Gimnazjum atrapa

Gimnazjum atrapa

Polski bez podręczników, informatyka bez komputerów, wf w piwnicy

Gimnazjum było pięknym hasłem reformy oświaty. Znakomite programy, nowoczesne lekcje. Rzeczywistość jest byle jaka. Jak zawsze, gdy coś się tworzy bez podstaw finansowych. Taki można wysnuć wniosek po lekturze raportu NIK, który przyjrzał się ich funkcjonowaniu.
W MEN założono, że w roku szkolnym 1999/2000 powstanie około 3,5 tys. gimnazjów. Wyodrębnienie ich nie miało być zbyt drogie. Przewidziano na to ok. 87 mln, czyli ok. 0,4% nakładów na oświatę w 1998 r. Niestety, jak twierdzą kontrolerzy, “założenia te – nie poparte do czasu kontroli rzetelnym rachunkiem kosztów – nie uwzględniały stanu istniejącej bazy szkolnej”. Koszty próbowano przerzucić na gminy, a te radziły sobie różnie. Najpierw walczyły, żeby resort edukacji wypłacił należną subwencję oświatową, potem zastanawiały się, jak załatać potrzeby z własnych środków. Np. w gminie Środa Śl. samorząd sfinansował 1/3 kosztów utrzymania gimnazjów – kupował książki, krzesła i proszek do szorowania toalety.

Przytuleni
do podstawówki

Pomylono się nie tylko co do kosztów, ale także liczby gimnazjów i sposobu ich wyodrębnienia. Urzędnicy MEN uznali, że tylko w wyjątkowych wypadkach podstawówka może dzielić budynek z gimnazjum. Pamiętam konferencje prasowe, na których oburzony min. Handke mówił, że mogą to być tylko sytuacje wyjątkowe. Przecież do gimnazjum trafili uczniowie wyselekcjonowani, zdolniejsi, którym trzeba stworzyć lepsze warunki nauki. A jaka była i jest rzeczywistość? Aż 39% gimnazjów jest w budynku szkoły podstawowej, a 18% funkcjonuje w rozproszeniu – pierwsze klasy w podstawówce, drugie nawet w innej miejscowości, bo tam był wolny lokal. Wzorcowe gimnazja, jak z amerykańskich filmów, zbudowano tylko w kilku pokazowych miejscowościach. Dobrze mają się także gimnazja, które powstały przy renomowanych liceach. Pozostałe przeważnie klepią biedę.
W całym tym chaosie kuratoria przymykały oko i godziły się na gimnazja, w których uczyło się mniej niż – zgodne z ustawą – 150 osób. W 357 gimnazjach uczy się tylko kilkunastu uczniów. Wytłumaczenie było jedno – nie ma jak dowieźć uczniów do innej miejscowości. I nie ma za co. Ulegano także presji rodziców. Władze miejscowości, w których są te minigimnazja, nie przewidują zmiany sytuacji. Skutek – zamiast 3500 gimnazjów powstało ich aż 5358, co oczywiście również wpłynęło na koszt reformy.

Kącik dla dwóch uczniów

Gimnazja powstały. I tyle. Sam fakt ich istnienia pożarł wszystkie fundusze – i ministerialne, i gminne. I dlatego w 85% kontrolowanych gimnazjów nie organizowano zajęć dla dzieci, które mają kłopoty w nauce. Ale najtrudniejsze dla tych niby nowych szkół było nauczanie języka angielskiego. W wielu szkołach języki wykładano symbolicznie, klas nie dzielono na grupy. Często, z braku miejsca, bo nawet korytarz był zajęty, nie prowadzono lekcji wychowania fizycznego.
Z raportu NIK wynika, że tylko 5 z 39 skontrolowanych szkół naprawdę realizuje swoje zadania. W pozostałych jest to większa lub mniejsza prowizorka. W 19 gimnazjach lekcje odbywały się na drugą zmianę, po podstawówce lub przed jej zajęciami. Przeważnie były to tylko wykłady, bez zajęć praktycznych, bo klasy nie były do nich przystosowane. Pracownia chemiczna, fizyczna to marzenie. Podobnie sale gimnastyczne.
Po lekcjach uczeń gimnazjum powinien jak najszybciej opuścić budynek. Przecież i tak nie ma tam ani biblioteki, ani świetlicy. No, w Siekierczynie był kącik czytelniczy, tyle że z trudem mieściło się tam dwoje uczniów. W Goczałkowie też było tak ciasno, poza tym biblioteka miała tylko 50 starych książek. Podobnie było w ośmiu skontrolowanych gimnazjach.
Nauczyciele jeszcze przed kontrolą NIK mówili głośno, że gimnazja są atrapą. – Nic się nie zmieniło. I klasa gimnazjum w niczym nie różni się od VII klasy szkoły podstawowej – to głos z narady kuratorów oświaty, już w grudniu 1999 r. Czasem nawet porównanie z VII klasą było niestosowne. Uczniom się pogorszyło. W Kaninie na większość przedmiotów uczniowie dojeżdżali do miejscowości oddalonej o 6 km, ale rekord pobiła Czarna Wieś Kościelna, która uznała, że wychowanie fizyczne może się odbywać w piwnicy. Podobnie było w Barcicach. Prawdziwie chrześcijańskim gestem wykazał się Dom Katechetyczny w Lesku. Uczniowie mogą grać tam w piłkę, ale za to gmina musi wyremontować dom. Koszt – 100 tys. zł.

Naucz się sam

Gimnazjum – atrapa. Brakuje pomieszczeń, ale i pomocy naukowych. W Goczałkowie we wszystkich salach znajdują się tylko krzesła i ławki. W wielu gimnazjach informatyka pozostała tylko nazwą, w Skarżysku – Kamiennej nauczyciele nie mieli pomocy naukowych, by uczyć zreformowanej geografii, fizyki, matematyki.
Nawet jeśli w gminie załatano jakąś dziurę w szkole, to nie zmieniło to problemów finansowych rodziców. Często nie byli w stanie kupić podręczników. Oto przykłady – w Nidzicy rodzice uznali, że muszą dokonać selekcji, żadne dziecko nie miało książki do “zreformowanej plastyki”. W Rudnie (woj. lubelskie) nie kupiono dzieciom podręczników do języka polskiego, w Skorogoszczy rodzice uznali, że ich dzieci muszą poradzić sobie bez podręczników do informatyki, niektórzy nie mogli kupić książek potrzebnych na chemii, historii i matematyce.
Niektórzy pedagodzy tak naprawdę nimi nie byli. W Gołkowicach, woj. małopolskie, angielskiego uczyła studentka prywatnej szkoły, w Skorogoszczy, woj. opolskie – fizyki uczył student. Dobrze, że fizyki.
Zdarzało się, że jeśli nauczyciel chciał się dokształcić, za naukę musiał sam zapłacić. Większości nie było na to stać, a więc uczyli i uczą po staremu.

W swych uwagach i wnioskach, sformułowanych latem tego roku, kontrolerzy NIK zwracają uwagę na konieczność dofinansowania gimnazjów i zastanowienia się – za co płaci gmina, za co resort, za co rodzice. Tymczasem kończy się wrzesień, a, jak widać, resort ma poważniejsze problemy niż gimnazja. Nie wie, skąd wziąć pieniądze na podwyżki dla nauczycieli. Gimnazja muszą poczekać. Jeszcze jeden rok.

 

Wydanie: 38/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy