Kraj
Jakie są najczęstsze mity o szczoteczkach sonicznych? Ekspert Smilesonic odpowiada
Artykuł sponsorowany Szczoteczki soniczne zyskały ogromną popularność w ostatnich latach, a to za sprawą swojej nowoczesności, precyzji czyszczenia oraz skuteczności. Wokół tej technologii narosło też sporo mitów, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd. Ekspert marki Smilesonic, znanej
Wojna, którą odpalił Duda
Od ponad dwóch lat nie ma nominacji ambasadorskich
Wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Kolejne spotkanie Karola Nawrockiego i Radosława Sikorskiego pozwala przypuszczać, że są oni na dobrej drodze, by zawrzeć umowę w sprawie ambasadorów. Mamy bowiem nienormalną sytuację: od ponad dwóch lat prezydent RP – najpierw Andrzej Duda, teraz Karol Nawrocki – nie podpisuje nominacji. A jeżeli już, to w drodze wyjątku. W efekcie w najważniejszych państwach ambasadorami kierują chargé d’affaires, co zdecydowanie osłabia pozycję Polski.
Ta blokada jest niezrozumiała, tracą na niej i prezydent, i szef MSZ. Pora więc się porozumieć. Czyli de facto zburzyć wszystko to, co zbudowało w naszej dyplomacji PiS.
Co zbudowało PiS
PiS przejęło MSZ po wygranych wyborach w 2015 r. z głębokim przekonaniem, że oto wkracza do jaskini lwa, na wrogie terytorium, opanowane przez byłych agentów SB, ludzi Geremka i przeciwników PiS. To przekonanie pozostało w PiS do końca.
W efekcie trwający przez lata spór między prezydentem RP a rządem w sprawie ambasadorów, w istocie przepychanka, przekształcony został niemal w bój o znaczeniu ustrojowym. Kancelaria Andrzeja Dudy stale wchodziła w konflikt z MSZ w kwestii nominacji ambasadorów. Wnioski o podpis czekały miesiącami. Ówczesny szef MSZ Witold Waszczykowski głośno mówił, że nie rozumie tej blokady.
„Na biurku pana prezydenta jest wiele nominacji, wielu kandydatów, których można by wysłać. Oczekuję wyjaśnień, o co chodzi, jakie zarzuty, jakie problemy stawia się tym kandydatom, ewentualnie centrali MSZ”, wołał Waszczykowski w Radiu RMF FM. Zarazem przypominał, że są to kandydaci zaakceptowani przez MSZ, premiera oraz sejmową Komisję Spraw Zagranicznych. I że ich kandydatury czekają na podpis od miesięcy.
Jeżeli więc dziś dowiadujemy się, że kilkadziesiąt placówek jest kierowanych przez chargé d’affaires, warto pamiętać, że w czasach PiS nie było dużo lepiej. Takie placówki jak Paryż czy Rzym pozostawały nieobsadzone i przez rok. Upór Dudy czasami był zabójczy. Przez wszystkie etapy na drodze do stanowiska ambasadora w Norwegii przebrnął Jarosław Łasiński, ale prezydent nie podpisał mu nominacji i pół roku później MSZ przedstawiało inną kandydaturę (Iwony Woickiej-Żuławskiej).
W ten sposób Andrzej Duda wywalczył przyczółki swojej władzy: Stany Zjednoczone, ONZ, Izrael, Chiny, Watykan – tam pojechali ambasadorzy z jego rekomendacji. Polityka zagraniczna została podzielona: sprawy europejskie to premier, transatlantyckie – prezydent, obronne – trochę prezydent, trochę szef MON, reszta – MSZ.
Ustawa, której nikt nie pamięta
A partia? PiS? Partia też się wpychała i ostatecznie się wepchnęła, gdy szefem MSZ został Zbigniew Rau. To on dokończył czystkę w MSZ i doprowadził do legalizacji upartyjnienia, wprowadzając na początku 2021 r. nową ustawę o służbie zagranicznej.
Ustawa zmieniła pozycję ambasadorów. Oddzieliła ich od korpusu MSZ, postawiła ich w roli nominatów politycznych. Nie wymagano już od nich choćby znajomości języków obcych, przestali być odpowiedzialni za bieżące kierowanie ambasadą,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Psy zamarzają na łańcuchach
Prezydent skazał na niedolę tysiące psów
Jesteśmy w malowniczej wsi pod Białą Podlaską. Wszędzie śnieżny puch. Aż się prosi, żeby wyciągnąć starego Canona i złapać to na kliszę. Na zewnątrz jest minus 20 stopni. Trzy wychudzone psy mieszkają na podwórku w jednej klatce. Nie ma tu nawet kawałka dachu, ziemia pod łapami to rozkopane i zamarznięte błoto. Jeden z psów leży na ziemi i się nie rusza. Śpi? Można się łudzić, ale to zwłoki. Nie śmierdzą, bo konserwuje je mróz. Sąsiadka zauważyła je dzień wcześniej i zaalarmowała o sytuacji w internecie. Wstawiła zdjęcia. Nie było sensu wzywać służb. I tak nic by nie zrobiły. Zamarznięty pies leży, jak leżał, od wielu godzin, chociaż dom właściciela jest kilka kroków dalej. Niby są tu jakieś budy, tylko nie ma w nich nawet kawałka słomy, żeby psiaki mogły się ogrzać. Nogi martwego zwierzęcia są w wielu miejscach nadgryzione. Czyżby towarzysze niedoli byli w aż tak wielkiej desperacji? W końcu w starych garnkach obok budy jest jedynie zamarznięta woda.
Cierpienie przegrywa z polityką
Od trzech tygodni w Polsce panują siarczyste mrozy. Centrum Modelowania Meteorologicznego IMGW co dzień ostrzega przed kolejnymi dużymi uderzeniami zimna. Zaleca się nie wychodzić częściej niż to konieczne. A zima jeszcze długo nie odpuści. 21 stycznia meteorolodzy ostrzegali przed mroźnymi nocami. Średnia temperatura w nocy dla niektórych regionów wynosiła nawet minus 18 st. C. Psy podwórkowe w taką pogodę zamarzają. Od ich właścicieli niewiele się bowiem wymaga. W skrócie – ma być buda i miska z wodą. W lokalnych mediach pojawiają się tymczasem kolejne komunikaty o psach, które zamarzły na łańcuchach.
„W gospodarstwie trzy psy były trzymane stale na łańcuchach – bez bud, bez słomy, bez wody i bez jedzenia poza resztkami ze stołu. (…) Żadnego schronienia, tylko przeciągi i mróz. Najgorzej miał pies przypięty przy pomieszczeniu, w którym brakowało części dachu i ściany. Mróz wchodził tam bez żadnej bariery, a konstrukcja mogła w każdej chwili runąć. Do tego temperatury spadające w nocy do minus 15 stopni… Te psy walczyły o życie każdej nocy. (…). Takie warunki to znęcanie”, piszą w mediach społecznościowych aktywiści z Pogotowia dla Zwierząt.
– Pies w takich warunkach doświadcza jednocześnie cierpienia fizycznego i psychicznego. Fizycznie odczuwa przenikliwe zimno i ból, który z czasem staje się coraz silniejszy. Łańcuch utrudnia mu ruch i tym samym zwierzę nie ma możliwości rozgrzania się. Co więcej, często w niskich temperaturach łańcuch wrzyna się w ciało psa i tu chyba nie muszę podkreślać z jak wielkim cierpieniem się to wiąże. Psychicznie to poczucie bezradności i strachu. Łańcuch odbiera możliwość ucieczki i schronienia się w innym miejscu. Pies czuje narastającą panikę, która z czasem przechodzi w apatię. W takich warunkach pies często przestaje walczyć, rezygnuje, nie szczeka, nie reaguje i czeka na śmierć – wyjaśnia Monika Majchrzyk-Pyzińska z Fundacji Serce w Futrze.
Wiele miała zmienić tzw. ustawa łańcuchowa. Zakaz trzymania psów na łańcuchach uratowałby wiele burków przed śmiercią na mrozie. Jednak prezydent Karol Nawrocki ustawę zawetował. Dokument miał regulować też wiele kwestii związanych z losem zwierząt domowych. W ustawie jest mowa o większym nadzorze nad działalnością schronisk, jak i o zwiększeniu kar za znęcanie się nad zwierzętami.
Nad dokumentem pracował zespół ponad politycznymi podziałami i w
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Mocny w gębie
Sędzia Dariusz Łubowski z Sądu Okręgowego w Warszawie powinien zrzucić togę i zająć się polityką
Dariusz Łubowski był niemal bogiem w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Od 2018 r. jako kierownik sekcji postępowania międzynarodowego do spraw z zakresu prawa karnego jednoosobowo decydował o stosowaniu europejskiego nakazu aresztowania (ENA). Taka patologiczna sytuacja nie przeszkadzała Zbigniewowi Ziobrze. Pewnie dlatego, że sędzia nie tylko wydawał wyroki po myśli pisowskiej władzy, ale uzasadniał je zgodnie z przekazem partyjnym, recenzując przestrzeganie praworządności w państwach Unii Europejskiej.
Wrogie zachowanie Niemiec
Jesienią 2025 r. Łubowski został okrzyknięty bohaterem narodowym, bo odmówił ekstradycji do Niemiec i zwolnił z aresztu Ukraińca Wołodymyra Żurawlowa podejrzewanego o wysadzenie gazociągów Nord Stream. Zdaniem sędziego, nawet gdyby Żurawlow wysadził gazociągi, to nie zrobiłby nic złego, bo Nord Stream jest częścią infrastruktury krytycznej Rosji, agresora, który napadł na Ukrainę. I nie ma znaczenia, że gazociągi wysadzono w pobliżu duńskiej wyspy Bornholm i mogły tam zginąć przypadkowe osoby.
„Zniszczenie rosyjskich rurociągów i pozbawienie wroga miliardów euro wypłacanych przez Niemcy za pompowany nimi gaz miało głęboki sens militarny. Bo osłabiło potencjał zbrojny Rosji”, a „zachowanie Niemiec było z tego punktu widzenia wrogie wobec Ukrainy” – wywodził Łubowski, co zabrzmiało jak powtarzana przez polityków PiS insynuacja, że Niemcy wspierają Rosję w wojnie z Ukrainą.
Rosyjskie rurociągi nie są rosyjskie, należą do konsorcjum zarejestrowanego w Szwajcarii, w którym udziały mają: rosyjski Gazprom oraz prywatne niemieckie spółki Wintershall, E.ON Ruhrgas (obecnie Uniper) i holenderska firma Gasunie. Niedorzeczne jest twierdzenie, że zniszczenie Nord Stream osłabiło potencjał zbrojny Rosji, która czerpie gigantyczne zyski ze sprzedaży gazu do Niemiec. Rosja finansuje zbrojenia, sprzedając gaz i ropę, ale do Chin, Indii i Turcji. W lipcu 2025 r. „Rzeczpospolita” donosiła, że tylko te trzy kraje (w ciągu trzech lat od rozpoczęcia wojny w Ukrainie) wspomogły budżet wojenny Rosji kwotą ok. 400 mld euro. Tymczasem rzekomo sprzymierzeni z Rosją Niemcy przeznaczyli na pomoc walczącej Ukrainie ok. 50 mld euro i są po USA największym krajem darczyńcą pod względem politycznym, finansowym, wojskowym i humanitarnym.
W tym samym czasie gdy wysadzono Nord Stream, Polska też finansowała Putina, kupując rosyjską ropę i gaz. Politycy ówczesnej opozycji rzucali gromy pod adresem rządu PiS, a wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk tłumaczył, że Polska musi się wywiązać z podpisanych umów z reżimem Putina, bo w przeciwnym razie Rosja mogłaby się domagać odszkodowania (sic!).
Idąc tokiem rozumowania sędziego Łubowskiego, gdyby Żurawlow wysadził na terytorium Polski gazociąg jamalski lub cysterny z rosyjską ropą, nie byłby to akt terroru, ale czyn bohaterski. Absurdalnie przy tym zabrzmiały wywody sędziego na temat koncepcji wojny sprawiedliwej,
Jacek Pałkiewicz Honorowym Obywatelem Miasta Ełk
12 stycznia Ełk stał się miejscem wydarzenia o szczególnym znaczeniu symbolicznym i kulturowym. Tytuł Honorowego Obywatela Miasta Ełku nadano Jackowi Pałkiewiczowi, wybitnemu podróżnikowi, odkrywcy, reporterowi i autorowi, którego życie i dorobek od dziesięcioleci wymykają się prostym definicjom.
Tomasz Andrukiewicz, od 20 lat prezydent Ełku, podkreślił, że to wyjątkowe wyróżnienie, przyznawane jest osobom o szczególnych zasługach, autorytecie i dorobku. – Ełk jest ogromnie dumny z Ciebie – mówił prezydent. – Z tego, że właśnie tu się wychowałeś, stąd wyruszyłeś w świat i że z Ełkiem nierozerwalnie splata się początek drogi, która zaprowadziła Cię do wielkich odkryć, i trwałego miejsca w historii światowej eksploracji. Twoje dokonania są dla nas wszystkich źródłem inspiracji i dowodem na to, że marzenia zrodzone nad Jeziorem Ełckim mogą zaprowadzić aż na krańce świata. Chcieliśmy, by uroczystość ta stała się symbolicznym zwieńczeniem obchodów 600-lecia lokacji Ełku, a jednocześnie pięknym akcentem w 30. rocznicę odkrycia przez Ciebie i Twój zespół źródeł Amazonki. Ten moment na długo pozostanie w naszej pamięci. Dziękuję za zaufanie i za to, że przyjąłeś to wyróżnienie z taką klasą, pokorą i życzliwością. Więź z Ełkiem jest dla nas powodem do dumy, a Twoje słowa – zobowiązaniem, by nadal pielęgnować wartości otwartości, odwagi i ciekawości świata.
Uroczystość zgromadziła przedstawicieli władz samorządowych, środowisk naukowych i kulturalnych, a także mieszkańców Ełku, dla których idea honorowego obywatelstwa nie jest jedynie formalnym tytułem, lecz wyrazem wspólnotowej dumy i świadomego wyboru autorytetów.
Jacek Pałkiewicz od lat pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej eksploracji. Jego dokonania – od wypraw przez pustynie, dżungle i obszary polarne, po udział w ustaleniu źródeł Amazonki, uznawany za jedno z ostatnich wielkich odkryć geograficznych XX w. – wpisują się na trwałe w historię światowej geografii. Jednak to, co szczególnie wybrzmiewało podczas ełckiej uroczystości, to nie tylko skala jego osiągnięć, lecz także ich sens: konsekwentne przekraczanie granic, zarówno fizycznych, jak i mentalnych.
Pałkiewicz od zawsze łączył rolę odkrywcy z rolą uważnego obserwatora i reportera. Jego wyprawy nie były jedynie sportowym wyczynem czy spektakularną przygodą, lecz próbą zrozumienia świata w jego różnorodności i złożoności. Dzięki książkom i reportażom potrafił przybliżyć czytelnikom odległe kultury, krajobrazy i historie ludzi żyjących na obrzeżach cywilizacji, czyniąc z eksploracji akt dialogu, a nie dominacji.
W tym kontekście tytuł Honorowego Obywatela Miasta Ełku nabiera szczególnej wymowy. Jest on nie tylko formą uhonorowania jednostkowego dorobku,
Moja Kitteloma
Katharina nie miała „dziadka z Wehrmachtu”, ale miała śląską babcię z Sandowitz, która nie zdążyła zaznać miłości
– Mój dziadek nie był z Wehrmachtu, a ten, który mógł zostać moim dziadkiem, zginął w 1942 r. pod Moskwą. Służył w Waffen SS, nie został nigdy ojcem – mówi Katharina Rogula, Katja, Kasia. Od 1981 r. żyje w Niemczech. Nauczycielka, ceniona pedagożka, wieloletnia dyrektorka szkół w Bochum pochodzi ze śląskiej rodziny. Byli w niej i powstańcy, i intelektualiści, np. rzeczniczka śląskiego głosu, dziennikarka, senatorka wielu kadencji Maria Pańczyk-Poździej, ciocia Kasi. Byli też w tej rodzinie tacy, którym bliżej było do III Rzeszy. Podziały nienadzwyczajne na Śląsku.
Będzie o śląskiej babci, Agnes, Agnieszce, primo voto Wiora z domu Zientek z Sandowitz, Żędowic, Żandowic, jak pisała w swoim zeszycie do języka polskiego ok. 1930 r. Wyszła za mąż z wielkiej miłości w maju 1938 r. Miała 25 lat, kiedy cztery lata po ślubie została wdową. Większą część ich małżeństwa ukochany Vinzent spędził w wojsku i na wojnie. Pisali do siebie listy pełne miłości. Młoda dziewczyna tęskniła. Pragnęła. Nie zdążyła się nacieszyć bliskością, ciepłem i dotykiem Vinzenta.
– Pewnie nikt jej nie pocieszył, nie przytulił, nikt nie dodał otuchy. Moja babcia pięć lat była sama, zanim poznała Pawła Pańczyka, ojca mojej mamy. Miał dwie nastoletnie dziewczynki i chłopca, ich mama zmarła na tyfus. Takie były czasy, musieli sobie jakoś dać radę. Nikt nie pytał o uczucia i czy tego chcą, chcieli przeżyć, może coś nowego zbudować, próbowali zrobić ze swojej sytuacji to, co najlepsze – zastanawia się dojrzała kobieta, wnuczka.
Dopiero teraz ma czas na rozważania o babci. Ma po niej pamiątki: różaniec, zeszyt z kaligrafowanym pismem (na świadectwie ukończenia polskiej szkoły mniejszościowej z polskiego miała dobry, z niemieckiego dostateczny). Wnuczka pamięta z rozmów rodzinnych, że babcia jako młoda mężatka prowadziła przez jakiś czas w szkole mniejszościowej lekcje z języka polskiego i jeździła z kursantami na wycieczki, m.in. do Zakopanego. Agnieszka Zientek zapisywała w zeszycie piękne wiersze Konopnickiej, Mickiewicza i polskie modlitwy. Jest niemieckie świadectwo pierwszej komunii. No i te listy zakochanych. Są też dokumenty z symbolami III Rzeszy, bo Vinzent Wiora zginął za „Grossdeutschland”. Pozostał dokument z opisem, jak zginął, wyliczenia wypłaty dla wdowy, list od jego przyjaciela, świadka jego śmierci. I zdjęcia.
Ostatni list Agnes do Vinzenta, po niemiecku, jest obsypany brokatem, ozdobiony rysunkami kwiatów, wszystko własnoręcznie: „Sandowitz, 19 kwietnia 1942 roku. Mój najdroższy Vinzencie, po tygodniu milczenia, ponieważ nie miałam wcześniej możności, chcę napisać Ci kilka linijek z głębi serca. (…) Pola i łąki powoli się zielenią, a drzewa owocowe puszczają pąki. Wszystko budzi się do nowego życia. Dni mijają tak szybko, że z utęsknieniem i niepokojem w sercu czekam na dzień, w którym znów się zobaczymy, szczęśliwi i zdrowi. Drogi Vincencie, kiedy znów przyjedziesz na wakacje? (…) Czekam na Ciebie tak długo, a jednak nasze życzenie pozostaje niespełnione. Wkrótce kwiecień się skończy, potem nadejdzie piękny maj. Od trzech tygodni nadal nie otrzymałam od Ciebie żadnej korespondencji. Dlaczego do mnie nie piszesz? Jesteś na mnie zły? Proszę, napisz do mnie; pozostaje mi tylko czekać, czekać i myśleć”.
Nie wiedziała, że od ponad dwóch tygodni jest wdową.
Za płócienną szarą okładką zwróconego Agnes dokumentu „Wehrpass” Waffen SS, należącego do Vinzenta, do dziś znajduje się fragment papieru listowego z niemal dziecięcym, najszczerszym wyznaniem miłości, także w brokacie: „Gdybym była ptaszęciem, pofrunęłabym do ciebie”.
O kobiecej przyjaźni, o poczuciu gorszości
30-letnia Agnieszka – o Agnes musiała zapomnieć w powojennych, polskich już realiach – wyszła za mąż w 1947 r., przejęła, jak mówi Kasia, trójkę obcych dzieci i wychowała je. Miała z drugim mężem córkę Małgorzatę, mamę Kasi.
– Nie bardzo im się układało i nie wyszło najlepiej. Paweł Pańczyk zmarł przy stole, jedząc zupę. Moja mama miała 12 lat – zamyśla się Katarzyna.
Agnieszka opiekowała się dziećmi innej kobiety tak jak swoją córeczką, Małgosią. Finansowo wdowie z dziećmi w maleńkich Fosowskich, gdzie mieszkała, było bardzo ciężko. Zawsze nosiła fartuszki, żeby oszczędzać odzież, stąd wnuczka nazywa ją w myślach „Kitteloma”, fartuszkowa babcia. Pracowała w Zakładach Chemicznych Nitro w Krupskim Młynie. Prócz wiary w Boga, mocnej podstawy jej życia, codziennego znaku krzyża i modlitwy,
Ambasador USA i Elon Musk chwalą weto Nawrockiego
Handel ludźmi, wykorzystywanie seksualne dzieci, oszustwa finansowe. To wszystko zostaje w internecie
Łowcy pedofilów, udając nastolatkę, wrzucili na jedną z grup w mediach społecznościowych post: „Mam 11 lat, szukam znajomych”. Wystarczyło kilka chwil, aby ich komunikator zaczął się wypełniać wiadomościami ze zdjęciami penisów, prośbami o filmiki i rozbierane zdjęcia. Pedofile polują na dzieci także w popularnych grach, takich jak Roblox i Minecraft. Zboczeńcy manipulują nawet kilkuletnimi dziećmi. Często je szantażują i zmuszają do obrzydliwych rzeczy, takich jak nagrywanie filmików z masturbacją. Operatorzy platform cyfrowych uważają, że to problem rodziców, i umywają ręce. Zdaje się, że podobnego zdania jest prezydent Karol Nawrocki, który właśnie zawetował nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.
Skąd to weto?
9 stycznia prezydent poinformował, że zawetował ustawę, która miała zapewnić stosowanie w Polsce przepisów unijnego Aktu o usługach cyfrowych (ang. Digital Services Act, DSA). Zakładała ona możliwość blokowania treści dotyczących m.in. gróźb karalnych, namowy do popełnienia samobójstwa czy pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim. Nawrocki w swojej argumentacji powołuje się zaś na Orwella i urzędniczą cenzurę. Problem w tym, że argumenty prezydenta zdają się wskazywać, że wcale nie przeczytał ustawy, którą zawetował.
– To weto zdecydowanie jest gestem politycznym. Argumentacja prezydenta nie ma wiele wspólnego z treścią ustawy, gruntownie przecież poprawionej przez Parlament. Zapewne dlatego, uzasadniając swoje weto, prezydent cytował Orwella, a nie krytykowany projekt! Prezydent uznał za absurdalne to, że autor treści, która narusza prawo karne – np. stanowi oszustwo albo groźbę karalną – musi wnieść sprzeciw od decyzji urzędnika, jeśli chce bronić swojej publikacji. Przypomnę, że ma na to 14 dni, a w tym czasie jego publikacja spokojnie wisi w sieci. Dla mnie to brzmi jak uczciwy proces – mówi „Przeglądowi” Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon zajmującej się prawami człowieka w obliczu nowych technologii.
Weto prezydenta Nawrockiego zastanawia w kilku aspektach. Od strony czysto technicznej Polska jako państwo należące do Unii Europejskiej ma obowiązek wprowadzić Akt o usługach cyfrowych. Według ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego jesteśmy jednym z ostatnich krajów UE, które jeszcze tego nie zrobiły. DSA wprowadza m.in. nowe ścieżki odwoławcze dla użytkowników platform, większą przejrzystość algorytmów oraz dotyczące największych firm technologicznych obowiązki w zakresie reagowania na treści nielegalne.
Inne państwa Unii,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Oddziały szturmowe Prezydenta RP
Kodeks karny nic nie mówi o karze dla głowy państwa znieważającej prezydencki majestat, naród i Polskę
Czułe przywitanie na Jasnej Górze Karola Nawrockiego z nazistowskim kryminalistą Tomaszem P. „Dragonem” wywołało powszechne oburzenie. Widocznie wielu komentatorów i publicystów zapomniało już o przygotowanym dla Jarosława Kaczyńskiego raporcie, który ujrzał światło dzienne w grudniu 2024 r. W dokumencie tym na 72 stronach opisano powiązania Nawrockiego – wówczas prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a wcześniej dyrektora Muzeum II Wojny Światowej – z kryminalistami, neonazistami i neohitlerowcami (pisaliśmy o tym w artykule „Karol z półświatka”, „Przegląd” nr 22/2025). Nawrocki nigdy w przekonujący sposób nie wytłumaczył się ze znajomości z bandytami, a wszyscy ci, którzy naiwnie myśleli, że jako prezydent się ucywilizuje, nie znają gangsterskich reguł. Otóż przynależność do środowiska stadionowych chuliganów jest dożywotnia i nie zrywa się znajomości z kimś tylko dlatego, że siedział w kryminale, zajmuje się działalnością przestępczą i ma nazistowskie tatuaże.
Bandycka elita
Trzeba uczciwie przyznać, że przy Grzegorzu Horodce ps. „Śledziu” „Dragon” to czeladnik – jeśli tego pierwszego uznać za mistrza w bandyckim fachu. 52-letni „Śledziu”, gdański stadionowy druh prezydenta Rzeczypospolitej i jeden z przywódców bojówki Lechii Gdańsk, przesiedział 14 lat w więzieniu za pobicia, udział w bójkach i nielegalne posiadanie broni. Na ramieniu ma wytatuowanego Adolfa Hitlera, a na rękach i plecach swastyki oraz motto SS: Meine Ehre heißt Treue (Moim honorem jest wierność). „Dragon”, 40-latek, szef bojówki Jagiellonii Białystok, ma na koncie wyroki za napaść z użyciem broni lub innego niebezpiecznego przedmiotu na funkcjonariusza publicznego, za podżeganie do napadu, w którym zginęła jedna osoba, i za zastraszanie świadków innego napadu. Uważany jest za zdemoralizowanego, pozbawionego empatii i wyjątkowo bezwzględnego człowieka.
W 2024 r. „Dragon” został skazany na sześć lat więzienia m.in. za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, udział w bójkach i propagowanie faszyzmu. Wyrok nie jest prawomocny, poza tym, nawet jeśli Tomasz P. zostanie skazany, Nawrocki zapewne nie pozwoli, aby gnił w więzieniu, i go ułaskawi. Panowie znają się bardzo dobrze, a według
Zima z białą laską
Na forach dla niewidomych co roku pojawia się pytanie: macie patent na poruszanie się w śniegu?
Zima 2025/2026 znowu nas zaskoczyła. Tuż przed sylwestrem pojawił się biały puch, zwany przez niezadowolonych białym czymś innym. Premier zwoływał sztaby kryzysowe, meteorolodzy zapowiadali kolejne opady, a wielbiciele biegówek zacierali ręce. No i dzieci! Sanki, bałwany, śnieżki, czyli coś, czego ostatnio zdecydowanie brakowało. Tymczasem w innym świecie, gdzie litery są przyporządkowane wypukłym kropkom, gdzie nie istnieją kolory i obrazy, lecz jedynie kształty odbierane dotykiem, gdzie słuch, a nie wzrok odgrywa ważną rolę, a biała laska stanowi nieodzowny element wyposażenia przy wyjściu na zewnątrz, zapanowało wymowne oczekiwanie. Podstawowe pytania brzmiały: ile śniegu spadnie oraz czy chodniki będą odśnieżone?
Wkrótce okazało się, że coś zostało wydeptane, jakieś szlaki mniej więcej przetarte, ale o odśnieżeniu trudno mówić. Oto inne oblicze zimy.
Wychodzę przed budynek. Jest mroźnie i wilgotno, co łatwo wyczuć. Moja biała laska trafia na koniec zadaszonego terenu. Dalej jest już tylko śnieg – tam, gdzie były dotąd chodnik, krawężnik, trawnik i jezdnia, czyli wszędzie. Krzewy, drzewa, samochody i budynki są tam, gdzie zawsze, ale dla mnie oznacza to: gdzieś wśród śniegu. Koniec białej laski wciąż natrafia na śnieg. Gdzie jestem? To już ulica? A może trawnik, bo bez kontroli krawężnika nie wiem, czy nie skręciłem. Zwykle chodzę w miarę szybko po znanym terenie, ale teraz tempo marszu spada. Wiem, że jestem przed swoim blokiem, ale to wszystko. Jeśli chcę iść do sklepu czy na przystanek tramwajowy, to stanowczo za mało. Ktoś powie: a od czego masz uszy? Fakt, słuch trochę pomaga, ale nie załatwia sprawy. Nie jestem nietoperzem, który wysyła ultradźwięki, a potem odbiera odbitą falę.
Świat na pewno wygląda pięknie. Białe czapy na drzewach, oszronione krzewy, tańczące w powietrzu płatki, wszystko białe i czyste. Dla mnie jednak to piękno, a raczej warunki, które je stworzyły, są okrutne. Trudno znaleźć drogę, gdy dookoła tylko śnieg, śnieg, śnieg i nic innego. Gdy w niedzielę wyszedłem rano na dwór,






