Czym prowokują filmowcy

Czym prowokują filmowcy

Golizna, seks, symbole religijne, czyli…

Prowokacja oznacza wyzwanie, umyślną zaczepkę, podpuszczanie kogoś – podaje Władysław Kopaliński w „Słowniku wyrazów obcych”. Słowo pochodzi od łacińskiego provocare – wywoływać, wyzywać; provocator to ktoś „wywołujący do walki”. Zatem jest to działanie świadome, zamierzone; w sztuce występuje od zarania dziejów.
Na czym polega prowokacja we współczesnym filmie? Czy robi ona jeszcze na nas wrażenie? Co filmowcy chcą przez nią osiągnąć? Spróbujmy się temu przyjrzeć.

Chodzi o rozgłos

Film, który ostatnio wywołał najwięcej emocji i został uznany za prowokację, to „Golasy” w reżyserii Witolda Świętnickiego. Nie ma potrzeby opowiadać treści, zrobiły to już wszystkie media. Dawno nie było w Polsce takiego rozgłosu wokół filmu, w dodatku miernego, co przyznają także jego recenzenci. Jednak, choć marny, doczekał się obszernych omówień, przedruków zdjęć, a nawet wzmianki (ilustrowanej) w głównym wydaniu telewizyjnych „Wiadomości”. Z dyskusji internetowych wynika, że zirytował wielu widzów. Czują, że dali się nabrać, podpuścić; spodziewali się ostrych scen erotycznych, zamiast tego dostali figę z makiem. Zamiast seksbomb i supermanów pokazano im nieatrakcyjne, otłuszczone ciała zwyczajnych, niezbyt urodziwych ludzi. Ale do kina poszli, za bilet zapłacili. Cel został osiągnięty.
Prowokacja służy bowiem głównie zwróceniu uwagi. A o to w dzisiejszych czasach niełatwo. Jesteśmy zasypywani mnóstwem informacji, setkami książek, filmów, płyt i programów telewizyjnych, bombardowani reklamą. Zwrócić naszą uwagę nie jest wcale łatwo. Zwłaszcza kiedy nie ma się pieniędzy na potężną kampanię promocyjną.
Ale od czego jest prowokacja…

Pomysł na szok

Widzów wychowanych w tradycyjnej kulturze japońskiej, ceniących jej wartości, mógł sprowokować film „Tabu”, który premierę w Polsce miał późną wiosną. Reżyser Nagisa Oshima (także słynnego „Imperium zmysłów”) przełamał w nim uświęcony tradycją stereotyp mężnego samuraja, utrwalony choćby przez Akirę Kurosawę. Oshima pokazał samurajów jako ludzi słabych, miękkich. Kiedy do szkoły wojowników przychodzi urodziwy młodzieniec, zarówno w nauczycielach, jak i w uczniach budzą się homoseksualne żądze i wkrótce szkoła samurajów zmienia się w gromadę niezdyscyplinowanych gejów. W Japonii film wywołał skandal, protesty i atak na reżysera. U nas przeszedł niemal niezauważony. Dla nas nie była to prowokacja: widzieliśmy już wiele filmów, gdzie księża, żołnierze czy przedstawiciele innych męskich środowisk byli homoseksualistami. To już zużyty chwyt, dawno przestał być tabu.
W filmie Larsa von Triera „Idioci” też były sceny erotyczne, pod pewnym względem przypominające nasze „Golasy”: przedstawiały grupę rozebranych ludzi, zwykłych, o niedoskonałych ciałach, w naturalnym świetle, w naturalistycznym stylu. Była tam również scena zbliżenia kopulacji dwojga mało pociągających osób, przypominająca atmosferą film przyrodniczy. Duńscy „Idioci” wzbudzili spore kontrowersje, film nazwano obyczajową prowokacją. Reżyser przyznał w jednym z wywiadów, że jego celem nie było zaszokowanie widzów, lecz sprowokowanie dyskusji wokół poruszonych problemów. Bo przecież prowokacja w „Idiotach” nie polega na pokazaniu golasów, choć właśnie to zostało zauważone i wzbudziło żywe reakcje. Prowokacja w tym filmie jest na wysokim poziomie intelektualnym. Bohaterowie buntują się przeciwko cywilizacji konsumpcyjnej i udają upośledzonych na umyśle. Jest to gest nihilizmu przeciwko temu, co się dzieje we współczesnym świecie. Film prowokuje do pytań, zmusza do zastanowienia się nad wartościami uznawanymi w naszej kulturze.

Zmusza do myślenia

Peter Greenaway, brytyjski reżyser, otwarcie przyznaje: „Ja świadomie prowokuję. Uważam, że kino powinno prowokować, bo w ten sposób zmusza do myślenia. Przeciwnicy prowokacji po prostu nie lubią nowatorstwa w kinie, chcą w kółko oglądać to samo – to, do czego są przyzwyczajeni”. Jego czarna komedia „8 1/2 kobiety”, miała prowokacyjne motto: „Jeżeli mężczyzna myśli o seksie co dziewięć minut, to o czym myśli przez pozostałych osiem?”. Fabuła jest w skrócie taka: aby pomóc ojcu otrząsnąć się po śmierci żony, syn obmyśla nietypową kurację – namawia go, by wraz z nim zrealizował swoje najbardziej skrywane fantazje seksualne. W tym celu panowie zamieniają luksusową rezydencję w prywatny burdel, do którego sprowadzają osiem kobiet. A właściwie osiem i pół kobiety, bo ostatnia jest nieletnią kaleką. W rezultacie jednak to mężczyźni okazują się wykorzystani i ponoszą klęskę.
Film Geenawaya nie wywołał u nas reakcji. Może był zbyt wyrafinowany artystycznie, zbyt oryginalny pod względem formalnym; wielu widzów wychodziło z kina w czasie projekcji, nie doczekawszy ostrych scen. Protestów „obrońców wartości” nie wywołały w Polsce także „Oczy szeroko zamknięte” Stanleya Kubricka, film mocno erotyczny, wsparty wielką kampanią reklamową, który w Ameryce stał się głośnym skandalem obyczajowym, głównie ze względu na plotki z planu (czy oni „to” robią naprawdę przed kamerą? czy grają samych siebie?).
Nawet oskarżana za oceanem o pedofilię „Lolita” Adriana Lyne’a przemknęła przez polskie kina bez większego hałasu. Jak to wytłumaczyć? Czyżby polscy widzowie czym innym byli prowokowani niż amerykańscy, japońscy albo duńscy?

Nasze awantury

Przypomnijmy głośną awanturę o film Milosza Formana „Skandalista Larry Flynt”. Była ona wywołana nie treścią dzieła, lecz plakatem (przedstawiającym mężczyznę, który leży, rozłożywszy ręce, na wielkich rozmiarów kobiecym łonie; niektórym skojarzyło się to z ukrzyżowanym Jezusem). Padały oskarżenia o profanację krzyża, obrazę uczuć religijnych, a dopiero potem o nieprzyzwoitość obyczajową (bohater był wydawcą pisma pornograficznego).
Wygląda na to, że u nas generalnie budzą protesty nie tyle filmy erotyczne, nawet ostre, lecz uznane za obrażające uczucia religijne, by wspomnieć „Bożą podszewkę” Izabeli Cywińskiej czy „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese. Nie bulwersują nas również tak jak widzów zza oceanu filmy, które można odczytać jako propagujące agresję, np. „Urodzeni mordercy” Oliviera Stone’a – o dwojgu zakochanych, którzy uwielbiają zabijać czy „Crash” Davida Cronenberga – o bogatej parze, celowo powodującej wypadki samochodowe, bo okaleczenie i ryzyko śmierci oboje szalenie podnieca.
Zatem recepta na film prowokujący – w sensie definicji słownikowej – jest prosta: dużo golizny, trochę seksu, szczypta symboli religijnych (upchniętych byle gdzie, bez żadnego „klucza”), do tego można dodać w nietypowym kontekście jakieś autorytety narodowe, np. Piłsudskiego czy papieża – i sukces frekwencyjny murowany. Bo przecież o to głównie chodzi współczesnym filmowcom.


Zygmunt Kałużyński, krytyk filmowy:

Pseudoprowokacje

Odpowiedź na pytanie, czym prowokują współcześni filmowcy, jest prosta: niczym szczególnym. I mam pretensję do współczesnych filmowców, że nie prowokują, tzn. nie starają się w ostry i nowatorski sposób zwrócić uwagi opinii, tylko ulegają jej, pochlebiają jej, zabawiają. Nie ma już takich prowokatorów jak Bunuel, Kurosawa, Welles. Dzisiejsze kino nie ma ambicji, żeby prowokować – i to jest jego słabość!
Te pseudoprowokacje, które się pojawiają, są na bardzo niskim poziomie: to nie prowokacje myślowe, intelektualne, ideologiczne, których celem jest zmusić widzów do zmiany poglądów, lecz banalne prowokacje obyczajowe. Wystarczy w społeczeństwie pruderyjnym pokazać gołe ciało – i już ma się prowokację. Na tej zasadzie w kraju, gdzie jest zakaz palenia, wystarczy pokazać kogoś z papierosem – na pewno wywoła to reakcję, poruszy przeciwników nikotyny. A u nas wystarczy pokazać gołą dupę.

 

Wydanie: 50-51/2002

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy