Gdzie dwóch się bije

Gdzie dwóch się bije

Konkurs na dyrektora Państwowego Instytutu Geologicznego nieoczekiwanie wygrał prof. Tadeusz Peryt

Po raz pierwszy o dziwnym konkursie na stanowisko dyrektora Państwowego Instytutu Geologicznego napisaliśmy na łamach PRZEGLĄDU w lutym tego roku („Absurd w geologii”, nr 8/2015). Sprawa wydawała się banalna. Otóż mimo wygrania rywalizacji o zaszczytną funkcję w jednej z lepszych państwowych placówek naukowo-badawczych zwycięzca konkursu prof. Krzysztof Szamałek został wyeliminowany. Oficjalnie z przyczyn proceduralnych, a jak mówiło się w środowisku geologów – kandydat nie był po myśli urzędników Ministerstwa Środowiska i trzeba było skorzystać z kruczków prawnych. Następnie ogłoszono ponowny konkurs.

To, że w ocenie części pracowników instytutu doszło do skandalicznego złamania przepisów i że zdaniem środowiska naukowego urzędnicy resortu z ministrem Maciejem H. Grabowskim na czele grali nieczysto, było bez znaczenia. Podobnie jak protest części członków rady naukowej instytutu.

Także interpelacje poselskie, m.in. posła Ryszarda Kalisza, nie zrobiły na nikim wrażenia. Sprawa w kręgach naukowych stała się głośna, ponieważ w tym czasie organizowane były podobne konkursy, w których startowali uczeni, mając nadzieję, że liczą się nie układy, ale kwalifikacje intelektualne i moralne. I odkrywali, że nie zawsze tak jest. Ci, którzy znali prof. Szamałka, radzili mu, żeby wycofał się z rywalizacji, ponieważ to Warszawa, a nie Oksford. On jednak, dla zasady, nie chciał rezygnować. Jeśli miał zostać „odstrzelony” – to w świetle reflektorów.

Liczy się „środowisko”

Do drugiego konkursu resort środowiska przygotował się starannie. Poprzednim razem w komisji zasiadała dyrektor Departamentu Prawnego ministerstwa Izabela Wereśniak-Masri, która wykazała się – zdaniem uczestników – nadzwyczajnym profesjonalizmem i obiektywizmem. Szybko się okazało, że nawał obowiązków uniemożliwił jej ponowne rozstrzyganie o losach stanowiska dyrektora Państwowego Instytutu Geologicznego. Jej miejsce zajął dyrektor Departamentu Geologii i Koncesji Geologicznych Rafał Miland, któremu zdarzyło się pytaniami wprawić w zdumienie uczonych geologów. Zmienił się także przedstawiciel resortu nauki, którym został Ernest Chołuj, dyrektor Biura Dyrektora Generalnego. Złośliwcy pytali, czy minister prof. Lena Kolarska-Bobińska, gdy chodzi o wybór dyrektora poważnej placówki naukowej, zawsze deleguje do komisji konkursowej tak zacne osoby.

W tej sytuacji wydawało się, że karty zostały rozdane i wiadomo, kto konkurs wygra. Padło nawet konkretne nazwisko. A jednak coś szło nie tak, coś sprawiało, że postępowanie toczyło się bardzo wolno przez całe lato. Niejako przy okazji wypływały szczegóły dotyczące nagłego odwołania poprzedniego dyrektora Państwowego Instytutu Geologicznego, prof. Jerzego Nawrockiego. Pisaliśmy o tym dwa tygodnie temu („Uprzejmie informuję…”, PRZEGLĄD nr 40/2015). Dziwnemu konkursowi zaczęły się przyglądać media. W efekcie zbyt nachalna promocja jednego z kandydatów nie wchodziła w grę.

Finisz miał miejsce we wtorek, 6 października 2015 r. Cały dzień trwały przesłuchania kandydatów i rozmowy. Jakież było zaskoczenie, gdy po pierwszym podliczeniu punktów okazało się, że najwięcej zgromadził ich prof. dr hab. Tadeusz Peryt, który w przeszłości kierował instytutem. Niedużą, bo niedużą, ale przewagę nad konkurentami miał. Dlatego zarządzono ponowne liczenie głosów. Prof. Peryt słynie wśród geologów z umiejętności koncyliacyjnych. Woli szukać porozumienia, niż walczyć. Jego wybór wydaje się zatem korzystny dla Państwowego Instytutu Geologicznego. Gdyby jednak policzyć punkty zdobyte w obu konkursach, to najwięcej zgromadził ich prof. Krzysztof Szamałek.

Wybór prof. Peryta z pewnością jest zaskoczeniem. Wolno oczywiście rozważać scenariusz, w którym jeden z przegranych odwoła się od wyniku postępowania konkursowego. Jednak byłoby to zbyt ostentacyjne działanie. Pytanie, dlaczego wokół konkursu na stanowisko dyrektora instytutu urządzono tyle zmieszania, zapewne długo pozostanie bez odpowiedzi.

Logika „Samych swoich”

„Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”, tłumaczyła w niezapomnianej komedii Sylwestra Chęcińskiego Leonia Pawlak, wciskając Kazimierzowi Pawlakowi granaty do kieszeni. Przypadek konkursu w Państwowym Instytucie Geologicznym pokazuje, jak władza „prawem i lewem” jednych eliminuje, a drugich stara się wynosić. Ale przecież nie jest on jedyny. Ostatnio „Gazeta Wyborcza” pisała o wiceministrze zdrowia Igorze Radziewiczu-Winnickim, który przegrał konkurs na dyrektora podległej resortowi placówki – Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego. Choć podobno miał go wygrać. „Gazeta” zacytowała wypowiedź, która zapewne przylgnie do wiceministra na lata: „Czy mam iść na bezrobocie, żeby pani o mnie nie pisała?”.

Z kolei dziennik „Fakt” ujawnił, że minister Radosław Sikorski „ustawił” kilku swoich kolegów w Fundacji Solidarności Międzynarodowej. Prezes fundacji, były wiceminister spraw zagranicznych Krzysztof Stanowski, ma zarabiać miesięcznie 17,5 tys. zł. Dwaj pozostali członkowie zarządu, Katarzyna Zakroczymska i Wojciech Górecki, niewiele mniej. I o to chodzi.

Foto: archiwum prywatne

Wydanie: 42/2015

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy