Wywiady
Dziewczyny przy decyzyjnych stołach
Przechodzimy od kibicowania kobietom na starcie do budowania ich pozycji jako liderek
Dr Bianka Siwińska – naukowczyni, aktywistka i menedżerka, prezeska Fundacji Edukacyjnej „Perspektywy”. Jej działalność i inicjatywy od lat rewolucjonizują obecność kobiet w sektorze STEM (ang. Science, Technology, Engineering, Mathematics – nauki przyrodnicze, technologie, inżynieria i matematyka). Pomysłodawczyni Perspektywy Women in Tech Summit – największej tego typu imprezy naukowej w Europie i Azji, która odbyła się 10 i 11 czerwca w Warszawie.
Na otwarciu Perspektywy Women in Tech Summit 2026 padły mocne słowa: „Jesteśmy masą krytyczną potrzebną do wywołania reakcji łańcuchowej”. Czy ten punkt zwrotny w nauce właśnie nastąpił?
– Myślę, że jesteśmy w bardzo szczególnym momencie: masa krytyczna już się wytworzyła, ale reakcja łańcuchowa musi być teraz mądrze podtrzymana. Tysiące osób podczas konferencji to dowód, że temat kobiet w technologiach przestał być niszowy, nie jest społeczną ciekawostką czy egzotycznym dodatkiem, który dobrze wygląda w raportach. Ta skala pokazuje, że zjawiska nie da się już zepchnąć na margines. Dla mnie ta „masa krytyczna” oznacza moment, w którym pojedyncze historie zaczynają się łączyć w jedną globalną siłę. Jedna dziewczyna na politechnice może być traktowana jak wyjątek, ale tysiące kobiet rozmawiających w jednym miejscu o AI, energetyce jądrowej, kosmosie czy cyberbezpieczeństwie – to już jest realna zmiana społeczna. Ta widoczność przełamuje dotychczasowe poczucie osamotnienia, które przez lata towarzyszyło kobietom wchodzącym do świata nauk ścisłych.
Co w takim razie stoi na przeszkodzie ogłoszeniu sukcesu?
– Byłabym ostrożna z ogłaszaniem „ostatecznego zwycięstwa”. Punkt zwrotny w nauce i technologii zaczyna się wtedy, gdy zmieniają się wyobraźnia społeczna, język instytucji, ambicje młodych ludzi i oczekiwania wobec rynku pracy. To już się dzieje. Coraz trudniej otoczeniu powiedzieć dziewczynom „to nie dla was”, a firmom ignorować brak kobiet na stanowiskach decyzyjnych. Przekroczyliśmy ważny próg, ale teraz kluczowe jest pytanie: gdzie te kobiety będą za 5, 10, 15 lat? Prawdziwym sukcesem będzie sytuacja, w której wejście do branży przełoży się na trwałą obecność na szczycie. Zadaniem systemu jest otworzyć przed nimi realne ścieżki wpływu, awansu, decyzyjności i przywództwa, zamiast oferować jedynie pozycje startowe.
Wróćmy na chwilę do przeszłości. Flagowa akcja „Dziewczyny na Politechniki!” trwa od kilkunastu lat. Co w tym czasie zmieniło się na uczelniach?
– Zmieniła się przede wszystkim norma. Kiedy zaczynaliśmy, obecność kobiet na wielu kierunkach technicznych była traktowana jak osobliwość, z którą nie do końca wiadomo, jak należy się obchodzić. Dziś kobiety są częścią strategii rekrutacyjnych, kół naukowych czy programów mentoringowych. Uczelnie zrozumiały, że różnorodność nie jest dodatkiem wizerunkowym, ale warunkiem jakości nauki i innowacji. Wydziały, które dawniej były całkowicie zdominowane przez jedną płeć, dziś aktywnie rywalizują o utalentowane studentki, dostrzegając w nich ogromny potencjał rozwojowy.
A jak reaguje na to środowisko, do niedawna typowo męskie?
– Młodsze pokolenia mężczyzn są już dużo bardziej oswojone z obecnością kobiet w laboratoriach i projektach. Partnerstwo w zespołach badawczych staje się dla nich codziennością, a nie powodem do zdziwienia. Kiedyś trzeba było pokazać dziewczynom, że mają prawo wejść do świata technologii i nauk ścisłych. Dziś musimy zadbać o to, żeby były obecne na wszystkich poziomach: od studentek po ministry. W czerwcu odbyła się druga edycja European Summit of Women Leaders in Science and Technology i widzimy, jak proces ewoluował od ubiegłorocznych deklaracji do konkretnych inicjatyw i budowania agendy wpływu dla ponad 100 liderek z całego świata. Przechodzimy od kibicowania kobietom na starcie do systemowego zabezpieczania ich pozycji liderek.
W ciężkich sektorach, energetyce czy atomie, na najwyższych stanowiskach mamy zaledwie kilka procent kobiet. Gdzie jest główny hamulec?
– Hamulec jest podwójny. Samo przełamywanie stereotypów w mentalności już nie wystarcza. Dziewczyny można zachęcić do studiów, ale
Chaos w polskiej diagnostyce genetycznej
Badania genetyczne dają duże możliwości diagnostyczne, a nawet ratują życie
Prof. Olga Haus – przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Genetyki Człowieka, pracuje na Wydziale Lekarskim Collegium Medicum w Bydgoszczy (Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu), gdzie w 1997 r. zorganizowała od podstaw Katedrę i Zakład Genetyki Klinicznej.
Ostatnio z kilkoma profesorami genetykami bywa pani w Ministerstwie Zdrowia i innych centralnych jednostkach. O co walczycie?
– O poprawę sytuacji genetyki klinicznej i medycznej, by była bardziej dostępna dla pacjentów z chorobami rzadkimi lub z nowotworami, bo ciągle napotykają różne ograniczenia. Z ust niektórych decydentów, na szczęście nie w Ministerstwie Zdrowia, padają co jakiś czas stwierdzenia, że należy robić badania genetyczne tylko u pacjentów chorujących na choroby, które dają się wyleczyć. Bo te badania są drogie, a przecież i tak nikt nie gwarantuje terapii. To jest krzywdzące dla pacjentów genetycznych. Wprawdzie w przypadku większości chorób rzadkich w tej chwili nie ma jeszcze leczenia, zwłaszcza przyczynowego, ale ustalenie podłoża molekularnego choroby jest potrzebne, bo to leczenie w każdej chwili może się pojawić. Poza tym mamy leczenie objawowe, a lepiej leczy się różne zaburzenia u chorego, jeśli wiadomo, jaka jest podstawowa przyczyna choroby. Wynik badania jest także niezbędny, by można było udzielić rodzinie porady genetycznej, informacji o ryzyku powtórzenia się choroby itp. Polskie Towarzystwo Genetyki Człowieka (PTGC) protestuje przeciw ograniczaniu badań genetycznych w chorobach rzadkich do chorób, dla których mamy profilaktykę lub leczenie.
W Polsce nie jest najlepiej z dostępem do badań genetycznych.
– To prawda, jest dużo genetycznych laboratoriów diagnostycznych, niektóre bardzo dobre, ale w stosunku do szybkiego wzrostu zapotrzebowania na diagnostykę genetyczną kadra specjalistów wykonujących badania jest za mała. Aktualnie są dwie specjalizacje w diagnostyce genetycznej: laboratoryjna genetyka medyczna (LGM), dostępna tylko dla diagnostów laboratoryjnych, oraz nowa specjalizacja – medyczna genetyka molekularna (MGM), dostępna dla biotechnologów, biologów, genetyków i biomedyków. Problem w tym, że niewielu absolwentów analityki medycznej chce się zająć badaniami genetycznymi, które potrafią być długie, żmudne i wymagające. Z kolei analitycy nie chcą dopuszczać do uzyskania tytułu zawodowego diagnosty laboratoryjnego biotechnologów, którzy bardzo dobrze się nadają do pracy w genetyce. Analitycy blokują zapis w Ustawie o medycynie laboratoryjnej z 2022 r. zobowiązujący uczelnie do kontynuowania systematycznego organizowania dwuletnich studiów podyplomowych z analityki medycznej. Uczelnie państwowe nie chcą konfliktu i nie organizują tych studiów. Zyskuje na tym jedyna uczelnia w Polsce, która odważyła się sprzeciwić lobby analitycznemu. Niestety, prywatna i pobierająca za studia olbrzymie opłaty. A diagnostów laboratoryjnych ciągle w genetyce brakuje…
Do poradni genetycznych są długie kolejki, w niektórych przypadkach trzeba czekać nawet pięć lat. Pełnych etatów genetyków klinicznych w całym kraju jest ok. 140, a genetyków klinicznych czynnych zawodowo ok. 180. Z powodu niskiej wyceny porad genetycznych, braku w koszyku świadczeń gwarantowanych nowoczesnych, wielogenowych badań genetycznych (panele celowane NGS i sekwencjonowanie całego eksomu, czyli części kodującej genomu – WES) oraz trudnej ścieżki specjalizacyjnej młodzi lekarze nie decydują się na wybranie tej specjalności. Od lat rozmawiamy z przedstawicielami ministerstwa, żeby ta specjalizacja stała się dziedziną priorytetową, a praca w poradni genetycznej była właściwie wyceniana, by stanowiło to jakąś zachętę.
Tymczasem badania genetyczne dla wielu pacjentów z chorobami rzadkimi stają się końcem odysei diagnostycznej.
– I dlatego powinny być dostępne dla wszystkich pacjentów, którzy diagnostyki genetycznej potrzebują, bo przecież chorób rzadkich jest mnóstwo, w 80% o podłożu genetycznym. Każda choroba rzadka jest rzadka, ale łącznie są one częste, choruje na nie w Polsce kilka milionów osób. Jednym z ważnych elementów diagnozy genetycznej u dziecka jest ocena występowania u rodziców znalezionej u niego zmiany genetycznej. Istotne jest, czy to mutacja de novo – zupełnie nowa zmiana w rodzinie, czy została odziedziczona po którymś z rodziców,
Na skraju przepaści
Zmiany klimatyczne to czynnik decydujący o przyszłości lasów
Dr hab. Jakub Borkowski – profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, kierownik Katedry Leśnictwa i Ekologii Lasu
Znane jest powiedzenie: „Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las”. Czy z perspektywy naukowca jest ono aktualne?
– W skali globalnej nie można mieć pewności, jako że w wielu regionach świata mamy już z tym problemy. Bo nie tylko maleje powierzchnia lasów, wycinanych głównie pod potrzeby rolnictwa, lecz także wzrasta ich rozdrobnienie. Tym samym następuje utrata łączności między poszczególnymi kompleksami, co oczywiście ma konsekwencje dla bioróżnorodności obejmującej wszystkie żywe organizmy oraz relacje między nimi. Nie widzę więc tak optymistycznego przełożenia tego porzekadła na realną sytuację lasów, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę zmiany klimatyczne, które będą miały dramatyczne konsekwencje.
Wróćmy do niedalekiej przeszłości, kiedy w lasach dominował łoskot harwesterów, potężnych maszyn do wycinki drzew. Takie masowe cięcie wywoływało gwałtowne protesty organizacji ekologicznych. Wydaje się, że skuteczne, bo chyba to się zmieniło na korzyść?
– Tak, protesty były równie głośne jak te maszyny i odniosły pozytywny skutek. Jednocześnie rykoszetem oberwali leśnicy, ponieważ ucierpiał ich wizerunek, a przecież wcześniej w hierarchii prestiżu zawodów zajmowali drugie miejsce, zaraz po strażakach. Zapalnikiem stał się konflikt w Puszczy Białowieskiej, gdzie wizja ekologiczna, zakładająca ochronę naturalnych procesów przyrodniczych, starła się z wizją gospodarczą, oznaczającą pozyskiwanie drzew oraz ich ochronę przed szkodnikami, głównie kornikiem. Ale ten spór doprowadził do powstania tzw. lasów społecznych, czyli kompleksów leśnych wokół 14 miast, mających przede wszystkim spełniać oczekiwania społeczne.
Na czym to polega?
– Chociażby na tym, że nie ma tam mowy o zrębach zupełnych, gdzie wszystkie drzewa są kompleksowo usuwane. Na marginesie – to gorący temat w leśnictwie nie tylko polskim, ponieważ wycinka wszystkich drzew na jednej powierzchni ma negatywne konsekwencje przyrodnicze. Chociaż z punktu widzenia gospodarczego to działanie bardzo proste: karczuje się teren zrębu i można sadzić „młody las”, ale zanim on wyrośnie, minie wiele czasu.
Pewnie z 50 lat?
– Raczej 70, 80 albo i 100 lat! Do momentu kolejnego pozyskania drewna. Natomiast w naturalnym układzie lasów drzewa są dużo starsze, a część z nich martwa. Nawiasem mówiąc, to jedna z poważniejszych przyczyn konfliktu między ochroną przyrody a gospodarką.
Ale nadleśnictwa mają plany, muszą osiągać dochody i zapewnić drewno do produkcji mebli, dla budownictwa i innych gałęzi gospodarki. Jak to pogodzić?
– Na pewno to jedno z poważniejszych wyzwań dla leśnictwa, nie tylko w Polsce. Chociaż akurat nasz kraj jest czwartym na świecie, a trzecim w Europie producentem mebli, więc to pokazuje skalę zapotrzebowania na drewno oraz jego znaczenie w gospodarce. Pytanie,
Prezydent dla swoich
Marcin Duma – analityk polityczny, założyciel IBRiS
Kto popiera obecnie Karola Nawrockiego? Owszem, spada mu poparcie, ale nadal jest bardzo mocne. I pewnie wygrałby wybory, jeśli byłyby dziś.
– Przez ten rok w polskiej polityce trochę się pozmieniało, i to niekoniecznie korzystnie z punktu widzenia Karola Nawrockiego. Stawka kandydatów pewnie też byłaby inna, więc nie wiadomo, czy dzisiaj by wygrał. Ale zwróciłbym uwagę na coś innego. We wszystkich badaniach, które dotyczą prezydenta, ujawnia się jedna podstawowa rzecz – jest figurą silnie polaryzującą. Tak naprawdę nie ma jednego Karola Nawrockiego w sensie wizerunkowym. Tych Karolów jest dwóch. Jest dr Jekyll i pan Hyde. Zależy, czy patrzy się na niego z lewej strony, czy z prawej. Mało kogo pozostawia obojętnym.
Zwolennikom prawicy się podoba.
– Wyborcy PiS, Konfederacji czy nawet Grzegorza Brauna mają obraz prezydenta aktywnego, komunikatywnego, sprawczego, który jest dla nich widoczny i stanowczy w działaniu. Widać, że coś robi. W taki sposób o nim się wypowiadają. Co więcej, dostrzegają i doceniają to, że stara się nie tylko decyzje podejmować, ale też je tłumaczyć. Przywołują jego filmiki na YouTubie po decyzji w sprawie weta, gdzie ją tłumaczy. Mówią, że to nie jest dla środowisk opiniotwórczych, ale dla nich. Nawrocki do nich mówi. I to dużo dla nich znaczy.
A gdy popatrzymy na Karola Nawrockiego oczami zwolennika koalicji?
– To mamy obraz prezydenta, który przekracza swoje kompetencje. Boksuje powyżej swojej wagi. Składa obietnice, których nie jest w stanie zrealizować. W związku z tym pojawia się zarzut, że prezydent jest niepoważny, bo poważny człowiek nie składa obietnic, które nie leżą w jego gestii. Bardzo często przywoływana jest tu kwestia obniżki cen energii.
Zatrzymajmy się przy grupie tych, którzy go popierają. To ma związek ze statusem materialnym, z miejscem zamieszkania czy z sympatiami politycznymi?
– Przede wszystkim z sympatiami politycznymi. To, po której stronie się sytuujemy, będzie definiowało nasz stosunek do prezydenta. Oczywiście jest czynnik wykształcenia, wielkości miejscowości, w której się mieszka, wieku. W pewnym stopniu nawet płci. Natomiast mam wrażenie, że te cechy są w pewien sposób wtórne w stosunku do preferencji.
Profil wyborców, którzy są przeciwni Donaldowi Tuskowi, i profil osób, które stoją murem za prezydentem Nawrockim, jest mniej więcej taki sam.
Czyli wśród popierających Karola Nawrockiego mamy więcej osób z terenów wiejskich, mniejszych miejscowości, osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, ewentualnie podstawowym. I praktykujące.
– Znacznie częściej. Ale też w grupie uplasowanej po prawej stronie, oceniającej dobrze prezydenta, mamy sporą rzeszę wyborców konfederackich. Czyli dużą grupę młodych ludzi, młodszą część społeczeństwa, która wydaje się wciąż stać za Karolem Nawrockim. A jest o tyle istotna,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Meksyk między nadzieją a przemocą
Żyjemy tu z dnia na dzień, nie wiedząc, czy nadejdzie jutro
Ks. Tomasz Jan Chlebowski – duchowny, teolog, misjonarz, autor literatury podróżniczej i reportaży, członek Związku Pisarzy Katolickich, autor m.in. „Dróg i bezdroży Meksyku” oraz „Horyzontów spotkań Ryszarda Kapuścińskiego”.
Skąd wzięła się fascynacja Meksykiem?
– Zanim zrodzi się fascynacja, najpierw pojawia się poznanie. Prawdziwe poznanie rodzi się w rzeczywistości spotkania i jest procesem wpisanym w czas. Moja fascynacja Meksykiem narodziła się ponad 20 lat temu i trwa do dzisiaj. Nie jest to jedynie zachwyt nad fizycznym miejscem, ale także fascynacja człowiekiem, historią i kulturą. We wstępie do książki „Drogi i bezdroża Meksyku” (Bernardinum, Pelplin 2020) zapisałem takie przemyślenie: „Meksyk oszałamia, zachwyca, przyciąga. Przebywając na ziemi meksykańskiej, nigdy nie czułem się tam turystą. Od samego początku czuję się obywatelem Meksyku, który dla mnie jest nie tylko konkretnym miejscem na ziemi, ale stanem duszy. Rzeczywistością, która przenika mnie do głębi. To miejsca wybierają ciebie, wpisują się i dopasowują do człowieka. Czasami pozwalają myśleć, że to nasza inicjatywa. Ale to nieprawda”.
Jacy są Meksykanie? Czym się różnią od Polaków, a w czym jesteśmy podobni?
– Trudno porównywać dwie odmienne rzeczywistości, które różnią kultura, historia, a także mentalność ludzi. Można doszukiwać się różnic i podobieństw, ale zawsze będzie to w pewnym stopniu nieprecyzyjne, subiektywne i w konsekwencji nie do końca prawdziwe. Mogę powiedzieć jedynie, co urzekło mnie w ludziach, których poznałem. To ich otwartość, życzliwość, prostota oraz niezwykła wola walki o każdy kolejny dzień. Spotkałem tu wiele dobra. Ludzie, którzy sami mają niewiele, potrafią bezinteresownie wspierać się nawzajem.
Ciekawe, że kiedyś funkcjonowało w Polsce żartobliwe powiedzenie, że Polska jest „Meksykiem Europy”. Być może dlatego, że w innych krajach europejskich Polacy często postrzegani są – podobnie jak Meksykanie w Ameryce – jako osoby marudne, a jednocześnie gościnne, lojalne i zdolne do budowania głębokich relacji międzyludzkich.
Dziś Meksyk uchodzi za kraj niebezpieczny, m.in. z powodu działalności karteli narkotykowych.
– Aktualna sytuacja Meksyku jest wynikiem wielu lat zaniedbań w kwestii bezpieczeństwa obywateli. Podejmowane przez kolejnych prezydentów próby układania się z przestępcami, rozmowy i pakty zawierane z grupami kryminalnymi oraz ustępstwa, które miały zapewnić pewną formę kontroli i względnie stabilny pokój wewnątrz państwa,
Samotność znika, gdy pojawia się sens życia
100% pacjentów zgłaszających się do gabinetu psychiatrycznego mówi, że czują się samotni
Lek. Maja Herman – psychiatrka, psychoterapeutka, medinfluencerka, prezeska Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych, autorka kampanii społecznościowych z okazji Światowego Dnia Zapobiegania Samobójstwom, Dnia Zdrowia Psychicznego oraz Dnia Walki z Depresją. Autorka i pomysłodawczyni spotu kampanijnego na Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom: „Dekalog życia”.
Czy samotność to nasza wina, sami na nią pracujemy?
– Nie zgadzam się, że sami jesteśmy sobie winni. Człowiek ma naturalną zdolność do przewidywania skutków swoich wyborów. Usiądzie, jeśli wie, że stojąc, przewróci się. Jeżeli może czemuś zapobiec, zapobiegnie. Absolutnie nie powinniśmy się obwiniać za to, że jesteśmy samotni. Obwinianie się do niczego dobrego nigdy nie prowadzi. Nie warto sobie dokopywać, zwłaszcza że współczesny świat jest tak skomplikowany, jesteśmy w nim tylko malutkim trybikiem, a nie osią.
Nie ma medycznej jednostki chorobowej samotność, a jednak coraz więcej ludzi z jej powodu cierpi na depresję, zaburzenia lękowe i wykazuje zachowania samobójcze. Samotność niszczy nam psychikę. Czy to cena rozwoju cywilizacji?
– Samotność to bardziej stan socjologiczno-psychologiczny, który powoduje, że cierpimy. Cierpienie zaś wywołuje różne zaburzenia – od chorób psychiatrycznych po somatyczne. Według Dirka Scheelego, profesora neurobiologii społecznej na Uniwersytecie Ruhry, samotność może być tak szkodliwa dla zdrowia jak palenie 15 papierosów dziennie. Przebadano ponad 300 tys. osób i wyszło, że te o niskim poziomie integracji społecznej, tj. mające tendencję do bycia samotnymi, mają zwiększone ryzyko śmiertelności. To wstrząsające badanie pokazuje, jak silna jest potrzeba bycia z drugim człowiekiem.
Jak w takim razie zdefiniowałaby pani samotność? Brak bliskich relacji, fizyczna nieobecność innych?
– Samotność zdefiniowałabym przede wszystkim jako poczucie osamotnienia, mimo faktu, że tak wiele dookoła mnie się dzieje. Nie możemy powiedzieć, że dookoła nas we współczesnym świecie jest za mało ludzi i wydarzeń.
Wręcz przeciwnie, jesteśmy przebodźcowani i pewnie też dlatego samotni.
– Skłaniałabym się nawet do kontrowersyjnej tezy, że mechanizm ewolucyjny chronienia samego siebie jest przestrzelony. Za dużo bodźców, wydarzeń, ludzi dookoła nas – żyjemy na przeludnionej planecie – powoduje, że próbujemy się chronić i uciekamy od ludzi i bodźców do spokoju i ciszy, co nie do końca jest czymś, czego potrzebujemy. Trzeba znaleźć balans – mieć czas na spokój, gdy jest się samemu ze sobą i ze swoją głową, i na bycie obok drugiego człowieka. Jako ludzkość zbudowaliśmy cywilizację, ponieważ jesteśmy socjalni. To w nas nie zaginęło. Uciekanie od ludzi nam szkodzi, czujemy się z tym źle. Uciekamy, żeby siebie ochronić. To trudna sytuacja, wymagająca dobrej edukacji, kiedy będziemy mówić, że drugi człowiek jest potrzebny, że nic nie zastąpi dotyku i wszystkich elementów zmysłowych, takich jak mimika, mikromimika itp. Że pod wpływem bliskości fizycznej wydzielają się neurohormony: wazopresyna, oksytocyna, dopamina, serotonina, adrenalina, noradrenalina. Te neurohormony sprawiają, że lepiej funkcjonujemy, szybciej myślimy, jesteśmy bystrzejsi, sprawniejsi intelektualnie.
Czyli potrzebujemy drugiego człowieka, ale czasem destrukcyjnie trzymamy się go z lęku przed samotnością. Nawet jeżeli nas bije.
– W żadną ze stron nie można przesadzać – ani z socjalizacją, ani z chęcią bycia z kimś na zasadzie: muszę z nim być, bo jak nie, to będę sama i już nigdy nikogo nie znajdę. Takie myślenie powoduje, że tkwimy w związku z oprawcą/oprawczynią, który/która bije, poniża, stosuje przemoc psychiczno-fizyczną. A z drugiej strony jestem samiusieńka, bo boję się związać z kimś, bo zakładam, że będzie dla mnie niedobry, mam poczucie, że świat stanowi zagrożenie. Mamy dziś epidemię samotności. I dlatego musimy o niej rozmawiać, przestać ją traktować jak tabu. Nie możemy jej romantyzować, musimy ją oswajać, pogłaskać, popatrzeć jej w oczy.
Myślę, że „Mały książę” to jednak bardzo mądra książka.
– Odniesienie się w tym momencie do Antoine’a de Saint-Exupéry idealnie pasuje do tego, jak dziś żyjemy i funkcjonujemy. Tyle lat temu stworzył piękną historię o samotności, ale i jedną z trudniejszych.
Często w kontrze do samotności ustawia pani miłość, ale nie romantyzuje pani tego uczucia. Mówi o miłości do pracy, hobby, zwierząt. I że samotność jest mniejsza, kiedy np. hodujesz rośliny w domu.
– Ludzie, którzy dyskutują z kwiatkami na różne tematy, nie cierpią na żadne zaburzenie. Jeżeli twoje kwiatki sprawiają ci przyjemność, stanowią element codziennej rutyny, są istotkami, które dzięki tobie żyją i rozwijają się, to jest OK. Paradoks samotności polega na tym, że odczuwamy ją wtedy, kiedy czujemy się samotni, a nie wtedy, kiedy nie mamy obok siebie drugiej osoby. Możemy mieć towarzysza – psa, kota, świnkę morską. Ważna jest uważność na codzienność, która nas otacza.
Nic dziwnego, że ogrodnik to jeden z najszczęśliwszych zawodów świata.
– Jeśli chodzi o rośliny, ważna jest satysfakcja, która czyni szczęśliwym, ponieważ mózg bardzo lubi efekty. W ogrodnictwie efekt widać szybko i spektakularnie, bo jak roślina zakwita, to nie ma piękniejszej nagrody za twoją pracę. W ogrodnictwie jest też aktywność fizyczna, która
To praca nie dla wszystkich
Ratownik medyczny: czasem jedziemy po to, żeby podać paracetamol
Mateusz Wawryszuk – ratownik medyczny, szkolący również z udzielania pierwszej pomocy (eskulapa.pl)
O włos wyprzedziliście strażaków w rankingu zaufania do zawodów. Jak wasza grupa się z tym czuje? Zawód prestiżowy, a płaca i warunki pracy chyba już mniej.
– Jest nam bardzo miło, bardzo pozytywnie postrzegani zaczęliśmy być w pandemii. Nadal co prawda pracujemy głównie na B2B (samozatrudnienie), ale ogólnie nasz zawód idzie w dobrym kierunku. W zeszłym roku powstały pierwsze studia magisterskie z ratownictwa medycznego. Wynagrodzenia też poszły w górę. Poprawiły się warunki pracy i wyposażenie karetek. Po prostu przestraszono się, że zmalała liczba ratowników medycznych. Dziesięć lat temu w zawodzie były bardzo niskie zarobki i przestał być atrakcyjny dla młodych. To nie tylko praca na SOR-ach czy w pogotowiu, mamy też możliwość pracy w szkoleniach z pierwszej pomocy dla zawodów medycznych. Jesteśmy doceniani w wojsku, w branży farmaceutycznej.
„Ratownik pobity do nieprzytomności. Sąd chciał umorzyć postępowanie”, „Fala agresji. Pijany nastolatek pobił ratownika medycznego” – cytuję tytuły artykułów z internetu. W styczniu 2025 r. w Siedlcach w czasie interwencji domowej 57-letni pacjent zaatakował nożem ratownika medycznego. 64-letni mężczyzna, mimo udzielonej pomocy i przewiezienia do szpitala, zmarł w wyniku odniesionych ran. Mówiło się, że dostaniecie kamizelki kuloodporne.
– Środowisko jest podzielone, w moim otoczeniu zazwyczaj ratownikom nie podoba się ten pomysł. Bo czy kamizelka nas ochroni? Ciosy nożem mogą być przecież zadane w szyję, pachwiny, pachy. Ponadto czy po jednej sytuacji z użyciem noża powinno się nas ubierać w kamizelki? Takie decyzje trzeba podejmować nie emocjonalnie po zdarzeniu, tylko na podstawie badań, statystyk, analiz. W ubiegłym roku w Krakowie został zamordowany lekarz ortopeda. Temat kamizelek wśród lekarzy w ogóle nie był poruszany. Najczęstsze kontuzje wśród ratowników to skręcone stawy skokowe i uszkodzone kręgosłupy. Do tego dochodzą otyłość i wypalenie zawodowe.
Bo wasza praca to stres, presja, a podobno też czasami rozwiązywanie ludzkich problemów.
– Jak poszedłem na ratownictwo medyczne, wyobrażałem sobie, że będę jeździł do wypadków, urwanych rąk czy nagłego zatrzymania krążenia. A sytuacji ratunkowych na wszystkie wyjazdy karetki jest ok. 5-10%. Nie ma dyżuru dobowego, żebyśmy nie jechali do osoby w kryzysie psychicznym. Bardzo często są to próby samobójcze, myśli samobójcze. Transportujemy taką osobę do szpitala psychiatrycznego. Jeździmy do wielu ludzi samotnych, opuszczonych, zaniedbanych, więc to nie są stany nagłe. Aczkolwiek wskutek wielomiesięcznych zaniedbań tacy pacjenci wymagają leczenia w szpitalu. Faktycznie więc wchodzimy w trudne sytuacje życiowe.
Co jest dla pana w tej pracy najtrudniejsze? Widzicie głodne i brudne dzieci, głodnych i brudnych staruszków, robactwo…
– Trudnością jest przyglądanie się cierpieniu ludzi – przeżywających śmierć bliskich czy cierpiących na przewlekłe bóle. Bardzo trudne jest patrzenie na cierpienie matki, która płacze nad zmarłym dzieckiem. Bezradnością reagujemy na zaniedbanie dzieci. Wchodzimy do różnych domów,
Marszałek z lewicy
Ignacy Daszyński wnosił do polskiego życia politycznego najlepsze wartości i tradycje demokratyczne
Michał Śliwa – politolog i historyk, były rektor Akademii Pedagogicznej i Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, badacz dziejów polskiego ruchu socjalistycznego i II RP. Członek Komitetu Honorowego obchodów Roku Ignacego Daszyńskiego.
Kalendarium życia Ignacego Daszyńskiego:
1866 (26 października) – urodził się w Zbarażu, w patriotycznej, średniozamożnej rodzinie szlacheckiej.
1882 – zostaje wydalony z gimnazjum za wygłoszenie mowy o Wiośnie Ludów.
1883 – w Drohobyczu zaczyna pisać do „Gazety Naddniestrzańskiej” o robotnikach pracujących w zakładach naftowych w Stanisławowie i Drohobyczu.
1890 – rozpoczyna studia przyrodnicze na uniwersytecie w Zurychu. Jest jednym z założycieli Stowarzyszenia Robotników Polskich „Zgoda”, współpracuje m.in. z Julianem Marchlewskim i Gabrielem Narutowiczem.
1890–1919 – współzałożyciel i lider Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej.
1891 – na II Międzynarodowym Kongresie Robotniczym i Socjalistycznym II Międzynarodówki w Brukseli przewodniczy delegacji socjalistów polskich z trzech zaborów.
1897 – zostaje najmłodszym posłem w Izbie Posłów Rady Państwa Przedlitawii – cesarskiej części Austro-Węgier ze stolicą w Wiedniu. W 1900 zostaje wybrany ponownie.
1910 – bierze udział w uroczystościach odsłonięcia pomnika grunwaldzkiego w Krakowie, podczas przemówienia namawia do walki o niepodległą Polskę.
1914 – PPSD zawiązała porozumienie z PPS – Frakcją Rewolucyjną Józefa Piłsudskiego. Daszyński wstępuje do Legionów Polskich jako strzelec.
1917 – głosuje w parlamencie austriackim za wnioskiem PSL „Piast”, w którym Koło Polskie Sejmowe stwierdza, że jedynym dążeniem narodu polskiego jest odzyskanie niepodległej i zjednoczonej Polski z dostępem do morza.
1918 – wraz z innymi Polakami w parlamencie austriackim uchwala dokument, w którym członkowie izby składają deklarację, że uważają się od tej pory za obywateli polskich.
1918 (z 6 na 7 listopada) – powstaje Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, w którym Daszyński zostaje premierem oraz ministrem spraw zagranicznych.
1919 – w wyniku zjednoczenia PPSD, PPS i PPS Zaboru Pruskiego utworzono jednolitą PPS, w której Daszyński zostaje jednym z przewodniczących Rady Naczelnej.
1920 – (24 lipca) wchodzi w skład Rządu Obrony Narodowej, obejmuje stanowisko wicepremiera (szefem rządu był Wincenty Witos).
1926 – na wniosek Daszyńskiego CKW PPS zajmuje „rzeczowo opozycyjne” stanowisko wobec rządu Józefa Piłsudskiego.
1928-1930 – posłowie wybierają Daszyńskiego na marszałka Sejmu.
1929 – jest jednym z założycieli Centrolewu – antysanacyjnego bloku stronnictw partyjnych.
1930 – po rozwiązaniu Sejmu przez prezydenta Mościckiego ponownie zostaje posłem z listy państwowej.
1930-1935 – po fali represji wobec opozycji (sprawa brzeska) jako krytyk sanacji i lider Centrolewu staje się celem ataków piłsudczyków.
1931 – postępująca choroba serca zmusza go do ograniczenia działalności. Udaje się do Domu Zdrowia w Bystrej Śląskiej, spotykając się z kolegami partyjnymi, kontynuuje prace nad wspomnieniami.
1934 – otrzymuje tytuł honorowego przewodniczącego PPS.
1936 (31 października) – po długiej chorobie umiera w Bystrej Śląskiej. Zostaje pochowany z wielkimi honorami w Krakowie na Cmentarzu Rakowickim.
Dlaczego określenie: „Daszyński – ojciec niepodległości Polski” jest w pełni uprawnione?
– Należał do pokolenia twórców odrodzonej Polski, któremu było dane „wybić się” na niepodległość i zrealizować marzenia kilku generacji poprzedników, bezskutecznie walczących o przywrócenie wolności narodowej. Na to miano zasłużył sobie w największym stopniu. Wyróżniał się bowiem wśród swojego pokolenia, wyrosłego w cieniu klęski powstania styczniowego, przedsięwzięciami i działaniami niepodległościowymi, prowadzonymi konsekwentnie przez niemal 40 lat przed 1918 r. W pracy publicznej kierował się zawsze myślą, wypowiedzianą w 1898 r.: „Polacy mają tylko jedną wielką politykę, a tą jest niepodległość Polski”.
To musiało skutkować bliską współpracą z Piłsudskim.
– Oczywiście. Daszyński był kluczową postacią w procesie odrodzenia Rzeczypospolitej, w działaniach bezpośrednio związanych z odnowieniem dążeń niepodległościowych – irredenty narodowej pod przywództwem współtowarzysza z ruchu socjalistycznego i przyjaciela, Józefa Piłsudskiego. Wspierał jego akcje militarne i polityczne, uprawomocniając je i torując im drogę w galicyjskim życiu politycznym i w polityce austro-węgierskiej, a więc początkowo m.in. działalność Związku Strzeleckiego i Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, a następnie, w końcu sierpnia 1914 r., utworzenie Legionów Polskich. Odegrał także wybitną rolę w tworzeniu pierwszych lokalnych polskich struktur państwowo-administracyjnych na terenie zaboru austriackiego: Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego oraz Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie, z zadaniem – jak oznajmiał – „uprzątnięcia gruzów panowania austriackiego”.
Owo uprzątnięcie musiało objąć trzy zabory. I tu przechodzimy do utworzenia rządu w Lublinie.
– Pierwszego ogólnopolskiego rządu koalicji ludowo-socjalistycznej – utworzonego w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej (7-14 listopada 1918 r.), na czele którego stanął.
Użycie w nazwie słowa Ludowy musiało wiele znaczyć.
– Było znakiem urzeczywistnienia programu socjalistów. Ogromnego ich zaangażowania i wkładu w proces uobywatelnienia i unarodowienia warstw plebejskich – robotników i chłopów. Słowo Ludowy podkreślało też znaczenie kształtowania postaw demokratycznych i obywatelskich robotników i innych warstw ludności pracującej oraz konieczność dochodzenia swoich praw i racji na drodze parlamentarnej i pokojowej, a nie wystąpień radykalnych czy wręcz rewolucyjnych.
Czy niepodległościowa myśl Daszyńskiego i socjalistów uwzględniała doświadczenia historyczne sprzed dziesięcioleci i losy powstań?
– W działalności ideowo-politycznej polskich
Polski fenomen Muminków
Jak twórczość Tove Jansson porusza Polaków od 80 lat
Marzena Bomanowska – kulturoznawczyni, redaktorka i muzealniczka. Od 2015 r. dyrektorka Muzeum Kinematografii w Łodzi.
Spotykamy się w trakcie finisażu wystawy „Muminki: drzwi są zawsze otwarte”, zorganizowanej z okazji ukończenia przez Muminki 80 lat. Dlaczego są one cały czas tak aktualne dla odbiorców?
– Powodów jest wiele. Muminki zawdzięczają urok, popularność i aktualność swojej autorce, osobie wybitnej, utalentowanej, wykształconej, obdarzonej poczuciem humoru. Tove Jansson potrafiła w niewielkich objętościowo książkach zawrzeć wielowarstwowe treści, inaczej odczytywane przez dzieci i dorosłych. Tę dwuadresowość znakomicie opisuje w pracach naukowych prof. Hanna Dymel-Trzebiatowska. Jansson ujmująco splotła baśń z uniwersalnymi pragnieniami – takimi jak tęsknota za przyjaźnią i miłością, umiłowanie wolności, potrzeba przeżywania przygód czy posiadania bezpiecznego domu – z wątkami autobiograficznymi. Wiele postaci z Doliny Muminków dostało od autorki cechy osób z jej bliskiego otoczenia. W postaci Włóczykija obojętnego na dobra materialne można się dopatrzeć podobieństwa do jej narzeczonego, lewicowego parlamentarzysty Atosa Wirtanena, a mądra Too-Tiki przypomina partnerkę pisarki Tuulikki Pietilä, znakomitą graficzkę. Motywy uniwersalne i osobiste rezonują w odbiorze czytelniczym, każdy znajdzie w tych książkach coś dla siebie.
Ważna autobiograficznie wydaje się relacja Topika i Topci.
– To jeden z najbardziej wzruszających wątków autobiograficznych ukrytych w Muminkach i pewna słabość polskiego przekładu Ireny Szuch-Wyszomirskiej, zrozumiała ze względu na czasy, w jakich powstał. W oryginale, napisanym po szwedzku, postacie noszą imiona Tofslan i Vifslan, utworzone od Tove i Vivica. Dopiero z napisanych później biografii wiemy, że Vivica Bandler była wielką, homoseksualną miłością Jansson. Związki jednopłciowe były zakazane do początku lat 70., zresztą tłumaczka nie miała dostępu do faktów z życia pisarki. Muminki po polsku wychodzą od 1964 r. Na ilustracjach widzimy dwie postacie w sukienkach, ale w tekście są nazwane Topik i Topcia. Ta para porozumiewa się intymnym językiem, niezrozumiałym dla innych – w polskim przekładzie oddanym jako ciągi słów z literą f na początku, np.
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl








