Jak ci się nie podoba, wracaj do siebie!

Jak ci się nie podoba, wracaj do siebie!

Prawicowi politycy ostro atakują działające w austriackiej polityce kobiety o imigranckich korzeniach

Korespondencja z Wiednia

Politycy powinni mieć grubą skórę, ale jeśli ta skóra ma inny kolor, a polityk jest polityczką i ma obco brzmiące nazwisko, to odporność powinna być wielokrotnie większa. Od października 2017 r., kiedy wybory w Austrii wygrali konserwatyści z Ludowej Partii Austrii (ÖVP) i zawiązali koalicję z populistami o tendencjach nacjonalistycznych z wolnościowej FPÖ, dramatycznie wzrosła liczba rasistowskich i seksistowskich wypowiedzi w debacie publicznej. Doświadczają tego polityczki pochodzące ze środowisk imigranckich – radna Mireille Ngosso, posłanka Alma Zadić, Maria Vassilakou, wiceburmistrz Wiednia, czy senatorka Ewa Dziedzic.

Pochodząca z Konga Mireille Ngosso, lekarka wykształcona w Austrii, radna wiedeńskiego śródmieścia z socjaldemokracji (SPÖ) jest celem niewybrednych ataków ze strony FPÖ. Robert Lizar, redaktor „Neue Freien Zeitung”, oficjalnego periodyku partii, napisał w sieci pod jej fotografią: „Nie jestem już pewien, czy wiem, jakie korzenie i tożsamość ma moje rodzinne miasto”. Evelyn Achhorner, członkini parlamentu w Tyrolu z ramienia FPÖ, komentowała zdjęcie Ngosso: „Kobieta czy mężczyzna?”. Potem tłumaczyła, że do rasizmu jej daleko. Członkowie grup dyskusyjnych tej współrządzącej Austrią partii każą Ngosso wracać do Afryki i zbierać banany. Ktoś się zmartwił: „Mam nadzieję, że nie zrobi ścieżki dla wielbłądów w Wiedniu!”. Zarzucano jej nawet, że tylko kolor skóry i pochodzenie dały jej stanowisko w partii socjaldemokratycznej, która lubi takie „ozdoby”. A jednak pani doktor twardo namawia do wzięcia udziału w referendum na rzecz praw kobiet w październiku, nie boi się mówić „nie” i stawiać granic chamstwu i rasizmowi.

Alma Zadić, posłanka z Listy Petera Pilza, pochodząca z Bośni prawniczka, przemawiała w czerwcu w parlamencie w kwestii bezpieczeństwa państwa i afery ze służbami specjalnymi, w którą zamieszani są członkowie rządu. Jak zawsze była dobrze przygotowana, a jednak koledzy posłowie nie dali jej dojść do słowa. „Nie jest pani w Bośni!”, krzyczał Johann Rädler z rządzącej ÖVP. Dołączył do niego z seksistowskim: „Alma, przy mnie jesteś bezpieczna!” Wolfgang Zanger z FPÖ. Zadić 30 razy musiała przerywać swoje wystąpienie. – To bezczelność mieszać do rzeczowej debaty moje pochodzenie. To nie ma nic wspólnego z tematem ani z godnością parlamentu – komentowała poruszona posłanka. Jednak sekretarz generalny FPÖ Christian Hafenecker nie widział w zachowaniu kolegów niczego seksistowskiego. A poseł Rädler wyjaśniał, że wspominając o Bośni, nie miał na myśli nic uwłaczającego, bo wiele jest pozytywnych skojarzeń.

Pierwsza burmistrzyni Wiednia z Zielonych, Maria Vassilakou, również wiele razy oberwała od politycznych przeciwników. Swoimi decyzjami zmniejszenia opłat za roczne karty na komunikację publiczną do 365 euro, ograniczania ruchu samochodowego na rzecz rowerów i pieszych, stwierdzeniami w rok po fali uchodźców, że każdy się integruje, nieraz wywołała burzę. Kazano jej wracać do Grecji i zająć się obserwacją nieba w Pireusie.

Austrio, ty d…!

Austriackie społeczeństwo to 20% obywateli z imigranckimi korzeniami – co piąty Austriak skądś przybył. Tymczasem w parlamencie ich reprezentacja jest śladowa. W izbie niższej, Nationalracie, na 183 posłów zaledwie 3% to imigranci, jeden jest w ÖVP, trzech w SPÖ, na Liście Pilza są dwie osoby. W reprezentacji FPÖ i Neos nie ma nikogo. W Bundesracie (izbie wyższej) jedynym senatorem urodzonym poza Austrią jest dr Ewa Dziedzic, reprezentantka Zielonych. Dziedzic nierzadko sama słyszała podczas publicznych wystąpień „Wracaj do domu!”. – Gdybym się tym przejmowała, traciłabym zbyt dużo czasu. Często udawanie, że tego się nie widzi, albo ignorowanie, jest formą chronienia siebie i strategią.

Wielu obserwatorów zwraca uwagę, że zakłócanie wypowiedzi polityczek, próby obniżania ich wartości są tolerowane szczególnie od powstania przed niespełna rokiem nowego prawicowego rządu Austrii. Szef klubu SPÖ, Andreas Schieder, zaznacza, że tego rodzaju przypadków jest ostatnio znacznie więcej, z kolei władze klubów prawicowych uważają, że nic się nie dzieje. Przewodniczący Nationalratu Wolfgang Sobotka z ÖVP też nie słyszy obelżywych okrzyków pod adresem parlamentarzystek.

Polityczki niebędące rodowitymi Austriaczkami muszą nieustannie udowadniać, że tu kończyły szkoły, studiowały, tu płacą podatki. – Czy ja mam pokazywać moje świadectwa, by udowadniać, że jestem Austriaczką? – pyta retorycznie Ewa Dziedzic. Senatorka polskiego pochodzenia przyznaje, że nie ma racjonalnych argumentów wobec hejtu. Internauci żądają np., by zwracała pieniądze za studia w Austrii.

Do Ewy Dziedzic polityk ÖVP także wykrzykiwał, żeby „opuściła kraj, jeśli nie wierzy w jego policję”, kiedy zajmowała krytyczne stanowisko wobec jej działań. „Zajmowanie stanowisk i robienie polityki wydaje się ciągle przywilejem białego mężczyzny, kobiety są wypychane z życia publicznego, a te z migranckim pochodzeniem werbalnie wręcz wyrzucane”, pisze senatorka w tekście do dziennika „Der Standard”.

W tym klimacie trudno się dziwić pewnej młodej radnej z wiedeńskiej dzielnicy Brigittenau, Negar Roubani o irańskim pochodzeniu, że wyjeżdżając na wakacje, napisała obraźliwie „Austrio, ty d…”, za co jeden z prawników skarżył ją o naruszenie dobrego imienia państwa, a prawicowa ekstrema groziła śmiercią.

Tylko jedna prawda

Senatorka Ewa Dziedzic ma silne nerwy i spore doświadczenie. Nigdy nie odwoływała się do swojego pochodzenia, płci, ale poziom debaty publicznej, sposób obchodzenia się z innymi partiami, kobietami, migrantami osiągnął w Austrii taki punkt, że Dziedzic zabiera publicznie głos w debatach, jak w pałacu Epstein czy w mediach. – Wiedziałam, że jako migrantka, kobieta w polityce, będę konfrontowana z różnymi sytuacjami, ale teraz to przybiera formę systemu. Dawniej były pojedyncze przypadki zakłócania wypowiedzi, seksistowskie odzywki. Dziś jest to nie tylko akceptowane, ale aktywnie wspierane. To już nie są pojedyncze przypadki. Dawniej przykładami złej debaty parlamentarnej były filmiki np. z ukraińskiego parlamentu, w ostatnich dwóch latach także z polskiego. Dziś w Austrii odbiera się możliwość udziału w dyskusji osobom wybranym w demokratycznych wyborach.

Nie jest łatwo być w Bundesracie jedyną senatorką o imigranckim pochodzeniu. – Nikt inny nie słyszy z powodu nazwiska czy pochodzenia odzywek: „Jak ci się nie podoba, wracaj do siebie”, „Jedź do domu!”. Czyli moją krytykę pewnych poczynań próbuje się przekładać na to, że ja nie jestem stąd, odbiera mi się prawo reprezentowania austriackich wyborców, a przecież na te 8 mln ludzi składają się migranci od pokoleń. I właśnie ja ich reprezentuję, a nie jakiś polityk FPÖ, który mieszka gdzieś na wsi, a jego wyborcy to koledzy od wspólnego stołu w lokalnym Gasthausie. Ja ich się nie boję, staję im naprzeciw, daję kontrę i na szczęście odczuwam dużą solidarność. Ignoruję uśmieszki, komentarze po moich wystąpieniach np. z FPÖ, ale widzę, że media społecznościowe czy inne to podłapują. Być migrantką w społeczeństwie z tendencjami rasistowskimi to jak być kobietą w patriarchalnym społeczeństwie. Musimy się przeciwstawiać, głośno protestować, zamiast chyłkiem opuszczać salę parlamentu – podkreśla senatorka.

Taktyka przykrycia

Dr Dziedzic jest na pewno w lepszej sytuacji niż wiele innych osób z imigranckim pochodzeniem. Nie można jej zarzucić braku kompetencji. Stanowi dobry przykład tego, jak powinna funkcjonować integracja. A jednak mówi: – Oni się uczą od Orbána, od Kaczyńskiego. Niszczą instytucje, podejmują decyzje fatalne w skutkach dla obywateli, np. tną finanse na opiekę nad osobami starszymi, na ośrodki pomocy dla osób doświadczających przemocy czy na naukę niemieckiego dla obcokrajowców, a jednocześnie już na pierwszym po wakacjach posiedzeniu rządu podwyższają pensje. Populistycznie jedne działania przykrywają drugimi.

Tymczasem w październiku w Austrii odbędzie się referendum w sprawie równości i praw kobiet. Po 21 latach od poprzedniego referendum kobiety wciąż muszą domagać się prawa do decydowania o swoim ciele, bezpłatnej edukacji seksualnej, poradnictwa, środków antykoncepcyjnych, anonimowej pomocy, darmowych zabezpieczeń i aborcji w państwowych ośrodkach. Chcą 30-godzinnego tygodnia pracy, by móc się zajmować domem i dziećmi, równego podziału obowiązków domowych, bo wciąż to w większości obowiązki kobiety. Chcą bezpłatnej opieki nad dziećmi, by móc pracować, wsparcia dla samotnych matek, których jest w Austrii 190 tys. Chcą szacunku i równości w polityce, czyli 50-procentowych kwot na wszystkich poziomach wyborów. Postulaty są podobne do tych sprzed 21 lat, ale tym razem dochodzą prawa rodzin LGBT, zapewnienie przez państwo poczucia bezpieczeństwa ludziom w różnym wieku i o różnej orientacji seksualnej. Działaczki feministyczne nie zakładają zebrania 650 tys. podpisów, jak im się udało w 1997 r. Ale zwłaszcza wobec tego konserwatywnego rządu ich głos jest ważny.

Fot. Facebook.com/mireille.ngosso

Wydanie: 36/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy