Bezdomni umierają samotnie

Bezdomni umierają samotnie

Nikt nawet nie wie, ilu ich jest. 40 czy 300 tysięcy?

Gdy temperatury spadły, zaczęła się wielka przeprowadzka bezdomnych z ulic, pustostanów i domków w ogródkach działkowych do kanałów ciepłowniczych i dworców. Nie wszyscy zdążyli. W sobotę i niedzielę,
19 i 20 grudnia, w Polsce zamarzły 42 osoby. To nasz dotychczasowy rekord, ale zima dopiero się zaczęła. Listopadowe i grudniowe mrozy spowodowały śmierć ok. 80 osób. W XXI w., w jedynym państwie Unii Europejskiej, które uniknęło kryzysu…
– Spadki temperatur to zagrożenie dla życia osób bezdomnych, samotnych, w podeszłym wieku – ostrzega Komenda Główna. Podinsp. Mariusz Sokołowski wzywa, by zawiadamiać policję o miejscu przebywania bezdomnych, bo to może uchronić ich przed śmiercią.

Na działkach nic się nie dzieje

Z dzielnicowymi z warszawskiej Pragi Północ, młodszymi aspirantami Katarzyną Nowosielską i Marcinem Zarzyckim, jedziemy na wieczorny patrol po wiślanym wale. Takie patrole sprawdzające, jak radzą sobie bezdomni, odbywają się co kilka dni. Policjanci uważnie obserwują z góry teren sąsiadującego z wałem ogrodu działkowego.
– Jak zobaczymy jakąś smugę dymu, będzie to znaczyło, że ktoś jest na działce i chce się jakoś ogrzać. Pójdziemy tam wtedy, żeby sprawdzić, czy nie dzieje mu się nic złego – mówi pani Kasia. Mroźne powietrze jest jednak czyste, nie ma żadnych śladów ludzkiej obecności.
Bezdomni lubią życie na działkach. Mieszka się w końcu w czymś, co jest niemal prawdziwym domem, można też skorzystać z warzyw sadzonych przez zapobiegliwych działkowiczów. Zimę jednak trudno tam przetrwać. Nie ma wody i prądu. Stale trzeba zbierać opał i pilnować ogniska rozpalonego we wnętrzu domku na podłodze czy w piecyku własnej roboty skleconym z cegieł. Jak się nie uważa czy zaśnie, zwłaszcza po użyciu różnych płynów, chwilowo rozgrzewających od wewnątrz, można pójść z dymem wraz z domkiem. Albo przeciwnie, zamarznąć i się nie obudzić. Mróz i ogień to zimą główne przyczyny zgonów bezdomnych. Nie można też wykluczyć, że jakiś działkowicz zechce zimą odwiedzić swój ogródek, a wtedy trzeba się ewakuować. Działkowcy raczej nie są agresywni wobec nieproszonych lokatorów, ale ich obecność oczywiście nie budzi zachwytu. – Jestem pełen szacunku i współczucia dla ludzi pozbawionych domu, jednak to państwo powinno się troszczyć o ich los. Altanki działkowe nie są przeznaczone do tego, by mieszkać w nich zimą. W ogrodach działkowych na zimę zakręca się wodę, wyłączane są też indywidualne punkty poboru prądu. Za zużywaną energię ktoś przecież musi płacić – mówi Eugeniusz Kondracki, prezes Polskiego Związku Działkowców.
Zimową mekką bezdomnych z warszawskiej Pragi są więc kanały, w których ułożono rury biegnące z elektrowni na Żeraniu. Trzy metry pod ziemią jest ciepło, wiadomo, że raczej się nie zamarznie i żaden właściciel nie przyjdzie z awanturą. Bezdomni chętnie wybierają też Centralny, najlepiej ogrzewany spośród stołecznych dworców. W dworcowych toaletach można się umyć, a jak człowiek zasłabnie, łatwiej uzyskać pomoc. Ale i łatwiej można zostać okradzionym, więc warto dobrze pilnować swych toreb. Kłopot też w tym, że po północy ochroniarze gonią z budynków dworcowych i przejść podziemnych. Trzeba iść daleko tunelami kolejowymi, a tam już jest ciemno i zimno. Z podobnych powodów odpada również metro, zamykane nocą.

Szkoła przetrwania

W miejscu, gdzie widać kilka włazów z odsuniętymi pokrywami, tętni naziemno-podziemne życie. Zatrzymujemy się przy mężczyźnie i kobiecie. Funkcjonariusze proszą o dowody osobiste, spisują personalia, robią zdjęcia. To rutynowa procedura. Można sprawdzić, czy wśród bezdomnych nie ukrywa się ktoś poszukiwany, a gdy jest zdjęcie, łatwiej odszukać bliskich, kiedy nastąpi zgon. Pan Józef ma 52 lata, przez wiele lat był maszynistą, pracował w lokomotywowni Korsze. Lokomotywownię zamknęli, stracił zajęcie, a że na Mazurach pracy nie ma, przyjechał do Warszawy. Tu trafiają mu się dorywcze zajęcia, ale z tego, co zarobi, nie wynajmie żadnej kwatery. – Ostatnio zbieram złom, raz się zarobi 5 zł dziennie, a raz nawet i 30. Wcześniej mieszkałem na działkach, ale tam nie było piecyka, więc na zimę idę do kanału – mówi. Pani Basia, jego towarzyszka, jest o trzy lata młodsza. Pracowała w małym prywatnym zakładzie, właściciel poszedł na emeryturę, zakład zamknął. – Zajmowałam pustostan w bloku, ale kilka tygodni temu przyszli właściciele i kazali się wynosić. A dużo wcześniej mieszkałam w Warszawie z mężem i dziećmi. Nie układało się, mąż parę razy mnie pobił, syn został narkomanem. Póki mogłam, płaciłam jego długi, ale wreszcie nie było z czego. Poszłam więc z domu. Mąż przygarnął sobie Rosjankę, syn z nimi pomieszkuje, a córka wyjechała do Londynu – opowiada pani Basia.
W sąsiednim włazie widać odblask światełka, słychać głosy. Policjanci chcą porozmawiać, namawiają do wyjścia, ale kobiecy głos informuje, że Wojtek złamał nogę i nie bardzo może chodzić. Gospodarze zapraszają więc do siebie. Na dole przy wielkiej rurze jest ciepło, kobieta na materacu ma tylko majtki i bluzkę, mężczyzna jest wprawdzie w spodniach od dresu, ale też nie potrzebuje swetra ani kurtki. Oboje mają chyba po ok. 50 lat, choć ocena wieku bywa myląca, bo każdy rok bezdomności sprawia, że wygląda się o trzy lata starzej. Po głosach słychać, że już trochę wypili. Świeczka się pali, gra radio na baterie, a w głębi kanału nawet cykają świerszcze, które też spędzają zimę w cieple. Przy rurze stoją dwie bańki z wodą i butla gazowa z palnikiem, ale mieszkańcy rzadko z niej korzystają, bo posiłek zawsze można dostać w jakiejś noclegowni czy jadłodajni dla ubogich prowadzonej przez zakony. Pan Wojtek już od ładnych kilku lat mieszka latem na ulicy, a zimą w kanałach. Zapewnia, że szczurów nie ma, bo koty je płoszą. Kiedy może, pracuje dorywczo, ale parę dni temu uszkodził nogę przy wywożeniu gruzu. Nie wiadomo, czy złamana, i tak musi czekać, aż wydobrzeje, bo trudno znaleźć przychodnię czy szpital, gdzie przyjmą bezdomnego bez ubezpieczenia. Mówi, że do noclegowni nigdy nie pójdzie. – Najbliżej mam do noclegowni na Skaryszewskiej, ale tam człowiek może dostać w brzuch, okradną go, a o 7 rano już każą wychodzić i wpuszczają dopiero wieczorem. W dodatku nie można tam nocować dłużej niż siedem nocy, potem wyrzucają – narzeka. Jego towarzyszka, pani Hania, ostatnio mieszkała w Pruszkowie, ale trudno było wytrzymać z rodziną i wyniosła się na działki. – Nie mieliśmy tam piecyka, więc jak przyszły chłody, przenieśliśmy się do kanału. To tylko na zimę, jak się ociepli, wrócimy.
Następny odsunięty właz i głosy pod ziemią. Funkcjonariusze znowu namawiają do wyjścia, panowie proszą o chwilę, żeby się ubrać. Wreszcie wychodzą, mieszkają we trzech. Wszyscy słusznego wzrostu, ale chudzi. Tu nikt nie ma brzucha. Bezdomność wyjątkowo sprzyja smukłej linii, choć każdy zapewnia, że jedzenia ma pod dostatkiem i nie marznie. Dwaj panowie mają już kilkunastoletni staż w kanałach, trzeci dołączył do nich przed niespełna rokiem, co widać, bo jeszcze wygląda i wypowiada się inaczej niż koledzy. Nowicjusz po rozwodzie przyjechał spod Gdańska. Jest murarzem, w Warszawie pracował na budowach. Stać go było na wynajmowanie pokoju, jakoś wiązał koniec z końcem, nawet zimą (wtedy zwykle zajmował się wykończeniówką). Dwa lata temu przyszedł jednak kryzys, wstrzymano wiele budów, pracy było coraz mniej, zabrakło pieniędzy, żeby mieszkać na kwaterze. – Ciągle szukam pracy, nawet pracowałem na dwóch budowach, jednak za każdym razem mnie oszukali, zapłacili grosze. Chodzę do pośredniaka, ale tam proponują mi zajęcia za kilkaset złotych miesięcznie, a pracować trzeba co najmniej osiem godzin dziennie. Nie utrzymam się za to, więc już wolę siedzieć tu. Jedyne, czego potrzebuję, to przyzwoitej pracy – zapewnia.
Jego kolega skarży się na przybyszów ze Wschodu, którzy przejmują na czarno najtańsze zajęcia. On sam nie może znaleźć zatrudnienia, bo po pierwsze, nie jest nigdzie zameldowany, a po drugie, był karany. Miał z bratem trzypokojowe mieszkanie po rodzicach, zamienili je na dwa mniejsze, dostał kawalerkę. Z zawodu jest introligatorem, ale z pracą zaczęło być krucho, przestał płacić czynsz, narastały zaległości. – Potem trafiłem do „sanatorium” za kradzieże. Po dwóch latach wyszedłem, na pożegnanie dostałem 300 zł, w sam raz, żeby sobie popić. Kawalerkę straciłem za niepłacony czynsz, wymeldowali mnie, dowód gdzieś zginął, nie miałem gdzie mieszkać, nie mogłem znaleźć pracy, więc trafiłem tu. Szukam jakiejkolwiek pracy, ostatnio próbowałem przy budowie stadionu, ale jak słyszą, że bez meldunku, bez dowodu i karany, to od razu dziękują – opowiada.
Kolejny kanał jest jeszcze pusty, ale z miasta wracają już z plastikowymi torbami jego lokatorzy, 57-letni pan Tadeusz z 45-letnią panią Urszulą. Pan Tadeusz jest ze wsi Stawiszyn (Ciechanowskie), wiele lat pracował w Ursusie, miał pokój w hotelu robotniczym, ale fabryka traktorów padła i do widzenia. Jego towarzyszka przyjechała z Małkini, mieszkała z rodziną, pracowała dorywczo, ale im była starsza, tym trudniej przychodziło jej znaleźć pracę. – Jak było mniej pieniędzy, to i w rodzinie zaczęło być gorzej. Córka wyjechała do Irlandii, syn ma już żonę i dzieci, jakoś się nie dogadywaliśmy, więc próbowałam szukać czegoś w Warszawie. Na razie jestem tu, ale myślę, że to tylko chwilowo.
Nadziei na to, że coś się zmieni, nie ma natomiast 52-letni pan Zdzisław, który wyjrzał właśnie z sąsiedniego włazu. Wychudzony, wygląda jak asceta, ale jest w dobrym humorze. Mówi, że już od młodości do pracy go nie ciągnęło, zwłaszcza że zawsze lubił trochę wypić, więc nie sądzi, by zmienił tryb życia. Z braku środków musi niekiedy sięgać po denaturat. – Jakoś nikt po nim nie ślepnie. Jak się go zmiesza z sokiem z czarnej porzeczki, to wchodzi całkiem dobrze – zapewnia.
Kilku mieszkańców kanałów niedawno było „na urlopie” – spędzili Wigilię i kilka następnych dni na Pradze, u sióstr od Matki Teresy z Kalkuty. Po tygodniu trzeba jednak było się wyprowadzić. Teraz ich najważniejszym celem jest przetrwać w niezłej kondycji do wiosny.
– Bardzo wielu warszawskich bezdomnych to przyjezdni. Czasami już nie chcą lub nie umieją żyć inaczej. Mieliśmy panią, która przy 20-stopniowym mrozie mieszkała na ławce. Nasi funkcjonariusze przyjeżdżali, zawozili ją do noclegowni, żeby nie zamarzła, a ona i tak wracała na tę ławkę – mówi podinsp. Jacek Margas z Komendy Policji Praga Północ.

Bezdomny się nie uchowa

Największa noclegownia nie tylko na Pradze, ale i w całej Warszawie to obiekt Monaru – Markotu przy Skaryszewskiej. Wychowawca Tomasz Ratajczyk potwierdza, że rzeczywiście po posiłku o 7 rano trzeba ją opuścić, choć są wyjątki – ci podopieczni, którzy jako wolontariusze chcą sprzątać i pomagać w noclegowni, mogą spędzać w niej cały czas: – To nie jest dom dziennego pobytu, lecz miejsce noclegu. Musimy posprzątać, zrobić porządek, przecież nocuje u nas po 300 osób. Wieczorem otwieramy od 19, wtedy można dostać ciepłą kolację. Obowiązuje rotacja – po siedmiu nocach u nas osoba bezdomna musi na dwa tygodnie przenieść się gdzie indziej. Chodzi o to, że chcemy pomagać jak największej liczbie potrzebujących.
Na Skaryszewskiej można przetrwać zimę, ale oczywiście bez luksusów. Sale mają po 25 łóżek, jedna, przeznaczona dla kobiet, jest obliczona aż na 40 łóżek. Zatłoczenie i duża liczba lokatorów powodują, że trzeba przestrzegać pewnych zasad. – Osoba, która do nas przychodzi, musi być w miarę trzeźwa. Jeśli nie jest – trzeźwieje sobie na korytarzu. Wewnątrz obowiązuje całkowity zakaz palenia i picia. Kto go złamie, jest natychmiast usuwany. Większość naszych gości miała lub ma problemy z alkoholem, więc jak nie piją, to chcą chociaż zapalić. Nie możemy jednak folgować, bo mamy tu za dużo ludzi i jak ktoś zaprószy ogień, może się zdarzyć nieszczęście – wyjaśnia Tomasz Ratajczyk. W salach jest monitoring, w razie jakiegoś konfliktu można szybko zareagować, choć siły nie są zbyt liczne – tylko trzech wychowawców na jednej zmianie. – Ktoś coś zdejmie z cudzego łóżka, położy się nie na swoim miejscu i konflikt gotowy. Czasem jeden drugiemu, niby koledze, robi takie rzeczy, że obcemu by nie zrobił – dodaje Tomasz Ratajczyk.
Niezamożna Praga jest warszawskim skupiskiem bezdomnych, ale poza kanałami i noclegowniami trudno ich tam teraz spotkać. W nocy na Pradze Północ prawie nie ma żywej duszy, na całej Stalowej i Czynszowej stoi tylko, coraz bardziej przechylony, pomnik praskiego pijaczka Gumy, któremu ktoś założył ciepłą czapkę na głowę.
– Tu, na Pradze, bezdomny się nie uchowa – mówią policjanci. Dla części mieszkańców Pragi bezdomni stanowili bowiem wymarzony obiekt dręczenia. Bardzo szybko opuścili więc praskie piwnice i rudery.

Byliśmy, jesteśmy, będziemy

W ponad 660 polskich noclegowniach jest miejsce dla prawie 23 tys. bezdomnych. Nie istnieją żadne dokładne statystyki mówiące o tym, ilu ludzi w Polsce nie ma dachu nad głową. Wiadomo, że od czasu planu Balcerowicza zjawisko bezdomności stało się znaczącym i trwałym elementem naszej rzeczywistości – i najprawdopodobniej nigdy już nie zniknie. Najistotniejszą przyczyną jest oczywiście bieda. Polska zawsze była uboższa niż Czechy, Słowacja czy Węgry, o krajach starej Unii już nie mówiąc. Nic tu się nie zmieniło i nie zmienia.
Jednakże, oprócz ludzi pozbawionych domu przez nasze reformy ekonomiczne, zawsze będzie jakiś odsetek tych, którzy z różnych powodów nie radzą sobie z podstawowymi wymogami, jakie niesie współczesne życie. Poziom zamożności nie ma tu znaczenia. W końcu także w Czechach, kraju bogatszym i stojącym na znacznie wyższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego niż my, istnieje zjawisko bezdomności, mające niekiedy tragiczny finał. Np. w mieście Frydek Mistek pod koniec grudnia znaleziono w kanale ciepłowniczym zwłoki dwóch bezdomnych, szczury i koty zdążyły mocno uszkodzić ciała.
W Danii obywatele już dawno umówili się, że bezdomność nie z własnej woli to hańba. Są tam więc doskonale wyposażone noclegownie z jednoosobowymi pokojami, salami gimnastycznymi i siłowniami. Wzięto też pod uwagę, że niektórym bezdomnym może nie odpowiadać pobyt w noclegowni. Dla nich wynajmuje się kawalerki (rodzinom – mieszkania wielopokojowe), gdzie pracownice pomocy społecznej przychodzą sprzątać i gotować, a czynsz płaci gmina. Lokatorzy to przeważnie prymitywni, zniszczeni wódką menele, którzy w życiu nie splamili się pracą i uważają, że cały ten socjal święcie im się należy. I mają rację, bo takie są właśnie reguły duńskiej umowy społecznej. A jeśli ktoś mimo wszystko woli żyć na ulicy ze swymi foliowymi torbami, to jego święte prawo, władza będzie tylko pilnować, by nic mu się nie stało. Dlatego więc na ulicach duńskich miast ciągle można spotkać bezdomnych. Kraje skandynawskie są jednak wyjątkiem pod względem systemu opieki społecznej. Już w berlińskich noclegowniach bezdomni mieszkają w pokojach najwyżej dwu- i trzyosobowych, nie pojedynczych.

Bezdomność i biurokracja

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej ocenia, że liczba trwale bezdomnych w Polsce mieści się w przedziale od 40 do 300 tys. osób. Trudno uzyskać bardziej precyzyjne dane dotyczące liczby bezdomnych, co, jak słusznie podkreśla resort, „wiąże się z ich częstym przemieszczaniem się”. Ministerstwo podjęło jednak działania w celu jednoznacznego ustalenia liczby bezdomnych. Dlatego też w resorcie powstał plan, by w 2009 r. zwrócić się do wszystkich wojewodów o przeprowadzenie w jednym, z góry określonym zimowym dniu badania, ilu noclegów udzielono we wszystkich noclegowniach na terenie każdego województwa. Niestety, wojewodowie nie zdołali się dogadać, który to ma być dzień, i badania nie przeprowadzono. Do niepowodzenia przyczyniło się i to, że, jak zauważa ministerstwo, „badanie wiąże się z dodatkowym wysiłkiem organizacyjnym i finansowym, którym zostaną obciążeni wojewodowie”. Zrozumiałe więc, że nie palą się oni do przeprowadzania obliczeń. Od samego liczenia pieniędzy zresztą nie przybędzie. Nasze noclegownie przędą zaś bardzo cienko.
„Ośrodki dla bezdomnych nie mają stałego finansowania, utrzymują się z dotacji, jakie otrzymają, mają okresowe kontrakty. Z reguły nie jest to stałe finansowanie. Utrzymanie ośrodków dla bezdomnych należy do ustawowych obowiązków gmin. Często jednak gminy są biedne i mają niewystarczającą ilość środków finansowych, aby utrzymać ośrodki”, stwierdza oficjalnie Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.
Porównanie najniżej szacowanej liczby bezdomnych i liczby miejsc w noclegowniach pokazuje, że prawie połowa ludzi bez dachu nad głową nie ma szans, by wynieść się z kanałów, działek i dworców. – W noclegowni trzeba być trzeźwym, co od razu eliminuje połowę chętnych. A dla reszty – miejsca jakoś się znajdą – życiowo zauważa dzielnicowy Marcin Zarzycki. Poza noclegami w kilkudziesięcioosobowych salach państwo polskie niewiele może jednak zaproponować ludziom, którzy chcieliby wyjść z bezdomności. Realizowany jest wprawdzie rządowy program „Powrót osób bezdomnych do społeczności”, lecz ma on niewielkie znaczenie praktyczne. W 2008 r. (danych za miniony rok jeszcze nie ma) udało się uzyskać od samorządów tylko 291 lokali socjalnych dla bezdomnych. A zdobycie mieszkania to dopiero początek. Lokatorów takich mieszkań trzeba regularnie kontrolować, pomagać w płaceniu czynszu i w załatwianiu codziennych spraw, bo inaczej wielu z nich szybko zmieni swe siedziby w ponure slamsy. Z regularnymi działaniami opiekuńczymi jest jednak trudno. Nie ma na nie pieniędzy, a prawdę mówiąc, także aprobaty społecznej. Ubogie i bynajmniej nie ożywiane duchem solidarności międzyludzkiej polskie społeczeństwo nie rozumie, dlaczego państwo ma pomagać ludziom, którzy po części sami są winni sytuacji, w jakiej się znaleźli, skoro nawet ci, którzy szanują pracę i piją niewiele, nie mogą często związać końca z końcem.
Programem „Powrót osób bezdomnych do społeczności” zostało objętych indywidualnie ponad 2,7 tys. bezdomnych. Nie bardzo jednak wiadomo, z jakim skutkiem. Resort pracy wprawdzie rozdziela w drodze konkursów pieniądze na najbardziej racjonalne przedsięwzięcia aktywizujące bezdomnych, lecz stroną praktyczną zajmują się ośrodki pomocy społecznej. Jednak i ośrodki pomocy nie mają informacji o efektach podejmowanych działań. Ostatecznymi realizatorami tych programów są bowiem organizacje społeczne i stowarzyszenia mające pomagać bezdomnym. O tym, co w istocie robią, można się dowiedzieć głównie ze sprawozdań tych organizacji, których nikt systematycznie nie konfrontuje z rzeczywistością. Ministerstwo Pracy nie wie zatem, jak organizacje pozarządowe wykorzystują przydzielane im pieniądze, ale nie ma co do tego większych złudzeń, zwłaszcza że procedury konkursowe są długotrwałe. „Nagrodzone podmioty są zmuszone do wydatkowania przyznanych im środków w bardzo krótkim czasie, nawet kilku dni, przez co realizacja przyjętych zobowiązań może być niemożliwa do wykonania, a środki finansowe mogą być wydane w sposób nieprzemyślany”, stwierdza Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Nie są to wprawdzie duże pieniądze – na cały program „Powrót osób bezdomnych do społeczności” mający obejmować, przypomnijmy, od 40 do 300 tys. ludzi, nasze państwo przeznacza rocznie zaledwie 5 mln zł, a w roku 2010 i następnych ta suma zostanie zapewne zmniejszona. Jednak i takie środki lepiej wykorzystywać z sensem, niż marnować.
Rzeczywiste pomaganie bezdomnym to praca żmudna, długotrwała i nieprzynosząca spektakularnych rezultatów. Towarzystwo Pomocy św. Brata Alberta, jedna z największych organizacji opiekujących się bezdomnymi, prowadzi 77 noclegowni w całej Polsce i stara się przywracać podopiecznych normalnemu życiu. Efekty? – w ciągu roku tylko 22 bezdomnych zawarło umowy o pracę (jak podaje oficjalne sprawozdanie tej organizacji). I nie wiadomo, na jak długo… A bez pracy nie ma mowy o wyjściu z bezdomności.

Rozwód, alkohol i bezrobocie

Teoretycznie zjawisko bezdomności mamy w Polsce rozpracowane bardzo dobrze. Zajmują się nim dziesiątki badaczy. Wiemy zatem dokładnie, dzięki badaniom dr Małgorzaty Dudy z Papieskiej Akademii Teologicznej, jakie są przyczyny bezdomności w Polsce (ramka s. 19). Prof. Danuta Piekut-Brodzka z Akademii Pedagogiki Specjalnej stwierdziła, że wśród rodzin pochodzenia bezdomnych blisko dwukrotnie częściej niż przeciętnie w kraju występowały rodziny niepełne, dwuipółkrotnie częściej rodziny wielodzietne, w ok. 60% występował alkoholizm, a w co czwartej karalność sądowa. W większości rodzin panowała trudna sytuacja materialna. Analizując odpowiedzi bezdomnych określające atmosferę najczęściej panującą w domu rodzinnym, stwierdzono 60-80% wskazań świadczących o negatywnej atmosferze i postawach wychowawczych rodziców. Większość rodziców, jeżeli wychowywała, to preferowała kary.
Ks. prof. Jan Śledzianowski z Akademii Świętokrzyskiej zbadał ze swymi magistrantami stan zdrowia 1525 bezdomnych z noclegowni w 13 województwach – i dokonał odkrycia, że nie są to ludzie zdrowi. Cierpią oni, wedle częstotliwości występowania, na choroby narządów ruchu, układu krążenia, dróg oddechowych, choroby psychiczne i neurologiczne, choroby przewodu pokarmowego oraz alkoholizm. Wedle ich własnych opinii, bezdomnymi stali się głównie z powodu rozpadu małżeństwa, utraty pracy, alkoholizmu, wykwaterowania i eksmisji, choroby, osobistych bezmyślnych decyzji, bezprawia, jakiego padli ofiarą. Z tych zaś najważniejsze są trzy – rozwód, alkoholizm i bezrobocie.
W życiu polskich bezdomnych nie ma niestety wiary, nadziei i miłości. Jest bieda, brak perspektyw i często tragiczny koniec. Ich los budzi werbalne głównie zainteresowanie naszych elit władzy, czemu w końcu trudno się dziwić, gdyż nie jest to ani produktywna część społeczeństwa, ani potencjalny elektorat. I można być prawie pewnym, że za kilkadziesiąt lat tak samo jak dziś będziemy dowiadywać się o dziesiątkach bezdomnych zamarzających lub ginących w pożarach. Bo niby dlaczego miałoby być inaczej?

Tam już nie karmią
W listopadzie zamknięty został bar św. Marta, wydający darmowe posiłki dla najuboższych, który działał niedaleko warszawskiego Dworca Centralnego przy ul. Emilii Plater. Nie zauważyły tego oficjalne strony internetowe dzielnic Śródmieście i Ursus ani baza organizacji pozarządowych zajmujących się pomocą społeczną. Tam bar ten wciąż funkcjonuje. Bezdomni i najubożsi wprawdzie z internetu raczej nie korzystają, ale może warto byłoby podawać informacje aktualne i prawdziwe.

Wydanie: 2/2010

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy