Wywiady
Iran: spojrzenie z wewnątrz
Od 47 lat kraj jest obłożony sankcjami. To pogłębia problemy
Juliusz Gojło – wieloletni dyplomata, specjalista od Bliskiego Wschodu, Afryki, krajów Azji Centralnej. W latach 2010-2017 ambasador RP w Iranie. Ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych.
(Ciąg dalszy rozmowy z nr. 18)
Mówił pan, że obecna wojna daje reżimowi w Teheranie drugi mit założycielski. Pierwszym była wojna z Irakiem, wtedy większość ludzi stanęła do obrony ojczyzny. Teraz mamy podobną sytuację: atakują naszą ojczyznę! Jednocześnie wojna zatrzymała ewolucję systemu, który powoli się otwierał. W Polsce o tym w zasadzie się nie mówiło. U nas Iran to państwo ajatollahów.
– Iran generalnie ma bardzo zły PR. Wystarczy przejrzeć polskie gazety. Na pierwszym miejscu czołowe dzienniki oraz tzw. tygodniki opinii, gdzie takie sformułowania jak „archaiczny artefakt historii”, „państwo rządzone przez sfanatyzowane oddziały Strażników Rewolucji” czy „brodatych ajatollahów”, „raj w szponach starców” albo „piekło kobiet” to frazeologizmy i epitety na porządku dziennym. To są autentyczne cytaty.
A przecież, jak mówi chińskie przysłowie, wszystko, co nie jest w pełni prawdą, co jest półprawdziwe, jest całym kłamstwem.
Wyjaśnijmy, na czym polega mit założycielski republiki – nie jest nim obalenie szacha, tylko obrona przed iracką inwazją. Gdy byłem w Teheranie, rzucały się w oczy murale poświęcone bohaterom tamtej wojny.
– Gdy mówię: rewolucja irańska, świadomie używam przymiotnika irańska, a nie islamska, dlatego że ona, jak większość rewolucji, miała dwa etapy. Pierwszy to był etap przeciwko szachowi, czyli przeciw czemuś, a drugi to był etap za czymś. Drugi etap został zdominowany przez duchowieństwo szyickie i przez ideały religijne. Ale w tym pierwszym wszyscy walczyli wspólnie przeciwko szachowi. Wtedy motorem rewolucji byli irańscy intelektualiści, a oni wówczas mocno lewicowali.
I szli razem z mułłami?
– Mieli wspólnego przeciwnika – reżim szacha. Po drugie, ideologia lewicowa pokrywała się z teologicznymi założeniami szyizmu na temat sprawiedliwości społecznej. Dlatego w tej rewolucji lewicujący intelektualiści szli ramię w ramię z duchowieństwem. Takie rzeczy się zdarzają – w Polsce w latach 80. lewicowi intelektualiści też szukali schronienia w salach parafialnych, występowali tam, chrzcili się, modlili. Duchowieństwo było w Iranie tradycyjnie tą grupą, która zawsze w XX w. optowała za zmianami prodemokratycznymi i wolnościowymi. Iran jest pierwszym państwem w Azji, w którym przyjęto konstytucję. A ruch konstytucyjny miał silne poparcie duchowieństwa. Dlatego ideologia rewolucji irańskiej była połączeniem ideałów lewicowych, różnej proweniencji, z koncepcjami szyickimi.
Tak się dało?
– W szyizmie główną koncepcją, która ma wartość dogmatyczną, jest koncepcja Sprawiedliwości. Tak właśnie – przez duże S. Jeżeli świat jest stworzony w sposób doskonały, to jest sprawiedliwy, bo Bóg jest sprawiedliwy. Jeżeli sprawiedliwość jest naruszana, to znaczy,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Poraź talentem, zrób wrażenie i zniknij
Widzowie polubili moje serialowe bohaterki
Ewa Szykulska – jedna z najbardziej rozpoznawalnych aktorek kina i teatru
Rolą jednej z trzech dziewczyn – dziewczyny pracującej na poczcie – w „Dziewczynach do wzięcia” w reżyserii Janusza Kondratiuka pokazałaś, że nie pozwalasz zaszufladkować się do jednego typu ról.
– Wypłakałam i wykrzyczałam u Janusza tę rolę. Było mi o tyle łatwo, że byłam już wtedy kobietą Kondratiuka, a bardzo chciałam zagrać… Dziewczynę do wzięcia. I zagrałam. To jedyna wyproszona rola na moim koncie. Warunkiem, że ją dostanę, była moja zgoda na zeszpecenie. Przez srebrne nakładki zniszczyłam sobie zęby, bo się porozsuwały, ale w tym zawodzie przecież zdarzają się gorsze rzeczy, np. 20 kg na plus do roli albo na minus. (…) Dzięki „Dziewczynom” nabrałam szacunku do ludzi, których w odniesieniu do sztuki nazywa się amatorami albo naturszczykami. Moi koledzy często powtarzali i powtarzają, że w naszym zawodzie trzeba być profesjonalnym. Cholera jasna, czy profesjonalnym się stajesz, bo pewne rzeczy tyle razy powtarzasz? A czy nie chodzi przede wszystkim o to, na ile mocno rozbłyskasz, grając, nieważne, czy jako amator, czy profesjonalista? Jeśli jest taka potrzeba, zawsze bronię amatorów przed profesjonalistami z tytułem magistra.
Chciałam być w „Dziewczynach” tak zwyczajnie przezroczysta jak moje koleżanki z planu – a potem też przyjaciółki w życiu – jak Ewa i Regina, czyli Ewa Pielach i Regina Regulska. Obserwowałam obie i wtulałam się w nie. Chciałam zagrać w tym filmie na pograniczu grania i niegrania. Tak, żeby widzowie nie wiedzieli, czy ja gram, czy ja jestem. Żeby wytworzyło się coś między jawą a snem. Może się udało? (…)
Na planie „Dziewczyn” zdarzały się nam różne przygody, śmieszne i mniej śmieszne, znaczące i ulotne. Podczas kręcenia sceny na schodach ruchomych na dworcu kolejowym w Warszawie jakiś no name, cham bez zębów złapał mnie za tyłek. Mnie – Księżniczkę, Królewnę Śnieżkę! Aktorkę! Byłam w brązowym, nędznym paltociku z tygrysim kołnierzykiem, nieumalowana, ale jakbym włożyła ładną sukienkę, to…
Ten facet nie widział w tobie gwiazdy, tylko dziewczynę do wzięcia…
– Nie obraziłam się. Po chwili spokorniałam. Dlaczego uważam, że jestem lepsza od innych? Bo mówię cudzym tekstem, kamera mnie „bierze” i zobaczą mnie na ekranie? Z tego powodu nie mam prawa myśleć, że jestem wybrańcem bogów. (…)
Na przełomie lat 70. i 80. stałaś się jeszcze bardziej rozpoznawalna dzięki rolom w niezwykle popularnych serialach telewizyjnych. Były to m.in. takie hity, jak: „07 zgłoś się”, „Rodzina Połanieckich”, „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Jan Serce”, „Ballada o Januszku”.
– W serialu „07 zgłoś się” zagrałam dwie postaci w dwóch odcinkach nakręconych przez dwóch reżyserów. Wolę siebie w roli młodej kurewki niż szantażowanej dyrektorowej. Odcinek z tą pierwszą moją bohaterką przypomniałam sobie niedawno. Praca na planie tego serialu była dla mnie w porządku, bo dało się odczuć, że między aktorami nie ma przeciwciał. Byłam w uroczym – na pewno dla mnie, nie wiem, jak dla innych – amoku grania. To strasznie ważne, żeby grać z ludźmi, których lubisz, a oni, mam nadzieję – ciebie. Żebyśmy się nie odpychali, niezależnie, czy gramy postacie, które się lubią, czy nie. Żeby nie było rodzaju wyższości między aktorami, bo jeśli jest, to się robi pusto i bez sensu. Musi stykać, musi kopać „prund”.
W „Karierze Nikodema Dyzmy” idealnie oddałaś osobowość ekscentrycznej hrabiny Lali Koniecpolskiej, Niemki, która wyszła za mąż za polskiego arystokratę, wielbicielki szybkiej jazdy samochodem i – jak to Lala mówiła łamaną polszczyzną – adoratorki „mezczyzn, które nie boją się ryzyka”. Dyzma był w jej typie. Dlatego pułkownik Wareda, grany przez Leonarda Pietraszaka, ostrzegł go podczas wyścigów konnych skupiających śmietankę przedwojennej Warszawy: „Uważaj, Nikodem. Lala Koniecpolska to prawdziwa wampirzyca”.
– Świetnie mi się grało z Romkiem. Jak to się mówi w aktorskim żargonie, maksymalnie skupieni na sobie „wyżeraliśmy” z siebie wzajemnie, czerpaliśmy z siebie, nie kalecząc się przy tym. Byliśmy dla siebie pożywką. Pasożytowaliśmy na sobie. Patrząc po latach np. na naszą scenę z samochodem, myślę, że dobrze ją zagrałam, uruchamiając strumień wewnętrznej energii, intuicyjnie. To jest rozkoszna sytuacja dla aktora, gdy wtula się w rolę, wtapia się w nią, i tak było wtedy z Lalą Koniecpolską. Przywłaszczyłam sobie od Romka najkrótszą lekcję aktorstwa. Pokrywa się ze wskazówkami Janiny Żejmo z planu „Człowieka z M-3”. W przypadku Romka sprowadza się do słów: „Przypierdol i odskocz”.
Co znaczy?
– Poraź talentem, zrób wrażenie i zniknij.
Żeby skorzystać z tej „najkrótszej lekcji aktorstwa”, trzeba ją było najpierw zrozumieć.
– Romek nie znosił niezdolnych kolegów. Nie obrażał ich, nie wytykał im błędów, tylko dawał im popalić w trakcie gry, zresztą mówiąc tekstem zapisanym w scenariuszu. Niuansami potrafił wywołać istną burzę z piorunami. Trup ożywał. Taki mało zdolny partner filmowy Romka czy partnerka nie wiedzieli, co stanie się za moment. Musieli mierzyć się ze swoimi rozchwianymi emocjami i pod presją często bardzo szybko uczyli się sztuki aktorskiej od Romka.
Dyzmę zagrał genialnie. Z pasją pochłaniał tę rolę. Niby grał lekko, ale to było coś niezwykłego. Był wielki jako Dyzma, bo nie bał się być mały. Cała ekipa miała radochę z gry. Przetańczyliśmy ten film. Graliśmy jak w szale. Być może nasza energia przeniknęła przez ekran. Każdy z aktorów chciał dobrze wypaść, ale nikt nikogo nie przeskakiwał, nie rywalizowaliśmy ze sobą w sposób chamski i nieetyczny.
Zapewne duża w tym zasługa reżysera Jana Rybkowskiego.
– Pan Jan… Pan Jan Rybkowski… Pan Tata Jan Rybkowski… ubóstwiał aktorów i opiekował się nami. Był dla nas czuły i cudowny. Związywał się z nami. Po skończonej pracy nad jednym filmem zapraszał nas, „swoich aktorów”, do kolejnego. Tak było np. ze mną. W „Karierze Nikodema Dyzmy” zagrałam po „Rodzinie Połanieckich” w jego reżyserii. Z Markiem Nowickim, operatorem i scenarzystą, tworzyli z panem Janem fantastyczny tandem.
Pamiętam, gdy w jakiejś knajpce we Włoszech nasz kochany reżyser tak perorował, tak nie mógł się nas nachwalić, że aż sztuczna szczęka wypadła mu na kamienną posadzkę. Nie wiedzieliśmy, co robić. Śmiać się? Podać reżyserowi szczękę? Rybkowski rozwiązał problem jakoś tak naturalnie. Jakby nic się nie stało. Ten pobyt we Włoszech był bardzo radosny. W Wenecji spontanicznie przyłączyła się do nas grupa amerykańskich studentów ze szkoły teatralnej. Razem wędrowaliśmy na kolacje (to dużo powiedziane) i tańce.
W Wenecji kręciliście sceny do…
– …„Rodziny Połanieckich”. Konkretnie na Placu Świętego Marka, a więc w najważniejszym punkcie miasta. Wydaje się nieprawdopodobne, że właśnie dla nas w takim miejscu udało się zatrzymać zawsze nieprzebraną falę turystów. Zwracaliśmy ich uwagę strojami z epoki. (…) Pamiętam też w Wenecji gondolę z niezwykłymi pasażerami. Gondolier płynął nią po Canal Grande. Razem z nim płynęły kobieta okryta żałobnym welonem i – najpewniej – jej córka, także ubrana na czarno, oraz trumna. To nie była scena z filmu
Fragmenty książki Entliczek mętliczek. Ewa Szykulska w rozmowie z Karoliną Prewęcką, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025
Iran ma dziś więcej kart
Wojna wzmocniła pozycję Teheranu
Juliusz Gojło – wieloletni dyplomata, specjalista od Bliskiego Wschodu, Afryki, krajów Azji Centralnej. W latach 2010-2017 ambasador RP w Iranie. Ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych.
Zaskoczyła pana reakcja Iranu na atak USA i Izraela? I wszystko, co później się wydarzyło?
– Nie zaskoczyła mnie ta reakcja ani nie zaskakuje mnie to, co obecnie się dzieje. Ten scenariusz przedstawiałem jeszcze przed wojną, w „Res Humana”. Może pan sprawdzić.
Skąd brała się pańska pewność?
– Było dla mnie oczywiste, że atak na Iran jest absolutnie kontrproduktywny i niczego nie przyniesie. Do dziś nie wiemy, jakie są cele Stanów Zjednoczonych. Stąd konkluzja: jedynym krajem, który na pewno chciał tej wojny, nie są Stany Zjednoczone, tylko Izrael.
Inna konkluzja: jeżeli przyjrzymy się regionowi, zobaczymy, że wszystkie kraje, z wyjątkiem Iranu, są państwami albo upadłymi, albo pod kontrolą reżimów przyjaznych wobec Izraela lub Stanów Zjednoczonych, albo jedno i drugie. Tę tezę można rozwinąć: doprowadzenie do porozumienia jądrowego z Iranem absolutnie nie było w interesie Izraela.
Czyli Izrael był przeciwny negocjacjom w Genewie, które szły w dobrym kierunku. Chciał wojny i zniszczenia Iranu.
– Przypomnę rok 2018. Wtedy Donald Trump wycofał Stany Zjednoczone z porozumienia jądrowego z Iranem. A mimo to Iran przez rok od złamania tego porozumienia przestrzegał jego warunków. I w zasadzie wszyscy poważni eksperci, łącznie z szefem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, ba, łącznie z tzw. środowiskami wywiadowczymi Stanów Zjednoczonych i byłym szefem Izraelskiej Agencji Jądrowej, są zgodni, że Iran nie prowadził daleko posuniętych prac nad bronią jądrową. Tak, wzbogacał uran, tu nie ma co dyskutować, a wiadomo, że powyżej pewnego poziomu wzbogacenia uran ma zastosowanie tylko wojskowe. Nadal jednak traktat o nieproliferacji broni jądrowej, czyli NPT, którego Iran jest sygnatariuszem, nie narzuca jakiegokolwiek pułapu wzbogacania materiałów rozszczepialnych. Iran korzysta z tego prawa, a przy tym poddaje się inspekcjom. W Teheranie z uwagą śledzone są losy Ukrainy, która wyrzekła się broni jądrowej w zamian za gwarancje swojej suwerenności i integralności terytorialnej. Po czym jeden z „gwarantów” na nią napadł, a pozostali, z USA na czele, nie są w stanie lub nie chcą się wywiązać z podjętych zobowiązań. Dla Iranu program jądrowy to polisa ubezpieczeniowa. O tyle ważna, że od 47 lat kolejne administracje w Białym Domu mówią, że wobec Iranu „wszystkie opcje są na stole, z militarną włącznie”. Takie sformułowanie padło nawet z ust laureata Pokojowej Nagrody Nobla, prezydenta Baracka Obamy.
Pytanie, jak daleko był Iran do osiągnięcia tego poziomu.
– Premier Izraela Netanjahu od 30 lat powtarzał, że to jest imminent threat. A jak to tłumaczyć? Natychmiast, niebawem, w najbliższej przyszłości? Jeżeli pomyślimy, jakie były cele tej wojny, to na pewno w Stanach Zjednoczonych te cele nie zostały zdefiniowane. Zdefiniował je premier Netanjahu.
Teraz mamy zawieszenie broni i negocjacje. Dzieje się to dlatego, że Iran wybrał bardzo skuteczną metodę wojny – zablokował cieśninę Ormuz. Jest też pewne, że jemeńscy Huti, sprzymierzeńcy Iranu, są w stanie zablokować cieśninę Bab al-Mandab.
– To, że Iran zablokuje cieśninę Ormuz,
Za tydzień druga część rozmowy z ambasadorem Juliuszem Gojłą:
• Co legitymizuje reżim?
• Kto obalił szacha?
• Jak głęboko sięga islam?
• Tajemnice styczniowych demonstracji.
• Jaka jest rola kobiet w Iranie?
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Plakat jak kromka kultury
Codzienny i pełen znaczeń – polski plakat znów w centrum uwagi
Michał Warda – muzealnik i historyk sztuki, kurator w Muzeum Plakatu w Wilanowie.
Muzeum Plakatu w Wilanowie znów otwarto po dłuższym remoncie i renowacji. Czym się różni od poprzedniego?
– Muzeum poddano pierwszej w historii tak gruntownej modernizacji, dzięki której była możliwa realizacja ekspozycji stałej polskiego plakatu. Dotychczas organizowaliśmy liczne wystawy czasowe. Od inauguracji w 1968 r. odbyło się niemal 300 pokazów tematycznych. W latach 1994-2016 muzeum było też organizatorem prestiżowego Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie czy prezentowanej naprzemiennie cyklicznej wystawy przeglądowej Salon Plakatu Polskiego.
Jak można zdefiniować, czym jest plakat?
– Wbrew pozorom niełatwo zdefiniować, czym on jest, zwłaszcza obecnie, w czasach dynamicznych przemian technologicznych widocznych w przestrzeni medialnej. Plakat jest zatem zarówno dziedziną grafiki projektowej, jak i medium, drukiem wysokonakładowym, narzędziem komunikacji wizualnej. Bez wątpienia również jest dziedziną, której narodziny w połowie XIX w. nieodłącznie związane były z początkami współczesnej reklamy i kultury masowej. Ale równocześnie plakat zyskał miano obiektu sztuki w XX w. i stał się obszarem poszukiwań oraz eksperymentów twórczych. Funkcją plakatu jest skuteczna, zgodna z zamierzonym celem komunikacja i perswazja, w której autor wykorzystuje liczne techniki plastyczne ujęte w ramy syntezy wizualnej. Ta dyscyplina wypowiedzi nie jest zarezerwowana wyłącznie dla plakatu, bo podobną rolę odgrywają inne dziedziny grafiki projektowej, takie jak identyfikacja wizualna, grafika informacyjna i wydawnicza, które kształtują nasze otoczenie wizualne.
I wszystkie plakaty mają ten sam wymiar: 100 na 70 cm.
– W większości wypadków tak, chociaż międzynarodowa norma, z której pochodzi ten kojarzony z plakatem format B1, nie obowiązuje we wszystkich krajach. Historia wprowadzenia znormalizowanych arkuszy drukarskich sięga lat 20. XX w., co pokazuje również, że plakat był od początku ściśle związany z rozwojem techniki, rynku reklamowego i przemysłu poligraficznego. Wprowadzona wówczas po raz pierwszy w Niemczech przez Deutsches Institut für Normung (Niemiecki Instytut Normalizacji) tzw. norma wszystkich norm DIN 476 towarzyszy nam po niewielkich korektach do dziś. Znamy ją wszyscy pod postacią kartki A4 i formatów pochodnych, które miały zaoszczędzić nasz czas poprzez usprawnienie obiegu dokumentów oraz pomóc optymalnie zaprojektować wyposażenie biur. W Polsce ową normę wprowadzono w latach 30. XX w.
Natomiast na sam plakat wpływ miało nie tylko wynalezienie pod koniec XVIII w. barwnego druku litograficznego, który w kolejnym stuleciu uczynił z niego najbardziej demokratyczną, powszechnie dostępną formę sztuki graficznej, ale też organizowanie jego prezentacji w przestrzeni miejskiej. W 1854 r. Ernst Litfass wyprowadził na ulice Berlina charakterystyczne słupy ogłoszeniowe, które w Warszawie zagoszczą za sprawą Fryderyka Koepkego w 1890 r.
Na obecnej wystawie stałej oglądamy 240 plakatów z 36 tys. znajdujących się w kolekcji muzeum. Jakie kryteria wam przyświecały?
– Kryteria obejmowały jak najpełniejszą reprezentację polskiej twórczości w dziedzinie plakatu. Temu służyć mają kolejne odsłony wystawy, kiedy nastąpi wymiana jednych prac na drugie, równie reprezentatywne. W ciągu roku pokażemy łącznie ponad 750 plakatów. Co miesiąc będziemy wymieniać część z nich, trzymając się podstawowych tematów, których prace dotyczą. Pokażemy wtedy także słynne tytuły i plakaty unikatowe, z których zachowały się pojedyncze sztuki. Wszystko dotyczy tych samych okresów historii, nierzadko tych samych autorów i prac zaprojektowanych na podobny temat. Jest to wspólna opowieść i choć plakaty się zmieniają, koncepcja piątki kuratorów wystawy, którzy odpowiadają za poszczególne okresy historii, pozostaje taka sama. Przyjęliśmy układ chronologiczny. Mnie przypadł w udziale okres najpóźniejszy. Każdy z nas podejmował samodzielnie decyzje, aby jak najpełniej ukazać rozwój form artystycznych, które uznał za ważny dokument epoki, biorąc pod uwagę jego znaczenie i funkcje anonsujące wydarzenia polityczne,
Masowa organizacja powojennego wyżu
Moja generacja stworzyła ZSMP, teraz młodzi niech budują swoją Polskę
Dr Krzysztof Janik – w latach 1965-1976 działał w Związku Młodzieży Wiejskiej, od 1976 do 1986 r. był aktywistą Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, w latach 1981-1986 zasiadał w zarządzie głównym jako sekretarz i zastępca przewodniczącego.
Czy powstanie Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej to pokłosie myślenia wielu członków ekipy Gierka, które wyrastało z czasów funkcjonowania jednej organizacji, ZMP, jako realizacji polityki jedności narodu?
– Na pewno było wtedy sporo doktryny ideologicznej. Obowiązywał wówczas pogląd, że oto Polska – podobnie jak inne kraje obozu – weszła w etap budowy rozwiniętego socjalizmu. Nikt za bardzo nie wiedział, co to takiego, generalnie uznawano, że przemiany społeczne, ekonomiczne i polityczne zaszły tak daleko, że stały się nieodwracalne. Dotyczyło to także świadomości społecznej. Wierzono, że istnieje powszechna akceptacja polityki PZPR, a w ślad za tym nastąpiła unifikacja wyznawanej hierarchii wartości. To zjawisko – tak naprawdę nieistniejące i dziś wiemy, że niemożliwe do osiągnięcia – nazywano jednością ideowo-moralną narodu.
Na tym tle rozpatrywać można postępującą unifikację ruchu młodzieżowego. Wszędzie dodawano słówko „socjalistyczny”. Tak powstały Socjalistyczny Związek Studentów Polskich, Związek Socjalistycznej Młodzieży Wiejskiej, Socjalistyczny Związek Młodzieży Wojskowej czy Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej. Ale trzeba pamiętać, że młodzież na ogół traktowała to jako niezbędny element scenograficzny. Nie zmieniano programów działania, nie zwiększano w nich dawki ideologii. Ot, taki obowiązkowy rytuał, cena za swobodę działania. Przyznasz, że dość niska.
Dla wielu nie był to jednak mało znaczący rytuał.
– Nie ma co ukrywać, że byli tacy; że niektórzy z nas – i było ich niemiało – wierzyli w te ideały. Tysiące z nas było świadkami awansu społecznego rodziców, wielu od dziadków wiedziało, jak wyglądała przedwojenna Polska. Ten socjalizm, szczególnie gierkowski, przemawiał do wyobraźni, a do tego wedle deklarowanych przez władze reguł projektowaliśmy własną przyszłość i kroiliśmy własne aspiracje.
Żyliśmy także mitem Związku Młodzieży Polskiej, o który pytasz. Masowy awans ze wsi do miasta, wielkie budowy socjalizmu, na których stała polska gospodarka w owym czasie – tak, to działało na wyobraźnię. Nie chcieliśmy być gorsi od pokolenia naszych rodziców. Zwłaszcza że polityka Edwarda Gierka przypominała trochę minione lata. Te wielkie budowy socjalizmu – Huta Katowice, fabryka samochodów, nowe kopalnie, elektrownie, program budowy mieszkań – wszędzie byli potrzebni młodzi, chętni do roboty,
Wszechświat zamknięty w dwóch godzinach
Scenariusz i aktor – to punkt wyjścia do tworzenia opowieści. Reszta to budowanie atmosfery
Jan Holoubek (ur. w 1978 r.) – absolwent wydziału operatorskiego łódzkiej Filmówki (2001). Autor zdjęć do filmów m.in. Juliusza Machulskiego, Krzysztofa Zanussiego i Jerzego Stuhra. Jako reżyser debiutował dokumentem „Słońce i cień” (2007) o Gustawie Holoubku. Po kilkunastu latach na planie w roli operatora zaliczył głośny pełnometrażowy debiut reżyserski „Sprawa Tomka Komendy” (2020); obraz ten przyniósł mu nagrodę na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zasłynął jako reżyser głośnych seriali: „Rojst” (2018), „Wielka woda” (2022) i „Heweliusz” (2025). W ubiegłym roku zadebiutował jako reżyser w Teatrze Telewizji sztuką Maxa Frischa „Biedermann i podpalacze” z Andrzejem Sewerynem w roli głównej. Za ten spektakl wyróżniony został Nagrodą im. Stefana Treugutta polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej.
Jan Holoubek o kręceniu filmów
Robienie filmów to tworzenie nowej rzeczywistości. To jest cudowne. Bo możesz uciec od zwyczajności i codzienności. Masz możliwość stworzenia własnego świata. Alternatywy dla tego, co widzisz za oknem. To czysta, dziecięca radość, jak wtedy, gdy budowałeś domy z piasku i ulice z klocków Lego. Tworzysz świat, rządzisz jego prawami. Dajesz i odbierasz życie swoim bohaterom, kierujesz ich losem. Jasne, czasem film ma misję. Może coś zmieniać, wpływać na rzeczywistość. Ale na samym dnie potrzeby tworzenia jest jedno: chęć pokazania ludziom własnej wizji świata.
Jan Holoubek, Cezary Łazarewicz, Między światłem a cieniem, Agora, Warszawa 2025
Spadł na pana ostatnio deszcz nagród, zwłaszcza za podziwianego „Heweliusza”. Został pan również laureatem Nagrody im. Stefana Treugutta, przyznawanej przez krytyków za wybitne osiągnięcia w Teatrze Telewizji, za spektakl „Biedermann i podpalacze”. Zaskoczyło to pana?
– Jestem niezwykle zaskoczony tą prestiżową nagrodą i uznaniem, że to ja, człowiek właściwie niezwiązany z teatrem, raczej uciekający od teatru i unikający go, mogłem się sprawdzić w tej dziedzinie. I jakoś mi to wyszło.
Pisano, że to właściwie pański debiut w Teatrze Telewizji, choć wcześniej bywał pan operatorem spektakli telewizyjnych, a więc już się pan otrzaskał z warsztatem telewizyjnego teatru.
– Traktuję „Biedermanna…” jako debiut w Teatrze TVP, bo jednak praca jako autora zdjęć to inna materia niż reżyseria. To było dla mnie bardzo pouczające doświadczenie. Zupełnie nowe. Inne od tego w teatrze żywego planu, gdzie najwięcej zdarza się podczas prób stolikowych, kiedy szuka się dopiero klucza interpretacyjnego. Tak więc było to wejście w nową dla mnie materię.
Dlaczego sięgnął pan po tekst Maxa Frischa, opowieść metaforę o konformiście, który sam podaje zapałki podpalaczom swojego domu?
– Mogę tylko powiedzieć, że jestem ogromnym szczęściarzem, bo zafrapował mnie ten tekst, który trafił do mnie z redakcji Teatru TVP. To nie jest tak, że sam ten tekst znalazłem; dostałem trzy teksty do wyboru. W przypadku pozostałych nie byłem w stanie przebrnąć przez pierwsze trzy strony. A tekst Frischa od razu mnie zaskoczył,
Tajemnica Watykanu i mafii
„Sprawdźcie, kto jest pochowany w Sant’Apollinare” – ten anonimowy telefon uruchomił sprawę zaginionej Emanueli Orlandi
Korespondencja z Rzymu
Raffaella Notariale – włoska dziennikarka śledcza, reporterka programów „Chi l’ha visto?” i „Report”, zajmująca się sprawą zaginięcia Emanueli Orlandi oraz powiązaniami watykańsko-mafijnymi; autorka czterech książek, wystąpiła w serialu Netfliksa „Dziewczyna z Watykanu” (2022).
To pani odkryła grób Enrica De Pedisa – Renatina, bossa rzymskiej mafii, powiązanego ze sprawą Emanueli Orlandi. Jak do tego doszło?
– W 2005 r. autor programu telewizyjnego „Chi l’ha visto?” Pier Giuseppe Murgia poprosił mnie, abym zajęła się sprawą Emanueli Orlandi. Wiedziałam o niej niewiele: że była 15-letnią obywatelką Watykanu, zaginioną w 1983 r. Nie znałam jednak dokładnie historii, więc zaczęłam, jak nowicjuszka, od depesz agencyjnych i archiwum prasowego. Zebrałam wszystkie informacje, które się ukazały w gazetach, i przygotowaliśmy materiał o zaginięciu obywatelki watykańskiej. Kilka dni po emisji reportażu na automatycznej sekretarce redakcji nagrano anonimową wiadomość: „Jeśli chcecie wiedzieć, co stało się z dziewczyną, idźcie sprawdzić, kto jest pochowany w Bazylice Sant’Apollinare i odkryjcie przysługę, jaką Renatino wyświadczył kard. Polettiemu”.
Bardzo intrygujące.
– Ta wiadomość była dłuższa, wspominała także o Mirelli Gregori, drugiej dziewczynie zaginionej w tamtym czasie. Dla nas jednak kluczowa była ta informacja, kogo pochowano w Sant’Apollinare i jaką przysługę Renatino miał wyświadczyć Polettiemu. Kard. Ugo Poletti był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch i wikariuszem papieża Jana Pawła II. Ale kim był ten Renatino? Dziś wszyscy to wiedzą, jednak w 2005 r. ludziom spoza środowisk przestępczych jego nazwisko mówiło niewiele. Został zabity w zasadzce w centrum Rzymu 15 lat wcześniej. Postanowiłam pracować nad tą sprawą. Spędziłam całe lato między prokuraturami, komisariatami, koszarami i kościołami, pukając do każdych drzwi. W ten sposób zaczęły wypływać nieznane dokumenty. W moje ręce trafiły odręczne listy kard. Polettiego, a jeszcze wcześniej prałata Pietra Vergariego.
Kim był Vergari i co zawierały te listy?
– Był rektorem Bazyliki św. Apolinarego przy Termach w Rzymie, w okresie, gdy Renatino został zabity, w lutym 1990 r. Jego przyjaźń z De Pedisem wywołała sensację. Z dokumentów wynikało, że Vergari, odpowiedzialny za bazylikę, zwrócił się pisemnie do kard. Polettiego o pozwolenie na pochowanie De Pedisa w kościele. Poletti odpowiedział, by poczekać i najpierw pochować ciało na Cmentarzu Verano, a dopiero później przenieść je do Bazyliki św. Apolinarego, „aby uniknąć rozgłosu”. Czyli Poletti doskonale wiedział, kim był Renatino. Aby uzasadnić pochówek, prałat Vergari napisał, że De Pedis był dobroczyńcą ubogich.
Ale dlaczego boss rzymskiego świata przestępczego został pochowany w kościele? Udało się to ustalić?
– Niestety nie. Dziś jego ciało zostało przeniesione i nie znajduje się już w bazylice. Ale by dostąpić zaszczytu spoczywania w niej, musiał zrobić coś bardzo ważnego.
Kim więc był Renatino?
– Pseudonim Enrica De Pedisa pochodził od imienia jego ojca chrzestnego. Początkowo był drobnym rzymskim przestępcą. Z czasem zdobywał coraz większą władzę w ramach tzw. grupy z Testaccio. Banda z Magliany – organizacja przestępcza działająca w Rzymie – składała się z różnych grup, które postanowiły się zjednoczyć na wzór cosa nostry i camorry, z zamiarem sprawowania kontroli nad miastem.
De Pedis wyróżniał się na tle towarzyszy: nie pił alkoholu i nie używał narkotyków. Pod jego przywództwem grupa z dzielnicy Testaccio, zwana testaccini, ewoluowała, podczas gdy inne ograniczały się do „wykonywania zleceń”. Ta grupa już wcześniej utrzymywała kontakty ze służbami specjalnymi, znaczącymi przedsiębiorcami i czołowymi postaciami życia politycznego. Za De Pedisa relacje te się umocniły. Renatino bywał na salonach, zamawiał garnitury u renomowanego krawca, chodził do teatru, pasjonował się antykami. Mieszkał w centrum Rzymu, w budynku, w którym znajdowało się biuro premiera Giulia Andreottiego.
Był prekursorem dzisiejszych białych kołnierzyków?
– W zasadzie tak. Bywał we właściwych miejscach i znał właściwych ludzi, a przede wszystkim wyświadczał przysługi. Zdumiewające, że był poszukiwany listem gończym i spędził długie okresy w więzieniu, a mimo to zmarł jako osoba formalnie niekarana.
Dlaczego?
– Ponieważ wszystkie postępowania przeciw niemu zostały formalnie wszczęte dopiero po jego śmierci. Trudno w to uwierzyć. Trafiał do więzienia, stawiano mu zarzuty, ale procesy nigdy nie kończyły się rozstrzygnięciem, także z powodu realiów włoskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeden z komendantów policji wręczył mu nakaz opuszczenia Rzymu, zakazując pobytu w stolicy. A jednak Renatino pozostał w mieście, jakby nic się nie stało.
Jest jeszcze jedna osoba, którą zidentyfikowała pani podczas śledztwa dziennikarskiego: Sabrina Minardi. Kim była?
– Rok po odnalezieniu dokumentów i grobu Enrica De Pedisa w Bazylice św. Apolinarego udało mi się zbliżyć do Sabriny Minardi. Czytając ponownie depesze agencyjne, natrafiłam na jedną, w której nazwisko Sabriny było zapisane błędnie, podobnie jak nazwisko De Pedisa. W notatce opisywano, że wydział kryminalny, próbując schwytać bossa z Magliany, śledził kobietę przedstawianą jako jego kochanka. To dzięki tej obserwacji De Pedis został później aresztowany w domu w rzymskiej dzielnicy EUR. Zaczęłam szukać tej kobiety. Zrealizowałam reportaż telewizyjny, w którym mówiłam o niej pośrednio. Po emisji sama się odezwała: „Nie wspominajcie o mnie więcej, ja nie mam z tym nic wspólnego”. Wtedy postanowiłam ją przekonać, by opowiedziała swoją historię.
Jak udało się ją odnaleźć?
– W końcu zdobyłam adres: mieszkała na Zatybrzu. Będąc w pobliżu jej domu, zadzwoniłam do szefa, żeby powiedzieć, gdzie jestem: gdybym nie wróciła, należało mnie szukać. Gdy udało mi się dostać do budynku, weszłam na ostatnie piętro i zaczęłam pukać do drzwi bez nazwisk. W końcu trafiłam. Otworzyła mi piękna dziewczyna. „Czy jest pani Minardi, chciałabym z nią porozmawiać”, zapytałam i przedstawiłam się. „Chwileczkę”, powiedziała i zamknęła drzwi. Poczekałam kilka minut i zapukałam ponownie. Odpowiedziała: „Mamy nie ma w domu”. Wiedziałam, że to nieprawda. „Muszę z nią porozmawiać tylko chwilę. Jestem sama”, nalegałam, bo nie zamierzałam odejść.
I determinacja podziałała?
– W końcu pojawiła się Sabrina Minardi, choć ja nie mogłam tego wiedzieć – w tamtym czasie nie było jej zdjęć. Stanęła przede mną kobieta już niemłoda, z wyraźnymi problemami zdrowotnymi. Przedstawiłam się i powiedziałam, że chcę z nią porozmawiać. Zaczęła mnie przeszukiwać, sprawdzając, czy nie mam ukrytych mikrofonów. Jej prawa ręka była bezwładna po wypadku samochodowym. Kiedy skończyła, uniosła zasłonę oddzielającą korytarz od reszty mieszkania. Do środka wpadło światło. Salon był duży. Pamiętam jeden uderzający szczegół: po lewej stronie w terrarium znajdował się ogromny pyton.
Udało się przekonać ją do rozmowy?
– Nie od razu. Chciała wiedzieć, kim jestem. Praktycznie mnie przesłuchała. Wiedziałam, że jeśli chcę zdobyć jej zaufanie, muszę odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zostałam tam długo. Poprosiłam ją o spotkanie na wywiad, bo chcę porozmawiać o Emanueli Orlandi. Odpowiedziała natychmiast: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Zmieniłam więc strategię. Przypomniałam, że była związana z Renatinem, co potwierdzają dokumenty. „Mogłabym ci coś opowiedzieć. Ale najpierw muszę poprosić o zgodę pewne osoby”, odrzekła.
Po jakimś czasie skontaktowałam się z nią ponownie, ale nie uzyskała zgody na wywiad. Od tego momentu zaczęła się pogoń: spotkania umawiane i odwoływane, telefony bez odpowiedzi, a stan zdrowia Sabriny się pogarszał. Ale nie odpuściłam. W końcu podała mi termin. Poszłam z kolegą,
Żyję muzyką, myślę dźwiękami
Jerzy Maksymiuk: orkiestra w człowieku
90. urodziny i 70-lecie pracy obchodzi jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów. Jego wielkość wynika nie z samych dokonań artystycznych, ale też z formatu osobowości, doświadczenia, intelektu i poczucia humoru.
Jak ciekawie ukazać sylwetkę artysty? Poprzez jego własne wypowiedzi i słowami innych muzyków. O sprawach najróżniejszych: muzyce, karierze, ale także modzie, obyczajach, kobietach, sporcie itd. Dlatego sylwetkę Jerzego Maksymiuka przedstawiam jako mozaikę różnych elementów, a nie chronologicznie ułożony spis dokonań. Zwłaszcza że Maksymiuk to wielka tajemnica.
Architekt czy Bóg?
Dyrygent i pianista to twórca, ale i odtwórca muzyki, którą napisał ktoś inny. Kim mistrz czuje się najbardziej?
– Może architektem muzyki. Rozmawiałem z architektami i jeden z nich zwrócił mi uwagę, że jestem dobrym człowiekiem, niezłym dyrygentem, a jeszcze obcuję z bogami. Mogę się z tym zgodzić. To, co robię, nie jest zawodem. Człowiek może być niewolnikiem i robić to, co musi, co mu każą, pracować na zamówienie. Ja niczego nie muszę. Biorę partyturę, czytam, czasami przepisuję i wtedy rozmawiam z geniuszami, z bogami.
Z kim konkretnie pan rozmawia?
– Z największymi: Beethovenem, Mozartem, Webernem. Ostatnio jednak więcej komponuję niż dyryguję. I wtedy to ja staję się Bogiem, o wszystkim decyduję. Inni będą ze mną rozmawiać za pośrednictwem muzyki.
Jerzy Maksymiuk stworzył wiele różnego rodzaju utworów: symfoniczne, chóralne, jest i muzyka filmowa. Pracował też nad koncertem fortepianowym, ale jako osoba bardzo samokrytyczna przyznał, że zadanie jest poważne. Przy okazji mówił: „Po Beethovenie nie było lepszego symfonika niż Sibelius. Napisał osiem symfonii, znakomitych, ósma jednak mu się nie podobała i spalił ją w piecu. Niestety, ja nie mam odpowiedniego pieca”.
Światowa kariera
Przez dziesięć lat był szefem BBC Scottish Symphony Orchestra. Michał Dworzyński, młody dyrygent „na rozbiegu”, mówił: „Historia muzyki zna przypadki długotrwałej owocnej współpracy zespołu z kapelmistrzem. Jerzy Maksymiuk stworzoną przez siebie Polską Orkiestrę Kameralną prowadził przez 12 lat i doprowadził na europejskie szczyty. Jeszcze dłużej kierowali swoimi orkiestrami Karajan czy Mrawiński. Tylko sukcesy na Zachodzie przekładają się na wysoką pozycję w naszym kraju. Świadczy o tym uznanie,
b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl
Nowoczesne przeszczepy są już dostępne
Polska transplantologia w światowej czołówce
Prof. dr hab. n. med. Michał Grąt – transplantolog, specjalizuje się w operacjach wątroby oraz chirurgii onkologicznej, pełni funkcję prorektora ds. umiędzynarodowienia, promocji i rozwoju Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz kierownika Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM. Jest też konsultantem krajowym w dziedzinie transplantologii klinicznej i członkiem Krajowej Rady Transplantacyjnej przy Ministrze Zdrowia.
Od kiedy wiadomo, że nawet niewielki kawałek wątroby potrafi się regenerować?
– O tym, że wątroba ludzka ma zdolność do regeneracji, wiedziano od dawna, świadczy o tym choćby mit o Prometeuszu. Chirurgia długo jednak nie wykorzystywała tej właściwości wątroby z uwagi na ryzyko powikłań pooperacyjnych i masywnych krwotoków. Dopiero wprowadzenie nowoczesnych technik chirurgii wątroby i dróg żółciowych zmieniło coś w tej kwestii. Wątroba jest narządem niezbędnym do życia, ale nawet ok. 20% masy tego organu daje nadzieję na powrót do zdrowia. Czyli wystarczy jedna piąta miąższu w dobrym stanie, aby nastąpił odpowiedni proces regeneracji. Nowo-czesne metody operacyjne zaczęto stosować w ostatnich dekadach XX w., a ryzyko powikłań znacznie ograniczono w ostatnich 20-30 latach. To oznaczało przełom. Jednak dla niemałej części chorych to operacja przeszczepienia wątroby jest jedyną szansą na przeżycie.
Klinika Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM to wiodący ośrodek w Polsce i Europie. W 2025 r. wykonano tu 371 transplantacji wątroby od dawców zmarłych i 15 od dawców żywych. Dorobek ogromny, ale skąd ta dysproporcja?
– Zdecydowana większość przeszczepień wątroby u dorosłych to transplantacje narządów od zmarłych dawców. W przypadku dzieci sytuacja jest inna. Dzięki współpracy naszej kliniki z Centrum Zdrowia Dziecka przeszczepienia fragmentów wątroby pobranych od żywego dawcy stanowią około połowy wszystkich transplantacji tego narządu. To ważne z uwagi na niezwykle trudną sytuację dzieci znajdujących się na liście oczekujących na przeszczepienie wątroby od dawcy zmarłego. Przeszczepianie fragmentu wątroby od żywego dawcy ma też konkretne zalety – można dokładnie zaplanować operację, umiejscowić ją w szerokim planie leczenia, a jakość przeszczepianego narządu jest idealna. Z drugiej strony należy pamiętać o narażeniu dawcy, zdrowego człowieka, na ciężki zabieg obarczony ryzykiem powikłań.
W 2024 r. rozpoczęliśmy w klinice program przeszczepiania fragmentów wątroby pobranych od żywych dawców także dorosłym biorcom. Wcześniej takie przeszczepienia wykonywano w Polsce wyłącznie u dzieci, dla dorosłych chorych były niedostępne. Udało się to zmienić, a program dynamicznie się rozwija. Będziemy dążyć do tego, aby liczba takich operacji wzrastała.
Kilka lat temu w naszej medycynie transplantacyjnej była zapaść. Czy kryzys został już pokonany?
– Największe ograniczenie w trans-plantologii stanowi niewystarczająca liczba dostępnych do przeszczepienia narządów, dlatego każdy narząd jest bezcenny. Wiele zależy od szerokiej społecznej akceptacji idei transplantacji. Gdy na skutek różnych kontrowersji pojawiających się w








