może się skończyć upadkiem, a problemy ze spłatą czynszu pozbawią ich podmiotowości. Policja przestaje odpowiadać na wezwania dotyczące najścia, a dobytek życia – spakowany jak odpady w worki na śmieci – ląduje za oknem lub progiem mieszkania.

Rozbój na telefon

Taka sytuacja zresztą się zdarzyła. Gdańsk-Żabianka, ulica Gospody. To dzielnica bloków mieszkalnych usytuowana między Gdańskiem a Sopotem. W lutym ub.r. w pewien piątek późnym wieczorem niepełnosprawna, starsza kobieta zastaje przed drzwiami swojego mieszkania dwóch postawnych mężczyzn. Osiłkom z działającej w całym kraju firmy Biuro Bezpieczeństwa Nieruchomości towarzyszą dwie kobiety przedstawiające się jako nowe lokatorki. Utrzymują, że wynajęły mieszkanie, bez uprzedniego oglądania nieruchomości, i to wraz z rzeczami osobistymi poprzedniej mieszkanki. Pracownicy BBN pod nieobecność lokatorki rozwiercili zamki i dostali się do lokalu, przekazując jej jedynie pozostającego w nim psa. „Pani już tu nie mieszka, zamki zostały wymienione i pani nie wejdzie już do lokalu”, oznajmili 60-latce.

– Jak się okazało, niespodziewane najście to efekt zadawnionego, niewielkiego długu mojego brata, kiedyś formalnego właściciela mieszkania. Moja matka zgodnie z umową miała prawo dożywotniego użytkowania nieruchomości. Zadłużenie wynosiło 6 tys. zł i gdybyśmy o nim wiedzieli, bez trudu pokrylibyśmy tę należność. W tarapatach znaleźliśmy się, gdy ktoś kupił mieszkanie matki na licytacji komorniczej wraz z lokatorką. Nie mamy wiedzy, na jaki procent udzielono bratu tej pożyczki. Nabywca nie próbował się kontaktować z moją matką, nie zgłosił nawet zamiaru kupna mieszkania. Nie interesowała go sytuacja życiowa mamy. Czteropokojowe mieszkanie kupił po bardzo okazyjnej cenie – opowiada Teresa D., córka pokrzywdzonej.

Ochroniarze mieli aparycję wartowników wojskowych, a rozmowa z nimi przypominała nakłanianie do opuszczenia posterunku wbrew rozkazom. Kilkakrotnie wzywani funkcjonariusze policji wzruszali ramionami, podkreślając bezsilność wobec zaistniałej sytuacji. Ograniczyli się do poinformowania lokatorki, że powinna udać się do sądu. Policjant z następnego patrolu nawet nie ukrywał niechętnego stosunku do lokatorów. Starsza kobieta poinformowała go, że w mieszkaniu pozostawiła dobytek całego życia, łącznie z lekarstwami i ubraniami. – Jeśli nie ma pani gdzie spać, to proszę iść do najbliższej noclegowni dla bezdomnych – odpowiedział.

Pierwszą noc kobieta spędziła na klatce schodowej własnego bloku u boku córki. Agresorzy złożyli jej ofertę przyjęcia 5 tys. zł w zamian za zrzeczenie się dochodzenia praw do przebywania w mieszkaniu. Nazajutrz jednak propozycję wycofali. Gdańszczanka była załamana perspektywą raptownej bezdomności.

Ale sprawa znalazła nieoczekiwany finał. Tam, gdzie zawiodło prawo, zadziałały proste mechanizmy ekonomii. Człowiek, który na licytacji komorniczej nabył nieruchomość starszej kobiety, postanowił zaoszczędzić kilkanaście tysięcy złotych, nie wypłacając czyścicielom umówionego wynagrodzenia. Ci uznali umowę za nieobowiązującą i odstąpili od okupacji lokalu, narzekając na nieodpowiedzialność byłego pracodawcy. „Teraz to wy, dziewczyny, będziecie tego pilnować, tylko od tej pory nikogo już nie wpuszczajcie”, powiedział matce z córką jeden z eksmiterów.

Koszmar trwał ponad dobę. Po tym incydencie poszkodowana wezwała ślusarza, by zmienił zamki, przywracając stan posiadania nieruchomości.

– Obecnie mama żyje na tykającej bombie. Złożyła wniosek o przydział lokalu socjalnego, jednak podanie zostało odrzucone. Mamy związane ręce. Na nic się zdają tłumaczenia, że przecież mieszkanie nie należy już do mojej matki i w każdej chwili może zostać z niego wyrzucona na bruk – zamartwia się Teresa D.

Dialog pięści z nosem

Wszystkie historie przytaczane przez lokatorów bądź interweniujących w ich sprawie aktywistów łączy jedno: kapitulanctwo służb mundurowych, połączone z przesuwaniem przez sprawców granic dozwolonych działań. To stawianie lokatorów przed faktem dokonanym, ustanawianie za każdym razem nowych, korzystnych dla właścicieli interpretacji prawa za pomocą najstarszego argumentu – siły.

– Gdy przyjechałem na gdańską Żabiankę, zastałem pracowników firmy czyścicielskiej w czarnych uniformach i wysokich buta. Nie mieli postury ochroniarzy pracujących w nocnych klubach czy dyskotekach, ale ich ubiór i postawa sugerowały, że specjalizują się w tzw. brudnej robocie. Nie mieli żadnego wcześniejszego związku z mieszkaniem, chyba że na poważnie wziąć uwagę właściciela nieruchomości o nowych lokatorach, którzy zamieszkają tam „od zaraz”. Podstawiony chwilowy „lokator” to jedno z ulubionych zagrań czyścicieli – mówi Adam Szczepański, polityk partii Razem.

– Na nic się zdawały nasze tłumaczenia, że patrol nie został wezwany, by rozstrzygać naturę sporu (bo to jest kompetencją sądu), tylko by zainterweniować w sprawie wtargnięcia oraz by zagwarantować lokatorom prawo do korzystania z mieszkania. Nie pozwolili nawet dokumentować najścia oraz policyjnej interwencji, co samo w sobie stanowiło naruszenie prawa – dodaje Szczepański.

Funkcjonariusze policji byli obecni w każdym przypadku, gdy czyściciele z BBN jawnie łamali prawo lokatorskie. Ani razu nie wyprosili ludzi blokujących lokatorom wejście do mieszkania. Przedstawiciele służb mundurowych pokornie przyjmowali wersję pracowników BBN, niemal przepraszając za to, że zgodnie z prawem mieli obowiązek przyjechać na interwencję.

– Policja sugerowała nawet, by gdańszczanka skorzystała

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Rzeczpospolita pijacka

Politycy od lewa do prawa są przeciwko pijaństwu, ale w godzinie próby nie podniosą ręki na narodową tradycję

Ostatnie wydarzenia w Radzie m.st. Warszawy wywołały powszechne wzburzenie, a lokalny spór o nocną prohibicję (zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach) stał się głównym tematem we wszystkich mediach. Głos zabrał nawet Donald Tusk, który stwierdził, że „nie jest zadowolony z tego, co się zdarzyło”, i dał jasno do zrozumienia, że popiera wprowadzenie ograniczeń antyalkoholowych. A przecież to partyjni podwładni Tuska pod wodzą szefa klubu radnych KO Jarosława Szostakowskiego doprowadzili do awantury, ośmieszając przy okazji Rafała Trzaskowskiego.

Według plotek wolta radnych KO była zagrywką polityczną Marcina Kierwińskiego, który jest szefem stołecznych struktur Platformy. Podobno minister spraw wewnętrznych i administracji chciał pokazać Trzaskowskiemu, że to on rządzi w Warszawie, inna zaś wersja mówi o tym, że chodziło o utarcie nosa „lewakom”, czyli radnym z klubów Lewicy i Miasto Jest Nasze, którzy byli inicjatorami antyalkoholowych ograniczeń.

Tymczasem, jak wynika z konsultacji społecznych zorganizowanych przez ratusz oraz prowadzonych cyklicznie badań sondażowych, większość mieszkańców stolicy popiera nocne ograniczenia sprzedaży alkoholu.

Rozsądek Czarzastego

Posłowie Lewicy poszli za ciosem i w odwecie przygotowali projekt ustawy Stop Alko Lobby, w którym znalazły się zapisy m.in. o nocnym zakazie sprzedaży alkoholu w całej Polsce, zakazie sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych i zakazie reklamy alkoholu.

„Wszyscy widzimy po nocach ludzi pod sklepami alkoholowymi. Zachowują się w sposób uwłaczający godności, przede wszystkim ich. Ale widzimy, że nic nie robimy w sprawie braku rozpijania młodego pokolenia, widzimy, ile jest wypadków samochodowych po gorzale, widzimy, ile jest ludzi na SOR-ach. Widzimy, jak tracimy po prostu rozsądek w tej sprawie. I nikt nic w tej sprawie nie jest w stanie zrobić. (…) Rozmawiamy o wódzie, rozmawiamy o rozpijaniu polskiego społeczeństwa, rozmawiamy o czymś, co powinno mieć swój kres”, mówił Włodzimierz Czarzasty.

Troska o trzeźwość narodu

Gdyby zapytać jakiegokolwiek polityka (z wyjątkiem Sławomira Metzena i jego partyjnych towarzyszy) o stosunek do alkoholu, każdy powie, że jest to zło, z którym trzeba walczyć. W 2017 r. Sejm z inicjatywy posłów PiS przyjął uchwałę „w sprawie zwiększenia troski o trzeźwość Narodu”. Napisano w niej m.in.: „Ofiarami nadużywania alkoholu i choroby alkoholowej są nie tylko osoby chore, ale całe rodziny, w których najbardziej cierpią najmłodsi. Regułą jest, że alkoholizm jednego z członków rodziny staje się epicentrum całego rodzinnego życia. Jej członkowie, skupiając się na pomocy osobie uzależnionej, na przeciwdziałaniu negatywnym skutkom nałogu, zaniedbują pozostałe obowiązki, przede wszystkim rodzicielskie. Co więcej, systematycznie rośnie spożycie wśród młodych kobiet, również przyszłych matek. W historii Polski troska o trzeźwość była związana z dążeniem do wolności, do odrodzenia Narodu, a także z obroną godności Polaków. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wzywa do zwiększenia troski o trzeźwość Narodu i apeluje do Rządu Rzeczypospolitej Polskiej, samorządów, Kościołów, związków

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Lasy Partyjne

Jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie

– To jest taka córka leśniczego – rzucił prof. Jan Szyszko do Mariusza Błaszczaka, wręczając mu kopertę przed posiedzeniem Rady Ministrów. – A to kamera Polsatu. – Minister Błaszczak odwrócił się i pomachał do kamery. Jan Szyszko nie zmieszał się zbytnio, rzucił w stronę dziennikarzy „Uwielbiamy” i kontynuował: – Ona prosiła, żebym panu to przekazał, dobra? Niech pan to przeczyta – prosił minister.

Ta tragikomiczna scenka, która obiegła polskie media w czerwcu 2017 r., uchyliła rąbka tajemnicy, jak za rządów Zjednoczonej Prawicy załatwiało się różne korzyści dla Lasów Państwowych. Kilkadziesiąt sekund nagrania ściągnęło na Szyszkę gromy. Ten szedł w zaparte.

W wywiadzie dla Polskiego Radia na pytanie o to, kim była owa córka leśniczego, odpowiedział: „Córką leśniczego była »Inka« […] i niedawno postawiliśmy jej pomnik”. Szyszko wplątał w swoją wpadkę bohaterkę AK zamordowaną po wojnie przez komunistyczną bezpiekę. Tą bezczelną wypowiedzią ściągnął na siebie kolejną falę krytyki, w tym ze środowisk konserwatywnych. Piotr Trudnowski z Klubu Jagiellońskiego stwierdził: „Trudno sobie wyobrazić większe polityczne świństwo niż wycieranie sobie gęby pomordowanymi za Polskę bohaterami dla próby wybielenia sprawy pachnącej na kilometr prymitywną lewizną”.

Historia śmierdziała na tyle, że ministra Szyszki wyparli się nawet partyjni koledzy. Minister Błaszczak publicznie zapewnił, że nie otworzył koperty, odesłał ją do Ministerstwa Środowiska i czeka na kontakt drogą formalną. Premier Beata Szydło stwierdziła z kolei, że to był „wypadek przy pracy, który w ogóle nie powinien się zdarzyć”. Zapowiedziała, że sprawa zostanie wyjaśniona. Oczywiście nic podobnego się nie wydarzyło.

Kilka dni później, gdy prowadziłem Marsz dla Puszczy w Warszawie, zaintonowałem przyśpiewkę: „Córka leśniczego nie cięłaby niczego”. Tłum chętnie ją podchwycił.

Politycy PO złożyli do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Prokurator – według relacji Onetu – zaufany ministra Zbigniewa Ziobry, odmówił wszczęcia postępowania.

„Córka leśniczego” stała się jednym z symboli upadku Lasów Państwowych po roku 2015. Był to czas bezprecedensowego upolitycznienia, nepotyzmu i traktowania LP jak prywatnego folwarku. Jeden z ekspertów z branży mówi:

– Jak rządził Tomaszewski, to myślałem, że gorzej być nie może. Potem przyszedł Konieczny i zacząłem tęsknić za Tomaszewskim. A potem pojawił się Józef K. i zacząłem tęsknić za Koniecznym.

Wraz z nastaniem dobrej zmiany dokonano błyskawicznej wymiany dyrektorów regionalnych. Marek Bodył, redaktor naczelny czasopisma „Drwal”, mówi:

– Styl i zakres zmian był bezprecedensowy. O ile wcześniej również dochodziło do zmian kadrowych, to w wielu miejscach utrzymywali się powszechnie szanowani leśnicy o wysokich kompetencjach, których partyjna miotła nigdy nie wymiatała z fotela. Tym razem maksymalnie skorzystano z możliwości, jakie daje ustawa o lasach, powoływania ludzi na stanowiska, a nie wybierania w drodze konkursów.

Anna Malinowska, wieloletnia rzeczniczka Lasów Państwowych, trafiła do LP z konkursu, w 2008 r. Przez 13 lat pracy w dyrekcji generalnej była jedną z niewielu osób, które trafiły tam tą drogą. Jej zdaniem upolitycznienie to jedna z największych bolączek trapiących LP.

– Źli ludzie z politycznymi plecami są w stanie w tym systemie wyrządzić ogromną krzywdę. Jeśli nie mogą zrobić krzywdy tobie osobiście, to będą się mścić na bracie, siostrze albo szwagrze. – Opowiada o wysoko postawionym leśniku, który wrócił na ważne stanowisko po 2015 r.: – Gnębił pracownicę, którą sam zatrudnił za swoich poprzednich rządów w jednej z dyrekcji regionalnych. Wyżywał się na niej, bo nie chciała mu za poprzedniej władzy wynosić dokumentów i donosić na szefostwo. Niebezpieczny człowiek.

Choć była rzeczniczka zastrzega, że wśród ludzi z politycznego nadania

Fragmenty książki Marka Józefiaka Polska Rzeczpospolita Leśna, czyli jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie, W.A.B., Warszawa 2025

Fragmenty książki Marka Józefiaka Polska Rzeczpospolita Leśna, czyli jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie, W.A.B., Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ziemia obiecana 2.0

Jak dwóch Jankesów naciągnęło nas na miliardy dolarów

Panowie Michael Sabel i Bob Pender nie czytali „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta, za to do perfekcji opanowali działanie wedle słynnego z niej cytatu: „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic (…). To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, by założyć wielką fabrykę”.

Historia zaczęła się 26 czerwca 2018 r., gdy Piotr Woźniak, prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa SA, oraz Sabel i Pender, założyciele spółki Venture Global LNG, w trakcie odbywającej się w Waszyngtonie Światowej Konferencji Gazowej podpisali porozumienie dotyczące warunków dostaw 2 mln ton skroplonego gazu ziemnego rocznie z nieistniejących jeszcze w Luizjanie terminali Calcasieu Pass LNG i Plaquemines LNG. Pierwsze statki z amerykańskim błękitnym paliwem miały trafić do Świnoujścia w 2022 r.

„To dla nas zaszczyt, że wśród naszych partnerów znalazło się PGNiG, jeden z liderów rynku energetycznego w tej części Europy”, dumnie oświadczyli prezesi Sabel i Pender. „Zakup LNG w USA pozwoli nam nie tylko na dalszą dywersyfikację naszego portfela importowego od 2022 r., ale także umożliwi rozwój naszych kompetencji tradingowych i obecność jako globalnego gracza na rynku LNG”, wtórował im prezes Woźniak.

Choć w 2018 r. Venture Global na realizację tych inwestycji zebrała tylko 525 mln dol., to prezesi mieli plan! Legenda głosi, że Sabel, by namówić inwestorów, jeździł po Teksasie starym chevroletem i tłumaczył im, że eksport LNG będzie lukratywnym biznesem. Mimo że spółka nie posiadała własnego terminalu, zawarła kontrakty na dostawy gazu z takimi koncernami jak Shell, BP, włoski Edison, chiński Sinopec czy hiszpański Repsol. Dla banków była to gwarancja, że interes jest pewny i można udzielić spółce kredytów.

28 września 2018 r. PGNiG i Venture Global LNG zawarły dwa 20-letnie kontrakty na dostawy 2 mln ton skroplonego gazu w formule Free on Board, czyli że strona polska będzie odbierała gaz swoimi statkami i będzie mogła sprzedać go na wolnym rynku.

Umowy te w późniejszych latach były aneksowane i obecnie Orlen (który wchłonął PGNiG) powinien każdego roku odbierać 5,5 mln ton LNG z Luizjany. Tyle że, jak mówią przedstawiciele naszego narodowego producenta paliw, „spółka Venture Global realizuje swoje zobowiązania w ograniczonym zakresie w porównaniu do tego, co zapisano w kontraktach”.

Za tym uprzejmym zwrotem kryje się brzydka prawda. Zgodnie z umową zawartą w 2018 r. dostawy gazu dla PGNiG (obecnie Orlenu) powinny się rozpocząć w 2022 r. Tymczasem pierwszy statek z LNG od Venture Global zjawił się w Świnoujściu… pod koniec kwietnia 2025 r.

By uzupełnić braki w dostawach, pojawiające się w związku z tym, że Amerykanie nie realizowali swoich zobowiązań z 2018 r., Orlen od trzech lat zmuszony był kupować gaz na wolnym rynku, często po bardzo wysokich cenach. Ile go to kosztowało? Szacunki mówią o dodatkowych ok. 900 mln dol. tylko w 2022 r. Łącznie do 2025 r. mogło to być znacznie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Zbigniew Derdziuk – tajemniczy prezes ZUS

Kompetencje niejasne, zadania rozmyte, pozycja niepodważalna

Big Brother

ZUS to instytucja nieprzejrzysta. Nad wszystkim wisi fasadowa rada nadzorcza, ciało bez realnych kompetencji i wpływu(1). Sam ZUS dysponuje uprawnieniami quasi-śledczymi, sądowymi i egzekucyjnymi. Co to znaczy w praktyce? Na przykład to, że pozew przeciwko ZUS trzeba złożyć… za jego pośrednictwem(2). Jakby ofiara policyjnej przemocy musiała się skarżyć poprzez swojego oprawcę.

ZUS to także cichy terrorysta. Jedno naciśnięcie klawisza i człowiek albo część jego historii znika z systemu. Pozostaje się bez środków do życia, bez informacji i możliwości obrony(3). O prawdziwym obliczu ZUS mówi się szeptem. Publiczna krytyka? Zawsze wiąże się z ryzykiem.

Cyfrowa fikcja

Kto to stworzył? Kto za to odpowiada? Odpowiedzialność się rozmywa, ale jedno nazwisko pozostaje centralne: Zbigniew Derdziuk, obecny prezes ZUS.

System obowiązkowych ubezpieczeń nie powstał z dnia na dzień. Kształtował się latami, a Derdziuk w ostatnich latach był jednym z jego architektów. Już za swojej pierwszej kadencji (2009-2015) wdrażał fundamenty obecnego „nowoczesnego ZUS”: e-ZLA, PUE, automatyzację wypłat. Na papierze wyglądało to jak postęp, w praktyce – cyfrowa wersja kafkowskiego koszmaru: formularze, których nie da się wysłać, decyzje korygowane po trzech latach, algorytmy bez empatii i sprawności (bo system ZUS nie potrafi liczyć).

W 1985 r. ZUS zatrudniał 15 tys. urzędników i obsługiwał 15 mln osób. Dziś zatrudnia ok. 45 tys. i obsługuje… tyle samo. Różnica? Miliardy złotych wydane na informatyzację, która miała „pomóc”.

Derdziuk wcześniej brał udział w reformie emerytalnej w 1999 r., która rozmontowała system repartycyjny i wprowadziła fikcyjny kapitał. Skutki były tak poważne, że jako prezes musiał je potem rozbrajać jak miny. Teraz, po dziewięciu latach, wrócił na stanowisko. I choć podkreśla, że nie odpowiada za obecny stan ZUS, prawda jest inna: to on ten system współtworzył, wdrażał i utrwalał. ZUS nie da się zepsuć w rok. Ale jeśli ktoś miałby psuć go konsekwentnie przez ćwierć wieku, Derdziuk był przy tym niemal zawsze.

Kim jest Zbigniew Derdziuk?

Oficjalna narracja brzmi jak z folderu promocyjnego: wulkan energii, człowiek orkiestra, niezatapialny technokrata, który odnajduje się w każdej politycznej konfiguracji: od AWS i Balcerowicza, przez PiS i PO, po mBank i… rekomendację Lewicy. Nie „człowiek bez właściwości”, lecz człowiek wszystkich właściwości, pasujących do każdej epoki. Można by nim obsadzić całą Radę Ministrów i jeszcze starczyłoby na kilku wojewodów.

Nie kojarzycie? To zrozumiałe. W przestrzeni publicznej tak naprawdę istnieje tylko jeden artykuł o Zbigniewie Derdziuku – na Wikipedii. I to ten tekst media powielają od lat. Refren? „Bezpartyjny fachowiec”. Brzmi ładnie i niczego nie wyjaśnia. Problem w tym, że przez trzy dekady Derdziuk pobierał wynagrodzenie u co najmniej 30 pracodawców, nie dorywczo, lecz na stanowiskach kierowniczych, nadzorczych i zarządczych. Żeby nie być gołosłownym…

Człowiek renesansu administracji

Kariera Zbigniewa Derdziuka to gotycka Księga rekordów Guinnessa. Zaczynał jako dyrektor w TVP i TV Puls, potem był konsultantem międzynarodowym, członkiem rady nadzorczej OBOP, sekretarzem stanu, szefem Kancelarii Premiera, ministrem w rządzie Tuska, sekretarzem miasta Warszawy, dwukrotnym prezesem ZUS (2009-2015 i od 2024), a także doradcą zarządu mBanku.

W sektorze finansowym pełnił funkcje w PKO BP, PBI i Banku Pocztowym. Zasiadał w radach nadzorczych BGK, Totalizatora Sportowego, Amiki, PZU, Postdaty, Scanmedu, Winuela i Metra Warszawskiego. Od 2020 r. kierował Roma Office Center, spółką archidiecezji warszawskiej.

Na arenie międzynarodowej przewodniczył komisjom ISSA (International Social Security Association – Międzynarodowe Stowarzyszenie Zabezpieczenia Społecznego) i współpracował z Polskim Stowarzyszeniem Ubezpieczenia Społecznego. Udzielał się w projektach doradczych przy prezydencie Kaczyńskim, Polskiej Agencji Informacyjnej i w strukturach

PRZYPISY

  1. Rada Nadzorcza ZUS to 10-osobowy organ mający reprezentować rząd, pracodawców i związki zawodowe. W praktyce instytucjonalna fikcja, powoływana przez premiera, bez realnych kompetencji. Nie może powołać ani odwołać prezesa, nie ma wpływu na strategię, decyzje ani wewnętrzne zarządzenia. Jej opinie są doradcze, czyli ignorowane, a posiedzenia niejawne.
  2. Odwołanie od decyzji ZUS trzeba złożyć przez ten oddział, który ją wydał. Podstawa prawna: art. 477 par. 2 kpc i art. 83 Ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.
  3. Z danych Rzecznika Praw Obywatelskich z lat 2020-2024 wynika, że ZUS co roku generuje ponad 4 tys. skarg, dotyczących m.in. przewlekłości postępowań, absurdalnych uzasadnień odmów oraz konsekwentnego ignorowania zaleceń RPO. Sam rzecznik mówi już nie o przypadkach, lecz o systemowej oporności instytucji. Według danych sądów co roku toczy się 120-160 tys. spraw z zakresu ubezpieczeń społecznych, z czego niemal 100 tys. kończy się wyrokiem. Większość tych spraw to spory z ZUS. Przy ok. 45 tys. pracowników ZUS łatwo policzyć, że statystycznie każdy urzędnik tej instytucji wydaje rocznie trzy-cztery decyzje, które kończą się w sądzie. A przecież mówimy tylko o sprawach, które obywatelom udało się zaskarżyć. Przeciętny pracownik ZUS ma co najmniej kilka sądowych „dzieci” rocznie, a dodatkowo całą gromadkę „niewidzialnych” decyzji – błędnych, ale skutecznych, bo nikt się nie odwołał. Wszystko w ramach instytucji, która ma służyć obywatelowi.
Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.