Diabelski libijski młyn

Diabelski libijski młyn

Wojna domowa w Libii trwa od ośmiu lat i coraz dobitniej pokazuje, że żadna z walczących stron nie zwycięży

Czerwiec 2019 r., Trypolis. 56-letni Hamza i jego jednostka czekają na południowych rubieżach stolicy Libii na rozkazy. – Przed 2011 r. walczyliśmy przeciwko siłom Kaddafiego, potem z terrorystami Państwa Islamskiego, a teraz z wojskami Haftara. Dla nas, żołnierzy z Trypolisu, właściwie nic się nie zmieniło. Nadal walczymy w tych samych mundurach, choć tak naprawdę już nie wiadomo, w jakiej i czyjej sprawie – opowiada zrezygnowany Hamza.

Co chwilę słychać jakiś strzał bądź odległą detonację. Tydzień temu zginął przyjaciel Hamzy, przedwczoraj został postrzelony inny kolega. Amputowano mu obydwie nogi. Tutaj, kilkanaście kilometrów pod Trypolisem, przebiega linia frontu kolejnej odsłony wojny domowej w Libii trwającej od ośmiu lat. W kwietniu Chalifa Haftar, który kontroluje już prawie 90% całego kraju, zainicjował natarcie na stolicę. Od tego czasu trwają zaciekłe bratobójcze walki.

– Nasze państwo ledwo dyszy. Sytuacja jest już tak beznadziejna, że nawet diabeł byłby powitany jak wyzwoliciel, gdyby zdołał ją rzeczywiście poprawić – wzdycha Hamza, na którego twarzy wieloletnia wojna pozostawiła wyraźne ślady. Jak mówi, prawie nic nie je, nie może spać. – Krótkie wojny zmieniają rządy, długie wojny zmieniają ludzi – podsumowuje.

Podzielone państwo

W mediach najczęściej mówi się ostatnio o Libii w kontekście źle traktowanych tam uchodźców lub spektakularnych akcji ratunkowych załogi niemieckiego statku „Alan Kurdi”, który kursuje między libijskim a włoskim wybrzeżem, zaogniając spór na linii Rzym-Berlin. Tymczasem w samej Libii dzieje się wiele niepokojących rzeczy. Osiem lat po spektakularnym obaleniu rządów Muammara al-Kaddafiego Libia nadal jest pogrążona w krwawej wojnie domowej. W opinii ekspertów kraj ten już od dawna jest pozbawiony znamion prawdziwego państwa, choć ma dwa rządy. Jeden z nich działa we wschodnim Tobruku i opowiada się po stronie gen. Chalify Haftara. Drugi – w zachodnim Trypolisie, a na jego czele od 2016 r. stoi Fajiz as-Sarradż. Ten rząd jest wprawdzie uznawany przez Unię Europejską i ONZ, ale nie przez libijski parlament, który zbiegł na wschód. Jednak autentyczną władzę dzierżą rozsiane po całym kraju milicje islamskie, plemiona i klany, o których łaski zabiegają główne strony konfliktu politycznego.

– Nie interesuje nas ani Sarradż, ani Haftar! Szefowie milicji i tak robią swoje. Jeśli któryś z nich chce porozmawiać z Sarradżem, nie pyta nikogo o zgodę, lecz wyważa od razu jego drzwi i rozkazuje mu: „Premierze, podpisz do cholery!” – mówi Hamza. Libijczyk mimo swojego munduru nie czuje sympatii do rządu w Trypolisie. – Walczymy wprawdzie z Haftarem, ale gdyby on nie zaatakował naszego miasta, prawdopodobnie my byśmy to zrobili – wyznaje. Hamza twierdzi, że jest mu już całkowicie obojętne, po której stronie walczy. Pragnie po prostu żyć w normalnym kraju. Nigdy nie zamierzał zostać żołnierzem. Studiował w Niemczech, jest dyplomowanym inżynierem, chciał po powrocie budować nowoczesną ojczyznę. Większość mieszkańców Trypolisu myśli podobnie, tym bardziej że w samym centrum miasta życie toczy się dalej – mimo nieustannych wybuchów i przygnębiającego wojennego klimatu. W parkach stoją małe karuzele, na których bawią się uśmiechnięte dzieci. Na chodnikach rozmawiają ludzie, w kawiarniach starsi Libijczycy grają w karty. Tak jakby wybuchy granatów stały się codziennością. – W Trypolisie ludzie żyją własnym życiem, niezależnie od tego, czy wczoraj na domach wisiały plakaty Kaddafiego, dzisiaj wiszą Sarradża, a jutro zawisną Haftara – zapewnia Hamza.

Sytuacja wewnętrzna w Libii jest skomplikowana dla samego Hamzy, a co dopiero dla zagranicznych obserwatorów. Wciąż trudno uzyskać wyczerpujący obraz tego, co rozgrywa się obecnie na terenie tego kraju. Co rusz odradzają się napięcia między skłóconymi organami władzy, rozmaitymi grupami przestępczymi, a także ludnością cywilną. W tym chaosie u wybrzeży Wielkiej Syrty czekają ponadto na przeprawę do Europy tysiące uchodźców z Afryki Subsaharyjskiej. Libijskie milicje torturują lub trzymają ich w niewolniczych warunkach. Zmuszają do udziału w konfliktach zbrojnych albo wysyłają jako pracowników przymusowych do Europy, gdzie zachodni pracodawcy często nie wiedzą, że zatrudniają niewolników libijskich mafii.

Na początku lipca podczas nalotu na ośrodek dla imigrantów na przedmieściach Trypolisu zginęły 44 osoby, a 130 zostało rannych.

– Kto przeżyje libijskie więzienie lub obóz, jest potem kompletnie złamany psychicznie – tłumaczy Christophe Biteau z organizacji Lekarze bez Granic. Na oczach całego świata rozgrywa się tragedia państwa, które ze względu na zasoby naturalne mogłoby być najzamożniejsze na kontynencie. Najpierw Kaddafi przez niemal 42 lata hamował jego rozwój w celu utrzymania swojej władzy. Gdy go zabito, pozostała próżnia, której skłócone plemiona do dziś nie potrafią zgodnie wypełnić. Ale jedno jest pewne – były przyjaciel obalonego Kaddafiego, powracający do dawnego blasku Chalifa Haftar, od przyjazdu z emigracji tytułujący się „marszałkiem”, ostatnio w zawrotnym tempie poszerzył w Libii swoje wpływy, zajmując coraz więcej terytorium kraju.

Koniec przyjaźni

Kiedy w 2011 r. świat obiegły nagrania i zdjęcia schwytanego przez rebeliantów Kaddafiego, o rok młodszy od niego Haftar był już w Libii. Ponieważ jednak nie został mianowany naczelnikiem armii, postanowił wrócić do Stanów Zjednoczonych, gdzie wcześniej wyczekiwał na korzystny dla siebie moment. O ile więc jego były przyjaciel Muammar Kaddafi już jako 27-letni polityk mógł się upajać pełnią władzy, by w niesławie skończyć panowanie krótko przed 70. urodzinami, o tyle 75-letni dziś Haftar wciąż czeka na swoją szansę. Tymczasem początki zawodowej biografii obu polityków były bardzo podobne. W tym samym okresie zasilili szeregi libijskiego wojska i obaj byli wpatrzeni w arabskiego nacjonalistę Gamala Abdel Nasera, przywódcę Egiptu, a potem Zjednoczonej Republiki Arabskiej (unii zawartej między Egiptem a Syrią). W 1969 r. Haftar był jednym z głównych autorów zamachu, który pozbawił libijską monarchię władzy i wyciągnął Kaddafiego z politycznego niebytu. Niebawem jako jeden z najbliższych współpracowników nowego przywódcy stanął na czele wojska libijskiego.

Przyjaźń obu wojskowych przerwała dopiero wojna graniczna między Libią a sąsiednim Czadem, a raczej jej ostatnia faza, nazywana wojną toyot (nazwa pochodzi od pick-upów Toyota Hilux i Land Cruiser, które zapewniały dużą mobilność czadyjskim żołnierzom walczącym przeciw Libii – przyp. red.). Libia już od 1965 r. udzielała się w wojnie domowej w Czadzie, gdzie wspierała muzułmańską opozycję. W 1982 r władzę w Czadzie przejął Hissène Habré. Jego polityka, wyraźnie ukierunkowana na Zachód, była solą w oku młodego Kaddafiego. Niebawem jego żołnierze znów wkroczyli do Czadu i zajęli część północnego terytorium. W 1986 r. głównym dowódcą sił libijskich był Haftar, a kierowana przez niego ofensywa zakończyła się całkowitą klęską. Ta ostatnia interwencja Libii była spowodowana niepokojem Kaddafiego, który obawiał się utraty wpływów w sąsiednim kraju. Kiedy wiosną 1987 r. Haftar poniósł ostatecznie porażkę w walce z Czadyjczykami, tracąc ok. 2 tys. żołnierzy, a sam trafił do niewoli, Kaddafi zerwał z nim kontakty, obarczając winą zarówno za klęskę w „wojnie toyot”, jak i za pogwałcenie wcześniejszych ustaleń zawartych podczas rozmów w Paryżu. W ten sposób chciał ratować swoją reputację na Zachodzie.

Letarg emigracji

Dla Chalify Haftara był to smutny moment. Miał dopiero 45 lat, a już został utrącony przez Kaddafiego, który obawiał się jego rosnących wpływów w kraju, bo mimo klęski w Czadzie Haftar cieszył się popularnością i nie zamierzał rezygnować z kariery. W czadyjskim więzieniu wykazał się lojalnością wobec agentów CIA i dzięki temu mógł się ubiegać o status uchodźcy politycznego w USA. Tam zaangażował się w libijski ruch opozycyjny, szczodrze wspierany przez służby amerykańskie. W połowie lat 90. dostrzegł swoją szansę w niezadowoleniu Libijczyków z rządów Kaddafiego i wrócił do ojczyzny. Nie był to jednak odpowiedni moment na obalenie dyktatora, więc Haftar znowu wyjechał do USA. Tym razem pozostał na dłużej, z powodzeniem ubiegając się o amerykański paszport.

Do 2011 r. Haftar praktycznie nie angażował się w politykę. Wrócił do niej dopiero po śmierci Kaddafiego. W lutym 2014 r. jego żołnierze zajęli stacje telewizyjne w Trypolisie, a Haftar oznajmił, że zawiesił parlament i konstytucję. Dla libijskich widzów te słowa nie brzmiały wiarygodnie, ponieważ doskonale wiedzieli, że w ich państwie zarządzanym przez milicje o jawnie terrorystycznym charakterze jeszcze długo będzie panował bezład. Powiązania ich liderów m.in. z Al-Kaidą i Państwem Islamskim były oczywiste.

Natomiast wcześniejsze wybory parlamentarne wygrały wpływowe ugrupowania powiązane z Braćmi Muzułmanami, którzy nie zamierzali ulegać „marszałkowi”. Dlatego ofensywa ogłoszona w 2014 r. przez Haftara nie przyniosła właściwie żadnych zmian, a wręcz skomplikowała sytuację. Kiedy następne autoryzowane przez niego próby zamachu zakończyły się porażką, a niska frekwencja w kolejnych wyborach parlamentarnych dała islamistom pretekst do ich nieuznania, ukonstytuowały się dwa rządy – na wschodzie i zachodzie. Jednocześnie na południu kraju konkurują zwaśnione plemiona oraz rady szarijackie, oparte na ideologii Państwa Islamskiego. Niezasypane podziały między Trypolisem a Tobrukiem stworzyły bojownikom ISIS warunki do budowania zrębów własnego państwa. Jako że w Syrii i Iraku ekspansja dżihadystów została ostatnio w znacznym stopniu ograniczona, znaleźli oni oparcie w części libijskiego społeczeństwa. Już w lutym 2015 r. dżihadyści zajęli Syrtę, rodzinne miasto Kaddafiego. Pod ich całkowitą kontrolą znalazło się też niebawem północno-wschodnie miasto Bengazi.

Złudne porozumienie

W maju 2014 r. Haftar rozpoczął operację wojskową, której celem było wyparcie islamistów z kontrolowanych przez nich terenów, szczególnie z nader ważnego strategicznie Bengazi. Interwencja dowodzonej przezeń Libijskiej Armii Narodowej (LNA) trwała aż do grudnia 2017 r., kiedy to zakończyła się pełnym sukcesem. Już wiosną 2015 r. doszło do porozumienia między Haftarem a rządem w Tobruku, który oficjalnie uznał jego status dowódcy libijskich sił zbrojnych. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, ponieważ w tym samym czasie ONZ skutecznie namawiała przedstawicieli obu rządów do negocjacji. Na konferencji w marokańskim Skhirat ogłoszono zawarcie porozumienia w sprawie utworzenia tzw. Rządu Zgody Narodowej (GNA). Tyle że ta zainscenizowana przez ONZ harmonia szybko okazała się iluzoryczna. Islamiści z Trypolisu wzdragali się przed zaakceptowaniem zbyt silnej według nich pozycji Haftara. Również parlament w Tobruku zgłosił zastrzeżenia wobec rządu premiera Sarradża, któremu zarzucił, że jest marionetką dżihadystów. Ale to właśnie Sarradż jest na Zachodzie powszechnie uznawany za oficjalnego przywódcę Libii. Tymczasem Chalifa Haftar nie przejmuje się zbytnio tym, że w efekcie konferencji w Skhiracie rząd tobrucki stracił międzynarodowe uznanie na rzecz GNA, bo w tym czasie zdołał rozszerzyć kontrolę nad niemal 90% libijskiego terytorium, podczas gdy rząd w Trypolisie panuje zaledwie nad północno-zachodnią częścią kraju.

Swoją drogę do sukcesu Haftar zawdzięcza nie tylko wytrwałości i cierpliwości, umiejętnemu negocjowaniu czy mądrym militarnym posunięciom, lecz także wsparciu władz egipskich i saudyjskich, które podobnie jak on dostrzegają wroga w Braciach Muzułmanach. GNA ma natomiast po swojej stronie m.in. Turcję, która najchętniej zatrzymałaby marsz Haftara na Trypolis. Gorzej, że tlący się wciąż konflikt między libijskim wschodem a zachodem dzieli także Unię Europejską, m.in. z powodu kryzysu migracyjnego i zagrożenia terrorystycznego.

Libia wciąż pozostaje ważnym punktem węzłowym dla uchodźców i dżihadystów w drodze do Europy. Przykładowo Francja wspiera Chalifę Haftara, obawiając się utraty swoich wpływów w zachodniej Libii na rzecz islamistów. Natomiast Włochy nadal flirtują z Trypolisem, kierującym libijską strażą przybrzeżną, gdyż są zainteresowane zawracaniem afrykańskich migrantów. Libia pozostaje kością niezgody w i tak już napiętych stosunkach między Emmanuelem Macronem i Matteo Salvinim.

Zdaniem ekspertów ds. Bliskiego Wschodu jest tylko kwestią czasu, kiedy armia Haftara wkroczy do Trypolisu, tym bardziej że obecny prezydent USA, w przeciwieństwie do poprzednika, nie obawia się tego, że Libia może zostać kolejną Syrią. Donald Trump zamierza jednak przede wszystkim skończyć z polityką opartą na złudnym przeświadczeniu, że w krajach Bliskiego Wschodu można zbudować demokrację na fundamencie Braci Muzułmanów. W mediach krążą plotki o rozmowach telefonicznych między gospodarzem Białego Domu a libijskim „marszałkiem”, a także o przygotowaniach do spotkania bilateralnego.

Ale czy ewentualna wiktoria Haftara w wojnie o Trypolis zmieni sytuację zwykłych Libijczyków? – Wojna coraz bardziej zżera nasze dusze. Młodzi chłopcy z mojej jednostki spędzają całą młodość w okopach, kryjąc się przed bombami i granatami. Nie wiem, czy kiedykolwiek będą mogli prowadzić normalne życie – podsumowuje Hamza.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 34/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy