Erotyka daleko od szosy

Erotyka daleko od szosy

Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym” oburzyła Polskę elitarną. Tymczasem podejrzała tylko skrawek seksbiznesu na prowincji

Oburzyły się wszystkie „ciała” – rzecznik praw dziecka martwił się o moralny rozwój nieletnich, Komisja Etyki TVP uznała „Balladę o lekkim zabarwieniu erotycznym” za swoisty instruktaż, inni grzmieli, że za pieniądze publiczne promuje się patologię. Większość wykrzywiała usta, ale patrzyła.
W tym czasie Czarek Mończyk, dyrektor firmy Cezar, który od 20 lat żeruje na apetycie na lepszy los, urósł na polskiego Larry’ego Flynta. Już nawet nie musi dawać anonsów: „młode, do kalendarza”, w lokalnej gazecie. Piękności, które chcą się wyrwać ze swoich sennych dziur – naiwne, bez pracy, bez szkoły, za niskie, za grube, szukające bajki o torebce z krokodylej skóry – dobrze pamiętają karierę tlenionej Klaudii z Raduszca Starego, wioski zabitej totalną dechą. Czarka też. Od dawna zakreślają flamastrem kuszące „modelki poszukuję”, gdzie nic nie jest tym, czym miało być. Teraz piszą pod pewny adres, bo nadruk na koszulce www.czarekmonczyk.pl dotarł pod strzechy. – Wiem, Czarek, jaka jest cena i co wchodzi w grę – Mończyk z dumą w głosie cytuje listy z niemrawych mieścin Podkarpacia, Lubelszczyzny, Bieszczad, Świętokrzyskiego. Piszą: Czarek, chcę się wybić. Wyrwij mnie z tej podłej wiochy. Podobam się chłopcom. Jestem odważna. Czarek, bo u ciebie jest edukacja. A co, na gospodarce mam zostać z taaakimi nogami? (do portfolio dołączone zdjęcie).
Czasem niedomyte, w byle jakich majtkach od Chińczyka, ale na zewnątrz zawsze ruski dezodorant. Nie wiedzą, co to jest topless, wiedzą, że chcą tańczyć w tej strażackiej remizie. A jak już tańczą w tej klatce, podchodzą blisko i lubią wystawić nogę. Potem aż piszczą do wiejskich gwizdów. A jak już trochę potańczą u Czarka, zaczynają po miastowemu chodzić na obcasach.
To prowincjonalna Polska, egzotyka okolic, istniejących już w zasięgu podmiejskich miejscowości, gdzie w szczerym polu stoją drogowskazy do dyskotek, w których taplają się w kisielu za 50 zł od występu. – Obok siebie żyją dwie Polski – mówią Jerzy i Irena Morawscy, autorzy dokumentu, który uraził naszą wrażliwość i dobry smak. – Tylko że ta druga, daleko od szosy, jest nieestetyczna, wadzi, bo prowokuje do myślenia.
– Pamiętam jedną Kaszubkę – opowiada Irena Morawska. – Andżelikę, która niemal prosto z obory, w takich nieładnych majtkach, wyrwała się, żeby tańczyć w dyskotece na Wybrzeżu. Nie wytrzymała. Uciekła.

Czarek, wyrwij mnie

– Polski Larry Flynt? To byłby komplement – Mończyk głaszcze pluszową maskotkę (w domu pełno tandetnych pluszaków). Wkłada rękę w słynne króciutkie gatki. Robi nią kilka ruchów w tę i z powrotem w miejscu, które nazywa broszką. Wyciąga rękę i dmucha na palce. – To dla młodego znak: uf, jak gorąco. Wtedy młody nie wytrzymuje – Czarek rozbawia mnie grepsem scenki, którą jego „modelki” wykonują przed pijanymi wyrostkami w remizach.
Wokół Czarka sterty koronkowych majtek, które na bałuckim rynku kupuje po parę złotych i sam zapiera po występach w łazience, gdzie nawet muszla klozetowa w kolorze złota jest jak z burdelu. Wszędzie pisemka i tysiące ankiet.
– Najmniej listów mam z Pomorza – Mończyk przerzuca segregatory z ofertami. – Normalne. Tam jest ruch w okolicy. Można się wyrwać na własną rękę. Z wiosek centralnych trudniej. Nie ma przyjezdnych.
Kolejna teczka z ankietami. Kolejna porcja bylejakości. Zawód matki: „bezrobotna”, „ekspedientka, sklep w likwidacji”. Miejsce pracy ojca: „renta”, „palacz”, „mórarz”, „nie żyje”. Twój idol: „Nick Carter z BackstreetBoys”. Dlaczego? „Jest przystojnym blądynem”. Wykształcenie: „ZSZ szfaczka”. Hobby: kreska. Kim chcesz zostać w życiu: „piosenkarką”, „modelką”, „dyrektorem miendzynarodowej firmy”. Jeśli któraś napisze w rubryce „O sobie”: „Nie jestem kurwą”, dla Mończyka to nie ten poziom. Kompletnej wiochy nie zaprasza.
Co chwila do Mończyka wpadają dziewczyny z różowymi ustami. Wszystkie „niedawno skończyły 18 lat”. Rurka stoi tuż przy balkonowym oknie. Ot, taki ekshibicjonizm. Gdy się zaczyna prywatne show, w okolicznych blokach gasną światła. Czarek lubi, jak patrzą. – Włącz dyktafon – lubi, jak się nagrywa te wszystkie obleśne historie. O żonie, którą robił na boki, o Raduszcu Starym, gdzie stracił dziewictwo jako 14-latek, o…
– A z tą pielęgniarką lubiłem się kochać na zapleczu szpitalnego korytarza. Ależ to kręciło! Ktoś przechodził obok, a my za tą futryną…
Czarek lubi głaskać. Głaszcze swoje dziewczyny po piersiach, pośladkach, mierzy wzrokiem, patrzy, oblizuje wargi, poprawia staniczki. Jak ojciec. 17-letnia Karina w niebieskich figach z frędzlami opiera nagi biust na wydepilowanych kolanach Czarka i słucha, chichocąc przy najbardziej pikantnych historyjkach. Słucha też o tym, jak jedna dziewczyna Czarka wyszła za mąż za Szwajcara, a inna trafiła na producenta z Hollywood, bo Czarek uruchomił kontakty. Któraś opublikowała fotki w lokalnej prasie i chodziła po wsi w takich zabójczych butach ze szpicem. Zaczęła żyć. Potem wyjechała do Italii i złapała pana Boga za nogi w lepszej spelunie (dziewczyny lubią słowo Italia).
To była gwiazdka Mończyka, słynna Klaudia z Raduszca Starego, małej podkrośnieńskiej wioski. Po lewej stronie mostu na Bobrze boisko, po prawej popegeerowskie bloki. – Zobaczyłem ją na wiejskim meczu piłki nożnej – opowiada Mończyk. – Potem przyjechaliśmy do Łodzi. „Jezu, Czarek, co to jest?! No, to, co pojechało!”, piszczała. Pierwszy raz w życiu zobaczyła tramwaj. Nie powiem, czy spałem z Klaudią – kolejny dwuznaczny uśmiech.
Potem Klaudia została kimś… Słowa być kimś, zaistnieć Karinę z Kłocka, wioski pod Sieradzem, głaszczą jak pokusa. Tak samo jak brzmiące światowo wizaż, modeling, choreograf i ulubione słowo Kariny – show.
Show zaczął się w jej życiu, gdy znalazła ogłoszenie w tygodniku „Nad Wartą”. Czarka poznała po głosie. Założyła najlepsze majtki, wsiadła w PKS, potem do pociągu do Łodzi. Wiedziała – albo się rozbierasz, albo nie zawracaj mu głowy. Mończyk rzucił Karinę od razu na głęboką wodę. Wypadła dobrze i… szybko została „jego kobietą”. Jest kimś. – To znaczy kim? – pytam. – Robię show.
Kicz prowincjonalnej erotyki oglądany oczami Kariny nabiera jakiejś szlachetności. Do tej pory tańczyła tylko przed Czarkiem. Jutro ma pierwszy publiczny występ w sopockim klubie, gdzie będą wybierać miss mokrego podkoszulka. Wystąpi w czerwonym staniczku z wyciętymi miseczkami i rozciętych w tej części figach obszytych diamencikami, przy których Czarek lubi żartować, wkładając palec: no, coś ty zrobiła, Karinko? – Będą licytować. Cena wywoławcza za polanie dziewczyny 10 zł. – wyjaśnia reguły show Karina. Wejdzie do baseniku i będzie fikać, a ludzie będą krzyczeć: kto da więcej?! Jak wylicytuje kogoś na 50 zł, podwiązka jest jego. Może też dostać szklanką albo zobaczyć, jak pokazują po występie palcem do dołu. Przecież to show… Bilet Kariny do wielkiego świata. Jeśli się „przebije”, za parę złotych będzie tańczyć w błocie przed pijanymi rolnikami. A jeśli się utrzyma, to może nie wróci do Kłocka. – A co trzeba robić, żeby się utrzymać? – Nie dać się zniszczyć przez żarłoczne hieny – recytuje jakiś erotyczny melodramat. Bo Karina, w przeciwieństwie do żarłocznych hien, ma swoje granice intymności: – Rozebrać się tak, ale obmacać nie.
Jak szybko z niedawno zapiętej po szyję dziewczynki zrobi się wyuzdana królewna? Ile czasu trzeba, żeby stracić granice wstydu? – Zaskakująco niewiele – mówi Irena Morawska. – Do tych dziewczyn, produktów kultury z kolorowych pism, nagle taki ktoś jak Mończyk zaczyna mówić językiem ich gazetowej magii, zlepkiem słów sprawiającym, że ta, która nie umie przecież nic, traci czujność. Potem już samo idzie. Światła w dyskotece, flesze, spasieni ochroniarze. I ta koronka na majtkach. Nigdy takiej nie miała. Jak w filmie. Taka pułapka. One nawet nie wiedzą, kiedy zaczynają to lubić. Niby nienawidzą walki w kisielu, ale to zainteresowanie… Przecież dla nich kupuje się te bilety po kilka złotych. Przez pięć minut są kimś. A każdy lubi być kimś.

Weźmie ją po bożemu

–Powiedz to całej Polsce: z Kariną pokochamy się dopiero w sierpniu, na osiemnastkę. Na razie tylko się pieścimy – Czarek bawi się piersią jeszcze przez dwa miesiące 17-letniej Kariny.
–Napiszesz to w gazecie? – prosi na osobności. – Ilona – deklamuje do swojej byłej dziewczyny, też bohaterki „Ballady”, która dziś sprzedaje wdzięki w Italii. – Ilona! Ciągle cię kocham. Oszukałaś mnie. Nie ma dnia, żebym…
–A Karina? Ponoć też cię kocha. Jeśli przeczyta gazetę?
–Karinka zrozumie… To mądra dziewczyna.
Karina, dziewczyna w niebieskich majtkach, którą Czarek, póki co, tylko pieści, na razie z kłockiego rytmu wyrywa się jedynie na weekendy. Zna dobrze ten rytm: zawodówka – urząd pracy – dla tych, którym się udało, jakaś robota w Sieradzu. W Kłocku każdy radzi sobie na własną rękę, dorobi na budowie albo dorywczo u prywaciarza. Jeśli jakiś ekstrascenariusz, to wyjazd dokądkolwiek. Jeśli rozrywka, to siłownia albo ping-pong u księdza, który zorganizował stół, żeby wyrwać młodzież z marazmu. Oprócz tego jest w Kłocku sklep, szkoła, dzieci, psy… Jest też „Klan” o 17. A od czasu do czasu są w gazetach ogłoszenia o castingach na modelkę. Karina startowała już nieraz. W Łodzi, w Zduńskiej Woli, wszędzie. Ciągle mówili: – Przeszłaś, jesteś świetna, 350 zł za kurs.
Raz prawie się jej udało. Wzięła udział w plebiscycie gazety „Nad Wartą” na urodę lata. Potem był finał. Przez chwilę, gdy wyszła na scenę w Chicago Clubie w Broszkach, wydawało się Karinie, że dogoniła bohaterki swoich historyjek. Nie chciało się jej zejść. Potem w gazecie pod zdjęciem Kariny była cała jej biografia. Karina Kajda, uczennica liceum zaocznego, zainteresowania: muzyka, taniec, śpiew.
Rodzina kobiety Mończyka to brat, który też „szarpie”, żeby się wyrwać z kłockiego rytmu, mama – pracownica państwowej telekomunikacji i ojciec – kierowca w sieradzkim MPK, który, jak każdy ojciec na wsi, nie wtrąca się w marzenia córki, dlatego nie wie, w jakiej bieliźnie dziewczyna jutro wystąpi. Tylko matka wie. Ale nie płacze, nie reaguje złością ani wstydem. Zresztą wszystko w Kłocku jest jakieś takie apatyczne… – Była nawet za, żeby pójść do Czarka – tłumaczy Karina.
Jedna z bohaterek „Ballady” opowiadała w filmie, że kupi za 20 zł z występu majtki i klapki. Aż tyle naraz. – Ale to nie był tylko film o próbie wyrwania się z nędzy – opowiada Jerzy Morawski. – Niech pani jedzie na prowincjonalną dyskotekę. Do Tucholi w Pomorskie, do Krzywdy w Lubelskie, pod Siedlce, Garwolin, do Izbicy Kujawskiej – podpowiada. Morawscy nazywają te dyskoteki zjawiskiem kulturowym. – Cała Polska lokalna usiana jest miejscami, które dawniej były chlewnią, pegeerowską oborą, magazynem pasz, gdzie co tydzień w rytmie techno kolebie się kilkaset tysięcy osób. Wcześniej przez cały tydzień wisi na słupach plakat, że na wsi zabawa. Są specjalne linie autobusowe, które zbierają tłumy z umówionych miejsc. Ale to tylko weekend. W tygodniu wszędzie ta sama beznadzieja. Totalna nuda.

Pustka, nuda, monotonia

Sandra co chwila sięga po papierosa. Zgrabnie obraca go w palcach zakończonych żelowymi paznokciami z seledynowym wzorkiem. I ciągle poprawia szminkę na ustach. Bo wygląd to jej oferta. Jeszcze do reklamówki trochę ciuszków do przebrania. Za dwie godziny pokaże show w Kisielicach. – Zadupie. Z Bydgoszczy to kawał drogi – tłumaczy, dokąd dziś jadą z Radkiem, byłym modelem, który prowadzi ten biznes. Pstryk…
Historia Sandry nie jest skomplikowana. Kombinuje. Ale nie musi. Rodzina nie przymiera głodem, odkąd mama przestała mieć ochotę tyrać za grosze, któregoś dnia zwolniła się z banku i wyjechała do Niemiec. Co tydzień wysyła córkom 300 euro, więc Sandra ma na wszystko, czyli na rachunki i inwestowanie w siebie – fryzjer, solarium, delfinek w pępku, srebrny kolczyk na języku. Sandra dopiero drugi raz zatańczy w dyskotekowej klatce, żeby… uwolnić się od nudy. Dać czadu. Wzbudzić reakcje publiki. – Ludzie tego potrzebują – zaciąga się papierosem. Weźmie 100, 150 zł od występu (plus napiwki za majtki), a oni się napatrzą i szaleją w domu ze swoją.
Ale codzienność Sandry nie jest taka fajna jak sobota. Tu, w Bydgoszczy, piątek jest rozpaczliwie podobny do poniedziałku. Sandra wstaje w południe i idzie na miasto. Potem wraca, przebiera się, żeby cały dzień nie chodzić w tym samym, i znów idzie na miasto. Zasypia, przerzucając kanały… Dlatego tańczy. Wtedy jest adrenalina i człowiek widzi trochę świata. Widzi Kwidzyn, Wieldządz, Tucholę… To dyskoteki, które obstawia Radek. Bo w Bydgoszczy nie tańczą. Za dużo znajomych. – Nikt w tym mieście nie powie, że one nie są zupełnie ubrane. Za to powie, że gołe – dodaje Marcel, który chyba też się kręci w biznesie. – Jesteśmy do tyłu za światem. Bo jaka to różnica, czy tańczy w klatce, czy chodzi po plaży topless? – interpretuje przyzwoitość.
Z wielkiego świata na razie blond Sandra, która jest trochę na bakier ze szkolnym obowiązkiem i nie dopuścili jej w tym roku do matury, więcej wziąć nie może. Ale to nie spędza jej snu z powiek. W świecie dyskotekowego transu perspektywa czasowa rozciąga się na odległość końca tygodnia. Od soboty do soboty. Reszta to futurologia.
Sandra zatańczy dziś z Dagmarą. Bo czasy się zmieniają. Jedna rozebrana dziewczyna już nikogo nie rozgrzewa. Muszą być dwie. I muszą się zmieniać w lokalach. Mężczyzna to wzrokowiec. Konsumuje oczami. Jeśli mu się opatrzy, odejdzie gdzie indziej albo już nie będzie tak gwizdał. Dagmara? Robi „w tym” od dwóch lat. Matka jej kiedyś powiedziała: – Rób, co chcesz, byle po cichu. Też nie musi, skoro tata śle pieniądze z zagranicy, a ona dorabia w biurze podróży na pół etatu. Ale w ten sposób Dagmara zabija monotonię. Cały tydzień dom, chłopak, pierwszy rok hotelarstwa. – Wie pani, jakie to uczucie, gdy ślini się do klatki tysiąc facetów?

Ale mokro dziś w Imperium!

W Night Clubie Imperium, podmiejskiej dyskotece w Kisielicach pod Grudziądzem, urządzonej w czymś, co przypomina dawny GS, wieczór o prawdziwym zabarwieniu erotycznym. – Będzie gorąco! – rozochoca didżej. – Jeszcze minuta… Pół minuty… Uwaga!
Kula obrotowa i ultrafiolet odbijają brokat na coraz bardziej gołych ciałach Susi i Jennifer (to na dziś pseudonimy dziewczyn).
– Panowie! Co z wami?! Gdzie jest doping?! Nie słyszę! Panowie! – didżej dodaje czadu. Pierwsze wyjście było tylko na rozgrzanie. Ostra jazda dopiero się zacznie.
– Oblać faceta szampanem! Sprowokować, niech się rozbiera! Ma być show! – Radek rozkręca dziewczyny na zapleczu. – Panowie! Obmyjcie sobie pachy! Uff, jak gorąco! Będzie mokro!
Trzecie wyjście. Scena już bez staniczków. Susi, w długich czarnych butach, zlizuje szampan z Jennifer… Dziś robią jeszcze spontan. Jedna kładzie się na drugiej, imitując ruchy kopulacyjne. Wkładają ręce w majtki i przeciągają palcami po tych miejscach. Jeden chłopak nie wytrzymał. Już wyrwał się do dziewczyn. Drugi. – Ściągaj dzwony – skanuje tłum. – Największe pały są gdzie?! – W Kisielicach! – Gdzie?! Panowie, nie słyszę!
„Zabawa. Adrenalina. Power. Czysta erotyka”. Ile czasu zajmuje cała ta zastępcza filozofia tancerek, przyklejona do obleśnego występu przed tłumem rozochoconych wyrostków? Chyba same nie wiedzą. Zresztą na wyraz upokorzenie Dagmara wykrzywia wargi. Jakaś moja fanaberia.
Imperium to świątynia tutejszej rozrywki. Show za 5 zł (cena sobotniego biletu nie może być wygórowana) przyjechało obejrzeć całe to towarzystwo, które latem przesiaduje na schodkach sklepów wielobranżowych, a zimą na klatkach pegeerowskich bloków, stojących w polach przy drogach jak na wyspach. Tydzień wisiały na słupach plakaty, że będą w Kisielicach „gorące Amazonki z Bydgoszczy”, więc ludzie jadą z całej okolicy. – To najlepiej ściąga męską młodzież z terenów, gdzie jest 65-procentowe bezrobocie i nikt nie dysponuje groszem – mówi pan Kazimierz, właściciel dyskoteki, która serwuje piwo za 3,8 zł. Zapłacił za rozbieraną ekipę z Bydgoszczy 500 zł. Właściwie nie bardzo może zrozumieć, dlaczego Kisielice mają jeszcze prawa miejskie. – Oprócz PGR-ów były tu kolej, kino, masarnia. Dziś zostały biblioteka i prywatna sala z sześcioma komputerami, której właściciele też wychodzą na zero. Jakie zakłady pracy? Policja, poczta i urząd miasta.
Na sobotę w Kisielicach czekają też miejscowe. Zakładają najładniejsze białe bluzki (w ultrafiolecie biel wygląda najbardziej transowo) i popijając ciepłą fantę za 2,5 zł, wyszukują nowych w tłumie. – Wiadomo, że na okolicznych człowiek nie czeka – wzdycha do nietutejszych blondyna spod Łasina. Na razie pije fantę za swoje. Wiele nie chce. Żeby tylko facet nie był wiochmenem. Z Iławy, Szczecina, Gdańska. Jest tu co sobota, ale zwykle nie zdarza się cud.
Mówi o sobie, że ma swoją godność. Inaczej jak niektóre…

Niebrzydkie i niedrogie

Żeby znaleźć adresy do „niektórych”, wystarczy otworzyć piątkową „Gazetę Pomorską” na rubryce „Towarzyskie”: Amanda – Bydgoszcz, Julia – Włocławek, Aleksis – Grudziądz, Hostessa – Inowrocław. Każda na komórkę.
Doktor Jacek Kurzępa, socjolog młodzieży z Uniwersytetu Zielonogórskiego i autor książki „Młodzież pogranicza – świnki, czyli o prostytucji nieletnich”, w której przedstawia akceptowane przez nastolatków formy zarabiania, dziewczyny początkujące w tym biznesie nazywa właśnie świnkami. Ale to tylko termin dla zachodniego pogranicza. W miejscowościach nadmorskich popularniejsze określenie to mewki. One same, nieletnie, sprzedające się za perfumy, walkmana albo coś ładnego Wranglera, mówią o sobie razy. To skrót od taryfikatora prowincjonalnej prostytucji – za to i to tyle razy, za tamto tak i tak.
Kim jest dzisiejsza świnka? – Zwykle pochodzi z rodziny upośledzonej materialnie i socjalnie. Ale jest coraz bardziej pewna siebie i wyrachowana. Bo już nie musi się liczyć z ostracyzmem środowiska – mówi dr Kurzępa. – W moich sondażach ten fach tylko o 1% przegrywa z uczciwą pracą. Jak się zaczyna? Najpierw ona siedzi przed ekranem telewizora (na prowincji to od dawna jedyna rozrywka) i zastanawia się, jak wejść za tę szybę szansy na sukces i drogi do gwiazd (wystarczy przejrzeć tytuły programów). Próbuje. Dom? Milczy, bo co może powiedzieć, skoro ona to jedyna osoba, która przynosi pieniądze? Ojciec? Matka? Przecież już od dawna są bez szans wyrwania się z gnoju.
– Znam matki, które pilnują córek do pełnoletności, by potem wystawić je zagraniczniakowi za 5-
-6 tys. marek. Ale musi być pełnoletnia, bo Niemcy to legaliści – opowiada prof. Danuta Markowska, socjolog i etnolog z Uniwersytetu Zielonogórskiego, która od lat zajmuje się pograniczem w perspektywie szans i zagrożeń. – Matki tłumaczą córkom, na czym polega różnica z Niemcem za kilka tysięcy, a z ukochanym za darmo. Jak to możliwe? Dla wielu seks wyszedł już dawno ze sfery kategorycznych ocen moralnych, kiedy to albo się puszczała i była k… albo nie. Jest oceniany zdaniem poprzedzającym: to zależy. Zagubieni, niewykształceni, bez pomysłu i perspektyw, pootaczali się jakimś nimbem pseudoracjonalizacji, którym kamuflują zażenowanie. Zasada jest taka – matka zostawia klucz i wychodzi z mieszkania. Potem mówi: to dla jej dobra, czy miałaby taką kawalerkę?
Co mówią one, świnki? – 15-latka tłumaczyła mi z rozbrajającym uśmiechem: „Ale ja wszystkim każę wcześniej się umyć” – opowiada pewien psycholog. – Kiedyś może rodzina i dzieci. No i po życiu – wyznała Kurzępie jedna ze świnek. Nuda wraca namolnie jak refren.
Joanna Moczydłowska z Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Goniądzu badała wśród małolat trudniących się erotyką lęki, system wartości, poziom poczucia sensu życia. I wstydu. – Jakie są? – zastanawia się. – Jedne cwane, drugie naiwne, łatwowierne. Niemal każda z wszechogarniającym brakiem wiary, że można w życiu coś osiągnąć. Do samych siebie nie mają szacunku. Do życia też. Tylko 6% sądzi, że może być ono wyzwaniem.
Joanna Moczydłowska nazywa ten stan „ogólnym poczuciem niegodności”. – Zaczyna się już w najmłodszych klasach. Gorsze ubrania, oceny. Potem tak jakoś samo idzie. Szkoła? Wie dobrze. Ale szkoła do tego jeszcze długo się nie przyzna. Czy winić biedę, skoro zwykle prostytuują się nie za chleb, ale za markowe ciuchy?
Co czwarta wierzy, że przełom przyniesie miłość. Ale sprawdzone wzorce wracają. – Nie wiadomo, w jakiej skali. Gdy odejdą z ośrodka, wysyłamy ankiety pod znane nam adresy. Sporo listów nie wraca.

Moralność jak kisiel

Do Feniksa, warszawskiego lokalu utrzymanego w stylistyce socrealistycznego dancingu, co wieczór po 22. wpada Roza. Ma piekielnie długie nogi. Wskakuje na tych nogach na rurkę, podciąga się do góry, leci głową w dół. Odpina biustonosz, rzuca za siebie. Potem… Lekką niezgrabność ruchów usprawiedliwia fakt, że przy rurce zaczepiła się dopiero przed trzema tygodniami. W bardziej dziewczęcej niż erotycznej koszulce, właściwie piżamce, którą do tego celu kupiła w szmateksie, nie wygląda wyzywająco. Musi zmienić „scenografię”. Na odważniejszą.
– Nie jestem typowa dla pani reportażu – tłumaczy. Kiwam głową. Wiem, że święcie wierzy, że jest inna niż ten cały „zasrany” świat. Musi przecież jakoś mieszkać. Zarobić na kanalizację w mieszkaniu pod Warszawą. – Ma pani łazienkę? No właśnie – pyta, jakby szukała rozgrzeszenia dla faktu, że też chce mieć bieżącą wodę. Dlatego myśli, że utknie przy rurce na dłużej. Na kanalizację nie wyszarpie z kinezyterapii, którą zajmuje się w dzień, jeżdżąc na prywatne wizyty. Miesiąc, rok?
Roza jakoś po ludzku sama siebie rozumie, po swojemu odcinając od fachu moralność. A jeśli w tym zawodzie odetniesz moralność, wychodzi tylko na to, że jesteś przedsiębiorcza. Oferujesz usługę, na którą jest popyt. To wszystko.
Oklaski. Koniec występu. Teraz zadaniem Rozy jest krążyć między klientami i wciągać panów do zabawy. Bo pieniądze wydają chętniej, gdy dziewczyna zjawia się przy stoliku. Szampan z Rozą – 150 zł. Prywatny striptiz – 50.
Jedno niewielkie ustępstwo. Drugie… Moralność Rozy rozciąga się jak kisiel. Bo co za różnica, czy Roza tylko się rozbierze, czy wejdzie na stół i będzie się ocierać bez majtek o chłopaka, któremu koledzy zafundowali dziś wieczór kawalerski? – Co, jest pani w szoku? – ucieka za kotarkę dopiąć stanik. Już mnie samej trudno się zorientować, czy Roza jest dobra, czy nie.
Prof. Danuta Markowska z Zielonej Góry opowiada: – Przychodzą do mnie pary, prosząc o pomoc, jak zachować niepowtarzalność seksu z ukochanym, skoro ona dorabia w agencji. Czy nie mogę podpowiedzieć jakichś technik, które zastrzeże tylko dla jedynego? To taka współcześnie rozumiana wierność, normalnienie nienormalności. Będzie trwała przez jakiś czas. Potem może otworzą z chłopakiem kiosk albo warzywniak. Nawet nie chodzi o nędzę ani brak perspektyw. Nikt z tych młodych nie ma dziś pewności, że z regułami będzie żył skromnie, ale godnie.

Majtki muszą pachnieć

Na dywanie u Mończyka leżą spakowane gadżety na jutrzejszy wyjazd do Sopotu: wiaderko do polewania, numerki dla kandydatek, decybelomierz do mierzenia oklasków, tampony. – Stres, scena powodują, że moje dziewczyny czasem dostają okresu – wyjaśnia erotoman profesjonalista, który po 20 latach przewiduje absolutnie wszystko. Leżą też specjalne koszulki z cieniutkiej dzianiny. Takie, spod których po polaniu wodą prześwitują brodawki. Ale woda musi być lodowata. Piersi wtedy fajnie się kurczą i sterczą, unosząc się do góry.
Na sekscyrk Czarka, czyli na ciało, zaczął się sezon. – Walki w oleju i makaronie to raczej zima – tłumaczy. – Co ja bym robił zimą, gdyby nie ten kisiel? No i zaraz ruszą wieczory kawalerskie. Za dodatkowe 20 zł młody dostaje majtki na pamiątkę. Ale takie, w których dziewczyna chodzi dwa dni. Bo on musi ją czuć. Dziewczyna przeciąga je kilka razy przez siebie i zakłada mu na głowę. Najpierw były majtki z metką, ale się nie sprawdziły. Nie miały zapachu.
Mończykowi czasem się wymknie w rozmowie, że ludzie na tych wiochach są biedni. Ale Mończyk orze ponoć uczciwie. Ma nawet taką teorię: – Ja jestem dla moich dziewczyn jak Michał Wiśniewski dla dzieci, których nikt nie kocha. On daje nadzieję i ja daję nadzieję.

PS
Właśnie z Italii wróciła Ilona i rozbiła oprawione zdjęcie Kariny. A jednak żarłoczne hieny. Karina skończyła show.


Erotyczna Polska B

Dr Jacek Kurzępa, socjolog młodzieży, autor książek o problematyce społecznej, w tym o seksbiznesie

Czy można narysować erotyczną mapę Polski B?
– Najbardziej intensywnymi kolorami trzeba by było wymalować obszary zmarginalizowane gospodarczo i społecznie. Od Koszalina przez Kujawsko-Pomorskie, ziemię lubuską aż po Dolny Śląsk. Z mocnym epicentrum we Wrocławiu i w dawnym wałbrzyskim okręgu węglowym. Dalej Górny Śląsk, Katowice. No i Kraków, który uparcie kamufluje problem. Kraków to zagłębie największej hipokryzji w tym biznesie. Stróże idei opowiadają, że Polska zjeżdża się do nich w celach kulturowych. Tymczasem wiele dziewczyn jedzie w piątek z Katowic do Krakowa, wyciągając 3 tys. zł za weekend. Cztery takie nawroty i jest z czego żyć.
Da się już zauważyć, że po otwarciu unijnych granic nastąpiło przeorganizowanie seksbiznesu. Parkingi w pasie pogranicza, gdzie do niedawna dziewczynki prezentowały wdzięki, stoją dziś puste, bo kierowcy błyskawicznie przekraczają granicę. Hossa jest teraz wewnątrz kraju, w pobliżu większych składów celnych.
Kto się zaczepia w erotyce?
– Część dziewczyn uprawia rzeczywiście prostytucję głodową. Ale są takie miasta marzeń (Poznań, Gdańsk, Warszawa), gdzie zjawisko sprzedajnego seksu jest ofertą rynkową. Jest popyt, to i podaż. A popyt na młode ciało wzrasta, bo daje ofertę seksu bezpiecznego i powabnego. Zwłaszcza że towar dziś ma być trendy. Zamiast wenery, HIV i AIDS najlepiej świeży, po solarium i po siłce. Są też dziewczyny, które nie muszą się rozbierać po prowincjonalnych dziurach, ale lubią ten teatr admiracji, bycie przez chwilę w centrum, kiedy czasem ktoś je wyłowi z występu w kisielu i w ich senno-marudnej rzeczywistości pojawia się na parę godzin pozór uczucia.
Od jakiego momentu zaczyna się dziś jakaś uniwersalna norma przyzwoitości, skoro nikt, prócz księdza w parafii, nie grzmi, że u nas w wiejskim klubie chlapią się w kisielu? Za grosze.
– Jest takie miasteczko w dawnym woj. gorzowskim, gdzie w II klasie gimnazjum pojawiła się prostytucja. W szkole wybuchła wojna. Przeciwniczki chodziły w spodniach, cichodajki w spódniczkach. Często się biły. Ale niechęć stępiała szybko. Bo tamte zaczynały coraz ładniej pachnieć. Rachunek był prosty.
A otoczenie? To kłopot dzisiejszych 40-latków. Wycofali się z kontroli społecznej. Nie rozumieją świata, są niezaradni życiowo. Mówią: dziecko, ja nie wiem, spróbuj sama. No to dziecko zagospodarowuje świat. Albo mówią: kupisz sobie, jak będziesz zarabiać. No to dlaczego ma teraz nie zarabiać? A co ma w ofercie? Jak truizm zabrzmi pewnie, że telewizyjne talk show wykreowały czasy społecznego ekshibicjonizmu. Jest rzeczą godną pochwały roznegliżować się z intymności. W konsekwencji ludzie tracą godność.
Na czym polega ten fenomen wiejskich dyskotek?
– Na rytmiczności. Od piątku do piątku żyje się czekaniem na pozór życia takiego jak w MTV, które daje kolebanie się w dyskotece. Nie ma we wsi innych, intelektualnych czy edukacyjnych ofert, więc młodzi biorą to, co proponują właściciele tych klubów. Chcą czy nie chcą, podejmują dialog z jedynym oferentem czegokolwiek w okolicy. I czekają w umówionych miejscach, daleko od szosy, na tzw. glizdy, czyli autokary, które rozwożą ich za darmo. Bo i skąd mają wiedzieć, że to nierówny dialog?

Wydanie: 30/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy