Dlaczego wrobiono „Gazetę Wyborczą”?

Dlaczego wrobiono „Gazetę Wyborczą”?

Nie ma gangu w Komendzie Głównej Policji. „Gazeta Wyborcza”, która napisała o tym na pierwszej stronie, musiała przeprosić czytelników i policję. Bo okazało się, że napisała nieprawdę. Dlaczego? Jej dziennikarze śledczy zawierzyli swoim informatorom, komendantowi wojewódzkiemu w Łodzi, Januszowi Tkaczykowi, i komendantowi CBŚ w Olsztynie, Janowi Markowskiemu. A oni „sprzedali” dziennikarzom „Wyborczej” nieprawdziwe informacje.
Mamy więc aferę, która wykracza poza ramy zwykłej prasowej wpadki. Obnaża mechanizmy funkcjonujące w świecie mediów i życia publicznego, o których do tej pory mówiono raczej półgębkiem.
Mechanizm pierwszy to związki informatora (w tym przypadku szefa łódzkiej policji) i dziennikarzy. One trwały od jakiegoś czasu, sama „Wyborcza” przyznała, że napisany parę miesięcy wcześniej artykuł o podejrzanych przetargach w Komendzie Głównej „Szare komórki do wynajęcia” również został przygotowany na podstawie informacji Tkaczyka. Cóż więc mamy –

symbiozę szefa policji i dziennikarzy.

On im dostarcza informacji, a oni to opisują, zażywając sławy gwiazd dziennikarstwa śledczego (choć śledztwo, jak z tego wynika, przeprowadził ktoś inny, a oni ładnie to spisali i „ubogacili”).
Czy taka symbioza to coś złego? Niekoniecznie. Teoretycznie można tłumaczyć ją w ten sposób: wysoki funkcjonariusz policji widzi aferę w swym otoczeniu, boi się, że „góra” ją zablokuje, więc nagłaśnia rzecz poprzez media. Ale przecież może być i druga strona medalu: funkcjonariusz, rękami dziennikarzy, dokonuje intrygi. Odpowiednio nagłośniona afera uderza w X-a, a nie w Y-ka, służy do rozgrywek, wykańczania wrogów. Poza tym wiąże dziennikarzy z informatorem – to on dostarcza im newsów, to jego będą na swoich łamach bronić i prezentować jego racje.
W ten sposób ważni policjanci, oficerowie służb specjalnych, a także PR-owcy, lobbyści (poczekajmy, aż zostanie ujawnione archiwum Dochnala…), biznesmeni i politycy, budują swoje „stajnie”. Niemal namacalnie o ich istnieniu możemy się przekonać, gdy po dymisji tego lub innego wysokiego funkcjonariusza – gaśnie zawodowa aktywność tej lub innej gwiazdy dziennikarstwa śledczego…
Afera z fałszywym artykułem odsłoniła nam więc kawałek polskiej rzeczywistości –

intrygantów na najwyższych stanowiskach,

wykorzystujących media. I media dające się wykorzystywać. To zresztą widzimy podczas relacji z Komisji Śledczej ds. Orlenu. Już parokrotnie, o czym mówią sami dziennikarze (szkoda, że tylko kolegom), „sprzedano” im kłamstwa, w sposób świadomy, dla politycznej gry.
Jak przed tym wszystkim się bronić?
Droga, którą poszła „Gazeta Wyborcza”, jest słuszna – trzeba ujawniać nazwiska intrygantów, którzy świadomie okłamują dziennikarzy. Owszem, media muszą chronić nazwiska informatorów, to jest abecadło zawodu. Ale nie może tak być, że pewni bezkarności mają być oszuści, którzy – licząc, że dziennikarz będzie chronił ich nazwiska – świadomie

przekazują informacje kłamliwe,

potrzebne do intryg. Tym sposobem manipulując mediami, opinią publiczną. „Gazeta” złamała więc środowiskowe tabu, ale w imię wyższej konieczności. Druga nauka z afery wynika z pierwszej – trzeba wyjaśnić kulisy prowokacji, dowiedzieć się, kto w co naprawdę grał.
No i rzecz trzecia – i redakcje, i dziennikarze śledczy muszą odbyć szczere rozmowy. Dziennikarze śledczy muszą sobie odpowiedzieć, dla kogo pracują – czy dla swoich redakcji, czy dla swoich informatorów. A redakcje muszą oswoić się z niemiłą prawdą – dziennikarstwo śledcze wymaga siwych włosów, wielkiego doświadczenia, wiedzy i znajomości. Po prostu porządnego warsztatu dziennikarskiego. Który pomaga omijać rafy.
Nieuniknione w tym zawodzie…

 

Wydanie: 23/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy