Reżyser “Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” uchodzi za współczesnego Kurosawę. Przyjmijmy tę etykietkę z pełnym zaufaniem Dziesięć nominacji do Oscara dla “Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” Anga Lee potwierdza koniunkturę trwającą od dziesięciolecia – kino azjatyckie staje się jedynym poważnym konkurentem Hollywood w skali globalnej. W tym zestawie mamy dzieła o niekwestionowanych walorach artystycznych – np. filmy Wong Kor-wai z Hongkongu – jak i perfekcyjnie przyrządzoną papkę. Tu wizytówką jest twórczość Johna Woo, który z podejrzaną potoczystością przyrządził ostatnio drugą część “Mission impossible”. Eksplozja azjatyckiego kina była nieunikniona. W Hongkongu, który stał się gigantyczną fabryką filmową, schroniło się po wojnie wielu wybitnych chińskich reżyserów. Ich inwazja na Hollywood była kwestią czasu. Europa w tym wyścigu schodzi na plan trzeci. “Tygrys i smok” dotarły do Polski w aureoli światowego sukcesu. Po projekcji filmu publiczność zeszłorocznego festiwalu w Cannes przez kwadrans biła brawo na stojąco. Już po kwadransie oglądania filmu widz przekonuje się, że sukces reżysera zasadza się na kokieteryjnym uprzystępnieniu widzowi zachodniemu egzotyki Wschodu w porcji, która okaże się dla niego strawna. A chińską egzotyką wysługuje się reżyser na kredyt, zakładając powszechną nieznajomość tej części świata. Kiedy bohaterowie o usztywnionych kręgosłupach i nieprzeniknionych twarzach rozważają na ekranie kolejne zakręty własnych losów, widzowi trudno do tych scen “znaleźć minę”. Kiedy skośnooka aktorka cedzi tekst przez zęby, to nie wiadomo, czy oglądamy emanację ówczesnej dworskiej etykiety, artystę o niedopracowanym warsztacie, czy normalny sposób autoprezentacji ludzi Wschodu. Nie potrafimy nawet ustalić, czy ci ludzie grają, czy po prostu “są” przed kamerą. Na wszelki wypadek jednak cmokamy z zachwytu, by nie uchodzić za zachodnich szowinistów. Gorzej, gdy zaawansowani w medytacjach i sztukach walki rycerze wuxia – główny zespół aktorski filmu – porozumiewają się na ekranie tekstami wziętymi z repertuaru mowy biurowej młodszych referentów. “Jak sprawy?” – czytamy z ekranu, ponieważ w oryginale aktorzy posługują się chińszczyzną – “Dobrze, a u ciebie?”. Tu kapitulujemy. Podobnie jest w scenach walki, które bez żadnej przesady urzekają perfekcją. Pojedynki na najrozmaitsze organy ciała oraz wyszukaną broń białą rozgrywają się jednak w takim tempie, że nie nadąża za nimi nie tylko oko widza, ale też kamera. Raz po raz kwitujemy fakt zademonstrowania nam rejterady z udziałem mieczy bądź nadgarstków, z której nic nie rozumiemy. Nie wiadomo, kto kogo atakuje, kto się broni, kto ma jakie atrybuty i możliwości. Tylko miecz-miecz, pięść-pięść. W dodatku perfekcja walczących powoduje, że na każdy kolejny, wyszukany cios, przeciwnik odpowiada arcyprecyzyjnie wymierzonym kontr-uderzeniem. Na litość boską – chciałoby się krzyknąć – to nie klip wideo! Jeżeli już tyle natrudziliście się nad tą choreografią, pozwólcie jej posmakować, napatrzeć się. Róbcie film dla widza, który przyswaja standardową ilość klatek filmowych na sekundę. W podobnych sytuacjach Bruce Lee był daleko bardziej uprzejmy wobec zachodniej widowni. Jeżeli miażdżył komuś klatkę piersiową efektownym skokiem, demonstrował zabieg w tempie zwolnionym. Jeżeli obrywał sam, to tak, aby nawet gapowaty dzielnicowy zdążył to ująć w protokóle. W “Tygrysie i smoku” mamy poza tym raz po raz parady napowietrzne i inne analogiczne atrakcje. Adepci sztuk walki opanowali bowiem przemykanie w powietrzu, przy niewielkiej pomocy odbicia od lustra wody, gałązki drzewa, pionowych ścian i innych równie niekonwencjonalnych obiektów. Więcej: w dłoniach wprawnego mistrza walki niewyszukany metalowy pręt jest w stanie kruszyć kamienne posadzki, a historyczny miecz tnie materię ze skutecznością lasera. W grze są również egzotyczne wynalazki – na przykład zatrute strzały, wypuszczane gęstymi seriami. Oczywiście, nieskuteczne, ponieważ wojownik po przeszkoleniu z łatwością obróci własny miecz w wirówkę, która wykosi nadlatującą eskadrę. A skoro tak, to widz naprawdę niewiele jest w stanie zrozumieć z całej kampanii. Bohaterowie dysponują wszak możliwościami, jakie dotąd były udziałem tylko postaci z kreskówek. To ich miażdżyły potężne ciosy, a oni – ku uciesze dzieci – wychodzili bez szwanku. No i bilans całego tego baletu – trup wcale się nie ściele. Wojownicy oblatują ściany, okoliczne domostwa, lasy i jeziora, ale ich skuteczność jest zatrważająco nikła –
Tagi:
Elżbieta Szymańska







