Chadzał w Polskę

Chadzał w Polskę

Wiesław Gołas (1930-2021)

Twarz szczera i otwarta jak kawał pola. Pszenna i rdzenna. A przecież potrafił z tej twarzy wykrzesać, co tylko chciał: wieśniaka, Babę Jagę, Papkina i czołgistę. Wiesław Gołas był ikoną tej Polski, która po wojnie wprost z Kielecczyzny weszła do Sejmu, do teatru, do telewizji i do Bristolu. To był swojak, który umiał wziąć własny los za uzdę. Nigdy mu tego nie zapomnimy.

Wiesław Gołas to nieodrodny syn ziemi kieleckiej. W szkole szło mu średnio, zwłaszcza z matematyki. Kiedy po raz kolejny nie potrafił określić sumy kątów w trójkącie, matematyk zdenerwował się do tego stopnia, że z pasją huknął w tablicę. Tablica z łomotem spadła, a mały Wiesiek, żeby jakoś się odnaleźć w tej sytuacji, udał zemdlonego. Nauczyciel dał się nabrać, a koledzy, widząc, że mu to tak świetnie wychodzi, prosili, by na zawołanie udawał albo rannego w boju, albo zastrzelonego. Nic więc dziwnego, że na Boże Narodzenie przeczytał w liście od Mikołaja: „Wiesiu, oj, Wiesiu, leniuszku mały, w zeszytach twoich dwójek całe zwały. / Zamiast się uczyć, ciągle figlujesz, a zamiast słuchać, wciąż leniuchujesz”.

Niekiedy z tych szkolnych inscenizacji robił cały teatrzyk, np. podczas klasówki z łaciny ukradkiem rozkładał pod blatem na kolanach książkę od historii. Dopadał go łacinnik, cały szczęśliwy, że przyłapał ucznia na ściąganiu, a kiedy okazywało się, że to książka od historii, machał zwiedziony ręką i odchodził. I dopiero wtedy uczeń Gołas brał ściągę i spisywał, ile się tylko dało. Gdy pani od angielskiego odpytywała klasę, ta wydelegowała Wieśka, żeby podszedł do katedry i bajerował panią profesor, a jednocześnie przypiął frontem do uczniów kartkę ze słówkami.

Ta łatwość inscenizacji pomagała mu, kiedy pod pseudonimem „Wilk” zajmował się drobnym sabotażem jako członek Szarych Szeregów w Kielcach. Chojrakował, liczył na swoje zdolności aktorskie i na łut szczęścia. Kiedy przenosił przewieszony na szyi, skryty pod jesionką pistolet automatyczny, potrafił się przewrócić pod samym nosem spacerującego Niemca, a ten litościwie postawił chłopaka do pionu, uśmiechając się dobrodusznie. Za którymś razem jednak wpadł, trafił na gestapo, po przesłuchaniach wracał do celi siny od bicia. Niemcy wypuścili aresztowanych tuż przed nadejściem Rosjan i kiedy Wiesiek chciał podziękować za cudowne uwolnienie w kieleckiej katedrze, nie był w stanie zrobić kilku kroków, bo nogi mu się rozjeżdżały z wycieńczenia.

Na Gołasa

Przy pierwszym podejściu nie dostał się do szkoły aktorskiej. Z oczywistego powodu – w papierach stało, że ojciec to oficer sanacyjny, potem akowiec, a sam egzaminowany ma w karcie Szare Szeregi. I wtedy już było bez znaczenia, czy taki z talentem wyrecytuje przed komisją „Stepy akermańskie”. Próbował jeszcze raz w szkole teatralnej, tym razem wygłosił „Panią Twardowską”, a tu Jacek Woszczerowicz, który widział w nim pewne zadatki, mówi, żeby przestał recytować. Niech raczej pokaże atmosferę pijaństwa, hulanek i swawoli. Tu Gołas był świetny, więc natychmiast został przyjęty. Potem już szło. Wielki „Zelwer” sadzał go na podwyższeniu i mówił: „Kiedy stuknę laską raz, pan się śmieje. Kiedy stuknę w podłogę dwa razy, pan płacze.” Wywiązywał się natychmiast, na zawołanie i za każdym razem całkowicie szczerze. Na pamiątkowym zdjęciu ze spektaklu dyplomowego Gołas siedzi obok Jerzego Dobrowolskiego, a kawałek dalej Mieczysław Czechowicz i Franciszek Pieczka. Zresztą krzepki Pieczka, wraz z innym kolegą, na żądanie profesorów w trakcie rozmaitych popisów wykręcał Gołasowi ręce do tyłu, żeby ten mógł podawać tekst, nie szalejąc z tą swoją legendarną gestykulacją. Było to dla aktora trudne, ale udawało się.

Poza tym życie w szkole teatralnej biegło wesoło, czasami na krawędzi, jak wówczas gdy tuż po śmierci Stalina wartę przed jego popiersiem na terenie szkoły teatralnej objęła dwójka – Mieczysław Czechowicz i Wiesław Gołas. A tu zjawia się Zdzisław Leśniak, zresztą syn ideowego komunisty, podchodzi do popiersia Stalina, klęka jak przed tabernakulum i żegna się. Wartownicy chichoczą, ale jemu jest mało. Wraca i żegna się tym razem na sposób prawosławny. Obaj chłopcy są ugotowani, na szczęście nikt tego nie widzi, bo kosztowałoby ich to relegowanie ze studiów.

Jest również prawdą, że próbowali streakingu, czyli biegania „na Gołasa”. Konkretnie przebiegli nago korytarz akademika przy placu Narutowicza, i to w niedzielę, kiedy pełno tam było rodzin odwiedzających studentów. W dodatku Gołas wyprzedził Leśniaka, wskoczył do pokoju i zamknął mu drzwi przed nosem, zostawiając gołego na pastwę kolegów i ich rodzin.

Oficer z rzęsami na niebiesko

W dojrzałe życie artystyczne wkroczył wprawdzie w teatrze w Jeleniej Górze, ale już wkrótce pochłonął go warszawski maraton. Przed południem próba w teatrze, po pośpiesznym obiedzie jakaś przymiarka w telewizji, wieczorem pełny spektakl teatralny, a w nocy występ w Kabarecie Dudek. Następnego dnia często musiał wstawać bladym świtem, żeby zdążyć na samolot, który transportował go w pobliże planu filmowego. Wtedy Gołas nauczył się wykorzystywać na sen każdą wolną chwilę. No i do tego wszystkiego doszedł jeszcze Kabaret Starszych Panów, gdzie Gołas znowu grał po swojemu, czyli organicznie, i przed kamerą pokazywał raczej warianty tego, co dla niego napisał Jeremi Przybora. A ten mawiał swym dobrodusznym, wybaczającym tonem: „Ja ci, Wiesiu, bardzo dziękuję, ale jakbym tak wymierzył to, coś ty mówił, z tego, co ja napisałem, to może by się uzbierał jeden procent tego, co było moje”.

Gołas bywał w teatrze aktorem organicznym: występował zarówno na scenie, jak i za kulisami, ciągle w trakcie jakiejś zgrywy i farsy. Początkującego aktora Wojciecha Pokorę rozśmieszał do łez samym swoim widokiem. Gdy ten grał całkiem poważne role, Gołas stawał w kulisie i scenicznym szeptem przypominał: „Wojtek, jestem tu!”. I Pokora parskał, następnego dnia dywanik u dyrektora, który strofował: „Kolego Pokora, jeżeli was nasza poważna sztuka tak śmieszy, to może spróbowalibyście swoich sił w komedii!”. I tak Wiesław Gołas niechcący pchnął Wojciecha Pokorę na właściwy aktorski tor. Zresztą gotował na scenie kolegów aktorów bez litości, ale i bez specjalnych przygotowań. Na te swoje słynne numery wpadał w jednym momencie. Jak wtedy, gdy w sztuce „Mądremu biada” jako carski oficer pomalował sobie na niebiesko rzęsy i w trakcie wygłaszania całkiem poważnych kwestii mrugał zalotnie w stronę Magdaleny Zawadzkiej. Ze śmiechu nie była w stanie wykrztusić słowa. A on sam nie omieszkał przypominać zabawnych kiksów innym kolegom. Mężowi Zawadzkiej, wielkiemu Gustawowi Holoubkowi, pamiętał, że ten pewnego razu w „Królu Edypie” krzyknął w kulminacyjnym momencie: „Dajcie mi władzię!” i doprowadził tym do pełnej demobilizacji cały grecki chór. W nawiązaniu do swoich umiejętności powtarzał, że uważa aktorstwo raczej za warsztat niż za poważną profesję. „Weźmy np. inżyniera – tłumaczył. – Z jego pracy coś pozostaje, coś konkretnego, sprawdzonego. Jeżeli chodzi o aktora, wszystko, co robi, jest ulotne. Z jego pracy pozostają wspomnienia, recenzje, jakaś dobra chwila w duszy nieznanego człowieka”.

Te numery przychodziły mu same, ponieważ Gołas wybornie umiał udawać. Nie parodiować w sensie odtwórczego naśladownictwa. Umiał przekazać istotę osoby czy zjawiska – dziecka, starca, ale też psa, kota, a nawet przedmiotu. Umiał również oddać ducha języka, np. przez dłuższy czas potrafił mówić po francusku, naśladując jedynie brzmienie, bez podawania bodaj jednego oryginalnego słowa francuskiego. Uwielbiał parodystyczne scenki, świetnie naśladował chociażby Zbyszka Cybulskiego, który to niby zajęty jest rozmową na tematy z zakresu ojczyzna, patriotyzm itp., a w gruncie rzeczy zerka na monetę, którą ktoś nieopodal upuścił, i kombinuje, jak by ją niespostrzeżenie podnieść i wsunąć do kieszeni.

Mewy, które tupią za głośno

To się przydawało w kabarecie i w piosence. Tu układ był taki, że Gołas robi miny, a np. Wojciech Młynarski dopisuje do tego słowa. Ten Polak z jego sobotnią wódką z piosenki „W Polskę idziemy” był, jak mawiał szef Kabaretu Dudek Edward Dziewoński, po prostu „dożylny”. Początkowo tekst miał być krótszy, ale kiedy do jego ilustracji zabrał się ze swoją sztuką aktorską Wiesław Gołas, Wojciech Młynarski patrzył na jego popisy i dopisywał, dopisywał, aż wyszła z tego aktorska etiuda, którą zresztą różni pijaczkowie bez poczucia ironii wyśpiewywali za knajpianymi stolikami jak Polska długa i szeroka. Po sukcesie piosenki na festiwalu w Opolu co drugi pijak zaczepiał Gołasa na ulicy, zachęcając: „To co, panie Wieśku, idziemy w Polskę?”. Aktorowi nie bardzo podobała się ta zachęta do zbiorowego upijania się, więc najbardziej cenił sobie tę ciszę, która czasami zalegała na widowni po ostatnich złowróżbnych słowach: „Jak by nam kiedy tego zabrakło… nie… nie zabraknie…”.

Przy czym wiadomo było, że Wiesław Gołas, jeżeli czegoś nie znosi, to uczenia się na pamięć tekstów. W środowisku krążyło opowiadanko, że otrzymuje on od reżysera zadanie aktorskie, które polega na wykonaniu całej serii ostrych numerów kaskaderskich. I Gołas przyjmuje to, nie mrugnąwszy okiem, dopytuje jednak niespokojnie o tekst. Na to słyszy: „Nie martw się, Wiesiu, tekst powie kaskader”. W czasie kręcenia serialu „Kapitan Sowa na tropie” Gołas miał porozwieszane dookoła na wszystkich możliwych dekoracjach karteczki z tekstem. Nie dlatego, żeby nie był w stanie nauczyć się roli, ale wprost chorobliwie obawiał się, że tego wyuczonego tekstu zapomni. Później miał do siebie pretensje, że mówił sucho, bez wyczucia, że gdyby poszedł na żywioł, nawet zmieniając tekst, wypadłby o wiele bardziej przekonująco.

À propos tego kapitana milicji. Kiedyś Gołas przyuważył na placu Konstytucji starszego mężczyznę, który upadł i nie ruszał się, prawdopodobnie na skutek zawału, a milicjant, który stał obok, ignorował to zupełnie, bo wzywał akurat radiowóz do pijaka, który zasnął na ławce. Gołas wziął milicjanta za klapy i wysyczał, że ten ma natychmiast wezwać karetkę. Milicjant spuścił z tonu i zrobił, o co go „poproszono”. Prawdopodobnie zadziałało skojarzenie twarzy Gołasa z kapitanem z milicyjnego serialu reżyserowanego przez Stanisława Bareję. Zresztą milicja próbowała go delikatnie zwerbować na kapusia. Kiedy pracował w Teatrze Dramatycznym, wezwali go do Pałacu Mostowskich i poprosili grzecznie, czy nie mógłby zatelefonować, gdy zauważy, że w teatrze pod kierownictwem Gustawa Holoubka szykuje się jakaś antysocjalistyczna sztuka. Gołas również grzecznie podziękował im za uprzejmość, ale odmowę zaczął od tego, że, po pierwsze, nie ma telefonu.

Zresztą z podobnych zgryw rodziły się pomysły filmowe czy kabaretowe. Kiedy po suto zakrapianej kolacji Wiesław Gołas z Wojtkiem Młynarskim przechadzali się o świcie po pokładzie „Batorego”, każdy odgłos był zbyt głośny jak na ich obolałe, ciężkie od alkoholu głowy i wtedy Gołas zażartował: „Żeby tylko te mewy przestały tak głośno tupać”. Dwa dni później w Warszawie gotowy był już tekst piosenki o polskim kacu pod szeroko znanym tytułem „Tupot białych mew”.

Tomuś, który piskał

Roli w „Czterech pancernych” nigdy się nie wypierał. Stwierdzał wyraźnie: „Wtedy zgodziliśmy się wziąć udział w tym filmie i wzięliśmy za to niemałe pieniądze. Uważam, że jeśli wówczas podjęliśmy taką decyzję, powinniśmy jej bronić i mówić o tym otwarcie, a nie udawać, że tego nie było”. I dodawał: „Nie należy tego filmu traktować zbyt poważnie i chyba ogląda się go tak, jak na to zasługuje, z uśmieszkiem, ale i z przyjemnością, bo to był sympatyczny film”.

Uwielbiał rozśmieszać widownię, ale bardzo silnie kontrolował się, żeby nie przeholować, wtedy aktor staje się manieryczny i żałosny. Przypominał wówczas przedwojenny dowcip o Jasiu, którego nakłaniano nieustannie, żeby się uśmiechnął, a on na to z ponurą miną: „Raz tylko w życiu się uśmiechnąłem, jak się cioci Jadzi biust wkręcił w wyżymaczkę”. Jego samego zaś śmieszyły rzeczy z lekka absurdalne. Na przykład Zdzisław Maklakiewicz, który w SPATiF-ie, mocno już „trącony”, grał do rana na fortepianie, czego nie umiał, i na bieżąco wymyślał teksty, które brzmiały choćby tak: „Komary to cholery są, w nieodpowiednie miejsca tną”.

W filmie „Szabla od komendanta” (1995) w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego Wiesław Gołas gra jednego ze staruszków weteranów – obok Pawlika, Pieczki i Pyrkosza. Wszyscy oni szykują się do przejścia na drugą stronę, do polskiego nieba. Tam po zabłoconym podwórku biegają stada gęsi, a od archanioła Gabriela ważniejszy jest marszałek Piłsudski, który zarządza całym tym rodzimym rajem.

Tak, jeżeli Wiesław Gołas trafił do jakiegoś nieba, to jest właśnie to polskie zabłocone podwórko ze stadami biegających gęsi, przepłaszanych przez marszałka Piłsudskiego. Tam mu będzie najlepiej.

Fot. Inplus/East News

Wydanie: 38/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy