Do you speak English?

Do you speak English?

Gdyby wymóg znajomości angielskiego dawniej obowiązywał, przodkowie Trumpa i jego administracji nie dostaliby się do USA

W Stanach Zjednoczonych dyskusja o polityce imigracyjnej wkracza na coraz to nowe obszary. Propozycja prezydenta Trumpa, by każdy chcący się osiedlić w Ameryce znał angielski, stała się bardzo gorącym tematem. Ba, zahacza nawet o poezję, którą politycy rzadko czytają, a jeszcze rzadziej o niej rozmawiają. Z tym większym zainteresowaniem przysłuchiwano się gorącej wymianie zdań, która miała miejsce w Białym Domu 2 sierpnia 2017 r. Uczestnicy tej debaty – Stephen Miller, specjalny doradca prezydenta Trumpa, oraz Jim Acosta, dziennikarz CNN – udowodnili, że imigracja budzi w USA nie mniejsze emocje niż pod koniec XIX w., kiedy Emma Lazarus napisała słynny sonet „Nowy kolos” o Statui Wolności.

Odmienne interpretacje

„Statua Wolności mówi: »Dajcie mi tylko swoich biednych tłumy całe, obejmę ich gościnnie mymi ramionami«. Natomiast nic nie mówi o znajomości języka angielskiego czy byciu programistą komputerowym. Czyżbyście chcieli zmienić znaczenie imigrantów dla tego kraju, skoro wymagacie od nich znajomości angielskiego?”, pytał Acosta podczas konferencji prasowej, zwołanej w celu przedstawienia zmian w polityce imigracyjnej.

Wywołany do odpowiedzi Miller nie dał się zbić z tropu. „Proces naturalizacji wymaga znajomości języka angielskiego – zauważył – więc przekonanie, że znajomość angielskiego może nie być częścią systemu imigracyjnego, jest po prostu ahistoryczne”. Zaraz potem dał swoją wykładnię znaczenia słynnego pomnika: „Nie chcę teraz wdawać się w rozważania historyczne, ale Statua Wolności jest symbolem amerykańskiej wolności rozświetlającej cały świat. Wiersz, do którego się odniosłeś, został umieszczony później i faktycznie nie jest elementem Statui Wolności”.

Pozostawiając kwestie interpretacyjne na boku, Miller miał rację co do historii „nowego kolosa”. Statua Wolności jako dar narodu francuskiego miała stanąć w setną rocznicę Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych. Jednak ze względu na problemy z uzbieraniem odpowiednich funduszy odsłonięcie nastąpiło dopiero w 1886 r. Środki na budowę pomnika pochodziły ze zbiórek publicznych. Podczas jednej z nich swój wiersz zaprezentowała Emma Lazarus. Pisząc go, inspirowała się losem rosyjskich Żydów, którzy uciekając przed pogromami, szukali schronienia m.in. w USA. Sam wiersz został umieszczony na cokole w roku 1903, już po śmierci poetki. Musiały upłynąć kolejne lata, zanim Statua Wolności zaczęła być powszechnie odbierana jako symbol otwartości USA na imigrantów z całego świata.

Dwie wizje

Ani Millerowi, ani Acoście nie chodziło jednak o interpretację wiersza czy pomnika. Ich wymiana zdań miała źródło w dwóch wizjach polityki imigracyjnej, funkcjonujących w amerykańskiej debacie publicznej od zarania republiki. Jedna, dominująca do połowy XIX w., głosiła, że USA powinny jak najszerzej otworzyć granice dla wszystkich chcących zacząć tutaj nowe życie. Według drugiej względy gospodarcze, społeczne i polityczne nakazywały prowadzenie odpowiedniej selekcji napływających obcokrajowców. Takie spojrzenie na politykę imigracyjną zaczęło zdobywać uznanie wśród amerykańskich elit pod koniec XIX w. i – nieznacznie zmodyfikowane – funkcjonuje do dziś.

Jego zradykalizowaną wersję prezentuje administracja Donalda Trumpa, który doszedł do władzy, obiecując ukrócenie imigracji – zarówno nielegalnej, jak i całkiem legalnej. Obok wskrzeszenia amerykańskiego przemysłu to właśnie projekt budowy muru na granicy z Meksykiem i uszczelnienie pozostałych granic były priorytetem jego programu wyborczego. Trudno więc mówić o zaskoczeniu, gdy na początku sierpnia Trump ogłosił poparcie dla przygotowywanego przez republikanów projektu zaostrzenia polityki imigracyjnej.

„Prawo imigracyjne – stwierdził prezydent – było nie w porządku w stosunku do naszego narodu, naszych obywateli, naszych pracowników”. Zdaniem Trumpa obecny system premiuje tych imigrantów, którzy wykonują najprostsze i najgorzej płatne zajęcia. A więc najbardziej widocznych dla przeciętnego Amerykanina, w którego świadomości „kradną mu pracę”.

Napływ takich imigrantów ma ograniczyć projekt przygotowywany przez republikańskich senatorów Davida Perdue i Toma Cottona. Znajomość języka angielskiego, o którą kłócili się Miller i Acosta, to tylko jedna z proponowanych zmian zaostrzających amerykańską politykę imigracyjną. Kolejne ograniczenia mają dotyczyć m.in. wykształcenia, majątku i przydatności dla amerykańskiego przemysłu. W ten sposób republikanie i prezydent spłacają dług wdzięczności wobec swoich wyborców. Wielu z nich to niewykwalifikowani robotnicy, którzy przegrywają w starciu z tanią siłą roboczą z zagranicy. Odpowiadając zaś na obawy, że z każdym imigrantem przybędzie liczna rodzina, projekt przewiduje zdecydowane ograniczenie możliwości sprowadzania krewnych.

Powtórka z końca XIX wieku

Przekonanie, że znajomość angielskiego pozwoli odróżnić pożądanych imigrantów od niepożądanych, nie jest niczym nowym w amerykańskiej polityce. Pierwsze próby wprowadzenia obowiązkowych testów z czytania i pisania (w dowolnym języku) podjęto jeszcze w latach 90. XIX w. Na stałe temat ten zaistniał na początku XX w. Dyskusja o analfabetyzmie wśród tzw. nowych imigrantów, a więc przybyszów z Europy Południowej i Wschodniej, splotła się w czasie z fascynacją amerykańskich elit teoriami rasistowskimi i eugeniką. Nawet w liberalnym „New York Timesie”, który nie popierał testu, można było przeczytać, że w porównaniu z „imigrantami z dawnych czasów” Słowianie i Włosi byli „uderzająco upośledzeni zarówno pod względem intelektualnym, jak i fizycznym”. Również w dyskusjach w Kongresie dominowały głosy takie jak senatora Boiesa Penrose’a z Pensylwanii, który argumentował, że test to „najbardziej praktyczna i efektowna metoda powstrzymywania niepożądanych klas imigrantów”.

Przeciwko wprowadzeniu literacy test protestowała wówczas – podobnie jak dzisiaj – amerykańska prasa wielkomiejska. Zdaniem „Atlanta Constitution” wymóg umiejętności czytania i pisania „jest nieamerykański i praktycznie oznacza zamknięcie bram Ameryki przed tymi wartościowymi imigrantami, którzy poszukują schronienia w Stanach Zjednoczonych przed religijnym lub politycznym prześladowaniem”. Z kolei „Washington Post”, przekonywał, że „robotnik nie musi umieć czytać i pisać, aby znaleźć pracę przy kopaniu rowów. Natomiast niewielu przestępców nie zdałoby testu”.

Wielokrotne próby umieszczenia testu w prawie imigracyjnym napotykały opór kolejnych prezydentów. Po raz pierwszy poprawkę wprowadzającą wymóg umiejętności czytania i pisania zawetował Grover Cleveland w 1897 r. Podobnie zachowali się William Taft w 1913 r. i Woodrow Wilson dwa lata później. W 1917 r. Kongres ponownie uchwalił obowiązkowy literacy test dla obcokrajowców, a Wilson ponownie go nie podpisał. Tym razem jednak zwolennicy zaostrzenia polityki imigracyjnej zdołali odrzucić prezydenckie weto. W konsekwencji 3 lutego 1917 r. weszła w życie nowa ustawa imigracyjna, wprowadzająca dla obcokrajowców wymóg czytania i pisania. Odtąd każdy przybywający do USA musiał przeczytać fragment Biblii w języku ojczystym oraz własnoręcznie napisać kilka zdań.

Mimo spodziewanego ukrócenia imigracji z Europy Południowej i Wschodniej test się nie sprawdził. Po zakończeniu I wojny światowej liczba imigrantów ponownie przekroczyła milion. Amerykańskie gazety informowały zaś o specjalnych szkołach we Włoszech, które uczyły potencjalnych imigrantów czytania i pisania podstawowych zwrotów.

Kompleksowa reforma amerykańskiego prawa nastąpiła w latach 1921-1924, kiedy wprowadzono system kwot narodowościowych, faworyzujący mieszkańców Europy Zachodniej i Skandynawii. Wynikający z rasistowskich uprzedzeń system został zmieniony dopiero w 1965 r., kiedy z inicjatywy prezydenta Lyndona B. Johnsona uchwalono Immigration and Nationality Act of 1965. Nowa ustawa likwidowała preferencje narodowościowe i zakazywała dyskryminacji imigrantów ze względu na rasę, płeć czy pochodzenie narodowe.

Czego chce suweren

Jaki los czeka obecny projekt? Amerykańscy politycy zawsze dobrze wyczuwali nastroje swoich wyborców, a ci chcą szczelniejszych granic i zmniejszenia imigracji. Nie są to żądania jedynie sympatyków Partii Republikańskiej. Wygrana Donalda Trumpa była możliwa m.in. dzięki poparciu robotników i związkowców, którzy do tej pory wspierali Partię Demokratyczną. Mało ich przekonują powtarzane przez mainstreamowe media argumenty o Statui Wolności i amerykańskiej tradycji nakazującej przyjmować „biednych tłumy całe” z otwartymi rękami.

I nieważne, że gdyby proponowane zmiany funkcjonowały w przeszłości, większość przodków obecnej administracji – jak donoszą dziennikarze „Washington Post” – nie dostałaby się do USA. Łącznie z dziadkiem prezydenta Trumpa.

Wydanie: 33/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy