Hejt nasz codzienny

Hejt nasz codzienny

Od napisania na drzwiach punktu dla imigrantów „potniemy was” do czynu niedaleka droga

Joanna Grabarczyk – koordynatorka projektu HejtStop

„Dla mnie cygani to brudasy, których powinno się wytępić, a przynajmniej stworzyć im getto”, oznajmia na Facebooku dorosła kobieta (pisownia oryginalna). Pojawienie się mowy nienawiści w internecie nie oznacza, że ksenofobiczne bazgroły zniknęły z murów, wind czy ze szkół. Czemu jest ich w Polsce aż tyle?
– Hejt jest problemem nie tylko naszym, polskim. To zjawisko, z którym zmaga się większość demokracji. W innych krajach przybiera on jednak różną formę. Hejtu u nas jest tyle, ponieważ nie lubimy odmienności, a wyrażanie tego na murach lub w internecie jest łatwiejsze, bo anonimowe. Niestety, większość sprawców tego typu przestępstw, bo tak należy nazywać ten proceder, nie zostaje pociągnięta do odpowiedzialności, gdyż odpowiednie służby umiarkowanie przykładają się do ich ścigania. Np. sprawcy często bezczelnie chwalą się swoimi dokonaniami w internecie, ale policja i prokuratura nie za bardzo korzystają z nowych technologii, w części prokuratur w ogóle nie ma dostępu do sieci. Trudno więc, by wykrywały taką działalność. Z drugiej strony są to przestępstwa i wykroczenia, które niełatwo namierzyć, ponieważ żeby ukarać autora nienawistnego napisu, trzeba go złapać za rękę. Ja znam dwa takie przypadki. Raz przyłapano kogoś na gorącym uczynku, a za drugim razem ktoś „ozdobił” swoimi bazgrołami cały Poznań i organy ścigania bardzo się przyłożyły, żeby go zlokalizować.
Można się spotkać z podejściem, że z ksenofobicznymi bazgrołami nie sposób wygrać, dlatego należy je ignorować, a z chamstwem nie dyskutować. Wy uważacie inaczej. Dlaczego?
– OK, z chamstwem się nie dyskutuje, bo się nie da, kiedy druga strona nie chce rozmawiać. Jeśli zaś mówimy o przejawach mowy nienawiści, czyli przestępstwach motywowanych nienawiścią, to treści, które pojawiają się na murach i w internecie, nie są nic nieznaczącymi napisami. Często są po prostu nielegalne, bo promują faszyzm, nawołują do przemocy lub są bezpośrednią groźbą jej użycia i zastraszają ludzi. Od napisania na punkcie dla imigrantów „potniemy was” do czynu niedaleka droga. Wbrew temu, co niektórym się wydaje, ignorowanie tego jest bardzo nierozważne. Dzisiaj nikt na to nie reaguje, bo nie wiadomo jak. Badaliśmy zapisy prawne i mamy już niemal pewność, że formalnie nikt nie odpowiada za usuwanie nienawistnych napisów. Straszą więc one kilka, a nawet kilkanaście lat. Właściciele lub administratorzy budynków nie muszą ich usuwać. To przecież nie ich wina, że ktoś regularnie bazgrze po ich własności. Skoro nikt się nie zajmuje nienawistnymi hasłami, robimy to my i usuwamy, co się da.
Zamalowywaniem hejtów zajmujecie się już dwa lata. Gdzie w Polsce jest ich najwięcej?
– W bazie www.hejtstop.pl znajduje się grubo ponad 2 tys. zgłoszeń z całej Polski. Z naszej perspektywy to kropla w morzu. Nie chciałabym generalizować, że w jakichś miejscach jest ich szczególnie dużo. Najwięcej zgłoszeń mamy z Krakowa i Warszawy, ale tylko dlatego, że tam mamy największą liczbę wolontariuszy. Jeśli jednak starać się prowadzić statystyki, to liczba nienawistnych napisów przypadających na jednego mieszkańca wcale nie jest największa w Krakowie i Warszawie, tylko w małych miejscowościach, takich jak Gorzów Wielkopolski lub miasteczka pod Poznaniem i na Mazurach. Ale to nic nieznaczące zestawienia.
Jakie hasła są najczęściej do was zgłaszane?
– Nienawistne napisy bywają bardzo różne. Stosunkowo najwięcej jest znaków obrażających mniejszości religijne, etniczne oraz zdelegalizowanych w Polsce swastyk i symboli nazistowskich. Zamalowujemy także krzyże celtyckie, co prawda niezakazane w naszym kraju, ale zdelegalizowane w wielu krajach UE i bezpośrednio promujące faszyzm i neofaszyzm. W Polsce trwa spór o ten i inne symbole, ale my zwracamy uwagę, że trzeba myśleć o kontekście, w jakim się pojawiają. Jeżeli ktoś maluje krzyż celtycki, a obok pisze o panowaniu białej rasy, to raczej nie chodzi o wyznawanie w danym miejscu neopoganizmu. Osobną kategorię stanowią napisy o wyższości ludzi rasy białej oraz antysemickie. Napisami „pedały do gazu” i znakiem „zakaz pedałowania” obrażani są homoseksualiści. Bardzo dużo napisów wzywa też do agresji wobec Ukraińców i Rosjan mieszkających w Polsce. To pokazuje, że jesteśmy nieprzyjaźnie nastawieni do inności.
A może po prostu oswoiliśmy się z nienawiścią, którą na mury przenosi mała grupa frustratów?
– Największym problemem tak naprawdę jest to, że patrzymy tylko pod nogi i nie podnosimy głowy, żeby zobaczyć, co jest nabazgrane na murach i naszych klatkach schodowych. Kiedy zaczynamy to dostrzegać, okazuje się, że na każdym budynku coś jest. Często nawet zwykłe naklejki z przekreśloną gwiazdą Dawida.
Dlaczego w takim razie nie dostrzegamy tego na co dzień?
– Jesteśmy nauczeni, że przestrzeń wspólna nie jest naszą przestrzenią. To, co znajduje się na ulicy, jest czyjeś i nie będziemy się wychylać, poza tym nie wiemy, co z tym zrobić. Ludzie mogą też nie wiedzieć, że dane znaki są nielegalne, że np. swastyki w celach pozaedukacyjnych nie można używać. Sądzi się również, że większość z tych rzeczy maluje banda dzieciaków, ale tak nie jest.
Kto w takim razie maluje?
– Na podstawie naszych doświadczeń rozróżniamy dwie grupy. Pierwszą faktycznie są dzieci, które robią różne głupoty pod wpływem grupy. O wiele groźniejsza jest druga grupa – osoby dorosłe, które doskonale wiedzą, co robią, mają w tym swój cel. Znakomitym przykładem jest nasza akcja w pasażu Italia na Nowym Świecie w Warszawie, gdzie znajdował się punkt informacyjny dla imigrantów. Zamalowaliśmy tam mnóstwo nienawistnych napisów. Tej samej nocy namalowano nowe.
Jakie?
– „Panowanie białej rasy”, swastyki, krzyże celtyckie, znaki SS, na drzwiach: „potniemy was” itp.
Chodziło o to, żeby zastraszyć imigrantów?
– Tak. Tam był punkt konsultacyjny. Codziennie dyżurowali w nim wolontariusze z różnych krajów, którzy pomagali wypełniać dokumenty i ułatwiali imigrantom życiowy start w Polsce. Imigranci mogli tam także korzystać z internetu i kontaktować się z rodziną, która została w ojczyźnie. Świadczono też zwykłą ludzką pomoc. Malowanie tych symboli miało więc jasny wydźwięk: nie chcemy was tutaj, wynoście się z Polski.
Mówisz, że punktu już nie ma. Czy to znaczy, że nienawistnicy osiągnęli swój cel?
– Ten punkt i tak miał się przenosić w inne miejsce. Dla mnie jednak istotne jest to, że ludzie do niego przychodzący oraz pracujący w nim poczuli lęk. Nie powinniśmy tolerować takich sytuacji. Nie chciałabym, żeby to samo spotkało polskich imigrantów na Zachodzie.
Napisy zamalowywało 80 osób. Kim są ludzie, którzy uczestniczą w waszych akcjach?
– Nie można ich wrzucić do jednego worka. To dorośli, dzieci, osoby starsze. Ludzie, którzy nie zgadzają się na nienawiść. Często po prostu chcą, żeby w ich okolicy było ładnie. Zaangażowani społecznie i po prostu sąsiedzi, którzy mają dosyć bazgrołów. Cieszymy się z obecności całych rodzin, bo uważamy, że taka akcja to najlepszy sposób uczenia tolerancji.
Żeby usunąć nienawistne napisy, musicie wystąpić o zgodę do właściciela ściany. Jak oni reagują na waszą propozycję?
– Chcę zaznaczyć, że wszystkie nasze akcje są w pełni legalne i zawsze mamy odpowiednią zgodę. Gdybyśmy zaczęli zamalowywać na własną rękę, bylibyśmy traktowani tak samo jak wandale. Reakcje właścicieli i wspólnot bywają różne. Jedni przyjmują nas z entuzjazmem i chcą płacić za farby, drudzy udają, że problemu nie ma, ale są też wspólnoty i właściciele, z którymi nigdy nie będziemy współpracowali.
Dlaczego?
– Bo próbują nas szantażować, mówiąc, że zgodzą się na zamalowanie hejtów, pod warunkiem że pomalujemy im jeszcze inne ściany. Nie jesteśmy darmową ekipą remontową. Usuwamy mowę nienawiści, a nie informacje, że Zdzisiu kocha Kasię. To administratorom powinno zależeć na tym, żeby elewacje były schludne.
A jak się tłumaczą ci, którzy nie zauważają problemu?
– „Bo naszym zdaniem to nie jest istotne”, „bo to i tak wróci”, „bo nie chcemy pojawić się w mediach”. No i: „Nie, bo nie”.
Czy podczas zamalowywania byliście zaczepiani przez ludzi, którzy popierają ksenofobiczne hasła?
– Tak, w Przemyślu. W Warszawie zaczepiano nie nas, ale imigrantów i pracowników punktu. Pewnego dnia odwiedziła ich grupa rosłych mężczyzn wykrzykująca nienawistne hasła. To pokazuje całe niebezpieczeństwo hejtu.
Boicie się, że przemoc z murów przeniesie się na ulice?
– Oczywiście. Mury i internet są pierwszym krokiem. Jeżeli wypisywanie tych treści nie zostaje w odpowiednim momencie ukrócone, robi się bardzo niebezpiecznie. Komuś może stać się krzywda. W Żywcu pobito człowieka, który namalował mural przedstawiający panie w strojach ludowych na tle tęczy, w Białymstoku podpalono drzwi mieszkania Hindusa, we Wrocławiu doszło do przepychanek z ludnością romską.
Ty też odbierasz obraźliwe mejle i groźby. Jakiej treści?
– Choćby: „Zrobimy z wami to, co Hitler zrobił z Żydami”. „Mamy nadzieję, niewyruchana lesbijko, że wreszcie ktoś cię wyrucha i się uspokoisz”. Zgłaszamy takie rzeczy do organów ścigania.
I jak reagują?
– Toczy się kilka postępowań i zobaczymy, jakie będą efekty. Nie jesteśmy jednak ignorowani.
Nie boisz się, że twoje dane trafią np. na Redwatch?
– Nie. Na temat mój i mojej rodziny w internecie i tak już napisano bardzo wiele. Jeżeli ktoś podejmuje taką działalność, musi mieć pełną świadomość, czym to może się skończyć. Obawiam się tylko, że podczas jakiejś akcji dojdzie do przepychanki i komuś stanie się krzywda. Boję się sytuacji, w której nasi ludzie zostaną zastraszeni i przestaną brać w tym udział. Dlatego o każdej naszej akcji informuję policję.
Walczycie też z mową nienawiści w internecie. W jaki sposób?
– Ponad dwa lata temu nasi znajomi założyli na Facebooku profil „Wielkie sprzątanie Facebooka z mowy nienawiści”. Przez ten czas udało się usunąć tysiące fanpage’ów, wpisów, zdjęć i komentarzy. Monitorujemy to, co jest publikowane w sieci, i zgłaszamy naruszenia do administratorów. Działamy również mniej spektakularnie. Rozmawiamy z serwisami o ich polityce usuwania takich treści. Doradzamy i opiniujemy. Prowadzimy działania informacyjno-edukacyjne, jak zgłaszać mowę nienawiści.
Staracie się dotrzeć do dzieci, tłumacząc im, czym jest mowa nienawiści i dlaczego nie można jej używać?
– Tak. Wiosną planujemy cykl różnego typu warsztatów i zajęć dla młodych ludzi. Będzie można m.in. dowiedzieć się, jakie znaki są w Polsce zakazane. To od nas zależy, w jaki sposób dzieci będą reagowały na mowę nienawiści.
Wierzysz, że hejt może zniknąć z internetu i przestrzeni publicznej?
– Wierzę, że dzięki ludziom, którzy nie będą się zgadzać na mowę nienawiści i zaczną na nią reagować, takich napisów będzie o wiele mniej.


Celem projektu HejtStop jest walka z rasizmem, antysemityzmem, faszyzmem, homofobią i każdą inną formą nienawiści. Członkowie i wolontariusze Stowarzyszenia Projekt: Polska zamalowują nienawistne napisy, które straszą na murach polskich miast. Działanie opiera się na prostym mechanizmie – osoba, która widzi nienawistny napis, zgłasza jego lokalizację aktywistom, a ci starają się go usunąć.


Widzisz nienawistny bazgroł? Zrób mu zdjęcie, wrzuć na www.hejtstop.pl i pozwól nam to zamalować. A najlepiej będzie, jak skrzykniesz znajomych, kupisz wałki i farby, pójdziesz do administratora i zadziałasz, żeby napis zniknął.
Widzisz obrażający kogoś wpis w internecie? Zgłoś go do administratora. Poproś innych, żeby to zrobili, bo często jedno zgłoszenie nie wystarczy. Nie czekaj, że ktoś zrobi to za ciebie.

Wydanie: 11/2015

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy