Prawdziwy pożar w burdelu

Prawdziwy pożar w burdelu

Nasz menedżer zniknął z pieniędzmi, pozostawiając nas w długach

Andrzej Konopka – aktor teatralny i filmowy, współzałożyciel kabaretu Pożar w Burdelu

Wierzysz w znaki?
– Charakteryzuje mnie rozbudzona wyobraźnia, mam w sobie część magiczną. Może nie aż tak, żeby nie przechodzić pod drabiną albo barykadować się w schronie w piątek 13, ale wierzę w moc sprawczą ludzkiego umysłu. Trwam w przekonaniu, że jeśli intensywnie o czymś się myśli, to się zdarzy, niezależnie od tego, czy to jest dobre, czy złe. Kiedy o czymś marzyłem, zupełnie niechcący potem to się realizowało.

Przykłady z życia?
– Moja wiara w to, że zostanę aktorem, doprowadziła do tego, że teraz rozmawiamy, choć po drodze natrafiałem na wyboje. Wiele sytuacji było na tyle trudnych, że z innym nastawieniem odpuściłbym, ale coś wysyłało mi sygnały, że mam próbować dalej. Wytrwałem i udało się. W dorosłym życiu zawodowym i prywatnym też coś mi daje znaki, jaką drogą powinienem albo nie powinienem iść.

Dlaczego zdecydowałeś się na udział w emitowanym w AXN serialu „Znaki”?
– Tym razem to nie znaki, ale predyspozycje. Pewna moja lokalność i rys małomiasteczkowy, który mam, mimo że od kilku lat mieszkam w Warszawie, tutaj pracuję i żyję, na pewno predestynowały mnie do tej roli. W scenariuszu znalazłem materiał, który znam. Sam pochodzę z małej miejscowości, z zaledwie tysiącem mieszkańców. Do niedawna było to najmniejsze miasto w Polsce, w którym ludzie żyli z uprawy ziemi, ale miało prawa miejskie od 700 lat. Znam dobrze lokalne klimaty i zależności trójpodziału władzy pomiędzy proboszczem, burmistrzem i komendantem policji. Twórcy to we mnie dostrzegli, a ja zobaczyłem coś, co znałem z życia. Na tym budowałem.

W rodzinnym miasteczku musisz być totalną gwiazdą.
– Na szczęście tak nie jest. Dla mieszkańców jestem Andrzejem Konopką, który tam się urodził i wychował – chodził do podstawówki i zawsze był obecny w jakiś sposób. Chociaż szkołę średnią i studia kończyłem gdzie indziej, nieustannie wracałem do domu. Mój pobyt tam nie jest niczym nadzwyczajnym i chciałbym, żeby tak zostało. Mam tam teraz swój dom wakacyjno-weekendowy, ale docelowo ma mi służyć na spokojną emeryturę. Z żoną i dziećmi spędzamy tam wolny czas, a nasza obecność budzi pozytywne reakcje. Jeśli ktoś zobaczy mnie w telewizji, to gratuluje i mówi, że fajnie wypadłem. Nie traktują mnie jak celebryty, tylko jak swojego człowieka.

Pytają o aktorską kuchnię?
– Ostatnio biegałem po pastwiskach nad Pilicą, gdzie zaczepił mnie znajomy facet, który pokierował rozmowę na temat swojego kumpla, interesującego się starymi pojazdami. Ma ich kilka z okresu II wojny światowej. Od razu zaproponował mi, że gdyby była potrzeba użyczenia takich aut do filmu historycznego, to mam tylko dać znać. Może jeszcze będzie okazja, żeby te pojazdy i tę okolicę w telewizji czy kinie odkryć.

W „Znakach” odkrywacie dla polskiego widza piękno Gór Sowich, regionu z wielkim potencjałem.
– Mam nadzieję, że nasz serial będzie dla Kotliny Kłodzkiej tym samym, czym „Wataha” HBO dla Bieszczad. Miejscowość, w której dzieje się akcja, znajduje się w Górach Sowich, miejscu niezwykłym nie tylko ze względu na krajobraz. Tam działał pierwszy w Europie seryjny morderca, który szczątkował zwłoki i zamykał w wekach. Sprzedawał je potem na targach jako przetwory mięsne, co spowodowało kryzys przemysłu mięsnego, kiedy cała afera się wydała. Z kolei podczas II wojny światowej to miejsce odegrało wielką rolę w akcji o kryptonimie „Riese” – powstał cały kompleks tuneli i sztolni w Górach Sowich, które nie do końca wiadomo czemu miały służyć, bo hitlerowcy nie zostawili żadnych dokumentów. To tam może być ukryty złoty pociąg, o którym legendy co rusz powracają.

Ogromne pole do popisu dla wyobraźni scenarzystów.
– Legend nie brakuje – mówi się choćby o mitycznym pierwiastku potrzebnym do produkcji bomby atomowej, który tam miał występować. To miała być ta cudowna broń, o której Hitler mówił pod koniec wojny. Mieliśmy fantastycznego specjalistę od lokacji, który prowadził ekipę w takie miejsca, gdzie nikt jeszcze nie był. W serialu możemy zobaczyć zamknięte kopalnie, które wyglądają jak wielki kanion, kojarzą się z Kolorado. Jestem pewny, że mało kto uwierzy, że one są w Polsce. Niewiarygodne, jakimi miejscówkami dysponujemy.

Dlaczego nie oglądamy ich w polskich filmach i serialach?
– Być może ze względów produkcyjnych. Łatwiej trzymać ekipę w Warszawie, niż wysłać ludzi na zdjęcia w Góry Sowie czy Bieszczady. Miałem przyjemność grać w „Watasze” i wiem, co to za przedsięwzięcie logistyczne zapewnić tylu ludziom wikt, opierunek, nocleg, nie mówiąc już o transporcie przez co najmniej trzy miesiące. Z kolei miejsc klimatycznych w Warszawie czy na Mazowszu jest raczej mało. Osoby odpowiedzialne za lokację zapuszczają się coraz dalej, zaczynają wychodzić poza wielkie miasta. Przybywa ludzi, którzy szukają historii podziemnych, zapomnianych.

Sam też takich miejsc szukasz. Promowałeś Pragę, zanim była modna.
– Kiedy dostaliśmy od władz samorządowych lokal na Pradze, odkryłem, jak cudownym miejscem jest okolica placu Hallera. Działaliśmy tam z naszą inicjatywą Dzika Strona Wisły, która była klubem scenicznym, przez trzy lata. W tym czasie otworzyło się tam mnóstwo nowych lokali, które potwierdzają trend szukania prawdziwej tkanki miejskiej, co będzie się rozwijać.

Dlaczego Dzikiej Strony Wisły już nie ma?
– Powodem jest historia Pożaru w Burdelu. Nasz menedżer zniknął nagle z pieniędzmi, pozostawiając nas w długach. W ramach cięcia kosztów trzeba było zamknąć lokal.

Facet się znalazł?
– Przepadł jak kamień w wodę. Oczywiście zgłosiliśmy sprawę policji. Kiedy się o tym dowiedział – prawdopodobnie zauważył, że zablokowali mu karty płatnicze – dał znać, że żyje. Poprosił o wycofanie zgłoszenia o zaginięciu i tak się stało. Obecnie przebywa podobno w Warszawie, ale nie pokazuje się na ulicy. My, aktorzy, dopiero wtedy dowiedzieliśmy się o sytuacji finansowej przedsięwzięcia.

Długo z wami pracował?
– Trzy lata. Wszyscy byli zadowoleni. Nagle z dnia na dzień umówił się na spotkanie z kimś od nas i nie przyszedł. Wtedy zaczęła się cała afera. Teraz Pożar w Burdelu jest w formie przejściowej. Nie wiadomo, jak będzie dalej działać. Poza sytuacją z menedżerem każdy z zespołu po prostu poszedł w swoją stronę.

Przedsięwzięcie jest szalenie popularne. Nie poddacie się chyba?
– To już marka. Sytuacja z menedżerem nie może spowodować, że projekt nagle upadnie. Zmienia się po prostu taktyka działania, bo dziś trudno nam zebrać cały zespół, który bardzo się rozrósł. Nie mamy też właściwie miejsca – funkcjonowaliśmy nie w teatrze, tylko w klubie, a to dodatkowe utrudnienie. Był taki okres, kiedy czułem się zmęczony tym wszystkim, ale na szczęście to nie instytucja teatralna, w której jestem na etacie. Michał Walczak i Maciej Łubieński, którzy to wymyślili, dawali nam dużą samodzielność i wolność. Ja w pewnym momencie skorzystałem z furteczki. Chciałem robić inne rzeczy, choćby „Znaki”, i wycofałem się z kilku odcinków Pożaru. Paliwem do scenariuszy było zawsze to, co nam się w życiu przytrafiało. Historia z menedżerem jest materiałem na opowieść o rozpadzie grupy i wspólnoty, a to coś, co dzieje się także w naszym kraju, więc będzie mogło się stać mocnym komentarzem. Już się cieszę na myśl o powrocie do tej wspólnoty.

Tak traktujesz ekipę, z którą pracujesz – jako wspólnotę?
– Mam coś takiego, co na swój użytek nazwałem syndromem kolonijnym. Wziąłem to z dzieciństwa, kiedy po każdym, nawet najkrótszym wyjeździe, na biwak harcerski czy obóz, przyjeżdżałem do domu i miałem trzy-cztery dni takiej ostrej melancholii. Cholernie tęskniłem za ludźmi, z którymi spędzałem czas. Nawet jak kogoś nie lubiłem, to tęskniłem za atmosferą wyjazdu, za spotkaniami. Wtedy oczywiście pisałem listy do tych ludzi. Teraz jest łatwiej – mamy telefony, te wszystkie komunikatory, media społecznościowe. Mimo to po każdym takim przedsięwzięciu ten stan ciągle u mnie występuje. Przez 30 dni zdjęciowych budują się silne więzi międzyludzkie, nie ma na to siły. W takim organizmie jak ekipa każdy od każdego jest troszeczkę uzależniony. Trudno potem wrócić do życia.

Jak po karnawale.
– Właśnie. Wyłączasz się z rzeczywistości i żyjesz tym, co kręcisz. Podobnie jest na festiwalu filmowym, gdzie przez tydzień nie wychodzisz z kina, każdy dzień ma swój rytuał. Wychodzisz z pokoju hotelowego i jesz śniadanie, idziesz na film, potem obiad, potem drugi film i trzeci, potem koniecznie siedzenie w klubie festiwalowym i niekończące się rozmowy. Po czymś takim trudno wrócić do do obowiązków, pracy, szkoły, dzieci. Z planu „Znaków” wracało mi się wyjątkowo trudno.

Co było w nim wyjątkowego?
– Ekipa była młoda i wszyscy bardzo dobrze się kumali. Było poczucie humoru, co zawsze jest elementem wiążącym grupę. Czułem, że wszyscy żartują na ten sam temat, i mówię tu o całej ekipie, nie tylko o aktorach – o kierowcach, oświetlaczach, mejkapistkach, o całej bandzie, która pracuje przy takim przedsięwzięciu. Druga sprawa to postawienie na jakość. Na planie dostałem bonus w postaci spotkania z fenomenalnymi aktorami – Heleną Sujecką, Małgorzatą Hajewską, którą pamiętam jeszcze ze Starego, gdzie jako student oglądałem ją w spektaklach „Lunatycy” czy „Rodzeństwo” Krystiana Lupy, i Mirkiem Kropielnickim, którego Krystyna Janda ściągnęła do Polonii. To są zawodowcy nieograni w telewizji, bo „Znaki” nie muszą się ścigać z produkcjami Polsatu czy TVN, w których bije się w glamour i stawia na twarze spoglądające na nas nieustannie z okładek żurnali. Tam się ogląda celebrytów, a nie historię, która jest esencją. Dla mnie tam, gdzie zaczyna się celebryctwo, kończą się sztuka i aktorstwo. W „Watasze” czy w „Znakach” znane twarze nikogo nie udają, a przestępcy nie wciągają ze szklanego stołu kokainy, tylko robią takie polskie marne interesy. W tym jest nasz skarb, że nie udajemy Hollywoodu, tylko stawiamy na lokalność.

Stoicie blisko rzeczywistości?
– Dużym walorem produkcji było doświadczenie ekipy w robieniu docudram, czyli dokumentów fabularyzowanych, na potrzeby których musi przeprowadzać rozmowy z policjantami. Ma ten temat świetnie udokumentowany. Nam zależało, żeby być bliżej codzienności niż gatunku, dlatego kiedy mój bohater kogoś aresztuje, to nie powala go jednym ruchem ręki, tylko niezdarnie się z nim szarpie, a kajdanki mu się zacinają. To jest momentami aż żenująco-śmieszne, ale tak właśnie to wygląda naprawdę. U nas, w Polsce, jeszcze funkcjonuje status policjanta niedorajdy, który nie miał pomysłu na siebie. Ja uważam, że aby uprawiać ten zawód, trzeba mieć zadrę i mocne pragnienie sprawiedliwości. Wiadomo, że czarne owce wszędzie się zdarzają, ale naprawdę za walkę o dobro i przestrzeganie prawa płaci się ogromną cenę. Ta praca to najczęściej po prostu ludzkie szambo, okropne historie, w które nie można wejść, a potem wyjść nieubrudzonym. Nie da się ot tak, zdjąć rękawiczki i mundur i spokojnie pić kawkę. Zawsze jakiś osad zostaje. Uprawianie każdego zawodu wpływa na człowieka, powoduje skrzywienie zawodowe.

Aktorstwo też?
– Absolutnie. Aktorzy są w czołówce, jeżeli chodzi o wpływ zawodu na konstrukcję psychiczną i emocjonalność. Bycie aktorem to sprzedawanie swojego człowieczeństwa w bezwstydny sposób. Im bardziej człowiek pokrzywiony, pokiereszowany wewnętrznie, tym ciekawszy aktor. Ale w drugą stronę niestety to też działa. Aktor nie może być człowiekiem banalnym. Ekspresja czasami przenosi się z teatru na życie i dla osób postronnych jest to nie do wytrzymania. Tak samo jak potrzeba bycia ze zdwojoną siłą, stania przed kamerą, występowania na scenie, bycia w centrum.

Sam pragniesz stać w centrum?
– Byłbym fałszywy, gdybym powiedział, że uprawiam ten zawód tylko dlatego, że lubię poezję. Patti Smith powiedziała, że bycie na scenie powoduje u niej taki dziwny stan umysłu, w który wprawia ją poczucie, że może z ludźmi na widowni zrobić wszystko, co chce. To niesamowite doświadczenie, kiedy kilkaset osób czeka na każdy twój ruch, spija każde twoje słowo. Zdarzają się takie magiczne momenty, kiedy tworzycie z publicznością jedność, oddychacie tym samym powietrzem, odkrywacie wspólną wrażliwość. Tego nie da się wyrazić w słowach, to jest tak unikatowe doświadczenie, nieporównywalne z niczym innym. Dla tych momentów warto uprawiać ten zawód. One przenoszą człowieka do innej rzeczywistości, która wciąga i potrafi aktorem mocno zakręcić.

Brzmi jak trip narkotykowy.
– To jest tak samo uzależniające jak narkotyk, co moim zdaniem tłumaczy, dlaczego ludziom tak trudno odejść z zawodu. Jeżeli raz ktoś tego zakosztował, naprawdę nie da rady potem powiedzieć: „Nie, ja już się nie nadaję, jestem za stary, muszę robić coś innego”. Aktorzy za wszelką cenę trzymają się sceny albo filmu, nawet jeśli muszą rozmienić talent na drobne, po to tylko, żeby coś takiego jeszcze raz przeżyć.

Sam masz dystans do swojej pracy?
– W ogóle mam duży dystans do wszystkiego, ale ironia i dystans są bronią obosieczną. Pomagają w zachowaniu zdrowego rozsądku, ale czasem są niełatwe do pokonania. Momentami trudno mi przez nie przekonać do czegoś, a w tym zawodzie trzeba przekonywać. Aktor musi być pewny swego na sto procent. Tylko wtedy można być wiarygodnym. Nie mogę podważać w sobie sensu tego, w czym tkwię, bo to mnie na dzień dobry kasuje jako artystę.

Nie masz wrażenia, że praca aktora jest trochę podobna do pracy policjanta? Musisz wczuć się w inne osoby, znaleźć ich motywację…
– Jeśli dobry policjant chce złapać bandytę, musi wejść w jego skórę i myśleć jak on, żeby przewidzieć jego
następny ruch. Coś takiego jest też w aktorstwie – kiedy grasz postać, musisz wiedzieć, jak ona działa. Potrzebne są więc absolutna determinacja i przekonanie do tego, co się robi.

Masz w sobie dużą determinację? Zawsze walczysz do końca?
– Jeżeli jest casting, to idę na niego i robię wszystko, żeby dobrze wypaść, przygotowuję się, poświęcam czas, ćwiczę. Ale jeżeli czuję, że nie ma chemii, że coś nie wyszło i dlatego ktoś nie dzwoni, to nie jestem z tych, którzy wydzwaniają do reżyserów albo castingowców i proszą, że może spróbujemy jeszcze raz.

Odpuszczasz bez żalu?
– Nie wiem, czy wierzę w los albo w fatum, ale uważam, że jeżeli coś ma mi się zdarzyć, to się zdarzy, bo jest gdzieś tam zapisane. Żal nie ma dla mnie sensu.


Andrzej Konopka – wychowywał się w Wyśmierzycach. Pracował jako nauczyciel wychowania fizycznego, montażysta w Teatrze Nowym, by wreszcie podjąć studia aktorskie. Współpracował z wieloma warszawskimi teatrami. Od września 2012 r. odgrywa postać burdeltaty w kabarecie Pożar w Burdelu, a w Teatrze WARSawy wystawia stand up „Duszpasterz hipsterów”. Aktualnie można go oglądać w serialu „Znaki” emitowanym w AXN i AXN Player.


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 3/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy