Kraj

Powrót na stronę główną
Kraj

Macierewicz wchodzi do gry

Jedną z pierwszych decyzji Karola Nawrockiego będzie publikacja aneksu do raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych

Dla środowiska pisowskiego aneks jest niczym Księga Objawienia. Zamiast wizji końca świata zapisano w nim wizje Antoniego Macierewicza o układzie, który stworzył III RP. Aneks ma kilkaset stron i powstał w 2007 r. Jest uzupełnieniem raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, zwanego raportem Macierewicza, o rzekomo przestępczej działalności WSI, które dla PiS były wcieleniem wszelkiego zła. Według teorii spiskowych wszechwładne WSI oplotły Polskę siecią powiązań i interesów. Ludzie wojskowych tajnych służb mieli przeniknąć do świata biznesu i nauki, do polityki, mediów i podziemia przestępczego, czerpiąc z tego gigantyczne zyski. A nawet ponoć kreowali wydarzenia medialne i polityczne, np. sprawę taśm Renaty Beger. Były to absurdalne teorie, a gdyby zawierały choć odrobinę prawdy, Polska nigdy nie zostałaby członkiem NATO, bo przecież USA i inne państwa sojusznicze nie dopuściłyby formacji przestępczej do najważniejszych tajemnic.

WSI, czyli kontrwywiad i wywiad wojskowy, utworzono na początku lat 90. W 2006 r., gdy rządziła koalicja PiS-LPR-Samoobrona, WSI zostały zlikwidowane, a w ich miejsce powstały Służba Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) i Służba Wywiadu Wojskowego (SWW). W koalicyjnym rządzie Antoni Macierewicz był wiceministrem obrony narodowej, likwidatorem WSI, weryfikatorem ich kadr oraz szefem SKW.

Macierewicz powołał dwie tajne komisje: weryfikacyjną i likwidacyjną WSI. Sam stanął na czele tej pierwszej, do której dokooptował bliskich współpracowników, historyków IPN i działaczy PiS. Kierownictwo drugiej powierzył Sławomirowi Cenckiewiczowi oraz Piotrowi Woyciechowskiemu, swojemu wychowankowi, który jako student astronomii pomagał mu na początku lat 90. w przygotowaniu listy agentów SB. W komisji kierowanej przez Cenckiewicza zasiadał m.in. Tomasz L., ulokowany przez PiS w warszawskim ratuszu. W 2022 r. urzędnik został zatrzymany przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego pod zarzutem współpracy ze Służbą Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej.

Zdrada stanu

Tak zwany raport Macierewicza opublikowano w lutym 2007 r. Wywołał on oburzenie nie tylko w Polsce, ale też u partnerów z NATO. Był to czas, gdy polscy żołnierze uczestniczyli w misjach w Afganistanie i w Iraku, a Macierewicz ujawnił szczegóły operacji, nazwiska oficerów i współpracowników wojskowych służb, w tym działających za granicą. W raporcie podane zostały także informacje na temat współpracy polskich i sojuszniczych służb specjalnych. Macierewicz naraził życie tysięcy żołnierzy i sparaliżował wojskowy wywiad i kontrwywiad. Były szef WSI gen. Marek Dukaczewski nazwał takie działanie zdradą stanu. Natomiast poseł PO Marek Biernacki (szef MSWiA w rządzie AWS-UW) powiedział: „Ujawniając te nazwiska, pan Macierewicz naruszył interesy państwa polskiego. Teraz obce służby mogą wykorzystywać raport jako doskonałą bazę werbunkową. Do tego podważa zaufanie sojuszników naszego kraju, m.in. w ramach NATO, i na dziesięciolecia sparaliżuje pozyskiwanie współpracowników dla polskich specsłużb”.

Wzburzenia nie krył prof. Władysław Bartoszewski. „Cały świat patrzy na Polskę i zastanawia się, co się u nas wyprawia. Staniemy się dla świata niewiarygodni, a odrobienie tych strat zajmie długie lata”, grzmiał były szef MSZ. W raporcie jako współpracowników WSI wskazano czterech urzędujących ambasadorów i kilkunastu attaché w polskich ambasadach, których w trybie nagłym ściągnięto do Polski. A przecież normalną rzeczą jest, że dyplomaci na placówkach współpracują z wywiadem. Ambasador RP w Kuwejcie Kazimierz Romański podpadł Macierewiczowi, bo jego nazwisko znalazło się na liście osób szkolonych w 1983 r. w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych. Romański w Kuwejcie był też przedstawicielem NATO, a polska ambasada stanowiła punkt kontaktowy Sojuszu w tym kraju. Odwołanie ambasadora wywołało niezadowolenie USA, ale ówczesna szefowa MSZ

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Miliony niewidocznych pacjentów

Choroby rzadkie to trwająca epidemia, na którą nie jesteśmy przygotowani. Pacjenci cierpią, czekając latami na diagnozę i leczenie

W sieci pojawia się coraz więcej zbiórek na pomoc w finansowaniu bardzo kosztownych terapii i badań chorób rzadkich. Pomóc można, m.in. wchodząc na strony: Siepomaga.pl, Zrzutka.pl, Fundacji Niezdiagnozowani (niezdiagnozowani.com) czy PACS2 Research Foundation (www.pacs2research.org). Zbiórki można znaleźć pod hasłem „choroba rzadka”. Beneficjentami takiej pomocy są najczęściej małe, zaledwie kilkuletnie dzieci, dla których każdy dzień jest walką. Potrzebne kwoty to przedział od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych, na milionie kończąc. Liczy się każda pomoc.

Zgodnie z przyjętą w Europie definicją choroba rzadka to taka, której występowanie odnotowuje się u mniej niż pięciu na 10 tys. osób. Obecnie znanych jest ponad 8 tys. chorób rzadkich, ale ich liczba rośnie każdego dnia. Każda z nich występuje sporadycznie, jednak ich łączna liczba sprawia, że dotyczą aż 6-8% populacji. W Unii Europejskiej z chorobami rzadkimi żyje 36 mln ludzi, w Polsce chorych jest ok. 3-3,5 mln osób. „Choroby rzadkie to ogromny problem epidemiologiczny i społeczny. Aby zapewnić pacjentom kompleksową opiekę, konieczne jest utworzenie polskiej sieci eksperckich ośrodków referencyjnych ds. chorób rzadkich”, tłumaczy w mediach Stanisław Maćkowiak, prezes Krajowego Forum na rzecz Terapii Chorób Rzadkich ORPHAN i Federacji Pacjentów Polskich.

Lata cierpień

Chociaż skala zjawiska sprawia, że choroby rzadkie określane są niekiedy jako epidemia, świadomość społeczna tych schorzeń nadal jest niska. Pacjenci zmagają się na co dzień z wieloma trudnościami. Poczynając od ustalenia diagnozy. „W Polsce, podobnie jak w Europie, czas diagnozy choroby rzadkiej to od pięciu do siedmiu lat. W tym okresie chory jest oczywiście w stałym kontakcie z pracownikami ochrony zdrowia – pielgrzymuje od lekarza do lekarza, próbując znaleźć przyczynę swoich problemów zdrowotnych. Ciągnące się latami diagnozowanie skutkuje postępem choroby rzadkiej i szkodami, jakich schorzenie dokonuje w organizmie chorego”, mówił magazynowi „Super Zdrowie” Stanisław Maćkowiak.

– Najwcześniejsze objawy, które mnie zaniepokoiły, zacząłem zauważać w gimnazjum, kiedy miałem 15-16 lat. Wtedy pierwszy raz doszło u mnie do omdlenia podczas większego wysiłku w wysokiej temperaturze. Zacząłem szukać pomocy, głównie kardiologicznej, ponieważ podejrzewaliśmy z rodzicami, że to może być np. niezdiagnozowana wcześniej wada serca. Diagnostyka w tym kierunku trwała dwa-trzy lata, a w rezultacie niczego nie wykazała. Następnie zauważyłem u siebie zupełny brak pocenia się – opisuje swoją ścieżkę diagnostyczną Marek z Lublina, który zmaga się z chorobą Fabry’ego.

– Choroba była diagnozowana niemal 10 lat, dlatego przez cały ten czas zmagałem się z jej objawami. Podczas wyboru specjalizacji brałem pod uwagę to, aby brak tolerancji wysokich temperatur nie wpłynął na jakość mojej pracy. Wybrałem radiologię, m.in. ze względu na to, że zazwyczaj radiolodzy pracują w klimatyzowanych pomieszczeniach. Należy zmodyfikować swój styl życia, ponieważ choroba w pewien sposób wpływa na codzienne funkcjonowanie. Przykładowo w upały należy unikać pełnego słońca, nawadniać się itp. Determinuje to też wybór kierunku na wakacje, ale nie tylko – opowiada młody mężczyzna.

Według specjalistów choroby rzadkie sprawiają prawdziwą trudność w diagnostyce ze względu na ich różnorodność kliniczną, która często stanowi wyzwanie nawet dla najbardziej doświadczonych lekarzy. Z biegiem czasu objawy zwykle się nasilają, czasem prowadząc do nieodwracalnych uszkodzeń w organizmie chorego. Dlatego kluczowe znaczenie dla dobrostanu pacjentów ma jak najwcześniejsza diagnoza. Im szybciej zostanie wdrożone właściwe leczenie, tym lepsza będzie jakość ich życia.

Jedną z bardziej kojarzonych w przestrzeni publicznej chorób rzadkich jest hemofilia. „Dla osoby z hemofilią skaleczenie nożem czy uderzenie w głowę może być bardzo niebezpieczne i wymaga natychmiastowego podania czynnika krzepnięcia – w przeciwnym razie może dojść np. do krwawienia do mózgu”, tłumaczy na łamach dziennika „Rzeczpospolita” prof. n. med. Wojciech Młynarski, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej. Specjalista zaznacza, że w ostatnich latach na wszystkich SOR-ach w Polsce przeprowadzono specjalistyczne szkolenia dla personelu, by miał świadomość, że w przypadku pacjenta z hemofilią, który zgłasza się z urazem, najważniejsze jest szybkie podanie odpowiedniego leku. „W przypadku braku dostępności leku lub niewłaściwego przygotowania pacjenta do zabiegu nawet drobne zdarzenia, takie jak usunięcie zęba, naprawdę mogą się okazać groźne dla życia”, wskazuje prof. Młynarski.

– Hemofilia jest chorobą genetyczną. Cierpi się na nią od urodzenia. U mnie zdiagnozowano ją, gdy miałem zaledwie kilka miesięcy i byłem w trakcie pierwszego ząbkowania, co powodowało trudne do zatamowania krwotoki – opisuje swoją historię Wojciech Mościbrodzki, wykładowca akademicki.

– Jednym z najtrudniejszych zdarzeń z mojego dzieciństwa było skaleczenie się odrobinką skorupki od jajka w języczek podniebienny. To miejsce, w którym nie ma możliwości tamowania krwi przez ucisk czy okład. Jedynym ratunkiem były długotrwałe kroplówki – wspomina mężczyzna.

Według wyliczeń World Federation of Hemophilia na świecie jest ok. 815 tys. osób chorych na hemofilię, w tym 277 tys. w stanie ciężkim. Nad Wisłą pacjentów z hemofilią jest 8-10 tys. „W Polsce zapewnienie w pełni nowoczesnej profilaktyki i leczenia hemofilii limitują dostępne środki finansowe, aczkolwiek następuje sukcesywna poprawa. Nasi hematolodzy znają nowe terapie dzięki udziałowi w międzynarodowych badaniach klinicznych, często pionierskich i stanowiących podstawę do rejestracji nowych leków”, powiedziała dziennikowi „Rzeczpospolita” prof. Maria Podolak-Dawidziak z Katedry i Kliniki Hematologii, Nowotworów Krwi i Transplantacji Szpiku Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Pacjenci równi i równiejsi

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej w art. 68 gwarantuje prawo do ochrony zdrowia. W zapisie tym czytamy, że każdy ma prawo do ochrony zdrowia, a władze publiczne są zobowiązane do zapewnienia równego dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Ponadto władze mają obowiązek zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom z niepełnosprawnościami i osobom w podeszłym wieku. Każda wymieniona w art. 68 ustawy zasadniczej osoba może chorować na choroby rzadkie. Państwo jest jednak dopiero na początku drogi do zapewnienia tym pacjentom należytej opieki. W sierpniu 2024 r. Rada

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dworzec imienia Barei

Plany PKP wobec Częstochowy budzą protesty i zdumienie mieszkańców. Ale nie od dziś wiadomo, że aby coś zbudować, czasem trzeba coś zburzyć

Niedawno w centrum Częstochowy ponownie zgromadzili się mieszkańcy. Nie po raz pierwszy, ale tym razem szczególnie mocno wybrzmiał ich sprzeciw wobec planów Polskich Kolei Państwowych. Przed budynkiem dworca, który ma zostać zrównany z ziemią, protestują nie politycy, lecz zwykli mieszkańcy. I to jest szczególnie interesujące w dzisiejszym, bardzo upolitycznionym czasie. Warto więc bliżej przyjrzeć się temu protestowi.

Demonstrację – jak i wcześniejsze – organizowało Stowarzyszenie Obywatelskie Obrony Dworca „Nasz dworzec – wspólna sprawa”. Wielu protestujących doskonale pamięta czasy, gdy nowy gmach, otwarty w 1996 r., był dumą całego miasta. Wtedy był to najnowocześniejszy taki obiekt w Polsce. Budynki zbyt szybko się nie starzeją, szczególnie gdy są wykonane z najlepszych materiałów. A tak właśnie było w tym wypadku. Ludzie nie mogą więc zrozumieć decyzji o zburzeniu dworca. A ponieważ wiadomo, co ma go zastąpić – załamują ręce. Mówią o potężnej niegospodarności, o marnotrawstwie milionów złotych i o absurdzie rodem z filmów Barei.

Był powodem dumy

Nowy dworzec kolejowy w Częstochowie oddano do użytku w czasach transformacji, okresie – o czym już trochę zapomnieliśmy – wielkich ambicji, a przy tym głodu nowych inwestycji, zwłaszcza w przestrzeni publicznej. W Polsce mało co wtedy budowano. Drogi przypominały ser szwajcarski, a obiekty użyteczności publicznej nieraz wręcz straszyły. Tymczasem Częstochowa doczekała się gmachu, który nie tylko symbolizował nowoczesność – on po prostu nowoczesny był. W dodatku w mieście będącym ważnym węzłem kolejowym i celem licznych pielgrzymek budynek ten był zwyczajnie potrzebny.

Koncepcję opracował zespół architektów pod kierunkiem Ryszarda Frankowicza. Zaprojektowano dworzec jako przeszklony, przestronny obiekt z wyraźnie zarysowaną halą główną, pełen światła i otwartych przestrzeni. Elewację wykonano z wysokiej jakości materiałów, sprowadzanych za ciężkie pieniądze z Niemiec, m.in. aluminiowych profili firmy Hueck, które wówczas uchodziły za nowość na rynku i gwarantowały doskonałą izolację termiczną. Nowy gmach miał nie tylko spełniać funkcje dworcowe, ale też kształtować wizerunek Częstochowy jako nowoczesnego europejskiego miasta. Nie była to więc wyłącznie inwestycja infrastrukturalna. To był budynek z ambicją. Przez lata pojawiał się w przewodnikach i publikacjach specjalistycznych jako przykład współczesnej architektury dworcowej. Wielu turystom zapadała w pamięć jego charakterystyczna bryła – połączenie szkła, betonu i stali – a także wygodne wnętrza z przestronną halą i licznymi punktami usługowymi. W tamtym czasie był nie tylko najnowszy. Był rodzynkiem – bo niewiele było w Polsce tak nowoczesnych obiektów. Nawet Warszawa musiała poczekać na modernizację Centralnego.

Zamiast remontu – rozbiórka

Przez lata dworzec w Częstochowie funkcjonował bez większych kontrowersji. Nie był tematem gorących dyskusji, raczej symbolem dobrze zrealizowanej, potrzebnej i do dziś rozpoznawalnej inwestycji. Jednak z czasem pojawiły się oznaki zużycia: niektóre instalacje elektryczne i sanitarne wymagały wymiany, część wnętrz – odświeżenia. Jedna z wind i schody ruchome od miesięcy nie działają. Potrzebny był lifting, jak określa to Piotr Pałgan, społecznik i aktywny obrońca obecnego budynku. Ale zamiast modernizacji PKP wybrały całkowite wyburzenie gmachu.

– Mówi się o tym, że coś nie działa, że coś nie spełnia aktualnych norm, ale przecież to można naprawić – tłumaczy nam Pałgan. – Przez wiele lat funkcjonowały tu sklepy, do dziś istnieje szkoła baletowa. Nikt nie zgłaszał zastrzeżeń co do bezpieczeństwa tego miejsca – dodaje.

Według społeczników wiele zarzutów wobec obecnego dworca jest przesadzonych. PKP wskazują m.in. niedostateczną izolację termiczną czy rzekomo zbyt niskie pomieszczenia. Tymczasem, jak przypomina Pałgan, zastosowane przy budowie materiały były jednymi z najlepszych na rynku, jak np. wspomniane profile aluminiowe. – Ewentualnie można by wymienić szyby, ale nie ma potrzeby wymiany całej elewacji – przekonuje. Dodaje, że najemcy byli zainteresowani powierzchniami komercyjnymi, lecz polityka zarządcy dworca od lat zmierzała do stopniowego wygaszania takiej działalności. Dowodami są pisma, którymi dysponuje stowarzyszenie „Nasz dworzec – wspólna sprawa”.

Pałgan opowiada tu historię zmagań dwóch ludzi, których do takiej działalności zniechęcono. Jeden z przedsiębiorców chciał uruchomić w hali głównej punkt usługowy i był gotów zainwestować w jego adaptację, ale został poinformowany, że „na razie wynajmowanie nie jest przewidywane”. Inny oferował otwarcie sklepu z obuwiem – spotkał się jednak z podobną odpowiedzią i po kilku miesiącach starań ostatecznie zrezygnował ze względu na brak odzewu.

Taka sytuacja dotyczyła

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Z pożytkiem dla ojczystego kraju

Prof. Henryk Skarżyński laureatem Nagrody im. Erazma i Anny Jerzmanowskich

Sala Senatorska Zamku Królewskiego na Wawelu była 16 czerwca świadkiem ważnego wydarzenia – wręczenia Nagrody im. Erazma i Anny Jerzmanowskich, przyznawanej przez Polską Akademię Umiejętności. Tym razem „polskiego Nobla” otrzymał prof. Henryk Skarżyński – „czarodziej słuchu”, lekarz, specjalista w otorynolaryngologii, audiologii i foniatrii. Twórca i dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu oraz Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach.

Nagroda im. Erazma i Anny Jerzmanowskich przyznawana jest od roku 1915. Jej fundatorem był Erazm Jerzmanowski, powstaniec styczniowy, emigrant, który w Ameryce zbudował wielki kapitał. W testamencie zapisał Polskiej Akademii Umiejętności fundusz wieczysty, z którego dochód miał służyć corocznemu nagradzaniu osób zasłużonych dla Polski i społeczeństwa, niezależnie od obszaru ich działania.

Statut fundacji, sporządzony zgodnie z wolą fundatora, podkreślał otwartość, inkluzywność i humanistyczny charakter nagrody. Miała być narzędziem budowania kapitału etycznego społeczeństwa – promowania cnót obywatelskich, zaangażowania publicznego, solidarności międzyludzkiej i troski o duchowy rozwój wspólnoty narodowej.

Wśród jej laureatów byli m.in. metropolita krakowski kard. Adam Stefan Sapieha, Henryk Sienkiewicz, Jan Kasprowicz, Oswald Balzer, Aleksander Brückner oraz Ignacy Jan Paderewski. Przed wojną nagroda stanowiła równowartość 12 kg złota. W czasie wojny kapitał, z którego była wypłacana, przestał istnieć.

Nagrodę reaktywowano w III RP, w roku 2009, w stulecie śmierci Erazma Jerzmanowskiego. Dziś wynosi 100 tys. zł.

Pierwszą laureatką wznowionej nagrody została Janina Ochojska-Okońska. Kolejnymi laureatami byli Jerzy Nowosielski, Andrzej Zoll, Jerzy Owsiak, ks. Adam Boniecki, Krzysztof Penderecki, s. Małgorzata Chmielewska i Hanna Machińska.

Prof. Skarżyński, odbierając nagrodę, wygłosił wykład „Komunikacja międzyludzka podstawą rozwoju współczesnych społeczeństw świata”. Mówił m.in.: „Tę nagrodę imienia wyjątkowego człowieka, niedocenionego chyba w naszej świadomości społecznej, mam zaszczyt otrzymać w 45. roku mojej działalności zawodowej i w 30. roku istnienia resortowego Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, który bez reszty wypełnił moje życie. Przy tej okazji pragnę pokazać kilka akcentów tego, co wiąże się z moją działalnością, z naszą działalnością naukową i kliniczną. Mówię moją i naszą, bo kroków milowych nigdy nie stawia się samemu, chociaż często indywidualnie wychodzi się po odbiór tak wspaniałej nagrody jak ta”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Sondażowe szklane kule

Która pracownia pomyliła się najmniej?

Wyborcy są przyzwyczajeni do zalewu sondaży w trakcie każdych wyborów. Przewidywania zazwyczaj są dość bliskie ostatecznym wynikom. Jednak podczas wyborów prezydenckich 2025 margines pomyłek był bardziej widoczny niż zwykle. Najlepiej z wypytywaniem wyborców poradziła sobie Ogólnopolska Grupa Badawcza. Łączny błąd wyniósł tam nieco ponad 5%. Co ciekawe, OGB jako jedyna przewidziała, że w pierwszej turze Grzegorz Braun zajmie w wyścigu prezydenckim czwarte miejsce. Wywołało to zdziwienie wielu osób. Marcin Duma, prezes pracowni IBRiS, po pierwszej turze stwierdził, że instytuty badawcze systemowo nie doszacowały całej prawej strony sceny politycznej.

Dr Jacek Kucharczyk, socjolog i prezes zarządu Instytutu Spraw Publicznych, podkreślał w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że sondaże preferencji wyborczych zawsze są nieprecyzyjne. Zdaniem naukowca firmy badawcze robią błąd, podając wyniki do dwóch miejsc po przecinku. Taka praktyka może być bowiem interpretowana jako badanie bardziej precyzyjne, niż jest w rzeczywistości. W drugiej turze różnica poparcia między kandydatami była mniejsza niż błąd pomiarowy sondażu, który wynosi 2%. Tuż po zakończeniu ciszy wyborczej z sondażu exit poll wynikało, że Rafał Trzaskowski prowadził „na żyletki”. W badaniu late poll o godz. 23 sytuacja zmieniła się na korzyść Karola Nawrockiego. Nie oznacza to jednak, że respondenci przy wyjściu z lokali wyborczych mówili ankieterom nieprawdę.

Z danych zebranych przez portal Sprawdzamy Sondaże po pierwszej turze wynika, że najlepiej z przewidywaniami poradziła sobie właśnie OGB z łącznym błędem 5,4 pkt proc. Na drugim miejscu były ewybory.eu (9,54 pkt proc.). Pierwszą trójkę zamyka CBOS z wynikiem 10,86 pkt proc. Ipsos, którego badania zamówiły na wieczór wyborczy trzy kanały telewizyjne: TVN, TVP i Polsat, znajduje się dopiero na szóstym miejscu z błędem na poziomie 15,3 pkt proc. Co ciekawe, TV Republika w wieczór wyborczy 1 czerwca zamówiła swoje badania w zajmującej pierwszą lokatę OGB. Czyżby bańka demokratyczno-liberalna wolała od dokładności te sondaże, które są bliżej oczekiwań jej wyborców?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Zetki biją rekord długów

Przybywa młodych dorosłych, którzy nie radzą sobie z finansami

Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że przez ostatni rok zadłużenie konsumentów w wieku 18-20 lat wzrosło prawie czterokrotnie. Specjaliści wskazują, że młodzi dorośli wpadają w długi przez brak doświadczenia i odpowiedniej wiedzy o codziennych finansach. Zaczyna się niewinnie, od drobnych wydatków czy jazdy na gapę, ale spirala zadłużenia szybko się nakręca. Na niekorzyść działają przede wszystkim łatwo dostępne chwilówki, które dziś można sobie załatwić w 15 minut z poziomu aplikacji w smartfonie.

Jak zadłużają się zetki?

Statystyki KRD pokazują, że rok do roku liczba dłużników w wieku 18-20 lat wzrosła z 8,8 tys. do 19,1 tys. W tym samym czasie średnie zadłużenie tej grupy wiekowej podwoiło się do ponad 2 tys. zł.

– Zauważamy wyraźny wzrost liczby młodych osób zgłaszających się po pomoc w ostatnich kilku latach. Szacunkowo stanowią one ok. 15% wszystkich przypadków – mówi Marcin Kłoczewski z firmy Specjaliści Kredytowi, która pomaga w wychodzeniu z długów.

Wiek, chociaż mówimy o zaledwie trzech rocznikach, odgrywa kluczową rolę, jeśli chodzi o wysokość zadłużenia. Największy problem mają najstarsi w tej grupie, czyli 20-latkowie. 10,7 tys. osób musi spłacić łącznie 27,9 mln zł. Dużo mniej są winni 19-latkowie – mówimy o 6,1 tys. osób, których zadłużenie wynosi 9,2 mln zł. W Krajowym Rejestrze Długów mamy też wpisanych 18-latków: 2,3 tys. ma łącznie zadłużenie o wartości 1,7 mln zł. Wraz z wiekiem rośnie także średnia wartość długu – dla 18-latków wynosi ona 744 zł, dla 19-latków 1,5 tys. zł, a dla 20-latków 2,6 tys. zł. Istotna jest również płeć. Zadłużenie częściej dotyczy młodych mężczyzn niż kobiet – 11,1 tys. w porównaniu z 8 tys. dłużniczek. Panowie mają do zwrotu 23,3 mln zł, a panie 15,5 mln zł.

Na taką sytuację młodych i ich finansów wpływa kilka czynników. Autorzy raportu KRD zwracają uwagę szczególnie na niski poziom edukacji finansowej. Duże znaczenie ma poza tym wpływ reklam oraz działalność influencerów promujących w mediach społecznościowych nie tylko kosztowne produkty, ale też pewien styl życia, który można roboczo nazwać życiem na bogato.

„Duża część influencerów zbudowała popularność na manipulacji i fałszu. Ich sukces opiera się na wielu technikach przekonywania obserwujących, żeby poczuli potrzebę kupienia czegoś, czego tak naprawdę nie potrzebują”, przestrzega na łamach internetowego magazynu Spider’s Web+ Olga Legosz, specjalistka od HR i rynku pracy.

Młodzi tymczasem lubią imponować rówieśnikom. Pierwszy z brzegu przykład – jednym z popularnych w ostatnich latach trendów jest kolekcjonowanie drogich butów sportowych, często modeli limitowanych. Kolekcjonerów nazywa się sneakerheadami. Buty z takich limitowanych serii dziś mogą kosztować kilka tysięcy złotych, a nawet dolarów. To nie tylko duży, ale wręcz absurdalny wydatek, kiedy takiego obuwia w ogóle się nie zakłada. – Jest nawet takie powiedzenie: „Jedne na półkę, jedne do chodzenia” – opowiadał w radiowej Czwórce Dawid Wawrzyszyn, twórca filmu „Too Many Kicks” o kolekcjonerach obuwia. Dodajmy do tego mnóstwo chłamu zachwalanego przez influencerów i już wiemy, gdzie znika spora część pieniędzy.

Oczywiście gdziekolwiek spojrzeć w internecie, zawsze się trafi jakiś kosztowny trend, który skusi modnisiów i szpanerki. Pomijając jednak rozbuchaną kulturę konsumpcjonizmu, długi młodych biorą się najczęściej z prozy życia. Pierwsze miejsce wśród powodów zadłużenia zajmują bowiem nieuregulowane rachunki za telefon (8,8 mln zł). Można się śmiać, że oprócz drogich trampek musi być jeszcze iPhone, ale chyba jest w tym ziarnko prawdy. Według danych Instytutu Badań Rynkowych najwięcej użytkowników drogich smartfonów od Apple’a jest w grupie wiekowej 18-35 lat – 40%. Mało który influencer korzysta z czegoś innego niż sprzęt z nadgryzionym jabłkiem. Dość powszechne wszak jest przekonanie, że iPhone to produkt luksusowy. A pokolenie zetek lubi się flexować, czyli popisywać się wystawnym stylem życia i drogimi przedmiotami.

Te przechwałki życiem na bogato wyglądają dość absurdalnie, gdy je zestawić z kolejnym

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Za, a nawet przeciw

Szymon Hołownia miał być nadzieją na odnowę polskiej polityki, a okazał się showmanem o wybujałych ambicjach

Przegrana Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich wywołała ferment w koalicji rządowej. Głównym odpowiedzialnym za porażkę kandydata obozu demokratycznego obwołano Donalda Tuska, który poprzez swoje zaniechania rozczarował wyborców, oczekujących od rządu skuteczności (według najnowszego badania CBOS gabinet Tuska ma tylko 33% zwolenników i aż 40% przeciwników). Najostrzej przeciwko premierowi wystąpił Szymon Hołownia, żądając nowej umowy koalicyjnej i rekonstrukcji rządu.

Partia wkurzonych rodziców

Jeszcze w październiku 2024 r. w programie „Graffiti” w Polsat News marszałek Sejmu nie był tak krytyczny. „Wystawiłbym nam jako koalicji czwórkę z minusem, bo widzę, ile roboty jest jeszcze do zrobienia”, stwierdził. Ale zaraz uspokajająco dodał: „Umówiliśmy się na cztery lata i zrobiliśmy pierwsze okrążenie z czterech”.

Jednak niedoszły prezydent Polski (w pierwszej turze wyborów uzyskał zaledwie 4,99% głosów, mniej niż antysemita Grzegorz Braun) nie zamierza uczestniczyć w usprawnieniu prac rządu ani w modernizacji kraju. Według kuluarowych plotek lider Polski 2050, choć otrzymał propozycję wejścia do rządu, stanowczo odmówił. A przecież jako wicepremier i szef resortu miałby duże pole do popisu. Zdaje się jednak, że fotel marszałka Sejmu i tytuł drugiej osoby w państwie bardzo mu się spodobały i nie chce z nich rezygnować, nawet mimo że zgodnie z umową koalicyjną od 14 listopada 2025 r. nowym marszałkiem izby niższej powinien być Włodzimierz Czarzasty z Nowej Lewicy. Wszystko wskazuje na to, że Hołownia postawił krzyżyk na rządzie Tuska i jako „wiceprezydent Polski” zamierza dociągnąć do końca kadencji, będąc jednocześnie recenzentem gabinetu, który współtworzy.

11 czerwca 2025 r., tuż przed exposé Donalda Tuska i przed głosowaniem o wotum zaufania dla rządu, Hołownia wygłosił patetyczne przemówienie. „My nie jesteśmy w tym rządzie ani lewicą, ani prawicą. Jesteśmy partią wkurzonych rodziców, którzy idą do polityki, żeby zadbać o przyszłość swoich dzieci. My poszliśmy do polityki, aby zmieniać życie naszych dzieci”, mówił. Zabawnie to zabrzmiało w kontekście obsadzania dobrze płatnych stanowisk w spółkach i administracji publicznej przez działaczy Polski 2050 oraz krewnych i znajomych królika (pisaliśmy o tym w tekście „Rzeczpospolita partyjna”, „Przegląd” 23/2025).

Hołownia zażądał od Tuska spełnienia pięciu postulatów. Chodzi o przygotowanie nowej ustawy medialnej i odpolitycznienie mediów publicznych, odpolitycznienie spółek skarbu państwa, wprowadzenie ustawy o asystencji osobistej osób z niepełnosprawnościami, zwiększenie inwestycji w mieszkania na tani wynajem oraz wycofanie z wykazu prac rządu projektu dopłat do kredytów. Ostatni postulat dotyczy zakazu używania smartfonów w szkołach podstawowych. Trzeba przyznać, że to niewiele jak na człowieka o tak wielkich ambicjach.

Zbawca narodu

Szymon Hołownia wypłynął na szerokie wody polityczne w 2020 r., gdy po raz pierwszy wystartował w wyborach prezydenckich (zdobył niecałe 14% głosów). Wyćwiczony w retoryce jawił się jako kaznodzieja polityczny.

„Był dwukrotnie w nowicjacie u dominikanów i to widać (…). Dominikanie to zakon kaznodziejski, mający głosić i przekonywać ludzi do przyjęcia wiary w Jezusa. Tego ich uczą. (…) Nauka retoryki jest w Kościele dostosowana do celów, jakie ma realizować, głównie w zakresie kazań, prowadzenia rozmów z wiernymi oraz emisji głosu, czyli melodii języka mówionego. Niemniej u Hołowni tę dobrą, zaadaptowaną domikańską szkołę widać. Dodatkowo przez lata był dziennikarzem, pracował w różnych redakcjach, więc ma duże obycie medialne (…). Co do technik retoryki, nie trzeba ich znać dużo, wystarczy kilka, ale za to dobrze wyćwiczonych i opanowanych”, tłumaczył w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” Dominik Mazur, ekspert ds. retoryki i wizerunku politycznego.

Hołownia obiecywał Polakom rozbicie duopolu PO-PiS i budowę „sprawiedliwego, sprawnego i prawdziwie wspólnego państwa” ponad podziałami politycznymi, co brzmiało osobliwie, bo przecież naturalną cechą demokracji jest polaryzacja sceny politycznej,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jak Braun wygrał z Lidlem

Czy dobre wyniki konfederatów w wyborach prezydenckich mają przełożenie na decyzję niemieckiej sieci handlowej?

Może to przypadek, ale data wydaje się znamienna – dwa dni po wygranej Karola Nawrockiego w wyścigu o prezydenturę niemiecka sieć dyskontowa Lidl wydała oświadczenie, że rezygnuje z budowy centrum dystrybucyjnego w Gietrzwałdzie, znanym z sanktuarium maryjnego i licznych pielgrzymek wiernych. Formalnym powodem rezygnacji były „przeciwności organizacyjne i logistyczne”, ale powszechnie wiadomo, że ta decyzja to skutek protestów organizowanych pod wodzą Grzegorza Brauna, lidera Konfederacji Korony Polskiej, który w wyborach na prezydenta RP uzyskał zaskakująco dobry wynik.

Historia tego konfliktu zaczęła się ponad pięć lat temu. Kierownictwo sieci zdecydowało o zlokalizowaniu centrum dystrybucyjnego, już 13. w Polsce, na skraju gminnej wsi Gietrzwałd, co mieszkańcy i tamtejsze władze przyjęły z zadowoleniem. Projekt dawał szansę na dodatkowe zatrudnienie i rozwój lokalnej infrastruktury, tak jak podobne centrum logistyczne Biedronki, które mieści się w Stawigudzie, z drugiej strony Olsztyna. Wójt gminy Gietrzwałd Jan Kasprowicz popierał inwestycję, chociaż miała ona powstać na 40 ha popegeerowskiego gruntu należącego obecnie do prywatnej spółki. Jednak zupełnie niespodziewanie pojawił się przeciwnik – zameldowany w Olsztynie mieszkaniec pobliskiej wsi Naglady. Wydawało się, że to głos bez znaczenia, ale kamyczek uruchomił lawinę.

Wkrótce dołączyła do niego grupa wiernych, aczkolwiek – jak wyliczono – z terenu gminy tylko sześć osób. Pozostali przeciwnicy wywodzili się z innych miast, a do protestu zachęcał ich argument, że wszystkie śmieci ze sklepów Lidl w okolicy będą gromadzone

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Chciała dobrze, wyszło jak zwykle

Spory między akcjonariuszami przeniosły się do prokuratury

8 maja br. Olga Malinkiewicz, wiceprezes zarządu Saule Technologies, złożyła zawiadomienie do Prokuratury Krajowej w Warszawie. Było ono skierowane przeciwko członkom zarządu jednego z akcjonariuszy spółki Saule Technologies – funduszu inwestycyjnego Columbus Energy. Zdaniem Olgi Malinkiewicz prezes Columbus Energy Dawid Zieliński oraz wiceprezesi Michał Gondek i Dariusz Kowalczyk-Tomerski, a także rady nadzorcze Saule Technologies SA i Saule SA, w których zasiadają m.in. członkowie zarządu funduszu, działali na szkodę obu spółek.

W przekazanym prasie komunikacie pani wiceprezes stwierdziła, że nie widzi możliwości dalszej współpracy z obecnymi inwestorami i jest otwarta na rozmowę z nowymi, którzy mają etyczne zasady prowadzenia biznesu.

Na takie dictum 19 maja rada nadzorcza Saule Technologies, zdominowana przez przedstawicieli funduszu, odwołała Olgę Malinkiewicz z funkcji wiceprezesa. Zastąpił ją wiceprezes Columbus Energy Michał Gondek.

Obie strony wymieniały się w mediach ciosami. Malinkiewicz dowodziła, że władze Columbusa i spółki DC24 podjęły próbę wrogiego przejęcia. Ci zaś obciążyli ją odpowiedzialnością za straty ponoszone przez Saule. Tylko w 2024 r. strata miała sięgnąć ponad 65 mln zł. Pikanterii sprawie dodał fakt, że 3 czerwca 2025 r. zarząd Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie podjął uchwałę o zawieszeniu obrotu akcjami spółki w alternatywnym systemie na rynku NewConnect, w związku z nieprzekazaniem raportów finansowych za rok obrotowy 2024.

To może być początek upadku firmy, która przez lata uchodziła nad Wisłą za lidera innowacyjności. I nie jest to wyjątek. Lista podobnych spółek, które świetnie się zapowiadały i marnie skończyły, jest długa.

Genialna Olga

Trudno wskazać młodego polskiego naukowca, który mógłby się pochwalić równie wielkimi osiągnięciami, co Olga Malinkiewicz. W 2010 r. ukończyła studia magisterskie na Politechnice Katalońskiej w Barcelonie. Jeszcze w trakcie nauki podjęła pracę w prestiżowym Instytucie Nauk Fotonicznych (ICFO) w stolicy Katalonii.

Zajmowała się perowskitami – grupą minerałów zbudowanych z nieorganicznych związków chemicznych, o charakterystycznej strukturze krystalicznej, które mogły znaleźć zastosowanie w produkcji tanich paneli fotowoltaicznych. Te badania okazały się kluczowe dla jej kariery, umożliwiły jej pracę z najnowocześniejszymi technologiami oraz nawiązanie kontaktów z czołowymi naukowcami. W grudniu 2014 r. Olga Malinkiewicz wraz z Arturem Kupczunasem i Piotrem Krychem założyła firmę Saule Technologies. Wspólnicy poznali się w Brukseli, podczas uroczystości wręczenia Photonics21 Student Innovation Award, przyznanej Oldze Malinkiewicz za opracowanie niskotemperaturowej technologii wytwarzania elastycznych ogniw fotowoltaicznych na bazie perowskitów.

W tym samym roku Olga Malinkiewicz przedstawiła w Bostonie pierwszy na świecie miniaturowy panel fotowoltaiczny wykonany techniką druku z perowskitu. Rok później „MIT Technology Review”, najstarszy magazyn poświęcony technice, wydawany przez Massachusetts Institute of Technology, przyznał wynalazczyni tytuł Innovator of the Year w konkursie Innovators Under 35.

W 2016 r. prezydent Andrzej Duda odznaczył Olgę Malinkiewicz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla rozwoju nauki polskiej”. W kolejnym roku obroniła pracę doktorską na Uniwersytecie w Walencji, pracując w grupie badawczej dr. Henka Bolinka.

Ważnym osiągnięciem było zdobycie European Inventor Award 2024. Malinkiewicz była pierwszą Polką w historii, która otrzymała to prestiżowe wyróżnienie.

Wraz z sukcesami naukowymi przyszły granty. Szacuje się, że w latach 2014-2024 spółka Saule otrzymała dotacje na ponad 150 mln zł ze środków unijnych i krajowych. Największe pojedyncze dofinansowanie krajowe spółka otrzymała z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, w ramach programu „Nowa Energia”. W trzecim naborze tego programu, w obszarze „Inteligentne miasta energii”, przyznano jej dofinansowanie w kwocie 84 750 200,00 zł na budowę fabryki perowskitowych modułów fotowoltaicznych na elastycznych podłożach.

Dofinansowanie z NFOŚiGW miało strategiczne znaczenie dla rozwoju firmy, jednak środki te, jak wynika z późniejszych doniesień prasowych, nigdy nie zostały w pełni uruchomione z powodu problemów wewnętrznych w spółce. Według relacji Olgi Malinkiewicz zarząd Saule przedstawił w 2022 r. gwarantowany kredyt na 85 mln zł z NFOŚiGW, ale środki te nie zostały uruchomione przez decyzję głównych inwestorów, czyli funduszu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Kościół otwarcie wspierał Nawrockiego

Czy Karol Nawrocki wygrałby wybory bez pomocy Kościoła? W jakim stopniu „aksamitna” agitacja duchownych pomogła mu w przeskoczeniu Trzaskowskiego?

Bo nie ma wątpliwości, że taka agitacja miała miejsce. Wystarczy zresztą przytoczyć relacje mediów. To dzięki nim mogliśmy się dowiedzieć o parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Szczawie, wsi w okolicach Limanowej w Małopolsce. To tam pod koniec mszy, w ogłoszeniach duszpasterskich ksiądz mówił: „Chrześcijanin może z czystym sumieniem głosować tylko na kandydata, który nie deklaruje sprzeciwu wobec prawa Bożego. Na podstawie osobistych deklaracji obu kandydatów jedynym, który spełnia to kryterium, jest Karol Nawrocki. Drugi kandydat, Rafał Trzaskowski, w swoich deklaracjach zdecydowanie sprzeciwia się prawu Bożemu zawartemu w Dekalogu i Objawieniu Bożym, m.in. poprzez jawne wspieranie aborcji, czyli zabijania dzieci nienarodzonych, oraz związków homoseksualnych. Pamiętajmy, że w tę ważną dziejową chwilę ważą się losy naszej Ojczyzny i Kościoła w Polsce! Za to, czy i jak zagłosujemy, przyjdzie nam zdać sprawę przed Bogiem w godzinę sądu”.

Wybuchła awantura, rozmowę dyscyplinującą z księdzem przeprowadziła kuria w Tarnowie, jej rzecznik zapewniał, że Kościół nie angażuje się w popieranie któregokolwiek z kandydatów.

Takich instrukcji, wygłaszanych z ambon lub zamieszczanych na tablicach ogłoszeń, było więcej. Portal naTemat.pl poświęcił nawet tej sprawie duży tekst. Ostrów Wielkopolski. 18 maja ksiądz kończy poranną mszę słowami: „Dzisiaj też zadecydujemy, czy opowiemy się za Polską, czy za Niemcami. Pan z wami!”.

Parafia w Lipnie. „Dziś wybory prezydenckie. Wybierzmy kandydata, który będzie stał na straży chrześcijańskich wartości, będzie bronił naszej wiary, a nie będzie z nią walczył, oraz będzie wiązał z nią życie społeczne i polityczne naszego Narodu. Niech to będzie osoba, która rozumie i szanuje tysiącletnią historię naszej Ojczyzny i wiarę naszą. Bez tego grozi nam podeptanie wiary i tradycji naszych ojców, a kto wie, czy także i niepodległości”.

Parafia w Swarożynie. „W nasz wybór musi być wpisana obrona wartości, na których zbudowana została Polska, poczynając od ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Wybierzmy kandydata, który będzie bronił naszej wiary, a nie będzie z nią walczył, oraz kieruje się w życiu osobistym szacunkiem do religii katolickiej”.

Parafia w miejscowości Wysoka. „W przyszłą niedzielę bardzo ważne wybory prezydenckie. Katolik nie może głosować na kandydata, który jest za zabijaniem nienarodzonych dzieci czy chce wyrzucić Boga z przestrzeni społecznej”.

Parafia Jana Pawła II na warszawskim Bemowie. Proboszcz na oficjalnym profilu w mediach społecznościowych straszył ekskomuniką Rafała Trzaskowskiego i jego wyborców. A niedzielne rozważania zatytułował wprost: „Okiem proboszcza: głosowanie na aborcjonistę”.

Jedna z parafii w Lublinie. „Niech każdy odda głos zgodnie ze swym sumieniem, mając na uwadze godność, ale też ład moralny i gospodarczy w naszej Ojczyźnie. Niech przemawia w nas troska o życie ludzkie, o wolność dla głoszenia ewangelii i uznanie ważnej roli Kościoła w Polsce. Pamiętajmy, że chodzi tu o przyszłość Ojczyzny”.

Parafia w Ustrzykach Dolnych. „Jako ludzie wierzący mamy moralny obowiązek pójść na wybory, aby zgodnie z wiarą i sumieniem wybrać osobę, która będzie bronić świętości życia od poczęcia do naturalnej śmierci; małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety; bronić dzieci przed demoralizacją, szanować wiarę i krzyż święty. Pamiętajmy, że za każde nasze wybory jesteśmy odpowiedzialni przed Bogiem za losy Kościoła i Ojczyzny!”.

Parafia w Hajnówce. „W tych dniach decyduje się los Polski i Polaków na długie lata. Czy zostaniemy jeszcze jako Polska i Polacy, czy znikniemy z mapy Europy i świata? Czy w tych dniach będziemy kierować się jeszcze patriotyzmem i żywą wiarą w Boga? Oby decyzja Polaków dla nas i naszej Ojczyzny przyniosła radość i nadzieję. Módlmy się za Polskę i nowego prezydenta”.

Plakaty Karola Nawrockiego rozwieszano także na murach kościołów. Tak było np. w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Zielonce czy parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Łaskarzewie.

Wskazówki padały nie tylko z ambon. W promowanie Karola Nawrockiego zaangażowane były media o. Rydzyka, a także niektórzy znani duchowni. Na przykład ks. Oko na stronie Apokalipsa Chrystusa Króla pisał: „Szanowni Państwo, Drogie Siostry i Bracia, na podstawie całej mojej wiedzy i życiowego doświadczenia całym sercem ostrzegam przed zwycięstwem skrajnego, tęczowego lewaka, jakim jest Rafał Trzaskowski. Wszyscy muszą być świadomi, że głosowanie na niego albo niegłosowanie w ogóle oznacza popieranie obozu, w którym jest wiele osób nieświadomych tego, co się naprawdę dzieje, ale w którym ton nadają jednak najgorsi ateiści, pośród których minister Barbara Nowacka

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.