Stamtąd nie wraca się żywym

Stamtąd nie wraca się żywym

Po wielu dniach tortur syryjski aktywista był pewien, że już nie wyjdzie z więzienia

Leżał na podłodze i powoli odzyskiwał przytomność. W głowie wciąż mu huczało. Strażnicy wyszli, a na talerzu blisko niego zostawili kilka oliwek i szklankę wody. Ale on po trzech dniach tortur nie miał już siły się podnieść.

Wtedy czyjaś ręka podała mu wodę.

Źródło życia

Firas świetnie znał wartość wody, bo zawodowo zajmował się wierceniem studni. Lubił ten moment, gdy woda wypływała na powierzchnię. Wprawdzie pierwszy jej strumień nie jest zdatny do picia, ale już kolejnego dnia woda ze studni nadaje się zarówno do spożycia, jak i do nawadniania pól bawełny i gajów oliwkowych.

Zajęcie to od młodych lat dawało mu chleb, a w jego rodzinie się nie przelewało. Wcześnie więc zakończył edukację i zaczął pracować, a po kilku latach pojawiły się przed nim i jego braćmi możliwości wyjazdów zarobkowych za granicę. Było to w czasach, gdy rządzący Libią płk Kaddafi, poszukując złóż ropy, dokopał się do warstw wodonośnych pod piaskami Sahary. Zainicjowany przez Kaddafiego projekt hydrotechniczny potrzebował wielu pracowitych rąk, a takie były ręce Firasa i jego braci.

Pieniądze przywiezione z Libii pozwoliły nie tylko na zaspokojenie potrzeb rodziny, lecz także na zakup maszyn wiertniczych. Młodzi mężczyźni wrócili też bogatsi o doświadczenie i znajomości, które pomogły im rozwinąć własny biznes w Syrii. 30-letni Firas i jego bracia stali się właścicielami trzech posiadłości oraz farmy za miastem i szanowanymi członkami lokalnej społeczności.

Ich firma prosperowała całkiem nieźle. Firas przyjmował zlecenia od ludzi o zasobnych portfelach, często będących przedstawicielami reżimu, choć rządzących nie popierał. Układ był czysty: dokonywał odwiertów w ich ogrodach i instalował pompy, a oni mu za to płacili.

Tylko jednemu odmówił.

Źródło buntu

Robił, co do niego należało, i nie zaprzątał sobie głowy uciążliwymi myślami. Czy mógł przewidzieć, że jego kraj nawiedzi susza? Dopiero później mądrzy ludzie stwierdzili, że to ona wygnała wielu mieszkańców wsi do miast, powodując tam przeludnienie i wzrost bezrobocia, co przyczyniło się do wybuchu niezadowolenia społecznego na początku 2011 r. Po latach konflikt w Syrii nazwano wojną klimatyczną.

Nie minęły dwa tygodnie od pierwszych strzałów oddanych w położonej na południu kraju Daraii, kiedy w mieście Firasa, a później także w innych miastach, zaczęto organizować demonstracje solidarnościowe. Dołączył do protestujących, bo nie chciał już dłużej żyć w państwie policyjnym. Zamiast karabinu złapał jednak kamerę, bo chciał, aby świat usłyszał o ich walce i zobaczył okrucieństwo reżimu, który strzelał do obywateli.

Z początku jego kamera uchwyciła niewielkie, spontaniczne zgromadzenia, w których brało udział zaledwie kilka osób. Stopniowo twarzy na jego nagraniach było coraz więcej. Coraz większa malowała się na nich determinacja, a coraz mniej widać było strachu. „Chcemy wolności!”, krzyczeli ludzie, niezrażeni tym, że groziły im surowe represje. Amatorskie nagrania z protestów trafiały do Mahmuda, który był informatykiem, a potem na ekrany komputerów i telefonów ludzi w całym kraju. Wysyłali je także redakcjom stacji nadających z Półwyspu Arabskiego, takich jak Al-Dżazira czy Orient News, założona przez rodzimego biznesmena i opozycjonistę, którego służby wywiadu wygnały za granicę. Ich przekaz nie pasował jednak do narracji forsowanej przez te stacje.

Firas zauważył, że media, które opowiedziały się po stronie rewolucji – a więc te, które funkcjonowały dzięki hojności rządów krajów sunnickich – przekonywały swoich odbiorców, że stanowiący w Syrii większość sunnici są zwalczani przez rząd ze względu na przynależność religijną. W prorządowych mediach słyszał natomiast, że protestujący są sunnickimi terrorystami, którzy dążą do wprowadzenia w kraju porządków religijnych naruszających prawa jednostki. A przecież w jego mieście, które było domem dla wielu mniejszości, mówiło się, że religia jest dla Boga, a ojczyzna dla wszystkich. Mieszkańcy miasta co piątek oddawali Bogu co boskie w różnych meczetach, modląc się na różne sposoby. Ale cesarzowi co cesarskie oddawać już nie chcieli. Firas nie był sunnitą ani alawitą, tak jak członkowie rządzącego klanu. I nie o religii myślał, gdy malował na transparentach hasła o wolności. Z alawickim prezydentem łączyło go tylko jedno: on także, jako izmailita, należał do mniejszości religijnej. Te dwa niewielkie fragmenty syryjskiej mozaiki – alawizm i izmailizm – stanowiły części i tak już będącego w tym kraju w mniejszości szyizmu. Jednak w tamtym czasie demonstranci krzyczeli, że naród jest jeden i nie pozwoli się podzielić. Bo wtedy jeszcze rzeczywiście tak się czuli.

Gdy jednak w stronę demonstrantów coraz częściej padały strzały, niektórzy uznali, że nie pozwolą strzelać do siebie jak do kaczek, i postanowili także chwycić za broń. Wkrótce wielu młodych mężczyzn powołano do wojska, a oni, nie chcąc strzelać do braci i sąsiadów, dezerterowali, zabierając ze sobą karabiny. Jak grzyby po deszczu wyrastały zbrojne ugrupowania. Z czasem rewolucja przekształciła się w konflikt zbrojny, a w mieście Firasa, wówczas dość spokojnym, schronili się ci, którzy uciekli przed spadającymi na ich domy bombami. Latem, podczas świętego miesiąca postu, na ulicach zrobiło się tłoczno za sprawą nędzarzy z tobołkami. Uciekinierów zwykle łatwo można było rozpoznać – szczególnie kobiety, które częściej niż tutejsze chodziły szczelnie okryte czarnymi abajami.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 48/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Imię bohatera zostało zmienione

Fot. BEW Photo

Wydanie: 48/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy