Godziwe zarobki Mikosza na „Titanicu”

Godziwe zarobki Mikosza na „Titanicu”

Jak z bicza strzelił minęły trzy miesiące (jeszcze) lepszego życia trzech osób z zarządu PLL LOT. Szczęśliwcy! Bo nie muszą już przymierać głodem i pracować za półdarmo. Znowu okazało się, że tam, gdzie ląduje Mikosz, tam zawsze znajdzie się kasa dla zarządu. Od 1 maja prezes Sebastian Mikosz jest zatrudniony w PLL LOT na kontrakcie menedżerskim. Może więc zarabiać godnie. I stosownie do, jak sam skromnie mówi, swoich kompetencji i ogromnej odpowiedzialności zarządu. Z tą odpowiedzialnością to oczywiście Mikosz żartuje. Bo nawet gdy, będąc po raz drugi prezesem LOT-u, ZNOWU wszystko sknoci, to i tak jacyś koledzy ZNOWU mu znajdą godziwie opłacaną robotę. I ZNOWU będzie prezesem. Tak przecież było w Locie. Kogo innego rada nadzorcza wybrała, a prezesem i tak został Mikosz. Wzorowy menedżer polskiego kapitalizmu! Przycina załodze pensje do gołej skóry, a sobie pompuje zarobki jak balon.
Przed 1 maja Mikosz miał w Locie miesięcznie sześciokrotną średnią zarobków. Czyli dobrze ponad 20 tys. zł. Malutko. A stewardesa? Na początek 1,6 tys. zł brutto. Plus 80 zł ekstra dorzucone przez głodującego Mikosza. Ile teraz zarabia Sebastian M.? To najpilniej strzeżona tajemnica LOT-u. Mówi się o 50 tys. miesięcznie. Ale większość obstawia 80 tys. Bez premii. Drogi jest ten prezes. I drodzy dwaj jego zastępcy. Drogich ma też doradców. Jeden jest tak cenny, że przylatuje aż ze Szwecji. Na cztery dni w tygodniu. Za kilkadziesiąt tysięcy euro! Tak się bawi na „Titanicu” ekipa desantowa z nominacji PO.

Wydanie: 33/2014

Kategorie: Przebłyski

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy