Wpisy od Beata Dżon-Ozimek
Miasto po zmianie
Jak Forst na Łużycach rewitalizuje dziedzictwo przemysłowe
Korespondencja z Niemiec
Miasto było mi znane jedynie jako stacja kolejowa w drodze do Berlina. Ale wreszcie pojawiła się pokusa przyjrzenia się bliżej „niemieckiemu Manchesterowi”. Kusiła Polka, zakochana w historycznych postaciach regionu, fascynującym ogrodzie różanym i nieistniejących już 300 kominach fabrycznych ponad Forst na Łużycach. Jolanta Imbierska, miejska urzędniczka odpowiedzialna za turystykę, odczarowała mi miasto, a każdy poznany dzięki niej rozmówca zaprosił do innego mikrokosmosu.
Forst ma wręcz nadmiar wspaniałej postindustrialnej architektury, willi przemysłowców, szkół zawodowych i zakładów, w większości zamkniętych po „zmianie” w latach 90. Kominy prawie zniknęły z krajobrazu. Miasta nie stać na ratowanie wszystkiego. Ale pojawili się prywatni właściciele postindustriali – są dla siebie konkurencją w pozyskiwaniu coraz bardziej ograniczonych środków, bacznie się obserwują. Każdy w swoim stylu i celu rewitalizuje dziedzictwo materialne. Zgadzają się co do jednego: kupili obiekty, a nie zabytki. Tylko że od jakiegoś czasu objęto je ochroną konserwatorską, co bardzo utrudnia życie. Gdyby nie upór i pomysłowość ludzi, niejednego obiektu już by nie było. Ratują, jak Anett Dörl z Traumfabrik, dawne zakłady tekstylne przed nadmiernym spokojem. Dla nieużywanych obiektów czasy bezruchu są śmiercią. Trzeba je ożywiać i niepokoić.
Są w Forst i kamienie pamięci po zamordowanych obywatelach żydowskiego pochodzenia, Stolpersteine, i mniejszość słowiańska, Serbołużyczanie, widoczna w dwujęzycznych napisach w mieście. To kolejne warstwy miejscowego palimpsestu.
Traumfabrik, czyli Fabryka Marzeń
Pięć kondygnacji, odrestaurowany parter, gościnne podwórze nad Młynówką. Soczyste graffiti, pozostałości po projektach artystycznych, podłogi malowane przez dzieci podczas różnych zajęć, imponujące widoki z góry. Obrazki jak z budynków Hundertwassera, rośliny próbują się rozpychać pośród konstrukcji. Porzucone bele materiałów z lat 90., wielobarwne „dywany” z nici do tkania – jedna wielka scenografia. Przestrzenie te są wykorzystywane do kręcenia teledysków, organizowania koncertów oraz sesji ślubnych i modowych. Płytki podłogowe znanej firmy sprzed ponad 100 lat trwają, czynna jest winda służąca dawniej produkcji, jest i komin, a obok stylowa dawna willa właścicieli.
Czy dla 39-letniej właścicielki Anett Dörl dawne zakłady włókiennicze Bergamiego i Noacka to fabryka marzeń? Jej marzenia z pewnością wychodzą poza schematy, a konserwator zabytków gra w nich wielką rolę. – Kupiłyśmy tę fabrykę z mamą ponad 10 lat temu, zawsze chciałyśmy robić coś dla młodych ludzi, by ich zatrzymać w Forst. Z czasem to było za dużo dla mamy i od sześciu lat sama prowadzę Traumfabrik (Fabryka Marzeń). Ale nic z tego, co kupowałam, nie było zabytkiem, teraz jest inaczej i to problem – mówi „właścicielka ziemska”,
Zacieranie austriackiego profilu
Jak Austria radzi sobie z wcale nienowymi wyzwaniami? Muzułmańscy uczniowie w wiedeńskich szkołach obowiązkowych są już większością
EsRAP pyta: „Jakie reguły tu rządzą?”. Rapują „Rozmowę o Wiedniu”, a kończą słowami: „uczynimy Wiedeń lepszym”. EsRAP to znany austriacki duet hiphopowy rodzeństwa Esry i Enesa Özmenów, dzieci tureckich gastarbeiterów. Dorastali w wielokulturowej Ottakring, 16. dzielnicy Wiednia. Są głosem ludzi z migrancką historią, drugim pokoleniem zaangażowanym społecznie, politycznie, protestującym i kontestującym. Śpiewają o dylematach tożsamości, wykluczeniu, rasizmie, miłości do miejsc, w tym o skomplikowanym uczuciu do Wiednia. Esra, o drapieżnym czasem wizerunku, jest także kobiecą twarzą nowoczesnego islamu.
Przeszło dziewięciomilionowa Austria z liczącą ponad 2 mln mieszkańców stolicą zmienia paradygmaty życia społecznego w obliczu nowych danych. Rządzi koalicja socjaldemokratów, ludowców i liberałów, miesza młodość i odwagę polityków z chrześcijańskim konserwatyzmem, tradycją socjaldemokratów i „czerwonego Wiednia”. A mają co robić.
Ludowcy z ÖVP i ci z „bardzo prawej” strony, czyli wolnościowcy z FPÖ, grzmią o „straconym edukacyjnie pokoleniu”, o katastrofie edukacyjnej, systemie na krawędzi. Chodzi m.in. o język niemiecki, którym w jednej z dzielnic Wiednia aż 72% uczniów szkół obowiązkowych nie posługuje się w codziennym życiu. Pierwsze i drugie pokolenia imigrantów nie znają go, nie używają na co dzień. Zdaniem części polityków przeszkadza to w rozwoju intelektualnym dzieci niemieckojęzycznych – jednocześnie rośnie liczba uczniów ze specjalnymi potrzebami językowymi. Wolnościowcy od lat chcą zakazu używania języka innego niż niemiecki w szkołach na przerwach czy w całodziennych przedszkolach dla dzieci imigrantów. Próbowali takie zapisy wprowadzić w krajach związkowych Górna i Dolna Austria. Bezskutecznie.
W 2020 r. w Austrii mieszkało 2,14 mln osób pochodzenia migracyjnego – 24,4% ogółu ludności. Ich odsetek w ciągu dziesięciu lat wzrósł o 5,9%. W 2024 r. było ich 2,509 mln – 27,8% ogółu ludności. Niemal 1,875 mln osób należy do tzw. pierwszego pokolenia – oni i ich rodzice urodzili się za granicą.
Największe grupy urodzonych za granicą to Syryjczycy (28 503 tys.), Ukraińcy (24 995 tys.), Niemcy (21 655 tys.), Rumuni (13 644 tys.) i Węgrzy (9924 tys.). Dane z początku 2025 r. pokazują trochę mniejszą liczbę – 1,855 mln cudzoziemców (dane za integrationsfonds.at).
41,2%, czyli najwięcej
W roku szkolnym 2023/2024 ok. 26% uczniów w całej Austrii posługiwało się językiem potocznym innym niż niemiecki. W Wiedniu to prawie połowa dzieci, dalej są kraj związkowy Vorarlberg – 25% i Salzburg – 21%. W zależności od rodzaju szkoły dane te się różnią, podobnie jak w dzielnicach: w najludniejszej i barwnej etnicznie Favoriten to 72% uczniów, podobnie w Ottakring i Simmering, gdzie 67% uczniów nie mówi po niemiecku. Bardziej nobliwe dzielnice stolicy,
Moja Kitteloma
Katharina nie miała „dziadka z Wehrmachtu”, ale miała śląską babcię z Sandowitz, która nie zdążyła zaznać miłości
– Mój dziadek nie był z Wehrmachtu, a ten, który mógł zostać moim dziadkiem, zginął w 1942 r. pod Moskwą. Służył w Waffen SS, nie został nigdy ojcem – mówi Katharina Rogula, Katja, Kasia. Od 1981 r. żyje w Niemczech. Nauczycielka, ceniona pedagożka, wieloletnia dyrektorka szkół w Bochum pochodzi ze śląskiej rodziny. Byli w niej i powstańcy, i intelektualiści, np. rzeczniczka śląskiego głosu, dziennikarka, senatorka wielu kadencji Maria Pańczyk-Poździej, ciocia Kasi. Byli też w tej rodzinie tacy, którym bliżej było do III Rzeszy. Podziały nienadzwyczajne na Śląsku.
Będzie o śląskiej babci, Agnes, Agnieszce, primo voto Wiora z domu Zientek z Sandowitz, Żędowic, Żandowic, jak pisała w swoim zeszycie do języka polskiego ok. 1930 r. Wyszła za mąż z wielkiej miłości w maju 1938 r. Miała 25 lat, kiedy cztery lata po ślubie została wdową. Większą część ich małżeństwa ukochany Vinzent spędził w wojsku i na wojnie. Pisali do siebie listy pełne miłości. Młoda dziewczyna tęskniła. Pragnęła. Nie zdążyła się nacieszyć bliskością, ciepłem i dotykiem Vinzenta.
– Pewnie nikt jej nie pocieszył, nie przytulił, nikt nie dodał otuchy. Moja babcia pięć lat była sama, zanim poznała Pawła Pańczyka, ojca mojej mamy. Miał dwie nastoletnie dziewczynki i chłopca, ich mama zmarła na tyfus. Takie były czasy, musieli sobie jakoś dać radę. Nikt nie pytał o uczucia i czy tego chcą, chcieli przeżyć, może coś nowego zbudować, próbowali zrobić ze swojej sytuacji to, co najlepsze – zastanawia się dojrzała kobieta, wnuczka.
Dopiero teraz ma czas na rozważania o babci. Ma po niej pamiątki: różaniec, zeszyt z kaligrafowanym pismem (na świadectwie ukończenia polskiej szkoły mniejszościowej z polskiego miała dobry, z niemieckiego dostateczny). Wnuczka pamięta z rozmów rodzinnych, że babcia jako młoda mężatka prowadziła przez jakiś czas w szkole mniejszościowej lekcje z języka polskiego i jeździła z kursantami na wycieczki, m.in. do Zakopanego. Agnieszka Zientek zapisywała w zeszycie piękne wiersze Konopnickiej, Mickiewicza i polskie modlitwy. Jest niemieckie świadectwo pierwszej komunii. No i te listy zakochanych. Są też dokumenty z symbolami III Rzeszy, bo Vinzent Wiora zginął za „Grossdeutschland”. Pozostał dokument z opisem, jak zginął, wyliczenia wypłaty dla wdowy, list od jego przyjaciela, świadka jego śmierci. I zdjęcia.
Ostatni list Agnes do Vinzenta, po niemiecku, jest obsypany brokatem, ozdobiony rysunkami kwiatów, wszystko własnoręcznie: „Sandowitz, 19 kwietnia 1942 roku. Mój najdroższy Vinzencie, po tygodniu milczenia, ponieważ nie miałam wcześniej możności, chcę napisać Ci kilka linijek z głębi serca. (…) Pola i łąki powoli się zielenią, a drzewa owocowe puszczają pąki. Wszystko budzi się do nowego życia. Dni mijają tak szybko, że z utęsknieniem i niepokojem w sercu czekam na dzień, w którym znów się zobaczymy, szczęśliwi i zdrowi. Drogi Vincencie, kiedy znów przyjedziesz na wakacje? (…) Czekam na Ciebie tak długo, a jednak nasze życzenie pozostaje niespełnione. Wkrótce kwiecień się skończy, potem nadejdzie piękny maj. Od trzech tygodni nadal nie otrzymałam od Ciebie żadnej korespondencji. Dlaczego do mnie nie piszesz? Jesteś na mnie zły? Proszę, napisz do mnie; pozostaje mi tylko czekać, czekać i myśleć”.
Nie wiedziała, że od ponad dwóch tygodni jest wdową.
Za płócienną szarą okładką zwróconego Agnes dokumentu „Wehrpass” Waffen SS, należącego do Vinzenta, do dziś znajduje się fragment papieru listowego z niemal dziecięcym, najszczerszym wyznaniem miłości, także w brokacie: „Gdybym była ptaszęciem, pofrunęłabym do ciebie”.
O kobiecej przyjaźni, o poczuciu gorszości
30-letnia Agnieszka – o Agnes musiała zapomnieć w powojennych, polskich już realiach – wyszła za mąż w 1947 r., przejęła, jak mówi Kasia, trójkę obcych dzieci i wychowała je. Miała z drugim mężem córkę Małgorzatę, mamę Kasi.
– Nie bardzo im się układało i nie wyszło najlepiej. Paweł Pańczyk zmarł przy stole, jedząc zupę. Moja mama miała 12 lat – zamyśla się Katarzyna.
Agnieszka opiekowała się dziećmi innej kobiety tak jak swoją córeczką, Małgosią. Finansowo wdowie z dziećmi w maleńkich Fosowskich, gdzie mieszkała, było bardzo ciężko. Zawsze nosiła fartuszki, żeby oszczędzać odzież, stąd wnuczka nazywa ją w myślach „Kitteloma”, fartuszkowa babcia. Pracowała w Zakładach Chemicznych Nitro w Krupskim Młynie. Prócz wiary w Boga, mocnej podstawy jej życia, codziennego znaku krzyża i modlitwy,
Wgryźć się obiektywem
Największe wyzwanie to „ładne zdjęcie bigosu” – mówi Marcin Kaźmieruk, mistrz fotografii kulinarnej
Zanim mistrz fotografii kulinarnej zrobi zdjęcie, wybiera się do danego miejsca, żeby je zobaczyć, poczuć klimat, jaki tam panuje. I przyjrzeć się potrawom. Ważne dla niego jest także to, jak ludzie tam pracują. Wreszcie najważniejsze – trzeba poznać szefa kuchni i porozmawiać z nim.
– Staram się zrobić obszerny wywiad, zanim w ogóle przystąpimy z zespołem do pracy. Rozmowę postrzegam jako wielką inspirację. Bardzo cenię i szanuję szefów kuchni, mają ogromną wiedzę i nie trzymają jej dla siebie. Często są charyzmatyczni, dużo opowiadają, pokazują, jak robią swoje dzieła. Potrawa nabiera powagi i później, patrząc na nią, wiem, z jakim sercem została wykonana, bo kucharze naprawdę się angażują. Zależy mi, żeby ludzie, którzy oglądają te zdjęcia, też byli świadomi, jak przebiega cały proces. Nie jest tak, że „wjeżdżam” do restauracji, lampę sobie postawię, zrobię zdjęcie i do widzenia – mówi Marcin Kaźmieruk, zwycięzca Międzynarodowego Konkursu Fotografii Kulinarnej Foodelia Awards 2025, całorocznych zmagań autorów fotografii kulinarnej. O wyróżnienie walczyli fotografowie z 80 krajów świata.
Ten konkurs to setki godzin logistycznej i kreatywnej pracy z dziesiątkami restauracji i tysiącami potraw. – Foodelia, konkurs organizowany od 2016 r., daje szansę na rozwój kreatywności, a praca, którą w niego włożyliśmy, to nasza samorealizacja. I to jest ważne, bardziej niż pierwsze, drugie czy trzecie miejsce. Świetnie, że istnieje takie wyróżnienie, że mogłem nawiązać zdrową rywalizację z innymi, bo poznawanie kreatywnych ludzi, rozmawianie z nimi i udział w nowych projektach rozwija – uśmiecha się Marcin, fotograf od zawsze, od aparatu Zenith i starego telefonicznego Ericssona z lampą błyskową (!) na studiach, poza tym anglista, dziennikarz i były nauczyciel. Jeleniogórzanin.
Praca fotografa kulinarnego – poważnie traktowana – wspiera się scenariuszami, pisaniem scen, burzą mózgów.
– I tak ludzie powiedzą, że to Photoshop, a nie są świadomi, że to bardzo długi proces, piękny i fascynujący – podkreśla Marcin.
Często już na etapie pierwszego spotkania widzi inspiracje do zdjęcia, bo miejsce, jeżeli zostało stworzone przez restauratorów czy przez szefa kuchni, ma indywidualne smaczki, które są bardzo ważne.
– Staram się je przemycić, żeby to zdjęcie było sygnowane ich klimatem, ich jakością i pomysłem. Żeby było niepowtarzalne. Bo przecież to samo zdjęcie mogę zrobić w wielu różnych restauracjach, ale wtedy to będzie zdjęcie dla każdego. Na tej indywidualności staramy się za każdym razem budować klimat i cały plan zdjęciowy czy koncepcję późniejszej komunikacji poprzez media społecznościowe. Do tego można dopasować aspekty techniczne, które też podkreślą unikatowość danego miejsca. Niekiedy już sam stolik czy talerz są wyjątkowe.
Okazuje się, że nie trzeba wiele – „tylko” zobaczyć to jako kompozycję. – Jeżeli wejdziemy np. do meksykańskiej restauracji, można się spodziewać klimatu Mariachi. Jeżeli będą mieli na ścianie gitarę, czemu nie zrobić zdjęcia potrawie na strunach?
Blade mięso, które przestaje wyglądać
– Największym wyzwaniem jest zwykle „ładne zdjęcie bigosu”. W jaki sposób to ubrać, żeby mimo wszystko było apetyczne? Przecież na początku jemy oczami, musimy zobaczyć, co sprawia, że chce mi się to zjeść. Ta sama potrawa może wyglądać zupełnie inaczej. Dobrzy kucharze, którzy wiedzą, że na rynku trzeba się utrzymać i te potrawy nie mogą być byle jakie, potrafią każde danie ładnie zaprezentować. Taka zwykła łyżka ziemniaków np. z oliwą truflową to już jest coś. Jeden z szefów kuchni włoskiej jest mistrzem makaronów. Gdy patrzę, jak on je robi,
Czwarty świat, cztery ściany
Za bogaci dla systemu pomocy społecznej, za biedni na godne życie, ale wciąż jakoś sobie radzą
Ubóstwo wyklucza, wypycha poza ramy „zwykłego”, sytego społeczeństwa, wymusza trwanie w odrzucanym „czwartym świecie”. To sformułowanie zapożyczone od Międzynarodowego Ruchu ATD Czwarty Świat, aktywnego w Polsce od ponad dwóch dekad w sposób szczególny. To z ludzi najuboższych organizacja stara się uczynić najważniejszych partnerów w walce z nędzą, ułatwić im dzielenie się doświadczeniami w debacie publicznej, umożliwić współdecydowanie w sprawach, które ich dotyczą – w poczuciu godności i partnerstwa.
Stan ubóstwa w naszym kraju po raz kolejny zbadała zaś platforma European Anti-Poverty Network Polska, wnioski spisując w raporcie Poverty Watch 2025.
Zasiłek rodzinny nie zmienia się od 2016 r., kiedy wszedł w życie program „Rodzina 500+”. Wynosi 95 zł miesięcznie na dziecko do 5 lat, 124 zł na dziecko w wieku 5-18 lat i 135 zł na dziecko do ukończenia 24. roku życia. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej uważa, że nie trzeba go podwyższać, bo jest 800+ (tzw. świadczenie wychowawcze), 300+ (świadczenie „Dobry Start”), a ostatnio program „Aktywny Rodzic”. I wystarczy.
Skrajne ubóstwo oznacza wydatki poniżej minimum egzystencji – dla samotnej osoby to 913 zł, a dla czteroosobowej rodziny – 2465 zł miesięcznie. Życie poniżej tego poziomu może być niebezpieczne dla zdrowia fizycznego, jeśli taki stan trwa ponad dwa miesiące. Ubóstwo zaciska pętlę w różnych sferach życia, takich jak mieszkanie, transport, dochody, żywność. Niewidocznie dotyka ubóstwo energetyczne, nędzny dostęp do usług medycznych i leków, do kontaktów społecznych. Ubóstwo wyklucza na wielu przenikających się poziomach, ma płeć i wiek, nie tylko senioralny.
Wykluczenie transportowe wielkości Moskwy
Ubóstwo transportowe według raportu EAPN Polska to nie tylko brak infrastruktury, ale i „kluczowa bariera uniemożliwiająca pełną partycypację w życiu społecznym i gospodarczym”. Z jednej strony, gospodarstw domowych nie stać na ponoszenie kosztów transportu, z drugiej – nie ma dostępu do transportu publicznego. Kiedy niskie dochody nakładają się na słaby dostęp – ubóstwo transportowe dotyka prawie 2,5 mln osób (6,6% populacji). Jeśli zliczyć wszystkie obszary w Polsce o słabym dostępie do transportu – może to wykluczyć z pełni życia ponad 8 mln osób, czyli ok. 22% społeczeństwa! To tak, jakby odciąć Moskwę albo Szanghaj od reszty świata. Szczególnie źle jest „wzdłuż wschodniej granicy z Ukrainą, Białorusią i Rosją, na obszarach górskich (Karpaty i Sudety) oraz na »wewnętrznych peryferiach« województw”. Skutki to tzw. przymusowa motoryzacja, tanie samochody, techniczne „trupy” na drogach, przymus wyboru między wydatkami na paliwo, opłaty, naprawy a innymi istotnymi życiowo.
Wykluczenie transportowe to nieobecność na szerszym rynku pracy, oferującym lepsze zarobki – 38% mieszkańców obszarów dotkniętych wykluczeniem rezygnuje z możliwości zatrudnienia, 71% ogranicza wizyty u specjalistów medycznych, a 11% rezygnuje z nich – czyli choroby postępują, ludzie cierpią, umierają.
Perspektywy życiowe młodzieży a ubóstwo transportowe? Jest ono „kluczowym mechanizmem międzypokoleniowej transmisji niekorzystnej sytuacji życiowej”, czyli przekazujemy biedę kolejnym pokoleniom. Dla 44% uczniów szkół średnich dostępność była decydującym czynnikiem przy wyborze szkoły – często rezygnowali z marzeń, ograniczali się do wyboru szkoły w pobliżu. Prawie połowa młodych ludzi musi rezygnować z kina, koncertów, spotkań z przyjaciółmi, co dalej ogranicza rozwój, wymianę, niezależność. 29% młodych uważa, że te bariery negatywnie wpływają na ich relacje i liczbę przyjaciół. Dodatkowo wprowadzenie unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla dla transportu (EU ETS2) może pogłębić wykluczenie najuboższych. Nierówności się powiększą.
Alarmująca skala niedożywienia
Wprowadzenie wspomnianej opłaty klimatycznej EU ETS2 w 2027 r. oznacza wzrost kosztów ogrzewania węglem i gazem. Raport informuje, że krajowy wskaźnik ubóstwa energetycznego wzrośnie o 1,5 pkt proc. do 2032 r. i utrzyma się – nawet przy realizacji inwestycji w termomodernizację. Pomoże Społeczny Fundusz Klimatyczny, który przeznaczy ok. 45 mld zł w latach 2026-2032 na złagodzenie negatywnych skutków. Pomoc trafi na początek do ok. 2,5 mln gospodarstw domowych o niskich dochodach.
Większe wydatki na energię wpłyną m.in. na ubóstwo żywnościowe. Raport podkreśla zaniżoną skalę skrajnego ubóstwa żywnościowego, ta zaś jest niepokojąca. To kwestie metodologiczne, ale jeśli oprzeć się na badaniach precyzyjniej oddających wydatki niezbędne do przeżycia, zasięg skrajnego ubóstwa w Polsce podniósł się „z oficjalnych 6,6% do 12% w 2023 r.”.
Aż 88% osób uznanych
W cieniu wielkiej wody
Rok po powodzi sołtysi z gminy Głuchołazy mówią, że zostali rzuceni na głęboką wodę
Mija rok od straszliwej powodzi z połowy września 2024 r. Trudno zapomnieć obrazy z Głuchołazów, miasta po katastrofie – zniszczonego, tonącego w mule, pozbawionego mostów. Pamiętamy Lądek-Zdrój, Stronie Śląskie, Kłodzko. I dziesiątki zalanych sołectw nad małymi ciekami czy rzeczułkami, które bezlitośnie rozrosły się i wypełzły z nieoczyszczanych rowów.
Na Opolszczyźnie straty poniosły 123 miejscowości. Powódź zniszczyła 80% dróg gminnych, uszkodziła lokalne. Ucierpiało 40% budynków mieszkalnych. Woda była bezlitosna dla mostów i infrastruktury. Trwają prace Wód Polskich nad zabezpieczaniem rzek Biała Głuchołaska czy Złoty Potok, chwilowo niegroźne cieki wróciły do zarośniętych, zamulonych koryt. Głosy sołtysów, domagających się ich systematycznego oczyszczania i udrażniania, słabo dochodzą do decydentów. Każda rozmowa o powodzi uruchamia emocje. Łzy płyną i nie kłamią. Nie zajęto się stanem emocjonalnym mieszkańców, a powódź w nich tkwi. Te emocje nie znalazły bezpiecznego ujścia. Ludzi także trzeba odbudować, jak mosty i drogi.
Sołtysi nie unikają sformułowania, że zostali wtedy rzuceni na głęboką wodę. Zaczynali pięcioletnią kadencję 1 lipca 2024 r., niektórzy po raz pierwszy.
Agnieszka, Bodzanów
Jedno z najbardziej zniszczonych sołectw – Bodzanów. Świeżo upieczoną sołtyską była rok temu Agnieszka Stępień, mama trojga dzieci, podczas powodzi w siódmym miesiącu ciąży. Patryk urodził się dwa tygodnie po terminie. Twarda Ślązaczka z Zabrza po 15 latach w Szkocji wróciła z najbliższymi do Polski, do rodzinnej miejscowości męża.
W sobotę 14 września w nocy z mężem, który w ostatniej chwili pełen niepokoju o rodzinę przyjechał ze Szkocji, sprawdzali stan wody Białej Głuchołaskiej. Opadała. Spali na parterze, żeby monitorować sytuację, około szóstej rano w niedzielę jeszcze wszystko było w porządku. Potok Bodzanowski wzbierał po opadach. – O siódmej dzwoni pani, że już po wszystkim, woda płynie. Nigdy nie przeżyliśmy powodzi, woda szybko wdzierała się na nasz ogród z dwóch stron. Nasz pies nie lubił kota, ale kiedy zabraliśmy je do domu, zaczęły się bawić i przytulać, wyczuły zagrożenie. Ratowaliśmy nasze pawie, kury – opowiada sołtyska.
Powódź rozcięła długą wieś na dwie części. Jedna, tam gdzie szkoła, przedszkole i kościół, była jak po wojnie – w mule, bez prądu. Drugą, wzdłuż asfaltówki, powódź dotknęła dużo mniej. Dziś płot szkoły jak wielobarwne kredki jest najradośniejszym punktem we wsi. Dzieci mają mieć ładnie.
Dzień po przejściu największej wody sołtyska otworzyła swoje podwórze i stodołę dla ludzi i na napływające od wtorku dary. Rozstawiono namioty. – Siedzieliśmy tu od rana do wieczora. Jak kładliśmy się spać, nie mieliśmy czasu myśleć, nie chcieliśmy nawet myśleć, co będzie. Mieliśmy dużo wolontariuszy, bardzo dużo wojska, każdy tu dostał pomoc – wspomina sołtyska. Gmina Głuchołazy współpracowała na bieżąco.
Agnieszka marzyła o chwili spokoju, wstawała wcześniej, żeby wypić w ciszy kawę w odremontowanej stodole, ale tam już było pełno ludzi, często nieznanych. – Tam był dostęp do prądu, czajników, pili kawę, rozkładali dary; zamieszanie, głośno. Nie czuliśmy się u siebie. Nie miałam już siły odbierać telefonów, poprosiliśmy panią, żeby odbierała, ale i tak ze mną chciano rozmawiać. Do dziś mam 250 połączeń nieodebranych i wiadomości z czasów powodzi, których nie byłam w stanie odczytać – przyznaje sołtyska. Zdarzało się, że ktoś brał żywność, ale nie chciał np. takiego makaronu, puszki, pytał o szynkę albo wodę mniej gazowaną, lepszy proszek. Nadmiarem rzeczy, które jeszcze długo nadchodziły, Bodzanów dzielił się z domami dziecka.
Sołtyska przyjmowała wolontariuszy czasem i nad ranem. U niej działał sztab kryzysowy. Przyjeżdżał wojskowy, proboszcz, wolontariusze, Dobra Fabryka, ustalali, co zostało zrobione, co jest potrzebne. – Mieliśmy zeszyt z pracami, z potrzebami, np. AGD. Dużo osób przyjeżdżało ze sprzętem, kierowałam ich pod konkretne adresy. Zgłosiła się firma z food truckiem; w Rudawie, dalszej części wsi, koło gospodyń, wojsko, ksiądz w klasztorze wydawali ciepłe posiłki. Nasze córeczki (wtedy 11 i 12 lat) dziennie wydawały po 200 kaw – mówi sołtyska i dumna mama. Jako rodzina dawali z siebie 100%, spali po trzy-cztery godziny, a w domu mieli dzieci i sami byli zalani.
Po co mi to było
Hejt? Oczywiście. – Spotkał naszą ochotniczą straż pożarną, że tu nie pomagała, a od początku była w Głuchołazach. Nie mieli kiedy swojego dobytku ratować. Ludzie są troszkę niesprawiedliwi. Miałam niemiłe sytuacje, ale ta była wyjątkowa: policja przyjechała na sygnale, dostali zgłoszenie, żeby sprawdzić mój punkt humanitarny. Słyszałam, że daję „swoim”, np. 30 paczek, które rozdałam, albo że nie informowałam o jakimś zasiłku. Nieprzyjemne artykuły, szkoda słów – wzdycha Agnieszka Stępień.
Doliczyła się trzech osób ze wsi, które przyszły podziękować za pracę podczas powodzi. Zdziwiła się, kiedy została zaproszona do Libiąża, skąd płynęła pomoc do Bodzanowa. – Dostałam podziękowania i prezent od burmistrza. Boże, obcy ludzie mi dziękują za coś, co robiłam dla moich mieszkańców. Dostałam podziękowania
Z biskupem w siódmym niebie
Waldemar Pytel potrafił się odnaleźć w trudnych przemianach społecznych i nowych realiach
W Świdnicy skończyła się pewna epoka. Mijają cztery dekady, odkąd pewien „góral niskopienny” zaczął tam pracować na rzecz Kościoła Pokoju i parafii luterańskiej. Bp Waldemar Pytel właśnie odszedł na emeryturę.
Młody teolog po studiach w Warszawie wyruszył na zachód, by wspólnie z żoną Bożeną objąć niezwykłą placówkę, słynny Kościół Pokoju w Świdnicy. Był rok 1986. Pierwsze, co powitało przybyszów na miejscu, to dźwięki muzyki dochodzące z zabytkowego kościoła, a obiekt liczył sobie wtedy 329 lat. Odtąd przez niemal 40 lat Waldemar Pytel troszczył się o materię największej barokowej drewnianej świątyni Europy i o ducha nie tylko przeszło setki miejscowych parafian Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, ale też niezliczonych „parafian gościnnych”, poszukujących natchnienia. Potrafił się odnaleźć w nowych ustrojach, trudnych przemianach społecznych i nowych realiach.
To miejsce pracy, a zarazem życia proboszcza, z czasem biskupa diecezji wrocławskiej, jest jak wszechświat możliwości i zadań. – Widzi pani te odrestaurowane obiekty? To nasza luterańska enklawa, taki mały Watykan w centrum miasta. Tu bardzo dużo rzeczy się działo, ale tak, żeby nikt nie czuł się zobowiązany do czegoś. Jestem daleki od „łowienia”. Przed laty cały plac Pokoju był np. dziergany koronkami, a w budynku, gdzie dziś jest restauracja 7Niebo, odbywały się spotkania przy kawie i rodziły pomysły – opowiada biskup.
Siedzimy pod starymi drzewami, do kościoła ustawia się kolejka na koncert tenora Rolanda Villazóna, człowieka instytucji, gościa 26. edycji Festiwalu Bachowskiego. Co chwila ktoś podchodzi, by witać się z wieloletnim gospodarzem tego miejsca, m.in. Irena Santor czy premier Hanna Suchocka.
– Lata temu przy okazji rocznicy śmierci Jana Sebastiana Bacha wpadliśmy z Janem Tomaszem Adamusem na pomysł zorganizowania Festiwalu Bachowskiego. W naszym archiwum znajdował się list (niestety zginął, ale ktoś gdzieś go spisał, znalazł się w książce „Bach Dokumente”), w którym Christoph Gottlob Wecker, kantor Kościoła Pokoju, pisał do Bacha, swojego mistrza i nauczyciela, z prośbą o partyturę „Pasji według św. Mateusza”, którą chciał w kościele wykonać. Dla nas to był świetny pretekst do tego, żeby coś organizować – biskup wspomina początki festiwalu. – Proszę sobie wyobrazić te tłumy na pierwszym koncercie: 32 osoby. Nie było to łatwe także ze względów finansowych. Zajmowałem się zdobywaniem funduszy. Wydawało mi się, że to nie ma sensu, ale sens był. Jak sobie coś postanowię – a jestem niskopiennym góralem z Jaworza ze Śląska Cieszyńskiego, więc trochę zadziornym – to się tego trzymam. Uznałem, że to zbyt wartościowa inicjatywa, a Adamus jest zbyt cennym człowiekiem, by rezygnować – mówi bp Pytel.
27 wejść i 200 na 200
7Niebo mieści się w dawnym domku stróża, ale mieszkał tam też w XVIII w. świdnicki pastor i poeta Benjamin Schmolck, autor 1,2 tys. pieśni, do dziś śpiewanych przez luteranów. Cały rok jest pełne ludzi, chętnie fotografowane, to jeden z pomysłów na ożywienie tego miejsca, dla gości – ucieczka od pośpiechu, dobre jedzenie, wino, rozmowy w przestrzeni otoczonej kilometrowym starym murem. Teren wyznaczony dla kościołów pokoju w XVII w. mierzył 200 na 200 kroków. Barokowy Zakątek, zabytkowy cmentarz, plac Pokoju, wszystko wiedzie do drewnianego kościoła z 27 wejściami, z drzwiami w kolorach zaskakująco intensywnej czerwieni i fioletu.
Za czasów proboszcza Pytla świdnicki Kościół Pokoju zyskał rzeczywiste zabezpieczenie jako dzieło architektury drewnianej, odzyskał blask, do tego zajął mocne miejsce na mapie kulturalnej Europy, no i trafił na listę UNESCO.
– Został wpisany na listę światowego dziedzictwa w 2001 r. jako „niepowtarzalne świadectwo wiary, wspólnoty religijnej oraz rozwiązań architektonicznych”. Na Dolnym Śląsku mamy na liście jeszcze tylko Halę Stulecia we Wrocławiu i Kościół Pokoju w Jaworze – podkreśla duchowny.
Nie wyczuwam u bp. Pytla tęsknoty za szefowaniem parafii i kościołowi, który jest „modlitwą zamienioną w architekturę”. Dzisiejszy stan miejsca to praca jego i żony. A w międzyczasie wprowadził następcę, ks. Pawła Melera, duchownego o pięknym głosie, czym także pozwala się delektować ta drewniana świątynia.
– W tym roku chodzimy z nosami do góry, bo koncerty, które się odbywają poza Świdnicą, poza Kościołem Pokoju, przechodzą nasze wyobrażenie. Nie ma miejsc! To znaczy, że pośród tego bałaganu ludzie potrzebują dystansu, odniesienia, jakiegoś oparcia – cieszy się bp Pytel. I zaznacza, że gdyby nie mistrzostwo Jana Tomasza Adamusa, jego niezliczone znajomości artystyczne, ale też lata determinacji z obu stron, może festiwalu by nie było. – Przyznam, że i my z małżonką osłabliśmy w pewnym momencie, i Tomasz osłabł, ale nie daliśmy się i teraz to widać. Adamus powiada, że Kościół
Ludzie są głodni sztuki
Wspólnie róbmy rzeczy, które nie mieszczą się nam w głowie
Jan Tomasz Adamus – dyrygent, organista, twórca i dyrektor artystyczny Festiwalu Bachowskiego w Świdnicy. Studiował w Krakowie i Amsterdamie, ma na koncie nagrania płytowe oper barokowych dla Decca oraz „Halki” Moniuszki dla Sony/Deutsche Harmonia Mundi, a także koncerty w wielu prestiżowych salach. Laureat nagrody Opus Classic 2022 wraz z Jakubem Józefem Orlińskim za produkcję audio-wideo „Vivaldi. Stabat Mater” dla Warner Erato. Prowadzi krakowską instytucję kultury Capella Cracoviensis (chór kameralny i orkiestra grająca na historycznych instrumentach), festiwal Opera Rara Kraków oraz Festiwal Bachowski w Świdnicy.
Czy pański Festiwal Bachowski jest już „swój” dla miejscowych w Świdnicy, na Dolnym Śląsku?
– Kilka lat temu muzycy wracali późnym wieczorem z próby do hotelu. Zaczepili ich miejscowi, zaczęło robić się nieprzyjemnie, ale nagle padło pytanie: „Co wy tu właściwie robicie?”. Muzycy odpowiedzieli, że są na Festiwalu Bachowskim. Miejscowi na to: „Aha, to OK, to możecie iść”. Festiwal jest już powszechny z całą pewnością. Średnio załapują się tylko decydenci i media opiniotwórcze. Taki paradoks.
Przegapili ponad ćwierć wieku obecności festiwalu w różnych miejscowościach Dolnego Śląska i te tłumy ludzi, nadkomplety np. w kościołach?
– Zabija nas mentalność sondaży – ilość zamiast jakości, nawyki zamiast pomysłów, doraźne korzyści zamiast strategicznych decyzji. Media bełkoczą. Na jednym z tzw. najbardziej opiniotwórczych portali w Polsce przeczytałem, że gdzieś we Włoszech udało się rozwiązać problem wyrzucanych przez turystów skórek od cytryny po popularnym deserze, ustawiając specjalne kosze na ulicy.
W programie tegorocznej edycji jest także rodzaj manifestu, podpisany pana inicjałami, dyrektora i kreatora nie tylko tego festiwalu. Pisze pan, że sztuka jest fundamentem ogólnej kultury społecznej.
– Na stronie festiwalu wisi moja „Karta Kultura”. Festiwal, czyli frekwencja i powiązany z nim ruch w internecie pokazują, że „Karta Kultura” działa.
Zwróciła pana uwagę kolejna zmiana na stanowisku ministra kultury?
– To zwróciło uwagę wszystkich, ponieważ kultura jest najważniejsza. Częste zmiany na tym stanowisku mogą być odbierane albo jako lekceważenie funkcji, albo jako troska o jak najlepszą obsadę. Bez względu na poglądy polityczne powinniśmy uzgodnić, że minister kultury zawsze powinien być wicepremierem. Dzisiaj kultura i edukacja to fundament nowocześnie rozumianej tożsamości, wolności i dobrobytu. Kultura i sztuka to inspiracja, innowacja, integracja – instrument do budowy nowoczesnego, obywatelskiego, uczestniczącego, krytycznie myślącego społeczeństwa. Bez silnej kultury i sztuki nie istniejemy.
Myślę, że jest pan w mniejszości.
– Nie jestem w mniejszości. Każdy doskonale wie, do czego prowadzi chowanie głowy w piasek. Jak dotąd udało się sprawić, by edukacja w podstawowym zakresie była obowiązkowa. Na szczęście jeszcze nikt nie pyta wyborców, czy chcą, by dzieci chodziły do szkoły. Dobrze wiemy, że dzisiaj w edukacji musimy iść dalej. Nauki humanistyczne – filozofia, psychologia, socjologia, historia sztuki – nie są trudniejsze od fizyki. Daniel Barenboim przekonuje, że muzyka jest ważna, ponieważ uczy, że różne rzeczy od siebie zależą. W życiu jest tak samo – społeczeństwo jest pewną strukturą całościową i nie jest dobrze, jeżeli niektóre elementy są zaniedbywane.
Przypomina mi się graffiti: „Tyle dróg budują, tylko q… nie ma dokąd pójść”.
– Ludzie nie mają dokąd pójść. Oszukują się, że absurdalny plac zabaw na ciasnym skwerze przy ruchliwej ulicy poprawi jakość życia. Walczą o ten skwer, głosują w budżecie obywatelskim, wywieszają transparenty, ale dobrze wiedzą, że to błąd, bo sami w prywatnym życiu wielokrotnie kupowali różne „wymarzone, niezbędne” rzeczy, które niczego nie zmieniły. Ludzie nie mają dokąd pójść, ponieważ „inwestycje” to inwestycje pozorne. Dzisiaj życie społeczne toczy się pomiędzy lokalnym marketem, zieleniakiem i budą z kebabem. Takie są teraz centra życia społecznego. Wystarczy rozejrzeć się wokół i dostrzec, że rzeczywiście tak jest. Nie ma ich przy obiektach kultury, bo obiektów kultury prawie nie ma. A jeśli są, to zepchnięte na margines za sprawą ignorancji. Społeczne centra niedużych miast to budowane na szybko małe centra handlowe – market, drogeria, kebab, myjnia samochodowa.
Parkingi jako miejsca spotkań?
– Młodzi ludzie nie mają dokąd pójść, spotykają się na parkingach przy stacjach benzynowych, stoją przy samochodach i rozmawiają. Muszą powstawać przestrzenie publiczne, w których ludzie mogą niezobowiązująco spędzać ze sobą czas. Festiwal Bachowski w sposób świadomy popycham w kierunku bardzo silnego oddziaływania społecznego. To ewidentnie działa, bo mamy tłumy. Na jeden z koncertów przyszło trzy razy więcej ludzi, niż mieściła sala, i był mały kłopot, ale tu też potrzebujemy pomocy decydentów. Tego musi być więcej, bo jedynie to się opłaca. Tylko kultura i sztuka zasługują na miano inwestycji. Darmowe koncerty są pilną potrzebą. Ludzie są głodni sztuki, ale często nie mogą sobie pozwolić na nawet najtańszy bilet. Mają dokładnie wyliczone pieniądze, wiedzą, w którym sklepie co ile kosztuje i jak tym zarządzać, żeby im starczyło do końca miesiąca.
No właśnie, wiejski kościół ukryty w górach – 400 osób bezpłatnie słuchało muzyki granej na violi da gamba. Dla wielu to jedyny kontakt ze sztuką, muzyką na żywo.
– Dla ludzi sztuka staje się najwyższą ideą, narzędziem edukacji, integracji, inspiracji. Dzieje się to intuicyjnie. Sztuka nie potrafi oszukiwać, ponieważ jest ideą, wolną myślą, ale nigdy nie ideologią. Sztuka otwiera umysły, bo pokazuje, że dany utwór muzyczny można wykonać na wiele różnych sposobów, że martwą naturę można namalować wielorako, że nie ma czegoś takiego jak „najlepszy obraz”. Sztuka uczy, że nie ma jednej prawdy.
Dostępność kościoła wciąż jest większa, a tam akurat jest jedna prawda.
– Kościół jest dotowany, jest dostępny za darmo, bo każdy może wejść do kościoła i albo da na tacę, albo nie da, ale wejść może. Kultura też jest dotowana, lecz dodatkowo jest zabarykadowana za pomocą wysokich cen biletów. Wszyscy przez to przegrywamy, bez względu na poglądy – wiedziemy smutny, bezbarwny, schematyczny
Jak córka z matką
Zaryzykowały szczerość
Dr hab. Brygida Helbig – urodzona w Szczecinie pisarka, literaturoznawczyni, do 2021 r. profesor UAM. Podcasterka radia Cosmo, trenerka pisania, mentorka, kierowała Biurem Polonii w Berlinie. Jej „Niebko” znalazło się w finale Nagrody Literackiej Nike w 2014 r., opowiadania „Enerdowce i inne ludzie” były nominowane do Nike i Nagrody Literackiej Gryfia w 2012 r. Biograficzną powieść o Marii Komornickiej/Piotrze Właście „Inna od siebie” nominowano do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Mieszka w Berlinie.
Justina Helbig – urodzona w Zagłębiu Ruhry, absolwentka psychologii na Uniwersytecie w Sheffield w Wielkiej Brytanii, coach i mentorka ze specjalnością relacji rodzinnych i partnerskich. Debiutowała w 2006 r. opowiadaniem „Anders als alles” wyróżnionym w szwajcarskim konkursie literackim, pierwszy wiersz opublikowała w berlińskim „Tagesspiegel”. Prowadzi m.in. doradztwo psychologiczne dla Biura Polonii w Berlinie.
Zaryzykowałyście szczerość. Wasza książka pomaga objaśnić wiele z życia kilku pokoleń nie tylko kobiet. Jak wam się z tą wspólną książką żyje?
Brygida: – Było dużo niepokoju na początku, bo pisząc książkę jednak dość osobistą, rzeczywiście ryzykowałyśmy wiele. To miłe zaskoczenie, że ludzie tak ciepło ją przyjmują. Wiele czytelniczek ujmuje autentyczność książki, a także szczerość Justyny, która „przyznaje się”, że jest w niej sobą. Po spotkaniach czytelniczki chcą rozmawiać, bardzo je ciekawi głos drugiego pokolenia migrantów w Niemczech. Tak było np. po spotkaniu w Berlinie w Polskiej Kafejce Językowej.
Justino, jesteś psycholożką, nie pisałaś nigdy zawodowo. Stąd bierze się twoja większa autentyczność? Mama jest zawodowo związana z pisaniem.
Justina: – Czytelniczkom faktycznie podoba się, że wprowadziłam do naszej powieści więcej prawdziwości. Kiedy mama zabierała się do pisania tej książki, a było między nami wtedy nie najlepiej, powiedziałam jej: „Mamo, to napisz po prostu o tym, jak jest, że jest nam teraz ciężko”. I w końcu tak zrobiła (śmiech).
Brygida: – Ja jednak się upieram, że nie jestem bohaterką, jest nią Gizela. Czuję się bardziej chórem, który też w książce występuje, świadomością autorską unoszącą się nad tekstem. Gizela to tylko jakiś aspekt mnie. Justyna się śmieje, że zawsze tak mocno to podkreślam. Pewnie robię to dlatego, że jestem literaturoznawczynią, dla mnie postać literacka zawsze jest jednak kreacją, nawet jeśli inspirację czerpię z własnego życia.
Pisałyście książkę m.in. w waszym berlińskim mieszkaniu, „mieszkaniu kobiet”, które też ma swoją historię.
Brygida: – Tak, mieszkały tu wcześniej dwie kobiety, wdowy po żołnierzach Wehrmachtu. Straciły mężów i zamieszkały razem. Czy jest w tym mieszkaniu siła kobiet? Trudno mi powiedzieć. Czasem mam wrażenie, że brakuje tu energii męskiej (śmiech), że my, kobiety, wnosimy do tej przestrzeni nie tylko swoją siłę, ale i kolektywne traumy. Może czas stąd wyfrunąć?
W powieści mamy kilka planów: relacja matki i córki, Gizela i jej tata, ona i jej były mąż, jest i jej partner, jest Selina i jej ojciec. Sporo w książce tęsknoty za przyjazną męskością.
Brygida: – Faktycznie tak jest. Przy czym relacja matki i córki jest w książce oczywiście pierwszoplanowa, obie świadomie nad nią pracują – piszą, rozmawiają, śmieją się i kłócą. Inne ważne postacie to rodzice Gizeli. Ona sama znajduje się pośrodku, między córką a rodzicami. Z nimi nie może już raczej pracować nad relacją, to zupełnie inne pokolenie. Ale i te relacje są głębokie i ciekawe, także w nich nie brakuje poczucia humoru, mimo trudnych przeżyć i świadomości bliskiego odejścia. Uznałam, że warto opisać problem opieki nad starzejącymi się rodzicami, aby pokazać, w jak trudnej sytuacji znajdują się dzieci, same już w słusznym wieku. Często są pełne






