Epidemia w domu kombatanta

Epidemia w domu kombatanta

Niniejsza opowieść to historia koronawirusa w jednym z największych DPS-ów w Polsce, jedynym do tej pory, z którego ewakuowano wszystkich mieszkańców.

W Domu Pomocy Społecznej „Kombatant” w Zielonej Górze przebywa ponad 170 pensjonariuszy. W połowie 2020 r. ujawnił się tam szeroko opisywany w mediach konflikt wewnątrz załogi. Na domiar złego 24 września w placówce pojawił się koronawirus, który stał się przyczynkiem kolejnych ataków medialnych na dyrekcję DPS-u. W ciągu tygodnia chorowało już ponad 60 pensjonariuszy, a ponad 60% załogi znalazło się na kwarantannie lub na zwolnieniach lekarskich. Z każdym dniem nasilały się też ataki dziennikarzy. 30 września dyrektor DPS-u, nie wytrzymując medialnej nagonki, w środku pandemii złożył rezygnację. Ponieważ ustawa wymaga, by dyrektorem DPS-u była osoba po specjalistycznych studiach, a takie wykształcenie miał tylko dyrektor MOPS dr Mieczysław Jerulank, objął on awaryjnie kierownictwo placówki. Do pomocy zgłosiła się wiceprezydent Wioleta Haręźlak, osoba z grupy najwyższego ryzyka, po przejściach onkologicznych. Jako wolontariusz zameldował się radny miejski Andrzej Brachmański – poseł SLD trzech kadencji, były wiceminister spraw wewnętrznych i administracji. Opowiada nam, jak w trakcie pandemii pustoszał DPS „Kombatant”.

***

Na początku września 2020 r. w Zielonej Górze rozpętała się medialna, a potem polityczna burza wokół Domu Pomocy Społecznej „Kombatant”. Opiekun 93-letniej pensjonariuszki oskarżył władze DPS o zaniedbania, które doprowadziły do jej śmierci. Sprawą zajęła się prokuratura, a „Gazeta Wyborcza” i lokalni politycy PO, z marszałek województwa na czele, wykorzystali zdarzenie do potężnych ataków na wywodzącego się z lewicy prezydenta miasta. Zwołano nadzwyczajną sesję Rady Miasta, konferencja prasowa goniła konferencję. W takiej atmosferze w DPS pojawił się wirus SARS-CoV-2, co tylko wzmogło ataki na prezydenta i dyrekcję placówki. Pierwszy zakażony został zdiagnozowany 24 września. Siedem dni później dyrektor złożył rezygnację, nie wytrzymując medialnej nagonki. DPS został bez dyrekcji, a w całym mieście było tylko dwóch ludzi, którzy mogli objąć to stanowisko. Ustawa wymaga bowiem, by dyrektor DPS miał specjalistyczne studia z zakresu opieki społecznej (choć dyrektor szpitala nie musi mieć studiów medycznych). W tej sytuacji prezydent miasta zdecydował się czasowo oddelegować posiadającego te kwalifikacje dyrektora MOPS, a do pomocy zgłosiła się spontanicznie dyrektor Departamentu Edukacji i Spraw Społecznych Wioleta Haręźlak, której lista chorób współistniejących jest ogromnie długa. Za żadne skarby nie dała się odwieść od decyzji o pomocy. 1 października zamknęła się w DPS, w którym w tym momencie zarażonych było 36 pensjonariuszy i 13 pracowników, a co najmniej połowa załogi uciekła na L-4. Takie jest tło tej historii.

Kiedy w czwartek 1 października usłyszałem, że Wiola zamknie się w „Kombatancie”, pomyślałem, że i ja powinienem tam pójść. Trochę się znamy, może moja obecność jej pomoże. Nie była to starannie przemyślana decyzja, lecz odruch. Nikomu z rodziny o tym nie powiedziałem, bałem się, że będą mnie odwodzić od tego postanowienia. Znajomym też się nie przyznałem, żeby na mój widok nie pukali się w czoło. Ale dzięki temu mogę opisać, jak sprawy wyglądały od środka.

Wieczorem spakowałem walizkę. Na 14 dni. Ciuchy, kosmetyki i karty. Wiola lubi grać w remika, może wieczorem zagramy…

Piątek od rana – czekanie. Najpierw godzinę na badania, by dowiedzieć się, czy nie jestem zarażony. Potem na wyniki. Dokładnie o godz. 17.30 wchodzę do DPS. O godzinę mijam się z prezydentem Januszem Kubickim, który spędził tu ostatnie 48 godzin, osobiście rozpoznając sytuację. Nie konferencja prasowa, lecz osobiste zaangażowanie.

– Wreszcie – rzuca Wiola. – Tu masz kombinezon, maski, rękawice. Przebieraj się, idziemy rozdawać kolację.

Nic trudnego. Wchodzisz do pokoju, stawiasz porcje na stole, życzysz smacznego – pomyślałem.

Ciągniemy wózek z jedzeniem na blok C. Ulubiony blok Wioli.

– Chodź, poznam cię z panem Kazimierzem. To mój ulubieniec.

Pan Kazimierz. 101 lat. Pułkownik Wojska Polskiego, weteran II wojny, 70 lat służby. Leży, ale ma pełny kontakt z światem. Wiola zagaduje, życzy smacznego. Zostawiamy porcję i dalej.

Następny pokój.

– Tu musisz karmić.

Pani Ela leży od miesięcy, żadnego kontaktu. Rozglądam się: jest jakiś śliniak. Podkładam pod szyję i zaczynam karmienie. Nie jest źle. Staruszka je, ale bardzo powoli. Każdy kęs to minuta. Mniej więcej po pół godzinie kończę. Przez otwarte drzwi widzę, jak Wiola karmi inną staruszkę. Chyba w jeszcze gorszym stanie. Oczy w suficie, a Wiola cierpliwie próbuje ją namówić do otwarcia buzi.

– Czego się gapisz, karm następnego – rzuca ostro.

Podchodzę do wózka i biorę kolejna porcję. Tym razem pan Edward. Kontaktowy. Je ładnie, dużo pije. Trzy razy gonię za wózkiem, by uzupełnić kubek z herbatą. Wszyscy z ekipy – jeszcze ich nie rozpoznaję –mają to samo. Tam, gdzie mieszkańcy są samodzielni, zostawiamy porcje, ale tak na oko jedna trzecia to osoby niesamodzielne, wymagające karmienia. Wysoki chłopak, trudno określić wiek, karmi panią Kamilę, jak czytam z wizytówki na drzwiach. Mam chwilę na podziwianie jego wysiłków, bo pani Kamila co rusz stara się wytrącić mu łyżkę z ręki. Wiola skończyła swoje i rozdaje następne zadania: – Ty karmisz pana Józefa, a Arek panią Jadwigę.

Kolacja trwała dwie i pół godziny. Schodzę do kuchni. Zmieniam kombinezon, po raz kolejny rękawiczki (zmieniamy je po każdym wyjściu z pokoju), maseczkę. Dopiero teraz poznaję resztę ekipy zarządzającej. Jest Mietek – rzucony tu na głęboką wodę nowy dyrektor domu, jest Roman – szef chłopaków z Caritasu, Iza – księgowa i Krzysiek – kierownik techniczny. Iza i Krzysiek to jedyne osoby z administracji, które pozostały w domu. Reszta w izolacji, na kwarantannie lub na L-4. Zresztą Iza i Krzysiek też formalnie są na kwarantannie. Tyle że jako miejsce kwarantanny wybrali DPS. To jedyne osoby, które mogą podpowiedzieć Wioli, co i jak. Bo nie ma co ukrywać – to ona tu rozdaje karty, zarządza, gani i chwali. Bez jej energii już dawno wszystko by się posypało. To jej osoba powoduje, że tu jesteśmy, to jej osoba dała załodze wiarę, że miasto nie porzuciło DPS, a wręcz odwrotnie.

Dla nas dzień się skończył. Ale nie dla personelu pracującego z pensjonariuszami. Tam gdzieś, na blokach, ciągle pracują pielęgniarki, opiekunki, pokojowe. Nie wiem, czy liczba mnoga jest właściwa. Na noc została jedna pielęgniarka i dwie opiekunki. Na 171 pensjonariuszy! Nie wiemy, co będzie jutro. Ilu ludzi stawi się do pracy? Większość pokojowych, opiekunek i pielęgniarek już ma zarządzoną kwarantannę. Ale część z nich – tak jak Iza i Krzysiek – też jest na kwarantannie w miejscu pracy. Nocują w wynajętym przez miasto domku i są przewożone „dedykowanym transportem”. Ile z nich przyjedzie rano? Ośmiu wolontariuszy z Caritasu na pewno. Ale kto jeszcze? Rano sanepid pobrał wymazy, jutro będą wyniki. Kto jeszcze wypadnie?

– Na pewno będzie Dorota. To wspaniała dziewczyna – Wiola jest pełna podziwu dla tej opiekunki – z nią na pewno będą jeszcze jej koleżanki.

Godz. 22. Za wcześnie na sen. Rozmawiam z pracownikami, którzy zostali na noc i próbuję się lepiej zorientować, co naprawdę dzieje się w DPS. Tak, jest potężny konflikt między członkami załogi. Kilku ludzi sprzedaje mediom spreparowane informacje. Moi rozmówcy wiedzą, kto to, i są na nich wściekli. Gdy ci ciężko tu harują, tamci siedzą w domu i operując kłamstwem oraz półprawdami, sprzedają mediom nieprawdziwy obraz DPS. A media i portale społecznościowe łykają to jak gęsi groch.

Jedna z dziewczyn wścieka się: – Tak im dobro mieszkańców leży na sercu, że teraz, gdy naprawdę potrzebujemy pomocy, żadnego z nich nie ma. Siedzą i na Facebooku wypisują głupoty, ale tu żaden nie przyszedł. A chłopcy z Caritasu na fejsie nie siedzą, tylko pracują. I to jak pracują!

Kiedy zasypiam, wiem jedno: medialny szum wokół DPS tylko pogłębił konflikty w załodze i w momencie, gdy nadszedł COVID, nie wszystkie ręce chciały zostać na tym pokładzie. Bo w DPS mamy już dwie epidemie: epidemię koronawirusa i epidemię zwolnień lekarskich. W piątkowy wieczór 2 października do pracy na trzech zmianach teoretycznie jest gotowych 28 osób ze 126-osobowej załogi.

Kładę się w gabinecie dyrektora. To będzie moja sypialnia przez najbliższe dni.

——————————————————————————————————————-

Sobota. Budzę się kilka minut po szóstej. Szybka toaleta, wskok w kombinezon i na stołówkę. Wiola już tu jest. Rozdziela zadania, ustawia załogę do karmienia. Na blokach dziewczyny rozdają leki, przewijają, myją. Pewnie mają ze cztery razy tylu podopiecznych, co zwykle. Już nie ma czasu, by panią Anielę dokładnie uczesać, a pani Bożenie pomalować paznokcie, choć domaga się tego od tygodnia. Tylko niezbędne zabiegi.

Kilka minut po siódmej ruszamy. Znów wczorajszy rytuał. Tym razem zaczynam karmienie od pani Grażyny. Pani Grażyna jest leżąca i nie kontaktuje. Ale na widok każdej łyżki jedzenia krzyczy: – Nie, nie, nie chcę. I to głosem tak przejmującym, że aż ciarki chodzą po plecach. I macha rękami. Trzeba więc tak lawirować łyżką, by ominąć machające ręce. Na szczęście, gdy łyżka dotyka ust, pani Grażyna otwiera buzię i ładnie przełyka. Trwa to w miarę szybko. Gorzej jest z panią Jolą. Ona dostaje miks, czyli zmiksowaną papkę lub kanapki ze zmiksowanym dodatkiem. Trzeba te kanapeczki podzielić na cząstki i powoli wkładać do buzi. Pani Jola żuje każdy kawałek. Trwa to w nieskończoność.

Ten rytuał przechodzi każdy z ekipy. Jeśli trafi się jedzący samodzielnie, to spoko. Zostawia się jedzenie i śmiga dalej. Jak trzeba karmić, to się karmi. Wiola podjęła się najtrudniejszego karmienia na naszym bloku – panią Adelę trzeba karmić strzykawką. Więc od kilku dni przy każdym posiłku Wiola siada obok, nabiera płyn do strzykawki i wykorzystując fakt, że pani Adela ma szczerbę w dolnym uzębieniu przez strzykawkę podaje jej płyn. Nie wyobraża sobie, by Adelę mógł karmić jakiś inny wolontariusz.

Około wpół do dziewiątej jest czas na śniadanie dla personelu. Dopiero teraz można zobaczyć twarze, bo ludzie rozsiedli się w stołówce i zdjęli maski. Nie ma tu młodych. Jak kilka dni później powie mi dyrektor innego DPS: – Personel w domach opieki społecznej jest niewiele młodszy od pensjonariuszy.

Są wolontariusze Caritasu. Ośmiu chłopaków w bliżej nieokreślonym wieku – między 25. a 50. rokiem życia. Twarze zniszczone, widać, że niejedno przeszli w życiu. Jest czas, by chwilę porozmawiać z ich opiekunem Romanem.

– To wszystko chłopy z prowadzonego przeze mnie domu dla bezdomnych mężczyzn, są w trakcie terapii odwykowej. Przyszliśmy tu w miniony poniedziałek. Mieliśmy tylko pomóc w utrzymaniu czystości. Szybko okazało się, że to fikcja, że z powodu wypadania opiekunek, które sanepid skierował na kwarantannę lub które poszły na L-4, trzeba pomóc przy przewijaniu, myciu, zmienianiu pampersów. Powiedziałem chłopcom – kto chce, może wracać do domu. Zostali wszyscy. W dzień pracujemy tutaj, śpimy w miejscu wynajętym przez miasto, by nie wracać do schroniska i nie stwarzać tam problemów. Jak dotąd wypadł tylko jeden – złapał wirusa i jest w izolacji. Reszta, jak widzisz.

W tym momencie wstaje Arek i woła z daleka: – Szefie, idziemy zmieniać pampersiki.

Arek jest ulubieńcem pozostałych na miejscu opiekunek. Robi wszystko, podejmie się wszystkiego, a przy tym jest uśmiechnięty, skory do żartów. Przeciwieństwo Janka, który też żadnej roboty się nie boi, ale ponoć wszystko robi z kamienną twarzą. Że to nieprawda, zobaczę za dwa dni, kiedy przypadkowo wejdę do pokoju, gdy sprząta u pani Zosi. Zagaduje do niej, rzuca bon motami, a pani Zosia jest wpatrzona w niego jak w jasnogórski obrazek.

Wracam do gabinetu i zastaję Wiolę ze łzami w oczach: – Patrz, co oni mi robią!

Pokazuje ekran smartfona. A tam info, że wiceprzewodniczący sejmiku, bez uzgodnienia z nią, postanowił zwołać sesję nadzwyczajną sejmiku w sprawie DPS, bo taki jest wniosek Platformy. (Wiola jest przewodniczącą sejmiku, niedawno opuściła koalicję, przechodząc do ugrupowania Bezpartyjnych Samorządowców). Wiceprzewodniczący Marcinkiewicz, też z Platformy, doskonale wie, że Wiola siedzi w DPS i w żaden sposób go nie opuści do poniedziałku, wiec pewnie chętnie by podyskutował o placówce bez osoby znającej realia od wewnątrz.

– Cóż, Wiola, sk… na tym świecie nie brakuje. Ty tu ryzykujesz własnym życiem, a oni urządzają sobie polityczną hucpę, bo przecież bez twojej zgody on nie może zwołać sesji. Dałaś taką zgodę?

– Nie, zrobił to za moimi plecami. Chodź, zapalimy.

Wychodzimy do kuchenki, przy oknie Wiola zaciąga się raz i drugi, uspokaja się. – Pies im mordę lizał, robimy swoje. Ilu ludzi z DPS może jutro przyjść do pracy?

Długo zwlekam z odpowiedzią: – Jeśli pielęgniarki i opiekunki, które są teraz na dyżurze, nie zgodzą się zostać na noc, nie mamy w nocy żadnej pielęgniarki, a jedyną opiekunką, jaka na pewno będzie, jest Swieta. Reszta ma wirusa, kwarantannę lub zwolnienia. W dodatku po śniadaniu okazało się, że Iza też ma koronę i już zjeżdża do domu. Z administracji został tylko Krzysiek.

– Niech dyrektor pisze do wojewody. Wiem, że rozważają ewakuację. Samymi chłopakami z Caritasu nie obsłużymy podopiecznych.

Karmienie południowe. Znów jedziemy. Opiekunka jako szefowa grupy i wolontariusze. Na bloku C nie ma opiekunki, ale Wiola na szczęście już zna pensjonariuszy, na A też nie ma opiekunki, ale Swieta, opiekunka z B, ogarnia sprawnie dwa bloki.

Wczoraj sanepid robił wymazy, dziś po południu zaczynają spływać wyniki. Telefonicznie. Sęk w tym, że dyrektor, który je otrzymuje, pisze jak kura pazurem i ma niemałe trudności z późniejszym ich przeczytaniem. Podobno sanepid nie może ich nam przesłać mejlowo, bo… RODO. Dopiero późnym wieczorem, po długich negocjacjach i rozmowach prowadzonych podniesionym głosem, otrzymujemy listę. Kurka wodna, ponad 30 nowych zakażeń wśród pensjonariuszy, jeszcze nie wiadomo, ile wśród personelu.

Kolacje rozdajemy jeszcze w tym samym składzie. Ale gdy wózki zjeżdżają, przychodzi Krzysiek i melduje: – Zostaliśmy bez kuchni. Cała kuchnia jest zakażona i idzie do izolatorium.

Na szczęście pielęgniarki i opiekunki, które weszły rano, zostają na noc. Same z siebie, bez jakichś namów. Te dziewczyny wiedzą, że są ostatnimi na pokładzie. Ania, Beata, Dorota, Edyta, Daria, Ewa, Marzena – nie wiem, czy zapamiętałem imiona wszystkich tych wspaniałych kobiet.

Telefony grzeją się cały czas. Nasz Wydział Zarządzania Kryzysowego obsługuje nas, jak może. Transport personelu do miejsca nocowania, dostarczanie środków ochrony osobistej (a idą ich ogromne ilości), koordynacja cateringu i dziesiątki innych rzeczy. Waldek Michałowski, Darek Mach, Andrzej Gedrange i pewnie wielu, których nie znam z nazwiska, reagują na nasze potrzeby natychmiast. Ale ciągle coś wyskakuje. Pracownica jedzie do miejsca zakwaterowania. Gdy jest w drodze, dowiadujemy się, że właśnie przyszedł jej wynik – pozytywny. Kierowca, gdy o tym informujemy, odmawia przewiezienia kolejnych zakażonych pracowników do izolatorium. Skąd wziąć samochód, kto się nie przestraszy i usiądzie za kierownicą? Strach ma wielkie oczy, wielu się zachowuje tak, jakby to nie wirus SARS-CoV 2, przed którym można się zabezpieczyć, tylko wirus średniowiecznej dżumy. W tym zamieszaniu ludzie popełniają błędy, których naprawianie trwa czasem pięć minut, czasem godzinę.

Chłopaki z Caritasu pojechali, Wiola poszła spać. Na blokach zostały dziewczyny, z przodu nas trzech facetów. Już wiemy, że będzie ewakuacja. Ale nie znamy żadnych szczegółów. Nikt się nie kontaktował z nami w tej sprawie. Racjonalnie najpierw byłoby ewakuować zdrowych, bo szybciej, a potem zarażonych, których mamy już ponad 60.

W nocy robimy wykazy pensjonariuszy. Kto zarażony, a kto ma wynik ujemny. Blokami, piętrami, pokojami. Nie wiemy, gdzie takie wykazy mogą być, więc Krzysiek sfotografował tablicę chorych i teraz ręcznie robimy wykaz. Gdyby była kadrowa, pewnie poszłoby błyskawicznie, ale ona na kwarantannie.

Późnym wieczorem dzwoni córka. Nie przyznaję się, gdzie jestem. Po co ma się denerwować.

————————————————————————————————————-

Niedziela. Wstajemy z Krzyśkiem wcześniej. Teraz on stanowi załogę kuchni, a ja jestem jego pomocnikiem. Cała nasza wiedza o kuchni to tyle, ile przekazała nam przez telefon kucharka. Niby proste, ale dziewczyna powiedziała, że woda na herbatę gotuje się 20 minut. A tu mija godzina i ciągle nie wrze… Dobrze, że gdy przyjeżdża catering, ma opisane poszczególne bloki. Z małym opóźnieniem (Wiola zgrzyta na nas zębami) śniadanie wyjeżdża. Ale obsługę stanowią już sami wolontariusze.

W całym DPS została jedna pielęgniarka – szefowa grupy, która właśnie wróciła z L-4, jedna opiekunka, dwie pokojowe, jeden pracownik administracji, 11 wolontariuszy. I ponad 170 pensjonariuszy.

Pokojowe przejmują funkcję opiekunek, chłopaki z Caritasu są już niczym etatowe opiekunki. Ale jak długo tak pociągniemy? W dodatku doszło do jakiegoś silnego zgrzytu w grupie pielęgniarek. Jeszcze nie wiem, o co chodzi, ale wygląda to bardzo nieciekawie.

Za oknem rozbija się wojsko. Czekamy, aż pojawi się dowódca, uczyli mnie bowiem, że jak się wykonuje operację, w której biorą udział dwie strony, to przeprowadza się uzgodnienia. Nie doczekamy się takiej wizyty nigdy.

W holu pojawia się grupa terytorialsów. Ppor. Stojanowski niski, okrąglutki, zyskuje u nas ksywę Szwejk, oraz ósemka jego podkomendnych. Magda, Karolina, Dorota, Artur, Krzysztof, Darek i pozostali od razu zyskują naszą sympatię. Bez zbędnych słów włączają się do pomocy. Czekając na operację „ewakuacja”, a potem w jej przerwach pomagają w karmieniu, przewijaniu, zajmują się pensjonariuszami. Kilka par rąk więcej do pracy, w dodatku niezwykle sympatycznych, w tej sytuacji są jak brygada Blüchera przybywająca z odsieczą Wellingtonowi.

W tym czasie samozwańczo dowództwo kuchni obejmuje Dawid z Caritasu.

– W wojsku, w Stargardzie, byłem kucharzem. Wiem, co i jak. Macie tylko robić, co wam każę.

Dawid jest przesympatycznym człowiekiem z powichrowanym życiorysem. Przygotowując obiad, rozmawiamy o alkoholu, który mu towarzyszył przez lata, o straconej rodzinie, o terapii w domu dla samotnych mężczyzn.

Aż miło patrzeć, jak pracuje. Systematycznie, czyściutko, skrupulatnie. Dawid wie, jak tu należy funkcjonować. Pokazuje mi, jak obsługiwać wyparzarkę, gdzie stawiać jakie naczynia, jakich kranów i węży używać do zmycia podłogi. Do ostatniego posiłku kuchnia będzie jego, a my z Krzyśkiem pomagamy mu na zmywaku.

Uzgodnienia co do ewakuacji nie będzie. Wojsko wie lepiej i już! Przekazują nam, że w pierwszej kolejności jadą chorzy covidowi do Gorzowa, że każdy ma mieć ze sobą dokumentację medyczną i zapas leków oraz minimalny zapas ubrań. Co to znaczy? Porucznik wzrusza ramionami: – Przekazali „minimalny”, to przekazuję.

Pielęgniarka i opiekunki przygotowują chorych do transportu, dyrektor z opiekunką bierze na siebie dopilnowanie, by każdy wyjechał z dokumentacją i lekami. Leki są przygotowane w specjalnych pudełkach, Siedem dni, trzy razy dziennie. Każda porcja to oddzielna przegródka. Chyba tam w Gorzowie każdy się zorientuje, co i jak. Kilkanaście minut przed rozpoczęciem ewakuacji pan porucznik przekazuje, że wojsko życzy sobie, by każdy chory miał na ręku opaskę. Kurczę pieczone, skąd tu nagle wziąć 170 opasek. Ale znów nasz Wydział Zarzadzania Kryzysowego staje na wysokości zadania. Za 40 minut opaski są. Skąd? Konrad wpadł na genialny pomysł – ściągnął opaski z koszykarskiego Stelmetu, gdzie używa się ich do znakowania vipów. Są jak znalazł.

Około godz. 15 rusza pierwszy transport. Porucznik wysyła grupę po chorego, żołnierki i żołnierze przywożą go na łóżku transportowym, po czym w głównym korytarzu, gdzie krzyżują się wszystkie drogi: wejście do stołówki, biur, pomieszczeń socjalnych i gospodarczych, chory leży co najmniej kilka minut, zanim trafi do karetki.

Po chwili wpada Swieta i ruga mnie, choć uprzejmie, dobrą polszczyzną z ukraińskim, śpiewnym akcentem: – Pan Andrzej, kto to wymyślił, żeby najpierw chorych wywozić. Przecież ci, co ich wywożą, najpierw wchodzą do zarażonych, a potem będą wchodzili do zdrowych! I kto to widział, by wywozić ich korytarzem, przez który wszyscy musimy chodzić. Oni tu rozsiewają zarazki, a my po tych pomieszczeniach się przemieszczamy do zdrowych. Oni powinni być wywożeni wyjściami ewakuacyjnymi Pan Andrzej, to głupota.

Swieta wie, co mówi. Tak naprawdę ma największe doświadczenie spośród z nas wszystkich w budynku. 20 lat pracowała w szpitalu zakaźnym, kilka lat była naczelną pielęgniarką. Wzruszam ramionami: – Swieta, wojsko tak zarządziło, nie pytając nas o zdanie, a sanepid zaklepał. Wiesz co to znaczy, jak wojsko coś zarządza?

– Wychowałam się w Związku Radzieckim, wiem – macha ręką i idzie na swój blok.

Kolacja. Z reguły do wózka z jedzeniem jest od czterech do sześciu osób. Teraz z trudem udaje się skompletować dwuosobowe zespoły. Trafiam na blok D razem z Władkiem z Caritasu. Władek już zna ten blok i to on dowodzi. Pierwsze pokoje to chodzący. Pani Krzysia mówi, że nie chce kolacji, ale udaje się ją przekonać, żeby wzięła porcję, bo może zje później. Za to pan Adam, bez obu nóg, na wózku, którego pasją jest muzyka, lubi pograć na keyboardzie stojącym w pokoju i nie przepuści żadnego koncertu symfonicznego w radiu, chętnie przyjmuje podwójną porcję. Władek mruga do mnie: – Pan Adam lubi zjeść.

Telefon, muszę wracać na portiernię, a potem zagaduję się z Krzysztofem. W tym czasie Władek wraca z D i opieprza mnie uprzejmie, lecz stanowczo: – Chłopie, zapomniałeś o izolatkach. Dobrze, że zajrzałem. Spuszczam głowę. Co mam powiedzieć?

Wiola wraca z C, gdzie znów karmiła strzykawką. Wygląda kiepsko. Bardzo kiepsko.

– Wiolka, powinnaś pojechać do domu i już tu nie wracać. Jesteś co najmniej przeziębiona, po co ryzykujesz?

Zdaje się, że zrobiłem sobie wroga na całe życie.

Wiola jest jak ten kapitan, co z okrętu schodzi ostatni. Nie odpuszcza. Wszędzie jej pełno. Jedynie do kuchni już nie zagląda, bo wie, że tam rządzi Daniel. Ale jak dobry dowódca przepytuje nas co chwila: kombinezony są? Kto będzie jutro pracował? Jedzenie zamówione? Woda dostarczona? Biada, gdyby ktoś był bez kombinezonu, rękawiczek lub na chwilę zdjął maseczkę, choćby tylko z nosa.

Przychodzi pani Agnieszka – jedyna w tej chwili pielęgniarka.

– Kto będzie na nocnym dyżurze?

– Nie ma nikogo. Ja zostanę. Ale proszę zadzwonić do doktora Górskiego. Musimy mieć jutro jakiegoś lekarza. Może coś załatwi.

Dzwonię.

– OK, będę jutro z kolegą ratownikiem. Pomożemy.

– Pani Agnieszko, a opiekunki?

– Na pewno będzie Swietłana.

Swietłana, to imię pada często. Swietłana jest na dyżurze już prawie 100 godzin. Siedzi tu, zdaje się od czwartku, i nie wychodzi. Śpi w dyżurce między godz. 24 a 5 rano, jak zając pod miedzą. I się nie skarży. Pracuje na swoim bloku i sąsiednim. I się nie skarży. – Pani Wioleta, przecież tak trzeba, ci staruszkowie to prawie jak moja rodzina. Jak mogłabym ich opuścić, kiedy wiem, że nikt nie może lub nie chce mnie zastąpić. Pani Wioleta, pani się nie martwi, damy radę – powie któregoś dnia Wioli, gdy ta potwornie zmęczona usiądzie w fotelu i obserwując ewakuację, zapyta siedzących nas wokół, ile jeszcze wytrzymamy.

Chorzy wyjeżdżają powoli. Widać, że są oszołomieni. To dla nich nowa sytuacja. Bardzo stresująca. Ktoś płacze, ktoś mówi, że już tu nie wróci. Tłumaczenia, że to tylko na chwilę, że jak wyzdrowieją, to wrócą, że nic w ich pokojach się nie zmieni, są racjonalne, lecz często do nich nie trafiają. Nam już nie wolno do nich blisko podchodzić, ale na szczęście żołnierki są bardzo empatyczne, nie boją się pogłaskać cowidowych po głowie, potrzymać za rękę. Drobny gest, ale ważny.

Około godz. 21 żołnierze przerywają ewakuację. Z ponad 60 covidowców wywieźli dwudziestu paru. W tym tempie ewakuacja będzie trwała tydzień.

Z personelu DPS do obsługi pozostałych nadal ponad 150 pensjonariuszy została jedna pielęgniarka, dwie opiekunki i tyleż salowych.

Co tu ukrywać, liczyliśmy na rodziny. Liczyliśmy, że gdy dowiedzą się o ewakuacji, zechcą zabrać swoich rodziców czy krewnych, tych niezarażonych, na chwilę do domów. Wszak tak ich kochają.

Zadzwoniło osiem rodzin. Gdy dowiedzieli się, że mogą zabrać swoich bliskich, ale sanepid stawia warunek – muszą się z nimi zamknąć na kwarantannie na 10 dni, zdecydowały się dwie. Na ponad 120 zdrowych pensjonariuszy – dwoje zostało zabranych. Pani Maria miała więcej szczęścia, bo zdążyła zabrać mamę, zanim wojsko zablokowało obiekt. Pan Tadeusz nie zdążył. Podziwiałem go bardzo. Stał pod domem kilka godzin, bo dowódca operacji uparł się, że nie wypuści mu ojca, póki nie będzie miał zgody sanepidu na piśmie. I nie pomagały nasze tłumaczenia, że taka zgoda jest, tylko nikt w tej chwili w sanepidzie nie ma głowy do papierów. Na piśmie i już. Na szczęście się udało.

Wiola położyła się wcześniej, a my – Mietek, Krzysiek i ja, człowiek od parzenia im herbaty – robimy kolejne listy. Już wiemy, że 21 osób ma pojechać do Drezdenka, do zakładu opiekuńczo-leczniczego. Dziewczyny wskazały nam „zdrowych”, ale jakkolwiek to brzmi: „leżących w najcięższym stanie”. Ci „lżej leżący” pojadą do Torzymia.

———————————————————————————————————–

Poniedziałek. Od rana trochę powiało optymizmem.

Daniel króluje w kuchni, przyszły opiekunki, które do tej pory były na kwarantannie. Pani Małgosia od razu zarządza, co i jak. Przyszły też kolejne wolontariuszki – starsze panie, które mają pewne doświadczenie w opiece, i przyszła Wiktoria. Jedyna z ośmiu osób, które w piątek zadeklarowały chęć powrotu. Nazwijmy rzecz po imieniu – reszta się przestraszyła. Wiktoria jest młodą Ukrainką, ciągle uśmiechniętą. Przez 12 godzin nie rozstanie się z mopem, a powierzchnie po jej przejściu lśnią, jak chyba nigdy.

Jest też Robert Górski z kolegą. Robert jest lekarzem pogotowia i miejskim radnym. Teraz teoretycznie ma wolne od dyżurów w karetce. Żona z małymi trojaczkami w domu, a Robert z nami w DPS. Z kolegą ratownikiem medycznym zmieniają opatrunki, robią zastrzyki, badają, ordynują leki. Jeśliby ktoś dziś powiedział, że pensjonariusze nie mają opieki medycznej, kłamałby w żywe oczy. A kłamią…

Wprawdzie obiecaliśmy sobie, że siedząc tu, nie będziemy czytali prasy ani postów na Facebooku, jednak nie da się odseparować od tego typu wieści. Gorzowski szpital ogłasza, że chorzy przyjechali bez pełnej dokumentacji medycznej, w złym stanie, z odleżynami.

Szefowa pielęgniarek ma łzy w oczach: – Jak bez dokumentacji? Każdemu ja przygotowałam, a dyrektor z porucznikiem osobiście pilnowali, by każdy chory przed wyjazdem miał ją przy sobie.

Pytam o to samo Roberta.

– Są dwie możliwości. Albo nigdy nie mieli do czynienia z ludźmi starszymi, albo kłamią w żywe oczy. Zaniedbani? Nie zaniedbani, tylko w złym stanie zdrowia, który wynika z ich wieku i schorzeń. To nie jest szpital, stąd się naprawdę rzadko wychodzi, a stan zdrowia się nie polepsza, tylko pogarsza. A odleżyny? 16 pacjentów w całym domu ma odleżyny. I nie ma na to mocnych. Ci ludzie leżą tygodniami albo i miesiącami, często są wychudzeni. Odleżyny robią się u nich błyskawicznie nawet przy najlepszej opiece, a sam wiesz, że w ostatnich dniach, z powodu braku ludzi, ten standard nie był najwyższy. (Dopiero po kontroli zarządzonej przez wojewodę okaże się, że na ponad 60 osób wysłanych do Gorzowa, odleżyny miały… trzy.)

Robert był tu już w zeszłym tygodniu. Zrobił szkolenie dla personelu. Jak się chronić, jak ubierać i zdejmować środki ochrony, na co uważać, czego nie robić. Teraz znów jest na posterunku.

Wpada Wiola: – Wy sobie tu pogaduszki urządzacie, a robota gdzie?

– Spokojnie, wszystko jest pod kontrolą. Obchód lekarski zrobiony, opiekunki, pokojowe i chłopaki z Caritasu przewijają, ewakuacja trwa. Odpocznij.

Idziemy na papierosa. Wiola wygląda źle. Jest co najmniej przeziębiona, ale nawet nie próbujemy jej namówić do zejścia z posterunku, bo fruwalibyśmy z prędkością światła na wysokości lamperii.

– Co ten Synowiec (dyrektor szpitala w Gorzowie) wygaduje? Już ze wszystkiego muszą robić politykę? Przecież co najmniej jedna trzecia tych ludzi nie powinna tu być. Oni się nadają do ZOL-i (ZOL – zakład opiekuńczo-leczniczy – przyp. red.), a nie do DPS. Ale samorząd województwa kilka lat temu zlikwidował ZOL w naszym szpitalu i my z litości przyjmowaliśmy ich do nas. I z DPS powoli robił się ZOL. A teraz wszyscy udają świętych. To się musi skończyć! Odtąd ludzie poniżej 40 punktów Barthela (skala Barthel pomaga określić, jakie czynności chory może wykonywać sam, a w jakim zakresie potrzebuje pomocy; im mniej punktów, tym bardziej chory jest niesamodzielny – przyp. red.) nie będą przyjmowani do DPS. Bo inaczej nigdy nie damy sobie rady.

Dzwoni pani dyrektor Lebiotkowska ze szpitala w Torzymiu. – Proszę państwa, przygotowujemy się na przyjęcie państwa pensjonariuszy. Będziemy gotowi w środę rano. Bardzo prosimy, by byli przygotowani w następujący sposób… Proces przyjmowania będzie wyglądał następująco… Nasza naczelna pielęgniarka skontaktuje się z waszą pielęgniarką i uzgodnią szczegóły.

Siadam z wrażenia. Pierwszy szpital, który z wyprzedzeniem informuje nas, czego oczekuje, co będzie się działo z naszymi pensjonariuszami, słucha, jakie mamy problemy. Różnica w stosunku do Gorzowa diametralna. Będziemy z Torzymiem w stałym kontakcie do chwili ewakuacji ostatniego pacjenta. Wprawdzie i im, i nam, zdarzą się potknięcia, ale nie lecimy z tym do prasy, nie piszemy o tym po fejsbukach, tylko rozwiązujemy problemy.

Dzień mija już w większym spokoju. Wprawdzie wojsko ewakuuje chorych na mój ogląd dość chaotycznie, ale pensjonariusze tego nie odczuwają. Dla nich wszystko jest proste: wchodzą żołnierze, kładą na łóżko, przewożą do karetki. Kto może chodzić, jest sadzany na wózek i tak samo wsadzany do karetki.

Tylko tu na przodzie znów dochodzi do scysji z terytorialsami. Ponieważ uważają, że nic nie muszą z nami uzgadniać, więc zupełnie nie uwzględniają potrzeb pensjonariuszy. Na przykład takich, że przed drogą powinni być nakarmieni. Nie wytrzymujemy, dochodzi do kolejnej scysji z dowódcą brygady. Może coś do nich dotarło, bo zarządzają przerwę.

Do wieczora kończy się ewakuacja covidowców, a dzięki temu, że wróciła część opiekunek, pojawiły się nowe wolontariuszki, a chłopaki z Caritasu już są niczym wykwalifikowana kadra opiekuńcza, dajemy radę. Tylko pielęgniarek nadal nie ma. Część z tych, które dotychczas pracowały, ma dodatni wynik, pozostałe jutro sanepid ma wymazać. Pani Agnieszka decyduje się zostać na noc. To będzie już druga doba z rzędu. Swieta też nie wychodzi. Dla niej to piąta doba z rzędu.

Wieczór. Daniel z Magdą, żołnierką, posprzątali kuchnię, chłopaki z Caritasu już pojechali spać.

Wojsko ma zacząć ewakuację o godz. 8. Wiola zarządza śniadanie godzinę wcześniej, by nikt nie wyjechał głodny.

Noc z poniedziałku na wtorek długa nie była.

—————————————————————————————————————-

Wtorek. Ledwie zaczynamy śniadanie, a porucznik zaczyna nam ewakuować ludzi. Pół godziny wcześniej niż było uzgodnione! Dostajemy piany po raz wtóry. Dyrektor wychodzi kolejny raz przed budynek i próbuje rozmawiać z dowódcą. Oni zdecydowali, że przyśpieszają ewakuację, i nic ich nie obchodzi.

Cudem okazuje się, że Małgosia, trzy Grażyny, Kamile, dwóch terapeutów, którzy już wrócili z kwarantanny – Robert i Maciek, i cała reszta uwinęli się ze śniadaniem w trymiga i pensjonariusze wyjeżdżają nakarmieni.

Dzień mija na większym luzie, wróciła już jedna z pracownic socjalnych i jest ktoś, kto na bieżąco może utrzymywać kontakt z rodzinami, bo do tej pory to kulało.

Dr Robert Górski z kolegą kolejny dzień zapewniają opiekę medyczną. Gdy czegoś zabraknie – jak w pewnym momencie igieł insulinowych – zarządzanie kryzysowe zaraz dostarcza.

Ale widzę, że załoga coś nie w sosie, mruczy, zaglądają w smartfony. Łapię jednego: – Co jest? Pokazuje mi filmik: jakiś facet pokazany tyłem coś mówi zniekształconym głosem. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by się zorientować, że to ktoś z załogi nadaje na DPS.

– Wszyscy go tu rozpoznaliśmy. Kawał …, siedzi w domu na L-4 i nas opluwa. Jak taki mądry, to dlaczego go tu nie ma? A dziennikarze to kupują. Żaden nie zadzwoni do nas, będących tu w środku, i nie zapyta o nasze zdanie. Bo na pewno nie pasowałoby do tezy, że DPS to jedno bagno.

Widać, że te niesprawiedliwe opinie bardzo bolą tych, którzy tu zostali. Czują się opluci, spostponowani… Ale też jest to oznaka skłócenia załogi. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Jak już się ten cały VOVID przetoczy, nowy dyrektor będzie miał bardzo trudne zadanie, by poukładać to od nowa.

Na razie przychodzi Robert, terapeuta: – Mógłby pan pomóc, mamy pensjonariuszy, którzy nie są na żadnej liście ewakuacyjnej. Co z nimi zrobić?

Robi mi się gorąco! Zapomnieliśmy o kimś? O kurde…

– Spokojnie – widząc moją przerażoną twarz, terapeuta lekko się uśmiecha. – To nasze papugi. Jak tu zostaną, to zginą. A pensjonariusze są do nich przywiązani.

Idziemy, oglądamy. Cóż, nietypowe zadanie dla kryzysowych. Dzwonię do Waldka Michałowskiego. – Daj czas, rozpoznamy temat. Za dwie godziny mamy już plan ewakuacji trzech nimf.

We wtorek udało się wyewakuować 21 leżących osób do Drezdenka. Zostali chorzy do Torzymia. Tu większość jest chodzących. Ustalamy z porucznikiem, że wojsko zacznie o ósmej od leżących, których wywiezie karetkami, a potem busami wywozimy siedzących.

———————————————————————————————————-

Środa rano. Jest nas coraz więcej. Wracają kolejni pracownicy z kwarantanny, tylko wojsko znów miesza. Mieli wywieźć najpierw leżących, a widzę, że wśród leżących są i tacy na wózku.

– O co chodzi? – rzucam głosem, który do przyjemnych nie należy.

– W karetkach są miejsca leżące i siedzące. To wywozimy jednych i drugich.

– To – i tu pada słowo powszechnie uważane za obraźliwe – wczoraj tego nie wiedzieliście? Znów wywozicie ludzi nienakarmionych.

– Taki mam rozkaz.

Na szczęście tylko dwóch pojechało bez śniadania. Telefon do Torzymia: – Basia, nakarmicie ich po przyjeździe? – Nie martw się, nakarmimy.

Pensjonariusze różnie reagują. Pan Władysław jest wściekły: – W pokoju mam laskę, jak wrócę, to wszystkich was poobijam.

I widać, że nie żartuje. Natomiast pani Ewa rzuca z uśmiechem w drzwiach: – Ja to traktuję jak niespodziewaną wycieczkę.

Gdzieś przed południem dostajemy sygnał, że pojawił się dowódca całej operacji.

– O co chodzi?

– Jak ewakuujemy wszystkich, to proszę zabezpieczyć obiekt. Jutro od rana strażacy i wojsko będą dezynfekować obiekt. (Używa jakiegoś mądrzej brzmiącego słowa, ale przecież o to chodzi).

OK, jest dobrze. Jak wywiozą chorych, to będzie czas posprzątać. Choć nie mogę oprzeć się myśli, że jak byli chorzy, to pułkownik progu domu nie przestąpił, a nas trzymał na daleki dystans. Dopiero teraz robi rekonesans, a i z nami rozmawia z odległości metra.

Około godz. 15 dzwonię do Basi, szefowej pielęgniarek w Torzymiu: – Ostatni wyjechali.

Wyjeżdża też Wiola. Górski ją zbadał i stwierdził, że ze względu na stan zdrowia musi natychmiast opuścić DPS. Wygląda jak siedem nieszczęść. Spędziła tu tydzień. W napięciu, jakie trudno byłoby wytrzymać zdrowemu człowiekowi. Zrządzając i pracując fizycznie. Cały czas w kombinezonie, masce, rękawiczkach. Zdrowego by to rozłożyło, a co dopiero ją.

Załoga je obiad i rusza sprzątać pokoje. Teoretycznie wszyscy są po pracy, ale nikt nie odmawia, wiedzą, że jest taka potrzeba. Po pół godzinie wpada porucznik: – Natychmiast wychodzić, będziemy zaraz dezynfekować.

– Ale mieliście od jutra!

– Taki mam rozkaz i przekazuję!

Ściągamy ludzi z bloków. Pani Małgosia z pretensjami: – Jestem w połowie sprzątania pokoju.

Rozkładamy bezradnie ręce.

Żegnam się z Danielem, Arturem, Magdą. Pięknie mówię do widzenia pani Małgosi, Monice i wielu innym. Chętnie uściskałbym Swietę. Wojsko znika sprzed drzwi, a my wystawimy jeszcze papugi. Zostaliśmy tylko we trzech chłopa. Przez okno widzę strażaków. Proszę dowódcę o rozmowę. Bez problemów, cyrków wyczynianych przez wojsko podchodzi, stając w odpowiedniej odległości. Normalna rozmowa o tym, co jeszcze mamy zrobić, informuje mnie, jak użyte środki wpłyną na żywność (nie wpłyną) i jak będzie po kolei przebiegała dekontaminacja. Na koniec pytam:

– To za ile wchodzicie?

– Dziś nie wchodzimy. Dopiero od jutra.

Nawet nie mam siły wzruszyć ramionami. Przecież mogliśmy posprzątać, a tak zaraz jakiś cymbał napisze, że załoga zostawiła DPS nieposprzątany i sobie poszła.

Do późnych godzin nocnych we trójkę robimy porządki. Przenosimy kartony, porządkujemy z grubsza dokumentację, trochę ogarniamy nasze pomieszczenia. Mietek i Krzysiek zostają na noc, ja już wracam do domu. Zawiadamiam sanepid, że zmieniam miejsce kwarantanny i przed północą jestem w domu.

Rozpakowałem się. Usiadłem na krześle i poczułem, jak łapią mnie dreszcze.

Dopiero wtedy zacząłem się bać.

PS Jest to reportaż bardzo subiektywny. Napisany z punktu widzenia człowieka, który wszedł do środka, bo chciał pomóc. Dyrektor Haręźlak, zanim zamknęliśmy się w DPS, proponowała to też jednej z dziennikarek „Gazety Wyborczej”, by mogła sobie wyrobić własne zdanie. Dziennikarka nie odpowiedziała do dziś, ale nadal szkaluje władze miasta. W sieci pełno jest informacji besserwisserów, informacji, które bardzo krzywdzą bohaterów ostatnich dni – tych nielicznych z załogi, którzy nie opuścili pokładu, wspaniałych chłopaków z Caritasu i pań, które mimo niemłodego wieku zgłosiły się jako wolontariuszki. To dzięki nim pensjonariusze DPS do ostatniej chwili mieli opiekę, nie głodowali, nie chodzili spragnieni itp. Dziś wiem, że ewakuacja DPS była niepotrzebna. Gdyby zamiast wozić staruszków tam i z powrotem, wojsko dało nam do pomocy połowę z tych pętających się pod domem terytorialsów, sytuację dałoby się opanować. Bo problemem nie byli zarażeni pensjonariusze, tylko brak personelu do ich obsługi. Ale to jest mądrość „po”. Może ktoś z tego skorzysta, bo przecież DPS-ów mających takie problemy przybywa.

Po prawie dwóch tygodniach do DPS zaczęli wracać mieszkańcy. Niestety, nie wszystkim było to dane. Dziś „Kombatant” nadal liże rany i mówienie, że funkcjonuje normalnie, byłoby propagandowym zabiegiem. Imiona pensjonariuszy i wolontariuszy zostały zmienione.

Wydanie:

Kategorie: Reportaż