Górnicy chcą kasy!

Górnicy chcą kasy!

14 czerwca górnicy znów przyjadą upomnieć się o wypłatę wynagrodzeń z zysków wypracowanych przez kopalnie. Czy rząd się przed nimi ugnie?

Przynależność do związków zawodowych w górnictwie wynosi ok. 102%, ponieważ część górników należy do kilku związków. Czy to jest siła, przed którą ugnie się kolejny rząd? Zdaniem socjologa, prof. Jacka Wodza – tak, zdaniem wiceministra gospodarki, Pawła Poncyljusza – nie. 14 czerwca Warszawa będzie miała gości – górnicy przyjadą upomnieć się o wypłatę wynagrodzeń z zysków wypracowanych przez kopalnie.
W 2003 r. stolica przeżyła chwile grozy. Pokojowa manifestacja górników przemieniła się w bitwę z policją, w której poszkodowanych zostało 40 policjantów. W 2005 r. pod naciskiem górniczych związków zawodowych rząd Włodzimierza Cimoszewicza przedłużył obowiązywanie przepisów mówiących o szybszym przechodzeniu na emeryturę w zawodach niebezpiecznych. – Postaramy się jak najlepiej zabezpieczyć tegoroczną demonstrację – mówi Wacław Czerkawski, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Górników w Polsce. – Ma to być demonstracja widoczna, ale na pewno nie chcemy, żeby mówiono, że do Warszawy przyjechali wichrzyciele ze Śląska.

Pięć tysięcy na rękę i możemy zrezygnować
Ostatnie dwa lata były dość tłuste dla polskiego górnictwa. Wysoka cena węgla na światowych rynkach, wywołana zwiększonym zapotrzebowaniem na węgiel i stal w państwach azjatyckich, spowodowała, że spółki węglowe przyniosły spore zyski. Z wyliczeń Ministerstwa Gospodarki wynika, że po czterech miesiącach tego roku branża miała 193,9 mln zł zysku netto. W 2005 r. zysk netto wyniósł 1,223 mld zł i był niższy o 1,370 mld zł w stosunku do 2004 r.
Na korzystne wyniki wpłynęło umorzenie w 2003 r. zobowiązań w wysokości 18,1 mld zł. Zakończyło to lawinowe narastanie kosztów finansowych z tytułu odsetek. W tym roku rząd przewiduje, że zyski w górnictwie będą znów o połowę mniejsze.
– Gazety ciągle piszą o kokosach, jakie to podobno zarabiamy. Tymczasem to 3 tys. zł brutto. A co do przywilejów, przecież nie tylko my je mamy, ale mają też służby mundurowe czy nauczyciele – mówi zdenerwowany Kazimierz Zygmunt, górnik przodowy z Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” w Katowicach. A na uwagę o trzynastkach, czternastkach i barbórkach dodaje: – Nie chcemy tych dodatkowych wypłat. Niech nam tylko godnie zapłacą… 5 tys. na rękę i możemy zrezygnować z tamtej reszty.
Ostatnie podwyżki w górnictwie były w grudniu ub.r. Dość znacząco zmieniły się wtedy wskaźniki wynagrodzenia. Do tego czasu pensje podwyższano o wskaźnik inflacyjny, co górnicy uważają za brak podwyżek. Zdaniem wiceministra Poncyljusza, średnia zarobków w Kompanii Węglowej to 4,4 tys. zł, ale zawyżają ją zarobki zarządu. Zasadniczo zmienił się też obraz górniczej rodziny, w której kobieta nie musiała pracować, zajmując się domem. Dzisiaj już ponad połowa żon górników pracuje. W 1989 r. była to niepełna jedna trzecia.
– Dzisiejsze żądania górników są nieuprawnione – uważa prof. Andrzej Barczak z Akademii Ekonomicznej w Katowicach. – Nie ma takiego przepisu, żeby pracownicy musieli uczestniczyć w zyskach spółki. To nie oni, tylko menedżerowie uzyskują dochody i to nie jest myślenie rynkowe, tylko pozostałość socjalizmu. Górnikom wydaje się bowiem, że są współwłaścicielami kopalń. A jeśli kopalnie przynosiłyby straty, czy związki nawoływałyby górników do ich pokrywania? Górnik powinien być dobrze wynagradzany, mieć trzynastkę, barbórkę i zapewnioną ochronę służby zdrowia. Rolą związków zawodowych jest zadbać właśnie o to i o bezpieczeństwo pracy. W ubiegłym roku górnikom wypłacono dywidendy. Owszem, jednak była to tylko i wyłącznie wola właściciela, a proszę pamiętać, że właściciel to nie menedżer, ale polityk. Wypłaty to kiełbasa wyborcza, a wybory samorządowe tuż-tuż…

Skutki dzikiej „restrukturyzacji”
Czy zamiast wypłacać w tym roku dywidendę, nie lepiej byłoby przeznaczyć zyski na inwestycje i odłożyć nieco pieniędzy na chudsze lata, które w końcu przecież przyjdą? – Przecież nie chcemy rozdysponowania całego zysku wśród górników – tłumaczy Czerkawski. – Część trafi do skarbu państwa, a część zostanie przekazana na inwestycje. Inwestować poza tym można nie tylko w maszyny, lecz także w ludzi.
Owszem – można, ale górnicy nie chcą w siebie inwestować, szkoląc się, tylko otrzymując gotówkę. Związkowcy uważają, że mamy górników wyszkolonych i dobrą kadrę, ale górnik „musi wiedzieć, za co pracuje”. Od sześciu lat nie było przyjęć do pracy w kopalniach, szkoły górnicze zostały pozamykane za rządów AWS, a kadra coraz bardziej się starzeje. Dopiero od niedawna rozpoczęto szkolenie nowych górników i okazuje się, że chętnych do nauki zawodu jest więcej niż miejsc w szkołach. Na razie jednak ogłoszenia o pracy dla górników na internetowej stronie Górniczej Agencji Pracy można jeszcze liczyć w setkach.
Na Śląsku istnieją dzisiaj trzy spółki, skupiające łącznie 29 kopalń i zatrudniające ok. 110 tys. osób. Przed restrukturyzacją kopalń węgla kamiennego było 71, a zatrudnionych ok. 415 tys. osób. Wydobycie węgla zmniejszyło się ze 170 mln ton rocznie w 1989 r. do ok. 100 mln ton. Wyniki gospodarcze są więc niezaprzeczalne, ponieważ wydajność pracy się podwoiła. Jednak negatywne efekty społeczne dzikiej „restrukturyzacji”, przeprowadzonej za rządów Jerzego Buzka, kiedy to zlikwidowano wszystkie kopalnie w Zagłębiu Dąbrowskim, były ogromne. W Sosnowcu stopa bezrobocia wzrosła z 11,7% w 1996 r. do 16,5% w roku 2000 i do 20,2% obecnie.
Tymczasem mimo likwidacji tysięcy miejsc pracy górnicy pozostają potężną siłą, która może skutecznie wpływać na decyzje rządu. – Górnicze związki zawodowe mają świetnie opracowane socjotechniki dochodzenia do realizacji swoich postulatów – mówi prof. Jacek Wódz. – Górnicy są dobrze zorganizowani, o wiele lepiej przygotowani merytorycznie do rozmów niż kolejni ministrowie. Zawsze osiągają swoje cele i sądzę, że podobnie będzie w sprawie wypłaty dywidend.
– Do Warszawy pojedziemy. Władza zapomina o naszej ciężkiej pracy, a to, o co walczymy, to są nasze zyski. Nikt nam niczego nie daje – stwierdza twardo Kazimierz Zygmunt.
– W górnictwie niby się poprawiło, jest dużo lżej, za wypracowane zyski kupuje się nowoczesny sprzęt. Jednak to nie znaczy, że praca jest łatwa, warunki na dole są trudne. Jest coraz mniej ludzi do pracy, wielu odeszło, żeby założyć swój biznes – mówi Bogdan Brzeziński, górnik dołowy. – Udało się może 5%, a reszta chodzi dzisiaj po śmietnikach i zbiera puszki. Znam wielu po rozwodach, bo żony ich zostawiły.

Zmienić wiceministra
Do Warszawy chcą jechać. Po jakie pieniądze? Najczęściej pada odpowiedź: godne. Zdaniem Wacława Czerkawskiego, powinno to być 2,5 tys. zł dla zatrudnionych w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, która ma dobrą sytuację finansową, i po 1 tys. zł dla górników z pozostałych dwóch spółek, które wciąż nie do końca wyszły z długów.
Rozmawiać górnicy jeszcze chcą, ale na pewno nie z wiceministrem Poncyljuszem, który proponuje im 100 mln do podziału, podczas gdy oni żądają 180 mln zł. – To kwota do negocjacji, ale na pewno nie sprzedamy górników za 400 zł – zaznacza Czerkawski. W razie niepodjęcia negocjacji przez stronę rządową związkowcy zapowiadają również wycofanie się z czterech pozostałych warunków ministerstwa: wprowadzenia zmian do układów zbiorowych pracy, zweryfikowania osób, które otrzymują posiłki regeneracyjne w kopalniach (aktualnie talon na posiłek regeneracyjny może otrzymać również sekretarka w biurze dyrektora), wycofania ochrony działaczy związkowych, którzy nabyli już prawa emerytalne, i weryfikacji uprawnień do talonów węglowych.
Nad kopalniami wciąż wisi widmo prywatyzacji. Oznaczałaby ona prawdopodobnie bardziej bezwzględną niż państwowa kontrolę nad związkami zawodowymi i trudniejsze dla nich negocjacje z prywatnym właścicielem. Na razie decyzja jest wstrzymana, jednak wiceminister skarbu Paweł Szałamacha stwierdził w Sejmie, że w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy rząd może powrócić do tej koncepcji. Wydaje się, że rząd stara się w ten sposób pokazać związkowcom, iż państwo też może ich trzymać w szachu.
Z kolei solidarnościowe związki zawodowe, prócz problemu finansowego – czyli dywidend, o które chcą walczyć ramię w ramię z ZZG – mają jeszcze problem polityczny. Śląska „Solidarność”, która wspierała w wyborach PiS oraz Lecha Kaczyńskiego, dostała za to figę z makiem. Największą porażką było chyba mianowanie odpowiedzialnym za górnictwo wiceministrem gospodarki rodowitego warszawiaka, Pawła Poncyljusza, choć „Solidarność” liczyła na kogoś ze Śląska. Ministra Poncyljusza górnicy nie chcą, ponieważ według nich na górnictwie się nie zna, a czasu na naukę nie ma. Nie zna też regionu. – Miałem kiedyś dziewczynę na Śląsku – stwierdził wiceminister. – Mieszkała w Będzinie.
Poza tym, że Będzin to nie Śląsk, tylko Zagłębie – wszystko może się i zgadza.
Podobnie było z mianowaniem wiceprezesami Kompanii Węglowej ludzi premiera Marcinkiewicza z Gorzowa Wielkopolskiego. Żaden nie znał się na górnictwie i nigdy z górnictwem nie miał nic wspólnego. Wiceprezesi zostali wycofani, ale Poncyljusz nie. Czy odwoła go warszawska demonstracja?

 

Wydanie: 24/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy